Archiwa tagu: brygady z Marriotta

Świata koło

Dźwignijmy poprzeczkę wymagań stawianych przed radami nadzorczymi, podnieśmy oczekiwania względem kompetencji ich członków, a różnorodność pojawi się sama.

Czas nie sprzyja różnorodności. Wszystko ma być na jedno kopyto, jak w Korei Północnej. Ale też nigdy polski rynek kapitałowy nie dbał o różnorodność, do dzisiaj nie dostrzega płynących z niej korzyści, nawet nie ogarnia jej znaczenia. Uważa się, że różnorodność jako atrybut corporate governance ma w Polsce tylko jeden wymiar i dotyczy proporcji mężczyzn i kobiet w składzie zarządów i rad nadzorczych. Nie mamy przecież problemów etnicznych, więc nie musimy mieć na uwadze kwestii reprezentacji mniejszości narodowych. Nie mamy problemów rasowych, więc nie musimy dbać o kolorowych.

Owszem, proporcje udziału w zarządach i radach nadzorczych są dla kobiet rozpaczliwie niekorzystne. Nie czerpiemy w dostatecznym stopniu z tej puli wielkiej talentów. Lecz nie jest to ani jedyne kryteriów różnorodności, ani – moim zdaniem – najważniejsze. Najbardziej dokucza mi niechęć wobec obcokrajowców. Ze szczególnym natężeniem manifestuje się ona w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nie od dzisiaj, więc nie można rządzącej obecnie ekipie przypisać pełnej odpowiedzialności za taki stan rzeczy, obawy przed zagranicznymi menedżerami tliły się w nas już wcześniej, ale przynajmniej nie były uważane za cnotę, za powód do narodowej dumy. Nie służą gospodarce kwakania o powstawaniu z kolan, odzyskiwaniu podmiotowości, ani podobne nacjonalistyczne brednie.

Niektóre polskie spółki mają i międzynarodowe aspiracje, i możliwości ich realizacji. W ich zarządach i radach nadzorczych daremnie szukać ekspertów o międzynarodowym autorytecie w zarządzaniu. O składzie tych organów decyduje przede wszystkim polityka, co jest zjawiskiem fatalnym, ponieważ obecne kryterium poprawności w polityce personalnej („posady dla ziomali”) nie przystają do świata. Boli nie tylko, że partia rządząca działa w myśl schematu TKM (Teraz, K…., My). Boli zwłaszcza, że odwoływanych zastępują osobnicy pomniejszego kalibru. Zmiany u steru Orlenu lub KGHM nie wróżą Polsce utrzymania wysokich ratingów.

Stefan Kisielewski wytykał ekipie rządzącej PRL, że jest „dyktaturą ciemniaków”. Zabolało to ciemniaków, zabolało i Kisielewskiego, kiedy został pobity. Dzisiaj nie ma dyktatury, ciemniacy rozpłynęli się w społeczeństwie, nastała epoka średniaków, którzy może i powstali z kolan, ale wstydliwie kucają za krzaczkiem, pełni obaw, że obcy nas przejrzą, odkryją wstydliwą prawdę. Przeżywamy okres zatrzaskiwania drzwi, zamykania okien. Stajemy się zaściankowi. Młodzież mamy otwartą na świat, podróżującą, mówiącą językami, ale niektórzy spośród nowych menedżerów spółek z udziałem Skarbu Państwa pochodzą jakby z innej planety.

Potrzebna jest szersza perspektywa. Wielu członków zarządów i rad nadzorczych polskich spółek nie ma doświadczenia w innych spółkach, ani w innych branżach, „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Trzeba jednak wyjść poza skromne doświadczenia z lokalnego podwórka. Nie orędowałbym za importem doświadczonych zagranicznych menedżerów, gdybyśmy mieli na rynku własnych specjalistów z praktyką w zagranicznych radach dyrektorów. Nie mamy ich, niestety, i nie zanosi się, by rozwinięte rynki importowały specjalistów z Polski. Nie uważam, że wprowadzony do polskiej spółki zagraniczny specjalista będzie lepszym menedżerem. Doskonale pamiętam początki polskiej transformacji, otaczane przez nas kultem brygady z Marriotta, często złożone także ze średniaków. Niemniej ufam, że obcokrajowiec świeciłby wśród naszych odmiennością, wzbogacając twórczą różnorodność talentów, postaw, doświadczeń kadry zarządzającej.

Na określenie jakości zarządów i rad nadzorczych polskich spółek giełdowych często używałem obrazowego porównania z meteorologicznych komunikatów o stanie wód na głównych rzekach kraju: wiele zarządów – mówiłem – kwalifikuje się do stanów wysokich, większość rad nadzorczych działa w dolnej strefie stanów średnich lub nawet w średniej strefie stanów niskich. Sprowadzenie roli rad nadzorczych w spółkach z udziałem Skarbu Państwa do mioteł służących jedynie do wyganiania zarządów, nie służy poprawie sytuacji. Ale zaangażowanie do pracy w polskich radach nadzorczych doświadczonych zagranicznych specjalistów nie będzie zadaniem łatwym z uwagi na przepastną różnicę wynagrodzeń za pracę w radach. Wynika ona z przepastnej różnicy w odpowiedzialności członków rad nadzorczych, u nas wciąż iluzorycznej.

Brak różnorodności w radach nadzorczych ma więcej wymiarów. Oprócz wspomnianej dyskryminacji kobiet przejawia się on w dążeniach do wypełniania rad osobami w podobnym wieku, reprezentującymi zbliżone doświadczenia i kwalifikacje, podobny profil zawodowy, nawet dyplomy tej samej uczelni ekonomicznej. Dźwignijmy poprzeczkę wymagań stawianych przed radami nadzorczymi, podnieśmy oczekiwania względem kompetencji ich członków, a różnorodność pojawi się sama.

Tekst ogłoszony 15 litego 2016 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET