Archiwa tagu: consensus

Głosowanie nie jest wartoscią

Są w polskim prawie spółek rozwiązania zakuwające spółkę w dyby wymogów formalnych. Przykładem są procedury związane z głosowaniem. Nie ułatwiają one dochodzenia do porozumienia, za to służą pewności obrotu zagrożonej ignorancją prawa wśród jego uczestników. Na tym przykładzie widać, że prawo odzwierciedla kulturę społeczeństwa, w którym nurt koncyliacji wciąż przeplata się z żywiołem konfrontacji. Głosowanie nie jest wszak wartością – jest nią zgoda.

Rozważmy dwa scenariusze podejmowania decyzji. Pierwszy polega na tym, by uniknąć formalnego głosowania, w którym zwycięży większość, zaś mniejszość poniesie porażkę. Chodzi o uniknięcie podziału negocjatorów na tryumfatorów i upokorzonych. Projekt uchwały będzie tak długo dyskutowany, aż usunięte zostaną przeszkody skłaniające choćby nieliczną mniejszość do głosowania przeciw. Wprawdzie wymowa uchwały zapewne zostanie stępiona, porozumienie będzie okupione rezygnacją z radykalnych tonów, za to opozycja wobec niego zostanie rozbrojona. Owszem, niektórzy – może nawet większość! – nie poparliby uchwały w kompromisowym brzmieniu, w formalnym głosowaniu chętnie wstrzymaliby się od głosu, lecz do głosowania nie dochodzi. Przewodniczący wyczuwa, kiedy nadejdzie chwila, w której będzie mógł zadać pytanie, czy ktoś sprzeciwia się kompromisowi w tym kształcie, jaki właśnie został wypracowany. Jeżeli sprzeciwu nie będzie, przewodniczący ogłosi, ze uchwała została powzięta – powzięta bez sprzeciwu. Głosy nie będą liczone, by nie okazało się przypadkiem, że tych wstrzymujących się jest więcej niż tych oddanych za.

Taki scenariusz bywa powszechnie stosowany w organizacjach międzynarodowych lub w trudnych rokowaniach w toku wielostronnych konferencji. Zamiast ogłaszać formalne wyniki głosowania (do którego w istocie nie doszło), stosuje się klauzulę, że uchwała została przyjęta nemine contradicente – co nie oznacza, że wszyscy zgodnie udzielili jej poparcia, ale że nikt nie zgłosił sprzeciwu, czyli że osiągnięto w omawianej sprawie consensus.

Tu ciekawostka: na naszym rynku kapitałowym pod pojęciem consensusu rozumie się… średnią prognoz analityków w kwestii wyników spółki. Prawdziwy consensus to porozumienie, choćby tylko ciche, domniemane; natomiast nasz „consensus” to głośne uśrednienie rozbieżności.

Consensus osiągany w negocjacjach na konferencjach międzynarodowych można zbyć stwierdzeniem, że to tylko polityka, chodzi przecież o głaskanie słów, dyplomatyczne żonglowanie znaczeniami – natomiast w spółce chodzi o pieniądze. Niemniej stanowczo przestrzegam przed takim uproszczeniem! Consensus bywa metodą podejmowania decyzji przez doroczne walne zgromadzenia niejednej zachodniej korporacji, bywa także często stosowany w radzie dyrektorów.

Drugi scenariusz wynika z przepisów Ksh. Brane są pod uwagę wyłącznie głosy oddane, czyli oddane formalnie w formalnym głosowaniu, czy to w zarządzie lub radzie nadzorczej, czy podczas walnego zgromadzenia. Nie podejmuje się uchwał przez aklamację nawet w sprawach budzących oczywistą jednomyślność. Byłoby to nawet w porządku, gdyby nie pewien narodowy szkopuł: otóż NIE UMIEMY LICZYĆ GŁOSÓW. Nie mam na myśli skompromitowanej Państwowej Komisji Wyborczej, ani żałośnie nieporadnego Krajowego Biura Wyborczego. Chodzi o zarządy i rady nadzorcze spółek akcyjnych, zwłaszcza tych notowanych. Spółki nie rozumieją, co to jest bezwzględna większość głosów, kto i kiedy może użyć głosu rozstrzygającego, za to powszechnie nadużywają tajności głosowania. Będę tu o tym pisać. Często i dużo.

Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw