Archiwa tagu: akcje członków RN

Kłopoty z niezależnością

Założenie, że Jakubas i Godlewski są w radzie nadzorczej Netii członkami niezależnymi, jest wyzwaniem rzuconym polskiemu rynkowi kapitałowemu.

Mam kłopoty z niezależnością członków rady nadzorczej. Nie od dzisiaj, o czym świadczą archiwalne teksty, do których odsyłam poniżej. I nie ja jeden mam kłopoty, o czym świadczy przypadek, który opiszę. Na polskim rynku kwestia niezależności członków rad nadzorczych jest dotknięta grzechem pierworodnym: Dobre praktyki spółek publicznych 2002 wprowadziły zasadę, że w tych spółkach przynajmniej połowę członków rad nadzorczych powinni stanowić członkowie niezależni, wyposażeni przy tym w szczególne uprawnienia. Na rynku, gdzie o niezależnych członkach rady mało wówczas kto słyszał, takie rozwiązanie nie służyło promowaniu obecności niezależnych w radach, raczej kompromitacji tej idei. Utyskiwałem wówczas, że zmierza ono „o jeden most za daleko”. Albo o dwa.

Wywołano też rozterki, czy aby niezależni członkowie rady nadzorczej mogą posiadać akcje nadzorowanej spółki. Zasiane wówczas wątpliwości zaowocowały po latach skleconą przez MinFin fatalną regulacją ustawy o biegłych, pozbawiającą tej możliwości niezależnego członka komitetu audytu; stworzenie dwóch kategorii niezależności członków rady jest rozwiązaniem szkodliwym.

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Otóż utarło się na polskim rynku, że prezes zarządu po zakończeniu posługi na tym stanowisku przechodzi do rady nadzorczej, nierzadko na funkcję jej przewodniczącego. W świecie anglosaskim taki obyczaj bywa uważany za naganny. Obecność byłego prezesa w radzie utrudnia jej obiektywną ocenę jego dokonań, kwestionowanie strategii, inicjowanie zmian. W spółkach z silnym udziałem kapitałowym prezesa i jego rodziny bywa, że prezes przesiada się na fotel przewodniczącego rady nadzorczej zasiedlonej przez jego rodzinę i znajomych, by po niedługim czasie wrócić na fotel w zarządzie – i tak w kółko. Pomnikowym przykładem takiego obyczaju był w swojej epoce Roman Kluska, twórca Optimusa i autor sukcesów tej spółki. Dzisiaj z fotela na fotel lubi się przesiadać Henryk Kania (ZM Henryk Kania SA). Ale nie można przyjąć, że prezes zarządu katapultowany do rady nadzorczej będzie w radzie uchodzić za jej niezależnego członka. Krzysztof Szwarc, po przejściu z prezesury BRE do rady nadzorczej banku (ostatnio przechrzczonego na mBank) odsłużył w niej pięć lat zanim zgłosił aspirację do statusu członka niezależnego.

Piszę o tym w związku z uchwałami niedawnego (21 maja) walnego zgromadzenia Netii. Do rady nadzorczej spółki wybrano, przyznając mu jej członkostwo z dniem 1 września, urzędującego prezesa Mirosława Godlewskiego (prezesurę złożył 30 maja). Jest to zgodne z ugruntowanym na polskim rynku obyczajem, którego nie uważam za dobrą praktykę – przeciwnie. Lecz nie wspomniałbym o sprawie, gdyby walne zgromadzenie nie uznało Mirosława Godlewskiego za niezależnego członka rady. To już znaczące nieporozumienie!

Co gorzej: także Zbigniew Jakubas został wybrany do rady nadzorczej ze statusem członka niezależnego. Jest to inwestor obdarzany zaufaniem przez dziesiątki tysięcy akcjonariuszy spółek z jego znaczącym udziałem, wytrawny znawca rynku kapitałowego, ba! – nawet jeden z jego animatorów. Jego obecność w radzie nadzorczej Netii jest bardzo pożądana, wszak pośrednio kontroluje on znaczną i – jak sądzę – rosnącą liczbę akcji. Lecz nawet usłużni prawnicy Zbigniewa Jakubasa nie przekonają mnie, że jest on niezależnym członkiem rady nadzorczej spółki, na którą – za pośrednictwem Mennicy Polskiej i FIP TFI – wywiera istotny wpływ. Otóż ani prezes spółki po trzymiesięcznej karencji, ani znaczący inwestor schowany za podmioty zależne lub powiązane, nie mogą, w moim przekonaniu, legitymować się statusem niezależnych członków rady. W głowę zachodzę, po co poważnym ludziom taka maskarada.

Przypisując Zbigniewowi Jakubasowi i Mirosławowi Godlewskiemu status niezależnych członków rady nadzorczej, Netia rzuciła rynkowi wyzwanie: albo rynek upora się z kwestią, kto i po co korzysta w radzie ze statusu niezależnego jej członka, albo dojdzie do degeneracji tego pojęcia. Wybór należy do nas.

Czytaj także:
2002.10.07 Kto jest niezależny?
2003.05.26 Dwa fotele z przesiadką

Turecki święty

Prawo spółek jest częścią spójnego systemu prawa cywilnego, a usiłowania zmierzające do rozszczelnienia tego systemu nie przynoszą nic dobrego. Przykładem antysystemowej ingerencji w prawo spółek jest nieszczęsna ustawa z dnia 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Nałożyła ona na jednostki zainteresowania publicznego (acz nie wszystkie) obowiązek ustanowienia w radzie nadzorczej komitetu audytu. Bardzo dobrze, że wprowadziła regulację dotyczącą tej materii. Bardzo źle, że owa regulacja zawiera kilka wad. Największą z nich, z punktu widzenia corporate governance zgoła fundamentalną, jest kryterium niezależności członka komitetu audytu. Otóż niezależnym jest ten, kto nie posiada akcji nadzorowanej spółki. To oczywisty idiotyzm, lecz jest on niestety wsparty świętą powaga ustawy..

Inicjatorem ustawy, autorem jej projektu, jak mówią politycy: „właścicielem” jest Ministerstwo Finansów. Niedawno miałem w MinFin bardzo ciekawe spotkanie. Usłyszałem, że pierwotnie nie było zamiarem resortu wprowadzanie komitetu audytu do rady nadzorczej kuchennymi drzwiami, w ustawie o biegłych. Uznano, że to materia Ksh. Lecz Ministerstwo Sprawiedliwości stało na stanowisku, że nie są przewidziane kolejne nowelizacje Ksh. Widać uznało, że komitet audytu – najważniejsza zmiana ustroju rady nadzorczej spółki akcyjnej od 1934 roku! – nie jest tematem na tyle ważnym, by wziąć go pod swoje skrzydła. W ten sposób „właścicielem” regulacji dotyczącej komitetu audytu, w miejsce Ministerstwa Sprawiedliwości, zostało Ministerstwo Finansów. Co uprawdopodobnia anegdotę, jaką słyszałem: pewien profesor prawa spółek niedawno zdziwił się ogromnie powziąwszy informację, że w radach nadzorczych działają „jakieś komitety audytu” – wszak nie ma o nich słowa w Ksh, skąd przeto wzięłyby się? Można tę historyjkę skwitować włoską sentencją: Si non è vero è ben trovato – nawet jeżeli nie jest to prawdą, jest dobrze wymyślone…

Przeciwko założeniu, że posiadanie akcji pozbawia wchodzącego w skład komitetu audytu członka rady nadzorczej przymiotu niezależności protestowały poważne organizacje biznesu. Protestowali poważni prawnicy. O zmianę tej regulacji zabiega Komisja Nadzoru Finansowego. Środowisko corporate governance przez lata dyskutowało o wyborze racjonalnego kryterium niezależności w radzie nadzorczej; nawet wciąż dyskutuje, gdy jakiś zapóźniony Dyzio chce jeszcze wtrącić swoje trzy grosze do tematu przenicowanego na wszystkie sposoby. Jest w świecie szeroko uznaną zasadą, że osoby sprawujące nadzór są zachęcane do kapitałowego angażowania się w akcje nadzorowanej spółki. Kto bowiem nie wprowadza swoich pieniędzy do spółki, czy będzie jej strzegł należycie? Czy nadzorca goły jak turecki święty może wzbudzić zaufanie rynku?

Od feralnej ustawy o biegłych (nazwałem ją na tym blogu „Wielkim Zderzaczem Andronów”) przejdę do szerszej refleksji: nie tylko nadzorcy, także członkowie zarządów spółek notowanych na GPW często nie posiadają akcji kierowanych przez nich spółek. W przeciwieństwie do członków rad nadzorczych są oni suto opłacani, więc nie wchodzi w rachubę argument, że nie stać ich na akcje. Czyżby byli pozbawieni wiary w swoje talenty zarządcze? Ufności w powodzenie spółki? Inwestorze, zanim umoczysz kapitał, dowiedz się (są to dane powszechnie dostępne), czy prezes, dyrektor finansowy i pozostali piastuni spółki, która cię interesuje, są jej akcjonariuszami, ile akcji mają w portfelach i czy zwiększają stan posiadania. Więcej ci to powie, niż rekomendacje analityków.

Czytaj także:
2001.05.14 Ośla ławka
2001.06.04 Wystarczy mieć

Pułapka na niezależnych [2010]

W Polsce członkowie rad nadzorczych w zbyt małym stopniu angażują się kapitałowo w nadzorowane spółki.

Przed dziesięciu laty podjęto w Polsce dyskusję o niezależnych członkach rad nadzorczych. Jedni dostrzegli potrzebę wprowadzenia niezależnych do rad, przynajmniej w spółkach notowanych. Inni oponowali, najczęściej po omacku, ponieważ nie zdawali sobie sprawy, jakimi przymiotami cechuje się niezależny. Twierdzono więc, na przemian, że wszyscy członkowie rad są niezależni, a to charakterem, stanem ducha, silną osobowością – bądź, że nikt nie jest całkiem niezależny, skoro pobiera od spółki pieniądze. Echa tych argumentów słyszy się jeszcze dzisiaj. Dopiero z czasem na rynek dotarło zrozumienie, że chodzi o niezależność członków rady nadzorczej od spółki i jej znaczących akcjonariuszy.

Sprawie nie przysłużyły się Dobre praktyki 2002 – pierwszy polski zbiór zasad corporate governance, przyjęty przez giełdę w 2002 roku. Sformułowano w nim wymóg, by rady nadzorcze spółek publicznych przynajmniej w połowie składały się z niezależnych, a nadto wyposażono niezależnych członków rad w szczególne uprawnienia. Kryteria niezależności miały spółki określać w statutach, co narażało je na koszty i mitręgę.

Rynek odrzucił tak daleko idące wymagania. Słusznie: w radach wielu spółek część miejsc przypadała pracownikom, połowa miała przypaść niezależnym, przeto niewiele zostawało dla tych, którzy wnieśli do spółki kapitał i przyjęli na siebie ryzyko. W kolejnych redakcjach Dobrych praktyk mitygowano wymogi dotyczące liczby niezależnych członków rad, aż wreszcie – w wersji współczesnej – przyjęto racjonalne rozwiązania. W radzie powinno być przynajmniej dwoje członków niezależnych, a kryteriów niezależności nie określa każda spółka sama, ale stosuje się zalecenie Komisji Europejskiej.

Sprawa była już na dobrej drodze, rynek z czasem zaakceptowałby wymogi stawiane przez giełdę, lecz wmieszał się regulator i narobił sporo zamieszania. Mianowicie ubiegłoroczna ustawa o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym wprowadziła odmienne kryteria niezależności członka rady nadzorczej wchodzącego w skład jej komitetu audytu. Nie może on posiadać udziałów, akcji lub innych tytułów własności w nadzorowanej spółce.

Jest to rozwiązanie nieprzemyślane i szkodliwe. Po pierwsze, nie ma uzasadnienie tworzenie różnych wymogów w kwestii przymiotu niezależności różnych członków tej samej rady nadzorczej. Po drugie, pozbawienie członka rady nadzorczej wchodzącego w skład jej komitetu audytu prawa posiadania akcji nadzorowanej spółki upośledza jego samego, spółkę i rynek. Posiadanie przez członków rady nadzorczej akcji nadzorowanej spółki jest zjawiskiem pozytywnym (jednak jeżeli w ręku takiego członka rady, lub jego bliskich, znajdzie się znaczący pakiet akcji, nie będzie on czynić zadość kryteriom niezależności). W Polsce członkowie rad nadzorczych w zbyt małym stopniu angażują się kapitałowo w nadzorowane spółki, na czym często cierpi jakość nadzoru. Dla rynku lepiej, by nadzór nad spółkami sprawowany był przez osoby wiążące swój interes materialny z pomyślnością nadzorowanych podmiotów, na czym skorzysta i spółka, i pozostali jej akcjonariusze. Nakładanie na członków komitetów audytu ograniczeń stosowanych względem biegłego rewidenta nie ma uzasadnienia.

Nie jest to jedyne niefortunne rozwiązanie przyjęte w ustawie o biegłych. Jej przepisy dotyczące ustroju i zadań komitetu audytu w radzie nadzorczej wymagają kompleksowej rewizji. Tu zwracam uwagę jedynie na pułapkę zastawioną na niezależnych. Na pozostałe defekty wspomnianej ustawy zwrócę uwagę przy innych okazjach.

Artykuł ukazał się 19 sierpnia 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2013.07.09 Turecki święty
Czytaj także: 2001.05.14 Ośla ławka

Komitet największych nadziei [2010]

Za złowrogi początek kryzysu uważa się powszechnie upadek banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Może gdyby ów feralny bank nosił raczej nazwę Lehman Sisters – i stosował bardziej żeńskie niźli męskie podejście do zarządzania ryzykiem – kryzysu dałoby się uniknąć…

Dzisiaj, poniewczasie, uświadamiamy sobie trzy prawdy. Pierwsza: nie z braku pieniędzy to wszystko, lecz z niekontrolowanej łatwości ich pomnażania. Druga: nie o brak innowacji potknęła się światowa gospodarka, ale o szaloną kreatywność zachłystujących się chciwością finansistów. Trzecia: najbardziej dotkliwy stał się wzajemny brak zaufania uczestników obrotu. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu (trust-based economy), a jego niedostatek podważa jej perspektywy.

W Polsce przyjęto w ostatnich latach kilka rozwiązań służących budowie zaufania w obrocie gospodarczym, przede wszystkim w obrocie giełdowym. Należą do nich:
• zasada solidarnej odpowiedzialności członków rady nadzorczej wobec spółki – na równi z kierownikiem jednostki – za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem stanowiącym naruszenie obowiązku zapewnienia, by sprawozdania spółki spełniały wymagania przewidziane w ustawie o rachunkowości,
• nowe uregulowania dotyczące obowiązków informacyjnych, w tym zwłaszcza wprowadzenie wymogu ogłaszania przez emitentów „Oświadczenia o stosowaniu ładu korporacyjnego”;
• ustanowiony przepisami ustawy o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym wymóg powoływania komitetu audytu w radzie nadzorczej jednostki zainteresowania publicznego. Jest to sprawa – w moim przekonaniu – o najwyższym znaczeniu praktycznym, jej przeto poświęcę uwagę.

PODAŻ ZAUFANIA. Ustawa zakłada regułę, że w radzie nadzorczej jednostki zainteresowania publicznego (jest to pojęcie wprowadzone na użytek owej ustawy i przez nią zdefiniowane) działa wyłoniony przez radę nadzorczą z jej składu komitet audytu w składzie co najmniej 3 członków. Od tej zasady wszakże dopuszcza się liczne wyjątki. Wymóg ten nie dotyczy więc wymienionych w ustawie jednostek zainteresowania publicznego. Nie dotyczy on także jednostek zainteresowania publicznego, których rady nadzorcze działają w składzie pięciu osób. Wówczas funkcje komitetu audytu może spełniać rada nadzorcza in pleno. Trudno powstrzymać się tu od uwagi, że takie rozwiązanie wskazuje spółkom drogę do uniknięcia komitetu audytu: wystarczy zmniejszyć skład rady nadzorczej do pięciu osób, a komitet przestaje być obligatoryjny.

Zadania komitetu audytu zostały określone bardzo konwencjonalnie. Otóż należy do nich w szczególności „monitorowanie” (cokolwiek ów termin oznacza) procesu sprawozdawczości finansowej, skuteczności systemów kontroli wewnętrznej, audytu wewnętrznego oraz zarządzania ryzykiem, wykonywania czynności rewizji finansowej, wreszcie – niezależności biegłego rewidenta i podmiotu uprawnionego do badania sprawozdań finansowych. Ustawa koncentruje się przeto na relacjach między spółką a biegłym rewidentem. Zapewne z czasem lukę ustawową wypełnią dobre praktyki komitetu audytu. W Polsce prace nad projektem dobrych praktyk zostały już podjęte w Polskim Instytucie Dyrektorów.

BARIERA POPYTOWA. Paradoks polega na tym, że ustawa – dostarczając rynkowi sporą porcję zaufania kreowanego przez komitety audytu – ogranicza zarazem wydatnie popyt na zaufanie. Wymogi, stawiane przez nią przed niektórymi członkami komitetów audytu są bowiem nazbyt surowe, w istocie rzeczy – godzące w podstawy corporate governance. Otóż w skład komitetu audytu powinna wejść przynajmniej jedna osoba będąca członkiem rady nadzorczej i reprezentująca „kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej”. Dlaczego europejski standard „kompetencji” podniesiono aż do poziomu „kwalifikacji”, doprawdy trudno zrozumieć – zwłaszcza w świetle stanowiska Ministerstwa Finansów przypisującego owe kwalifikacje nie tylko (co zrozumiałe) biegłym rewidentom, także… osobom uprawnionym do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych!

Polski Instytut Dyrektorów podjął wespół z ACCA próbę rozwiązania tego problemu: spółki potrzebujące do swoich komitetów audytu kandydatów reprezentujących wymagane kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej, i to kwalifikacje rzeczywiste, międzynarodowe, mogą korzystać z prowadzonej przez PID listy kandydatów na członków komitetu audytu.

NIEZALEŻNY DO PRZESADY. Bardziej skomplikowany jest przewidziany w ustawie i połączony z wymogiem posiadania kwalifikacji w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej warunek niezależności takiego członka komitetu audytu. Nie kwestionuję potrzeby niezależności członków rad nadzorczych – rzecz rozbija się natomiast o kryteria tej niezależności. Powszechnie przyjętym kryterium jest bowiem niezależność członka rady nadzorczej od spółki i podmiotów pozostających w istotnym powiązaniu ze spółką. Względem (przynajmniej jednego) członka rady nadzorczej wchodzącego w skład komitetu audytu i posiadającego wymagane „kwalifikacje” zastosowano jednak wymóg zachowania niezależności skrojony na miarę biegłego rewidenta: taki członek rady nadzorczej i jej komitetu audytu nie może posiadać akcji nadzorowanej spółki. Uważam, że to przesada! Nie widzę niczego niewłaściwego w zaangażowaniu finansowym członków rady nadzorczej w nadzorowaną przez nich spółkę, w posiadaniu przez nich akcji – przy czym posiadanie nieznacznego (w przeciwieństwie do „znacznego” w rozumieniu prawa) pakietu akcji nie przekreśla, ani nie podważa, przymiotu niezależności.

Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle. Zamiast kreować zaufanie rynku do spółki, komitet audytu staje się obiektem kontrowersji. A to dlatego, że stworzono go dla wygody biegłych rewidentów, nie dla zaspokojenia rzeczywistych potrzeb rynku.

Tekst ogłoszony 24 lutego 2010 r. w numerze specjalnym Przeglądu Finansowego BANKIER.

Z opinii, jakoby Lehman Sisters zarządzałyby ryzykiem lepiej niż Lehman Bros, w obliczu faktów wycofałem się ze wstydem…

Niezależni w przeciągu [2004]

Członkowie rady nadzorczej często nie mają akcji nadzorowanej spółki. Lepiej, by mieli. Także niezależni!

Akcjonariusze bez umiaru mieszają w składach rad nadzorczych spółek publicznych. Piszę od lat, że rady są jak drzwi obrotowe: jedni wchodzą, inni wychodzą, nie widać końca ruchu. To poniekąd zrozumiałe, skoro rynek jest żywym organizmem, a zmiany w składzie rady najczęściej płyną ze zmian w składzie akcjonariatu. Otóż kiedy tylko akcjonariusz osiągnie w spółce znaczącą pozycję, pragnie uzyskać na tę spółkę wpływ, m.in. poprzez reprezentację w jej radzie nadzorczej. Ujmując rzecz dosadnie, inwestor chce mieć w radzie swoich ludzi. Swoich – czyli takich, którym ufa. Zaufanie jest przymiotem osobistym. Rynek nie może zatem orzec za inwestora, że członek rady, pan Iks, jest osobą godną zaufania, więc nie należy usuwać go z rady by zrobić miejsce dla pana Ygreka, który – w opinii rynku – osobą godna zaufania nie jest.

Daremnie przekonywać inwestora, że wprowadzając do rady nadzorczej osoby, które darzy zaufaniem, godzi w idealne założenie, że członkowie rady nadzorczej nie powinni działać w interesie akcjonariuszy, którzy przepchnęli ich do rady, lecz w interesie spółki. Wszak interesu spółki nie można rozumieć inaczej, niż jako wykładnik wspólnych interesów jej akcjonariatu. Oderwanymi od poszczególnych akcjonariuszy i zarządu powinni być natomiast niezależni członkowie rady nadzorczej. Niezależni, bo wolni od powinności reprezentowania partykularnych interesów, przeto rzeczywiście zdolni do działania w interesie spółki.

Problem polega na tym, że w świetle prawa i zasad dobrej praktyki pozycja niezależnych członków rady nadzorczej nie jest w żaden sposób ustabilizowana. Są oni na równi z zależnymi zagrożeni przeciągami kadrowymi. Wystarczy zmontować większość na walnym zgromadzeniu, by odwołać całą radę nadzorczą lub poszczególnych jej członków. Ba, wystarczy zmontować mniejszość uprawniającą do przeprowadzenia wyboru co najmniej jednego członka rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami, by doprowadzić do przedterminowego wygaśnięcia mandatów wszystkich dotychczasowych członków rady nadzorczej, w tym członków niezależnych. Wprawdzie prawo przewiduje pewien wyjątek od tej zasady, ale – paradoksalnie! – bierze ono w ochronę akurat członków zależnych.

Tkwi tu szkopuł. Z jednej strony zalecamy spółkom publicznym, by co najmniej połowę miejsc w radzie oddały niezależnym. Oczekujemy, że będą to osoby ze sporym doświadczeniem w sprawowaniu nadzoru korporacyjnego i z poważnymi kwalifikacjami. Postulujemy, by niezależnych członków rady wyposażyć w szczególne uprawnienia, zwłaszcza w procesie wyboru dla spółki biegłego rewidenta lub ustalania wynagrodzeń zarządu. Z drugiej wszelako strony dopuszczamy, że owi niezależni członkowie rady nadzorczej mogą być z niej w każdej chwili odwołani.

Jest jeszcze jeden szkopuł. Członkowie rady nadzorczej często nie mają materialnych związków z nadzorowaną spółką, a tylko z akcjonariuszem, który wniósł do tej spółki kapitał. Owszem, są na rynku inwestorzy, którzy zaangażowali w jakąś spółkę swój osobisty majątek, po czym sięgnęli dla siebie po miejsce w radzie nadzorczej, lub obsadzili radę członkami swojej rodziny. Jednak przeważnie zasiadają w radach reprezentanci inwestorów instytucjonalnych, niekiedy młodzi i niedokształceni, zgoła niedouczeni. Wszak widywałem na walnych zgromadzeniach chmary tzw. dyrektorów inwestycyjnych obsiadających, jak szarańcza, rady – chociaż jeszcze nie mieli pojęcia o spółce, którą mieli nadzorować. Trudno założyć, by za swoją działalność mieli oni kiedykolwiek ponieść odpowiedzialność majątkową, skoro nie mają żadnego majątku.

Utarty w Polsce obyczaj wcale nie skłania członków rad nadzorczych do stawania się akcjonariuszami nadzorowanych spółek. Nie wymaga się tego od nich, nie oczekuje, nie zaleca. Skoro jednak postuluję tutaj trwalsze umocowanie w radzie nadzorczej jej niezależnych członków, by nie wymiótł ich najlżejszy podmuch, warto zrównoważyć ten postulat sugestią, by niezależni obracali część swoich dochodów z tytułu członkostwa w radzie na zakup akcji nadzorowanej spółki. I by nie zbywali swoich akcji przez jakiś okres (rok? dwa?) od chwili wyjścia z rady. Nabycie akcji przez niezależnego nie godzi w jego status, skoro nie rodzi powiązań ze znaczącymi akcjonariuszami ani z zarządem spółki.

Sprawa jest dyskusyjna. W krajach anglosaskich wiele spółek wymaga od dyrektorów, także powoływanych jedynie do nadzoru, a nie do zarządzania, określonego stanu posiadania akcji nadzorowanej spółki. Dyrektor, który akcji nie posiada, bywa przez statut zobowiązywany do nabywania ich za część wynagrodzenia z tytułu członkostwa w radzie. Niemniej takie rozwiązanie budzi kontrowersje. Sprzeciwia mu się m.in. CalPERS. Co jednak nie oznacza, że nie jest ono warte wnikliwego przedyskutowania.

Tekst ogłoszony 25 października 2004 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2013.07.19 Turecki święty
2001.05.14 Ośla ławka

Dwa fotele z przesiadką [2003]

Czy w radzie nadzorczej jest miejsce dla byłych członków zarządu? Niemcy właśnie spierają się o to.

Widmo krąży nad polskim rynkiem. Widmo niezależności członków rady nadzorczej. Jedna z przyjętych przez giełdę zasad dobrej praktyki (2002) zakłada, że do końca 2004 roku (a więc już za niedługo) w radach nadzorczych spółek publicznych przynajmniej połowę składu powinni stanowić niezależni. Spółki niechętnie podchodzą do tej zasady, niektóre boją się jej. Niby to one same definiują kryteria niezależności, ale pożądanym rozwiązaniem jest po prostu brak powiązań takiego członka rady ze spółką, jej zarządem, oraz inwestorami.

Żadną miarą nie wynika z tego, by niezależny członek rady nie mógł posiadać akcji nadzorowanej spółki. Jeżeli je posiada, nie ma w tym nic złego, byle traktował je jako inwestycję długoterminową. Są w świecie spółki, które wymagają, by ich nadzorcy posiadali akcje lub nabywali je w trakcie kadencji. Można wszak oczekiwać, że wtedy członek rady będzie szczególnie sumiennie przykładał się do swoich obowiązków.

Nie jest niezależnym członkiem rady osoba, która wcześniej wchodziła w skład zarządu. W Polsce zdarza się, że były prezes po zakończeniu kadencji przechodzi do rady nadzorczej. Nie jest to samo z siebie oznaką dobrej praktyki, ani symptomem wysokiej kultury korporacyjnej. Każdy taki przypadek należy rozważyć indywidualnie. Akcjonariusze mogą dojść do wniosku, że były prezes zarządu sprawując nadzór nad spółką, którą poprzednio kierował, będzie nadal wzbogacać jej wartość. Jeżeli tylko wzbogacał ją wcześniej, co nie wszystkim udawało się. Przypadek Krzysztofa Szwarca, „urzędującego” przewodniczącego rady BRE jest wobec tego wyjątkiem (akceptowanym przez rynek z uwagi na wyjątkowe przymioty twórcy banku), ale nie drogowskazem.

W rozważaniach na temat udziału byłych prezesów zarządów w radach nadzorczych warto wziąć pod uwagę, co dzieje się za miedzą, w Niemczech. Toczą się tam ciekawe dyskusje, które powinny nas żywo obchodzić. Po pierwsze, nasz system prawny jest w dużej mierze oparty o wzory przejęte z Niemiec: nie tylko dawny kodeks handlowy, lecz i świeży jeszcze kodeks spółek handlowych to przykłady recepcji do Polski rozwiązań zakorzenionych już w prawie niemieckim. Po drugie, niemieccy inwestorzy odgrywają w Polsce sporą rolę, zwłaszcza w krainie pieniądza. Wiele liczących się banków, towarzystw ubezpieczeniowych, towarzystw funduszy inwestycyjnych ma niemieckich inwestorów.

Otóż w Niemczech przed laty ukształtowała się praktyka, że kiedy prezes zarządu opuszcza stanowisko – przechodzi do rady nadzorczej, często na stanowisko jej przewodniczącego. Pozwala to uniknąć głębszej refleksji nad strategią spółki, nad koniecznością zmian. Kiedy w Niemczech dojrzała świadomość przemożnego powołania naszych czasów do stanowienia zasad dobrej praktyki, zwolennicy porządku korporacyjnego zaczęli oponować przeciwko mechanicznemu włączaniu do rady nadzorczej odchodzących na emeryturę członków zarządu. Kolejnym krokiem było sformułowanie zasady, że w skład rady powinno wchodzić nie więcej niż dwóch byłych członków zarządu. Chodzi o to, by wyzwolić nadzór spod dominacji zarządu i właściwego mu stylu myślenia.

Obecnie, kiedy gospodarka Niemiec zbliża się ku recesji, akcjonariusze chcą rozliczać prezesów z wyników. Znacznie zyskał na znaczeniu pogląd, że prezes spółki, który nie sprostał swoim zadaniom, nie powinien obejmować stanowiska przewodniczącego rady. W połowie maja spierano się o to na walnym zgromadzeniu HypoVereins Bank. Prezes Albrecht Schmidt, który sprowadził bank na krawędź poważnych kłopotów, zawczasu rozsiadł się w radzie nadzorczej. Niektórzy inwestorzy stanęli na stanowisku, że wprawdzie znajomość spraw banku predestynuje go do miejsca w radzie, ale już nie do fotela jej przewodniczącego. Dwa tygodnie wcześniej wzniecono podobną dyskusję na walnym zgromadzeniu Allianzu. Były prezes towarzystwa ubezpieczeniowego Henning Schulte–Noelle, chociaż odpowiedzialny za gigantyczne straty, mimo to został wybrany przewodniczącym rady. Także Munich Re zamierza dać swojemu prezesowi kopa w górę, do rady nadzorczej.

Wspomniane trzy spółki z Monachium są ściśle powiązane, co utrudnia aktywnym inwestorom przewietrzenie ich i zakorzenienie w nich dobrej praktyki. Dojrzewa przekonanie, że owe powiązania osłabiają konkurencyjność gospodarki niemieckiej. Zwolennicy wprowadzania byłych prezesów na fotel szefa rady nadzorczej nie biorą pod uwagę, że zarząd i rada nadzorcza to w świetle niemieckiego prawa dwa różne organy o całkiem odmiennych zadaniach. Przypominają oni za to chętnie, że niemiecki zbiór zasad dobrej praktyki to dzieło zespołu ekspertów, któremu przewodniczył Gerhard Cromme, były prezes ThyssenKrupp AG, a obecnie – przewodniczący rady nadzorczej przemysłowego giganta. Jeszcze jeden, który przesiadł się z fotela na fotel.

Tekst został ogłoszony 26 maja 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.06.04 Kłopoty z niezależnością
2002.10.07 Kto jest niezależny?

Kto jest niezależny? [2002]

Liczy się brak powiązań ze spółką i jej bliskim otoczeniem, a nie cechy charakteru lub portfela!

W statutach coraz liczniejszych spółek pojawia się pojęcie niezależnych członków rady nadzorczej. Jest ono przeszczepiane na nasz grunt z systemów, gdzie zarządzanie i nadzór sprawowane są przez jeden organ. Rodzimy system jest inny, zarząd i nadzór są (przynajmniej w świetle prawa) ściśle rozdzielone, jednak przeszczep przyjmuje się dobrze. Organizm go nie odrzuca, co świadczy optymistycznie o kształtującym się w Polsce porządku korporacyjnym.

Potrzeba usprawnienia i uwiarygodnienia nadzoru nad spółkami jest bezsporna. Do sprawowania nadzoru często powołuje się figurantów, w tym nawet członków rodzin kluczowych inwestorów, co jest praktyką gorszącą. Gdyby policzyć, w ilu spółkach publicznych nadzór został powierzony żonom, córkom, synom, teściowym, szwagrom i pociotom inwestorów lub członków zarządu – zaraz by nam polski rynek obrzydł. W wielu spółkach utarło się już, że większość z nadzorujących nawet nie usiłuje ogarnąć interesu spółki i kieruje się wyłącznie interesem, a nawet instrukcjami, tego z akcjonariuszy, który ich przepchnął do rady.

W podanym przez giełdę spółkom do przestrzegania (i sprawozdawania na temat przestrzegania) zbiorze zasad dobrych praktyk (2002) znajduje się wytyczna, by członkowie niezależni stanowili przynajmniej połowę składu rady. Spółki publiczne powinny spełnić ten postulat do końca 2004 roku. Giełda zaleca, by niezależni członkowie rady nadzorczej byli wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na zdolność niezależnego członka rady do podejmowania bezstronnych decyzji, natomiast określenie szczegółowych kryteriów niezależności pozostawia się statutom spółek.

Wynika z tego niezbicie, że niezależność to status, wyróżniający się brakiem powiązań, o których mowa powyżej, a nie cechy charakteru lub portfela. Usiłuje się zdyskredytować pojęcie niezależnych członków rady perfidnym argumentem, że są oni zależni od spółki, skoro wynagrodzenie za pracę w radzie nadzorczej waży na ich sytuacji materialnej. Jakkolwiek naiwnie to zabrzmi, przecież nie tylko niektórzy, lecz absolutnie wszyscy członkowie rady nadzorczej powinni posiąść zdolność niezależnego osądu spółki i jej sytuacji. Za sprawą odwagi cywilnej i silnej osobowości – powinni oni prezentować niezależną postawę. Skoro niezależnego osądu i postawy wymaga się od wszystkich, przeto od niezależnych wymaga się czegoś innego.

Spółki starają się wyjaśnić w swoich statutach, na czym polega brak powiązań niezależnego członka rady ze spółką i jej otoczeniem. Nie jest to wcale łatwe. Lista wyłączeń jest długa. Nie spełnia więc, na przykład, wymogu niezależności były pracownik spółki albo były członek jej zarządu. Nie jest także niezależnym pracownik lub członek organu spółki powiązanej. Nie jest nim kooperant, pracownik banku finansującego spółkę, odbiorca lub dostawca. Nie jest nim specjalista, którego usługi można nabyć bez wprowadzania go do rady, jak doradca prawny albo podatkowy. Nie jest nim zwłaszcza krewny członka zarządu lub pracownika spółki, a także pracownika lub członka organu spółki powiązanej, albo liczącego się inwestora. Itd., itp.

Nie ma formalnych przeszkód, by wybrać do rady nadzorczej osobę lub osoby, które nie spełniają tych warunków, czyli są w jakikolwiek sposób powiązane ze spółką. Ale, po pierwsze, tacy członkowie rady nie będą mogli zająć w niej miejsc zarezerwowanych dla członków niezależnych. Po drugie, opinia publiczna, raz przebudzona, nie zamknie już oczu na takie praktyki. Krewni, powinowaci, podwładni i zależni wraz z długą listą innych zostali naznaczeni trwałym piętnem. Ich może to nie zaboli, ale inwestorów nawet bardzo. Kto wniesie pieniądze do spółki nadzorowanej po kumotersku?

W jednej kwestii polskie spółki nie są zgodne: czy posiadanie akcji nadzorowanej spółki dyskwalifikuje niezależnego? Statuty niektórych spółek stanęły na stanowisku, że posiadanie nawet jednej akcji przekreśla niezależność. Statuty innych spółek dopuszczają posiadanie przez niezależnego, lub podmioty powiązane z nim, limitowanego pakietu akcji, na przykład do 5% kapitału. Oponuję przeciwko obu tym rozwiązaniom; wolałbym trzecie, pośrednie. Bywają przecież na Zachodzie spółki, w których osoby zajmujące się zarządem lub nadzorem są wręcz zobowiązane do posiadania (lub nabycia w przepisanym terminie) pakietu akcji spółki. Podoba mi się takie rozwiązanie, wszak konia tuczy oko pańskie, nie furmańskie. Jeżeli członek rady nadzorczej, albo podmiot powiązany z nim, posiada mało znaczący pakiet akcji, nie uwłacza to w mojej opinii jego niezależności. Lecz aż 5% to jednak zbyt wiele, ponieważ tak znaczny pakiet może już przeważyć wynik głosowania.

Tekst został opublikowany 7 października 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.06.04 Kłopoty z niezależnością
2003.05.26 Dwa fotele z przesiadką

Ośla ławka [2001]

Statut spółki może związać członkostwo w radzie nadzorczej z wymogiem posiadania akcji. W niektórych państwach do rady nadzorczej można wybierać wyłącznie akcjonariuszy spółki. Wymaga tego ustawa, natomiast statut spółki określa minimalną ilość akcji kwalifikującą do członkostwa w radzie. W innych państwach ustawa daje samym spółkom prawo wymagania od członków zarządu i nadzoru posiadania określonej w statucie ilości akcji. Kto został wybrany do rady, a akcji nie posiada (bądź nie posiada ich tyle, ile wymaga statut) ma według angielskiego prawa spółek najwyżej dwa miesiące, by uzupełnić swój stan posiadania, pod rygorem wygaśnięcia mandatu.

Gdzieniegdzie członkowie rady bywają zobowiązani do przeznaczania wynagrodzenia za pracę w radzie na zakup akcji nadzorowanej spółki, aż zgromadzą ich tyle, ile wymaga statut. Fundusze inwestycyjne opowiadają się niekiedy za tym, by nawet po zgromadzeniu wymaganej ilości akcji, członkowie rady otrzymywali połowę wynagrodzenia (po opodatkowaniu) w akcjach lub opcjach na akcje. Coraz częściej bywają też oni (a nie tylko członkowie zarządu) adresatami opcji na zakup akcji w przyszłości.

Przemawia za tym argument, że członkowie rady nadzorczej, póki nie staną się akcjonariuszami, nie mają motywacji do skutecznego działania dla dobra akcjonariatu. Póki nie mają akcji, nie mają też motywacji do skutecznego działania na rzecz wzrostu wartości tych akcji. Spółka służy wtedy innym celom, niż przysparzanie wartości swoim akcjonariuszom. Nie spotkałem się z rozsądnym argumentem przeciwko gromadzeniu akcji spółki przez członków rady nadzorczej (oraz przez członków zarządu). Przeprowadzane przez nich operacje na akcjach własnej spółki, oraz transakcje ze spółką, powinny być oczywiście poddane szczególnie surowym rygorom informacyjnym.

W Polsce zdumiewająco niski odsetek członków rad nadzorczych posiada akcje nadzorowanych przez nich spółek, często w znikomej ilości. Jest to zjawisko bardzo niekorzystne. Nadzór nie jest zainteresowany sprawami spółki, zjawia się w niej raz na kwartał, odbywa posiedzenie, zjada obiad, natomiast akcjonariuszom nie przybywa od tego wartości. Mało kto zresztą przejmuje się nimi. Ich rola kończy się z chwilą wyłożenia przez nich kapitału. Potem w grze uczestniczy „lepsze towarzystwo”.

Istnieją trzy przyczyny takiego stany rzeczy. Pierwszą jest tradycja polskiej prywatyzacji, ukształtowana przez instytucję jednoosobowej spółki Skarbu Państwa. Większość członków nadzoru nie mogła posiadać akcji. Mieli je tylko pracownicy spółki, acz nie cenili ich, bo najczęściej dostawali je za darmo. Wiele z tych spółek poszło już na giełdę, a nadzór nadal sprawowany jest nie przez akcjonariuszy, ale osoby obce. Druga przyczyna tkwi w tym, że na skład rad nadzorczych polityka wciąż ma większy wpływ, niż akcjonariat spółek. Trzecia przyczyna to wstyd posiadania: fałszywy, zakłamany, wywierający nieszczęśliwe skutki, skutecznie kreowany przez polskich trybunów ludu.

Zapytany o stan majątkowy, polityk z dumą wyzna, że nie posiada nic. A już z pewnością żadnych akcji i obligacji! Miał kota, ale zdechł. Stąd moda na buty saperki i sweter plugawy. Od sławetnej afery spółki „Telegraf” dzielnej braci (i braci) z PC, niektórzy do dzisiaj uważają wszystkie spółki za złodziejstwo. W ankiecie przeprowadzonej kilka lat temu przez „Prawo i Życie” nawet Andrzej Olechowski zarzekał się, że nie ma żadnych akcji i udziałów, a jeździ fiatem cinquecento. Donald Tusk nawet nie miał oszczędności. Jak z takimi budować kapitalizm?

Stąd charakterystyczne obrazki na walnych zgromadzeniach: niewielu akcjonariuszy, ponieważ nie są potrzebni, a gdzieś z boku, jakby w oślej ławce, czasem zasiądzie reprezentacja rady nadzorczej. Bierna, bo nie głosuje, skoro członkowie rady często nie mają akcji. Skromna, bo członkowie rady nawet nie fatygują się na zgromadzenia, skoro nikt ich z tego nie rozlicza. Najgorzej, kiedy dorabiają do tego ideologię głosząc, że nie wypada mieć akcji. Niektórzy w swoich osądach moralnych idą jeszcze dalej i opowiadają dyrdymały, jakoby w ogóle nie wypadało zasiadać w radach nadzorczych. Niedawno, podczas obchodów rocznicy Powstań Śląskich przypomniano, jak Wojciech Korfanty bywał ganiony za pracę w radach nadzorczych. Nie wypadało, bo spółki były niemieckie. A kiedy umierającego męża stanu wtrącano do więzienia, to wypadało. Więzienie było polskie.

Nie ma przeszkód, by w statutach polskich spółek przyjmować zasadę, że do rady nadzorczej można wybrać tylko akcjonariuszy spółki, posiadających akcje w określonej ilości lub wartości. Dla pracowników spółki można zastosować łagodniejsze kryteria. Przykłady anglosaskie wykazują, że spółki mają się lepiej, jeżeli nadzór i zarząd ma znaczne pakiety akcji. Pora wygonić nadzór z oślej ławki między akcjonariuszy.

2001.05.14 tekst został ogłoszony w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:
2001.06.04 Wystarczy mieć
2013.07.19 Turecki święty