Syndrom głębokiej kieszeni [2002]

Kilka spółek aż prosi się o to, by je same, oraz członków ich zarządu i nadzoru skarżyć o odszkodowanie.

W środę i czwartek (17 i 18 kwietnia 2002 r.) odbędzie się w Serocku kolejna konferencja na temat porządku korporacyjnego (Corporate Governance VIII). Zakończy ją panel na temat ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej członków zarządów i rad nadzorczych. Czy i w Polsce zarządcy i nadzorcy spółek kapitałowych zaczną nareszcie zabiegać o takie ubezpieczenie, a to pod groźbą utraty majątku osobistego?

Warto zwrócić uwagę na tendencję ukształtowaną w krajach anglosaskich i rozprzestrzeniającą się na świat: ilekroć spółka znajdzie się w kłopotach, rusza lawina pozwów kierowanych tak do samej spółki, jak do jej audytorów, zarządców i nadzorców. Akcjonariusze, bankierzy, dostawcy lub odbiorcy domagają się odszkodowania za szkody spowodowane (rzeczywistym albo urojonym) niedbalstwem zarządu, nadzoru lub rewizji. Chociaż wiele powództw nie utrzyma się przed sądem, przecież niektóre zostaną zaspokojone. Procesy wywołane roszczeniami odszkodowawczymi są dla wielu spółek codziennością. Zgraja prawników dobrze z tego żyje. W niektórych krajach, zwłaszcza w USA, pieniactwo staje się już tak powszechne, tak bardzo dokuczliwe i kosztowne, że zniechęca wielu specjalistów do ryzyka związanego z pracą w zarządzie i nadzorze. Nakręca to z kolei spiralę wynagrodzeń menedżerów i biegłych rewidentów. Wzrost wynagrodzeń nakręca z kolei spiralę roszczeń o odszkodowanie.

Przed kosztami można się zasłonić ubezpieczeniem odpowiedzialności cywilnej. Ubezpieczenie OC członków zarządów i rad nadzorczych (potocznie nazywane D&O, od angielskich słów ‘directors and officers’), powszechne już na Zachodzie, jest w Polsce wciąż mało znane. Warto zdać sobie sprawę, że D&O nie jest sposobem na uniknięcie procesu, spowodowanych nim stresów, oraz rozgłosu, w tych okolicznościach najczęściej niekorzystnego, a zawsze – dokuczliwego. Ubezpieczenie chroni przed kwotami zasądzonych roszczeń, a także przed kosztami obrony i procesu, lecz samo też kosztuje.

Spore znaczenie ma więc, kto ponosi koszty ubezpieczenia: spółka, czy sami członkowie zarządu i rady nadzorczej. Najczęściej ponosi je spółka. Niektóre ustawodawstwa nie dopuszczają jednak, by to spółka opłacała składki ubezpieczenia mającego chronić członków jej zarządu i nadzoru przed skutkami ich własnych zaniedbań. Polskie ustawodawstwo nie ingeruje w tę kwestię. Zasady dobrej praktyki zapewne z czasem wskażą właściwe rozwiązanie. Wcześniej jednak ktoś (akcjonariusze? banki? inni wierzyciele? klienci?) wystąpi przeciwko spółce z powództwem odszkodowawczym, wygra sprawę i zapisze się w historii. Na rynku nie brakuje przecież spółek, które aż proszą się o to, by je same, oraz poszczególnych członków ich zarządu i rady nadzorczej pognębić procesami o duże odszkodowania. Zarobią na tym prawnicy, zarobią publicyści, ale najwięcej zyska na tym rynek.

W Polsce największym wrogiem ubezpieczenia D&O jest fiskus. Jeżeli spółka opłaci mi składkę, nie będzie mogła zaliczyć wydatku do kosztów uzyskania przychodu, a ja od kwoty składki płaconej za mnie przez spółkę zapłacę wysoki (40%) podatek od dochodów osobistych. Jeżeli sam opłacam składkę, nie mogę jej wykazać jako koszt uzyskania przychodu z tytułu wynagrodzenia za pracę w zarządzie lub radzie nadzorczej. Póki jednak nie brakuje kandydatów do zarządzania i nadzorowania, fiskus nie widzi powodu do zmiany stanowiska. Może natomiast zadziwiać praktyka powierzania zarządu i nadzoru osobom bez doświadczenia, a zwłaszcza bez majątku, czyli zgoła nieodpowiedzialnym, bo nie dającym rękojmi zadośćuczynienia nawet umiarkowanym żądaniom odszkodowawczym.

Prawdopodobnie tutaj tkwi przyczyna, dla której ubezpieczenie D&O jest w Polsce tak egzotyczne. Nie wykształciło się jeszcze wśród nas zjawisko znane na Zachodzie jako ‘syndrom głębokiej kieszeni’. Polega ono na tym, że jeżeli spółka traci płynność, czyli nie rokuje zaspokojenia roszczeń, akcjonariusze lub wierzyciele nie kierują swoich roszczeń do jej pustej kasy, ale sięgają głębiej, do kieszeni osób sprawujących zarząd lub nadzór nad spółką. Jeżeli są to osoby objęte ubezpieczeniem D&O – tym lepiej, bowiem tym lepsze widoki na spore odszkodowanie od towarzystw ubezpieczeniowych.

Paradoks polega na tym, że ubezpieczenie D&O ma w Polsce nikłe znaczenie, ponieważ nie chroni przed roszczeniami o odszkodowania, a to dlatego, że nikt z takimi roszczeniami nie występuje, ponieważ nie ma do kogo wystąpić: spółka oczywiście nie ma nic, a jej zarządcy i nadzorcy nie są chronieni ubezpieczeniem, zaś stan ich posiadania jest znikomy. Znam dobrze (aż za dobrze!) kilku majętnych menedżerów, którzy akurat przeszli do rezerwy. Wrócą na pierwszą linię, jak tylko zniosą wspólność majątkową i wszystko przepiszą na żony.

Tekst ogłoszony 15 kwietnia 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także: 2014.11.04 Paradoks D&O

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *