Archiwa tagu: akcje członków rady nadzorczej

Piastuni spółki publicznej powinni być wynagradzani po części akcjami spółki

  • Warren Buffett zwraca uwagę, że dyrektorzy niewykonawczy bywają niesamodzielni, służą raczej zarządowi niż akcjonariuszom / interesariuszom;
  • Są zbyt wysoko wynagradzani, nie posiadają akcji nadzorowanych spółek, a powinni zostać uzależnieni materialnie od pomyślności tych spółek;
  • Nadmierne wynagrodzenia w polskich realiach występują tylko wtedy, gdy służą transferowi środków spółki do prywatnych szkatuł inwestorów;
  • Niemniej należy rozważyć, co i jak należy zrobić by zmotywować piastunów spółek publicznych do inwestowania w te spółki.

Piastuni spółki publicznej powinni wiązać się z nią materialnie. Niezależnie od tego, czy sami w spółkę zainwestowali, część należnych im wynagrodzeń powinna być im wypłacana w akcjach z odroczoną możliwością ich zbywania nawet przez kilka lat po zakończeniu ich posługi w spółce. Jest to możliwe, ale na przeszkodzie takiemu rozwiązaniu piętrzy się kilka zjawisk.

Jedną z przeszkód jest szeroko praktykowane na polskim rynku zjawisko drzwi obrotowych. Przypisywałem je radom nadzorczym: do rady – wskazywałem – wchodzi się przez drzwi obrotowe, żeby pokręcić się, rozejrzeć, a wkrótce wyjść. W wielu spółkach, szczególnie tych z udziałem Skarbu Państwa, karuzela zmian kadrowych w radzie kręciła się bardzo szybko, nieczęsto zdarzało się odsłużyć pełną kadencję. Jakże związać ze spółką piastuna, który nie zna dnia ani godziny? Ostatnio drzwi obrotowe Skarb Państwa zainstalował także w zarządach spółek ze swoim udziałem. Przez niektóre przewinęło się w ostatnich latach po kilku prezesów, po kilkunastu sezonowych członków zarządu. W takich sytuacjach żaden piastun spółki nie będzie zainteresowany inwestowaniem w spółkę, bądź nawet spółką w ogóle. Drzwi obrotowe w organach spółek akcyjnych, szczególnie publicznych, są widomym dowodem kompromitująco słabego władztwa. Brak kompetencji piastunów jest następstwem rażącego braku kompetencji rządzących.

Przeszkodą jest brak oczekiwań, by piastuni manifestowali wiarę w pomyślność spółki inwestowaniem w nią. Rynek nie dba wcale, czy piastuni spółki wiążą się z nią materialnie. W spółkach, które trafiły na giełdę w drodze prywatyzacji majątku państwowego brak zaangażowania materialnego ich piastunów był zrazu zjawiskiem naturalnym. Lecz lata mijały, a z raportów rocznych wynikało, że członkowie zarządy i rady posiadający akcje są w mniejszości. Nie udało się zaszczepić tradycji inwestowania przez piastunów w spółkę, którą zarządzają lub nadzorują. Bywało to widoczne na walnych zgromadzeniach: zarząd spółki zasiadał za stołem prezydialnym, akcjonariusze w krzesłach, a członkowie rady nadzorczej, jeżeli raczyli się pofatygować, gdzieś z boku, w oślej ławce, co miało manifestować, że oni nie są akcjonariuszami, za to kwalifikacji do zasiadania w radzie dowodzą czystością finansową. Produktem takiego myślenia stało się fatalne założenie, że o kwalifikacji do komitetu audytu świadczy brak posiadania akcji nadzorowanej spółki.

Inna z przeszkód dotyczy braku szacunku dla spółek o władztwie stabilnym. Na GPW są wszak także spółki, których piastuni są z nimi mocno związani personalnie i finansowo. Rada nadzorcza często składa się tam głównie z inwestorów „od zawsze” dysponujących sporymi pakietami akcji, w składzie zarządu nie dochodzi do nieoczekiwanych zmian, free float jest na tyle znaczny, że nikt spółce nie stawia zarzutu, iż jest podmiotem prywatnym z niewielkim tylko okienkiem dla innych akcjonariuszy. Lecz rynek nie dostrzega zalet takiego układu własnościowego, nie ceni takich spółek za ich przewidywalność, za brak drzwi obrotowych. Uważa, że piastuni takich spółek mają już swoje portfele udziałów, więc nie należy ich dodatkowo wynagradzać akcjami. Lecz zastanówmy się: czy piastuni spółek o stale nurkujących notowaniach zachowaliby się tak samo obojętnie, gdyby od poziomu tych notowań zależała ich sytuacja materialna? Z jednej strony może byliby skłonni do pompowania wyników dla podtrzymania kursu (na co receptą byłby uczciwy i sprawny audytor), z drugiej wszelako – zapewne dokładaliby więcej staranności w pracy dla spółki.

Przeszkodą są względy podatkowe. Akcje przyznane piastunom spółki powinny być inaczej traktowane niż dywidendy z tych akcji, względnie płynące z nich prawa poboru. Gdyby część wynagrodzeń za pracę w zarządzie lub radzie nadzorczej wypłacano piastunom w akcjach z odroczonym terminem realizacji, podatek nie powinien być pobierany w rozliczeniu za rok, w którym akcje przyznano, ale za rok, w którym zostały one zrealizowane. Przy czym prawo zbycia takich akcji powinno przysługiwać piastunowi dopiero po kilku latach, bez względu na to, czy funkcję w organie lub organach spółki już zakończył, czy pełni ją nadal. Przeciwko automatycznemu udostępnianiu akcji z chwilą odejścia z funkcji przemawia argument, iż uprawniony do tych akcji piastun powinien być zainteresowany dobrem spółki nie tylko w czasie, gdy pełni w niej posługę, także w dającej się przewidzieć przyszłości. Natomiast wypłaty dywidend powinny być dokonywane i opodatkowane na bieżąco. Wymaga to elastycznych regulacji dotyczących na przykład zasad spadkobrania akcji przyznanych piastunowi. Oczywiście, diabeł tkwi w szczegółach.

Nie jestem zwolennikiem regulacji wprowadzającej wymóg wynagradzania piastunów spółek ich papierami z odroczonym, ustawowo określonym terminem realizacji. Za dużo jest na rynku regulacji, niech przeto każdy emitent wynagradza swoich piastunów wedle własnego uważania, mając wszelako na względzie konieczność pozyskania specjalistów o niezbędnych kwalifikacjach. Jestem za tym, by o takim rozwiązaniu decydowały statuty. Potrzebne są natomiast regulacje przyjazne podatkowo.

Korzyści proponowanego rozwiązania przedstawia jasno formuła o pańskim oku, które konia tuczy. Stanowisko w spółce powinno być powierzane osobom zdolnym wzbogacić spółkę, nie siebie i swoją partię. Niestety, na polskim rynku zarzucono potrzebę kwalifikacji piastunów spółek, publicznych i niepublicznych. Stanowiska w gestii rządu stały się łupem politycznym. Ktoś dowodzi szkodliwości szczepionek; ktoś twierdzi, że Ziemia jest płaska; ktoś praktykuje egzorcyzmy; ktoś bywa skłonny całkiem bezzasadnie pomówić przeciwnika o czyny haniebne – każdy z takich cudaków może liczyć na wsparcie, zrozumienie lub pomoc rządzących, także poprzez powołanie do rady nadzorczej lub zarządu spółki. Cudak zarobi kosztem spółki, jej wspólników, interesariuszy, społeczeństwa, moralności. Źle się dzieje. Przewracanie systemu wartości dotyczy także corporate governance, etosu pracy, pieniądza.

Czytaj także: teksty wyświetlone po wpisaniu do wyszukiwarki bloga terminu akcje członków rady

 

 

 

 

 

O dwóch postaciach dyskryminacji

Do 28 kwietnia trwają konsultacje projektu ustawy o badaniach sprawozdań finansowych, zastępującej ustawę z 2009 roku o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Miałem o niej złe zdanie, nazwałem ją „Wielkim Zderzaczem Andronów”. Pastwiłem się nad pomysłem uregulowania komitetu audytu rady nadzorczej poza Ksh – wszak jego wprowadzenie było największą reformą ustroju spółki akcyjnej po II wojnie światowej, a dokonano tej reformy chyłkiem, na doczepkę, w ustawie o biegłych. Zwalczałem pomysł, zrodzony w ubiegłym roku i zaprezentowany w jednym z wcześniejszych projektów nowej ustawy, zakładający możliwość wprowadzenia do komitetu audytu „podrzutka”, osoby spoza składu rady nadzorczej. Przede wszystkim protestowałem przeciwko pozbawieniu przez ustawę o biegłych członka komitetu audytu posiadającego akcje nadzorowanej spółki – przymiotu niezależności. Uznaję, że nic tak nie skłoni członka rady nadzorczej, w tym członka jej komitetu audytu, do najwyższej staranności w nadzorze, jak zaangażowanie kapitałowe, rzecz jasna w umiarkowanym wymiarze, poniżej progu znacznego pakietu akcji.

Sprawa uregulowania komitetu audytu w ustawie o biegłych nie obciąża pilotującego tę ustawę Ministerstwa Finansów. To niezbyt fortunne rozwiązanie wynikło z braku wyobraźni i lenistwa urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości. Zamysł ulokowania w komitecie audytu podrzutka szczęśliwie został zaniechany. Projekt ustawy zawiera kilka sensownych rozwiązań, lecz niestety podtrzymuje założenie, że członek rady nadzorczej, który jest (lub był w ciągu ostatnich 2 lat) akcjonariuszem nadzorowanej spółki, nie korzysta z przymiotu niezależnego członka komitetu audytu. To złe rozwiązanie, bowiem ponad potrzebę mnoży ono kryteria niezależności. Już teraz w komitetach audytu działają obok siebie niezależni w rozumieniu Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW 2016, oraz niezależni w rozumieniu ustawy o biegłych.

Zwrócono mi uwagę na jeszcze jeden niefortunny przepis projektu ustawy. Wymaga on od biegłych rewidentów stałego uczestniczenia w programach szkoleń zawodowych. Słusznie, należy podnosić kwalifikacje. Nie przewidziano jednak wyjątku dla biegłych rewidentów, którzy z powodu podeszłego wieku zaprzestali wykonywać zawód, utrzymują się z emerytur, rent lub oszczędności. Teraz grożą im postępowania dyscyplinarne i wykreślenie ze swojej społeczności zawodowej. Szkolenia są odpłatne, co rzutuje na sytuację materialną weteranów zawodu, a przy tym – bezużyteczne, skoro nie prowadzą już oni badań sprawozdań finansowych.

Jest nie bez znaczenia, czy doświadczeni weterani zawodu biegłego rewidenta biorą udział w życiu swojej społeczności zawodowej. Przez dwa kolejne lata przewodniczyłem – ja, ktoś spoza tej społeczności, ale znający ją i szanujący – komisji powołanej przez Krajową Izbę Biegłych Rewidentów do opiniowania wniosków o medale i odznaki KIBR. Wnioski dotyczyły najbardziej zasłużonych biegłych, a wespół ze mną opiniowali je doświadczeni seniorzy profesji. Miałem możliwość poznania pożytków płynących z uczestnictwa w pracach KIBR i oddziałów regionalnych specjalistów, którzy zaprzestali już badania sprawozdań, bądź planowali uczynić to niebawem, ale dysponują ogromną wiedzą o warunkach wykonywania zawodu, koniecznych kwalifikacjach merytorycznych i etycznych, oraz umiejętnościami dydaktycznymi. Wypchnięcie ich na margines wyrządzi profesji biegłych niewypowiedzianą szkodę.

Projekt ustawy wymaga przeto zmian! Chodzi o art. 6 ust 1 pkt 2, traktujący o obowiązku odbywania przez biegłego obligatoryjnego doskonalenia zawodowego w każdym roku kalendarzowym, oraz art. 128 ust 7 pkt 6 lit. a) odbierający przymiot niezależności członkowi komitetu audytu posiadającemu (obecnie lub w ostatnich dwóch latach) akcje nadzorowanej spółki. Pierwszy przepis dyskryminuje weteranów zawodu biegłego rewidenta, drugi – posiadaczy akcji. Nie godzi się w Polsce, w Unii, w cywilizowanym świecie, dyskryminować kogokolwiek.
Czytaj także:
2015.09.23 Podrzutek w radzie nadzorczej
2015.12.01 Trzy powiewy grozy
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu
oraz przywołane tam wcześniejsze teksty.

Trzy powiewy grozy

Im bardziej skomplikujemy nadzór nad spółką, tym trudniej będzie sprawować go skutecznie i zapobiegać wyprowadzaniu ze spółki pieniędzy akcjonariuszy.

Komitet audytu w radzie nadzorczej spółki publicznej wrócił na listę tematów gorących. Wcześniej został nim dlatego, że jego wprowadzenie oznaczało najważniejszą od dziesięcioleci zmianę ustroju spółki akcyjnej, w dodatku dokonaną poza Kodeksem spółek handlowych, w krytykowanej ustawie o biegłych rewidentach z 2009 roku. Obecnie, w obliczu nowych regulacji unijnych i konieczności wprowadzenia ich do polskiego porządku prawnego, czekają nas kolejne daleko idące zmiany. Trzy sprawy budzą szczególne kontrowersje: wysokość kar dla członków rad nadzorczych, możliwość wprowadzania do komitetu audytu osoby spoza składu rady nadzorczej, oraz kryterium niezależności członka komitetu audytu.

Wysokość wspomnianych kar nie została jeszcze ustalona, ale już wieje grozą. Projekt zakładał możliwość nakładania na członków rad nadzorczych (w tym członków komitetów audytu, bardziej narażonych na odpowiedzialność) kar administracyjnych w wysokości do 4 milionów złotych. Z tego pułapu udało się zejść do 1 miliona złotych, co nadal jest sumą ogromną w zestawieniu z wynagrodzeniami członków rad nadzorczych, nawet członków komitetów audytu, którzy mają więcej pracy i powinni być wyżej wynagradzani. Lecz polskie spółki publiczne są niewielkie, często cienko przędą, marnie płacą nadzorcom i doprawdy niewielu członków polskich rad byłoby w stanie utworzyć milionową rezerwę na wypadek ewentualnej kary. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że świadomi zagrożenia będą odmawiać posługi w radach nadzorczych pozostawiając jeszcze więcej miejsca dla tych bez pojęcia.

Skrytykowałem tutaj w ostrych słowach propozycję wprowadzenia do komitetu audytu osoby spoza składu rady nadzorczej. Taką osobę nazwałem podrzutkiem, kosmitą, obcym. Wyłożyłem kilkanaście wątpliwości dotyczących statusu prawnego podrzutka, jego odpowiedzialności, ubezpieczenia, wynagrodzenia itd. Niedawno na konferencji o komitetach audytu objawił się taki „podrzutek” z ciekawą wypowiedzią. Został wybrany przez walne zgromadzenie do komitetu audytu spółki niepublicznej. Do rady nadzorczej nie wszedł, ponieważ w jej składzie są tylko „członkowie z ramienia” inwestora, on zaś jest niezależny. Chwali sobie swój status: skupia się na tym, co należy do komitetu audytu, nie angażując się w decyzje właścicielskie, jak udzielanie zarządowi zgody na określone czynności lub prace nad strategią.

Inny uczestnik obrad, powszechnie szanowany zawodowy członek rad nadzorczych, gotów był uznać korzyści płynące z wyboru podrzutka do komitetu audytu nawet w spółce publicznej. Nadałby się na ojca chrzestnego gdyby ktoś kiedyś chciał podrzutka przysposobić. Lecz na pytanie, czy podrzutek może zagrozić uzasadnionym interesom akcjonariuszy, odpowiadam twierdząco. W polskiej spółce akcyjnej mamy zarząd i radę nadzorczą, komitety rady i jej członków delegowanych do samodzielnego lub indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych – i już wystarczy tych bytów. Im bardziej skomplikujemy nadzór nad spółką, tym trudniej będzie sprawować go skutecznie i zapobiegać wyprowadzaniu ze spółki pieniędzy akcjonariuszy. Unikajmy takich niebezpieczeństw.

Nie kwestionuję pożytków płynących z obecności w radzie nadzorczej członków niezależnych. Rzecz w tym, co przyjmujemy za kryterium niezależności. Ministerstwo Finansów z uporem stoi na stanowisku, że w komitecie audytu członek niezależny powinien spełniać kryteria niezależności biegłego rewidenta. Urzędnicy nie zdają sobie sprawy, że rewident i komitet audytu stoją po różnych stronach. Gdyby stali po jednej, sprawozdaniami spółki zająłby się komitet audytu, biegły nie byłby potrzebny. Nałożony na niezależnych w komitecie audytu zakaz posiadania akcji nadzorowanej spółki jest niezrozumiały. Jak pańskie oko tuczy konia, tak nadzorca zaangażowany materialnie lepiej dogląda spraw spółki. Zrozumiały byłby raczej zakaz wybierania do komitetu audytu posiadaczy znacznych pakietów akcji oraz osób z nimi powiązanych.

Zanim doszło do ustawowego wynaturzenia standardu niezależności w komitecie audytu, Dobre praktyki spółek notowanych na GPW określały ten standard jako niezależność od spółki i podmiotów pozostających w istotnym powiązaniu ze spółką. Obecne Dobre praktyki, przyjęte przez Radę Giełdy w październiku b.r. kontynuują takie rozwiązanie, ponadto słusznie postulują niezależność przewodniczącego komitetu audytu. W rezultacie, spółki publiczne stają w obliczu nie lada wyzwania: powinny spełnić wymogi ustawy oraz odmienne od nich wymogi Dobrych praktyki. Zdarza się, że niezależnym w rozumieniu ustawy jest ktoś inny niż niezależny w rozumieniu Dobrych praktyk. To wcale nie jest śmieszne, ponieważ obnaża brak racji stojących za przepisem. Groza bije z faktu, że ani legislatorzy, ani oddany im do dyspozycji aparat urzędniczy nie potrafią zapewnić poprawnego stanowienia prawa.

Tekst ogłoszony 25 listopada 2015 r. w dzienniku PARKIET

Czytaj także:
2015.09.23 Podrzutek w radzie nadzorczej
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu

Kwadratura komina [2005]

Płace zarządu spółki powinny być ustalane w samej spółce, nie w parlamencie lub resorcie.

Niedawna konferencja Polskiego Instytutu Dyrektorów (Corporate Governance XXI) traktowała o kontraktach menedżerskich, ich naturze i strukturze, korzyściach i ułomnościach, warunkach stosowania i ograniczeniach, opodatkowaniu, ubezpieczeniu, rozliczaniu… Temat budzi zainteresowanie, zresztą został on zadany organizatorowi przez uczestników poprzednich konferencji z tego cyklu, lecz w obradach przezierała spoza niego zupełnie inna sprawa – nieszczęsna ustawa kominowa i jej katastrofalne skutki dla gospodarki.

Potoczna nazwa ustawy trafnie oddaje jej cel. Jest nim przeciwdziałanie tzw. kominom płacowym. To pojęcie wywodzi się z czasów tzw. rozwiniętego socjalizmu. Albowiem socjalizm był jak papier toaletowy: im bardziej go rozwijano, tym mniej pozostawało. Komin płacowy polegał zaś na tym, że ktoś zarabiał więcej niż inni. Uznano, że takie zjawisko godzi w ludowe pojęcie sprawiedliwości. Zwalcza je przeto ustawa z 3 marca 2000 roku o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi. Owe niektóre podmioty to spółki prawa handlowego, w których udział skarbu państwa przekracza 50 proc. kapitału zakładowego lub 50 proc. liczby akcji. Osoby kierujące nimi (a wyliczone w ustawie) mogą zarabiać nie więcej, niż sześciokrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa GUS. W 2005 roku daje to 15.276,84 PLN; ponadto menedżerowie objęci regulacją ustawy mogą otrzymać nagrodę roczną w wysokości maksymalnie trzykrotności wynagrodzenia miesięcznego przyznanego w roku poprzedzającym przyznanie nagrody. Ustawa godzi nie tylko w interes kadry kierującej objętymi przez nią spółkami, także w interes tych spółek i – szerzej – gospodarki narodowej.

Lecz ustawa kominowa przecież nie wytrysnęła z próżni. Była ona reakcją na zwyrodnienia polityki płacowej w spółkach z dominującym udziałem Skarbu Państwa. Rady nadzorcze tych spółek wyznaczały zarządom zarobki oderwane od realiów. Nie brano pod uwagę ani wyników spółki, ani rozmiarów prowadzonej przez nią działalności. Ale to samo dotyczy ustawy kominowej: ona także wyznacza zarobkom pułap oderwany od realiów, od wyników spółki i od skali prowadzonej przez nią działalności. Minister Jacek Socha zwraca przy tym uwagę na nielogiczność regulacji ustawowej. Oto spółka objęta pułapem tzw. sześciokrotności wynagrodzeń wchodzi do struktury holdingowej, więc od tej chwili stosuje się do niej pułap czterokrotności wynagrodzeń, ale jej spółki zależne nie są już krępowane ustawą kominową…

Spotyka się przeto postulat, by zadanie wyznaczania wynagrodzeń zarządów przenieść na ministra skarbu. Podobnie jak ustawa kominowa, wynika on z nieufności do rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Rzeczywiście, w spółkach skarbu państwa nierzadko tworzą one, wraz z zarządami, grupy wzajemnej adoracji. Pochodzą one przecież – przynajmniej w tej części jej składu, na jaką wpływ ma skarb państwa – z politycznego nadania. Wynagrodzenie ich członków też bywa oderwane od wyników spółki i rozmiarów prowadzonej przez nią działalności. Wobec tego nie powinno dziwić, że rada nie potrafi powiązać płac zarządu z dobrze pojętym interesem spółki i jej akcjonariatu. Rada nadzorcza często wcale nie czuje tego interesu. Nawet w spółkach publicznych przeważająca większość członków rad bądź nie posiada akcji nadzorowanych spółek, bądź posiada pakiety tak skromne, że przyrost albo spadek wartości tych pakietów nie waży na majątku członków rad. W takich przypadkach i w spółce publicznej, i w spółce skarbu państwa, ustalając wynagrodzenie zarządu – dysponują oni cudzymi pieniędzmi.

Przeniesienie uprawnień do abstrakcyjnego ustalania pułapu (lub pułapów) wynagrodzeń menedżerów spółek z udziałem skarbu państwa z ustawodawcy na jedno z ministerstw – w istocie niewiele zmieni. W dalszym ciągu istotne dla spółki decyzje będą zapadać poza nią. Płace zarządu powinny być ustalane w spółce przez jej organy: walne zgromadzenie lub radę nadzorczą. Nic nie stoi na przeszkodzie powierzeniu tego zadania walnemu zgromadzeniu. Pozwoli to rozwiązać dylemat kwadratury komina.

Skoro Skarb Państwa dysponuje w spółce większością głosów na walnym zgromadzeniu, on będzie w praktyce decydować, ile zarobią członkowie zarządu. Będzie decydować nie jako organ państwa, lecz jako akcjonariusz. Będzie decydować w sposób jawny, na oczach i przy udziale innych akcjonariuszy. Oraz ze świadomością, że gdyby uchwała o ustaleniu zasad i wysokości wynagrodzeń członków zarządu okazała się sprzeczna z dobrymi obyczajami i godziła w interes spółki lub miała na celu pokrzywdzenie akcjonariusza – może ona zostać uchylona przez sąd z powództwa każdego z akcjonariuszy, który spełni wymogi formalne.

Tekst ogłoszony 20 czerwca 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Przypadek Ackermanna [2003]

Osoby nadzorujące odpowiadają za pieniądze spółki, w tym za beztroskie wypłacanie ich członkom zarządu.

Zapraszam na kolejny odcinek niekończącego się serialu o tłustych kotach. Tym razem akcja rozgrywa się w Niemczech. Obsada jest wyborna. Gwiazdą jest sam Josef Ackermann, Szwajcar, szef Deutsche Banku i Instytutu Międzynarodowych Finansów. Wespół z pięcioma innymi oskarżonymi stanie on zapewne w przyszłym roku przed sądem w Dusseldorfie. Chodzi o naruszenie przepisu niemieckiego prawa o spółce akcyjnej określającego zasady wynagradzania członków zarządu. Istotą sprawy jest odpowiedzialność osób nadzorujących za gospodarowanie pieniędzmi spółki, w tym za nieokiełznane wypłaty dla członków zarządu.

Tłem wydarzeń jest przejęcie niemieckiego konglomeratu Mannesmann przez Vodafone, brytyjską firmę telekomunikacyjną. Doszło do tego w lutym 2000 roku. Przejęcie miało charakter wrogi. Była to operacja na wielką skalę, a przy tym pierwszy wypadek wrogiego przejęcia niemieckiej spółki przez podmiot zagraniczny, co Niemców wprawiło w szok, a w świecie zyskało rozgłos. Zarząd Mannesmanna był zrazu przeciwny przejęciu. Oponentom przewodził prezes Klaus Esser. Nadzór był nastawiony zdecydowanie bardziej ugodowo. W celu pozyskania przychylności zarządu dla transakcji, rada nadzorcza przyznała menedżerom 250 milionów DM. Sam Esser zainkasował 61 milionów DM. Połowę z tytułu przewidzianej kontraktem odprawy, resztę za „osiągnięcia w kierowaniu spółką” (kierował nią 11 miesięcy, z widomym skutkiem). Na wieść o czekających ich wypłatach członkowie zarządu zaniechali oporu. Ich postawę odzwierciedla jedno słowo: kaputt!

W skład hojnej rady wchodził Josef Ackermann, zatem to jego nazwisko prasa odmienia przez wszystkie przypadki. W cieniu prezesa banku znaleźli się współwinni, w tym Klaus Zwickel, szef potężnego związku zawodowego IG Metall. Najwięcej traci na aferze bank. Korzystał on do tej pory, jak inne niemieckie banki, z życzliwości opinii publicznej. Teraz zwraca się uwagę na wcześniejsze przypadki przepłacania przez bank menedżerów. Nie za pracę, jaką wykonują, nie za wyniki, jakie osiągają – ale za to, by poszli do diabła. Wtedy przestaną szkodzić, albo zaczną szkodzić konkurencji. W 1999 roku Deutsche Bank (Ackermann jeszcze nie kierował nim) wypłacił 100 milionów USD Frankowi Newmanowi, szefowi przejętej właśnie amerykańskiej firmy Bankers Trust, by tylko więcej nie trudził się pracą. Rok wcześniej za to samo miliony zgarnął Frank Quattrone, bankier inwestycyjny z Kalifornii. Być może odprawienie wspomnianych menedżerów, nawet za sporą cenę, było i tak świetnym interesem, ale opinii publicznej chodzi o co innego. O to, że ci, którzy szczodrze szafują odprawami, nagrodami – nie sięgają do własnych portfeli. Sięgają po środki spółki. Czyli, stawiając rzecz jasno, wydają lekką ręką pieniądze akcjonariuszy.

Ta zła praktyka jest rozpowszechniona przede wszystkim w krajach anglosaskich. Niemcom była ona dotąd obca. Zabrania jej bowiem prawo. Ustawa o spółce akcyjnej stanowi (§ 87 ust. 1), że rada nadzorcza obowiązana jest dbać przy ustalaniu wynagrodzeń członków zarządu, aby pozostawało ono we właściwym stosunku do ich zadań i sytuacji spółki. Na wszelki wypadek omawiany przepis dopowiada, że chodzi o całość wynagrodzenia, a więc uposażenie, udziały w zysku, zwrot wydatków, składki ubezpieczeniowe, prowizje i świadczenia dodatkowe jakiegokolwiek rodzaju. Prokuratura zarzuca, że bonusy dla członków zarządu (nie wszystkie kwoty trafiły do aktu oskarżenia) były nieproporcjonalnie wysokie względem ich obowiązków oraz sytuacji spółki. Zaiste, był to klasyczny przypadek wypłaty na osłodę. Anglosasi mają nawet termin, oddający naturę zjawiska: sweetener.

O winie orzeknie sąd. Nadzorcy Mannesmanna podnoszą na swoją obronę, że sami nie odnieśli korzyści majątkowych, natomiast skłaniając zarząd do zaprzestania oporu, kierowali się interesem akcjonariuszy. Chodzi nie tylko o klasyczny dylemat, jak wynagradzać zarządy, lecz nadto o rozważenie zaniedbywanego dotąd wątku odpowiedzialności rady nadzorczej za jej poczynania w ogólności, a gospodarowanie pieniędzmi akcjonariuszy w szczególności. W tym tkwi sedno corporate governance.

W odróżnieniu od swojego niemieckiego pierwowzoru, polskie prawo spółek ani nie stawia pułapu zarobkom zarządów, ani nie wiąże wynagrodzeń poszczególnych członków zarządu z zadaniami bądź z sytuacją spółki. Wychodzimy bowiem z założenia, że prawo nie zastąpi poczucia przyzwoitości. Rzecz wcale nie w tym, by rada nadzorcza ustalając zarobki zarządu miała ręce skrępowane przepisami, lecz w tym, by na jej ręce czujnie patrzył akcjonariat spółki. A jeszcze lepiej, by członkowie rady sami byli akcjonariuszami. Wtedy nieokiełznane wypłaty dla zarządu uderzą ich po kieszeni. Dlatego zwalczam pogląd, że członkom rad nadzorczych nie przystoi posiadanie akcji. Niestety, jest on w Polsce szeroko rozpowszechniony.

Tekst ogłoszony 13 października 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2006.01.30 Odkręcić tabliczkę

Wystarczy mieć [2001]

Nadzór sprawują ci, którzy posiadają akcje, oraz ci, których posiadacze akcji darzą zaufaniem.

W kodeksie spółek handlowych brak określenia wymogów, jakie powinien spełniać członek rady nadzorczej spółki kapitałowej. Wiemy jedynie, że może nim być (podobnie jak członkiem zarządu, komisji rewizyjnej albo likwidatorem) tylko osoba fizyczna mająca pełną zdolność do czynności prawnych. Wyjątek dotyczy przejściowo osób skazanych prawomocnym wyrokiem za niektóre przestępstwa. Kodeks nie kreuje przeto kasty, z której mogą rekrutować się członkowie rad nadzorczych. Nie zmierza (chwała mu za to!) ku zbudowaniu korpusu członków rad nadzorczych na wzór znanych korporacji zawodowych. Nie tworzy ograniczeń spotykanych w innych systemach prawnych, jak wymóg posiadania pewnej ilości akcji, lub limit wieku członków rad nadzorczych. Spółki mogą natomiast przyjmować takie ograniczenia w swoich statutach. Mogą one także wymagać od członków rad nadzorczych spełnienia określonych wymogów, bądź posiadania określonych kwalifikacji.

W polskiej praktyce spotyka się czasem ograniczenia pozastatutowe. Na przykład od kandydata do rady nadzorczej jednoosobowej spółki Skarbu Państwa wymaga się ukończenia kursu i złożenia egzaminu. Jakość kursów i rzetelność egzaminów bywa niestety różna, nierzadko wręcz wątpliwa. Czasem obsadza się rady nadzorcze w drodze konkursu. Lepsze konkursy niż kursy!

Jedynie wyjątkowo prawo wymaga od członków nadzoru szczególnych kwalifikacji. Na przykład prawo bankowe stanowi, że radę nadzorczej banku państwowego powołuje się spośród osób posiadających ‘odpowiednie kwalifikacje z zakresu finansów’. Banków państwowych jest w Polsce niewiele, natomiast inne banki są wyłączone spod tego wymogu. Nie znaczy to jednak wcale, że w radach innych banków nie ma osób z odpowiednimi kwalifikacjami z zakresu finansów. Znaczy to natomiast, że akcjonariusze swobodnie decydują o składach rad nadzorczych. To jest ich sprawa, w którą państwo nie ingeruje.

Zatem wystarczy mieć akcje w ilości pozwalającej na wywieranie wpływu na skład rady, by wejść do rady nadzorczej samemu, lub przeprowadzić wybór zausznika, albo nawet kilku zauszników. Nawet w przypadku, kiedy akcjonariusz został przejściowo pozbawiony prawa do zasiadania w radzie osobiście, w następstwie prawomocnego skazania za przestępstwa określone w przepisach, nie można pozbawić go wpływu na skład organu nadzoru (także zarządu spółki, komisji rewizyjnej albo likwidatorów), jeżeli jego akcje dają mu taki wpływ. Prawo karze przeto sprawców przestępstw, ale nie karze ich akcji.

Nie wszyscy członkowie rad mają dostateczną ilość akcji, która dałaby im wybór. Nie wszyscy nawet sami mają akcje (chociaż dla spółki lepiej, kiedy mają). Wielu znalazło się w radach dlatego, że cieszą się zaufaniem znaczących akcjonariuszy, bądź grup akcjonariuszy. Nie wymaga tego kodeks, ale życie. Stąd zmiany w składach rad najczęściej płyną ze zmian w składzie akcjonariatu, albo układu sił w akcjonariacie. Niekiedy wynikają one z utraty przez członka rady zaufania tych akcjonariuszy, którzy oddali za nim swoje głosy, bądź z utraty przydatności dla nich. I chociaż zżymam się, że polskie rady nadzorcze są jak drzwi obrotowe, bo stale ktoś w nie wchodzi, ktoś wychodzi – nie kwestionuję praw akcjonariatu do korygowania składu rad.

Marzy mi się natomiast zasada (płynąca nie z przepisu, ale z powszechnej praktyki), że oczekuje się fachowych kwalifikacji od przewodniczącego walnego zgromadzenia. Kodeks wymaga jedynie, by przewodniczącym zgromadzenia była osoba uprawniona do uczestnictwa w nim. Czasem wybiera się więc na tę funkcję kogoś całkiem bez pojęcia o regułach przewodniczenia obradom i bez znajomości procedury. Przewodniczący ma poważny wpływ na przebieg zgromadzenia. Jego stronniczość lub niekompetencja mogą wyrządzić spółce znaczne szkody. Powinien być zatem bezstronny, czyli życzliwy nawet wobec tych, którzy są mu niemili. Powinien także wykazać fachowość. Po to, by zgromadzenie podejmowało uchwały i by uchwały nie były dotknięte wadami formalnymi.

Spotkałem się niedawno z postulatem, by przewodniczącymi walnych zgromadzeń wybierać jedynie adwokatów albo radców prawnych, ponieważ jako członkowie korporacji są oni wiązani etyką zawodową. Nie podzielam ani postulatu, ani uzasadnienia. Członkowie korporacji postępują przecież bardzo różnie, w praktyce wcale nie zawsze etycznie, a ich środowisko zawodowe reaguje na to z pobłażaniem. Często pisałem w tym miejscu, że spółkom opłaca się korzystać z prawniczej ‘profesji pierwszej potrzeby’. Żądałem: ‘nie deptać prawników!’ Niemniej sądzę, że stworzenie zamkniętego klubu przewodniczących walnych zgromadzeń ani nie przysporzy prawnikom zaufania, ani nie przysłuży się porządkowi korporacyjnemu.

Tekst ogłoszony 4 czerwca 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2000.10.23 Nie deptać prawników