Archiwa tagu: corporate governance w bankach

Bank z wydartym sercem

O Banku BPH pisałem wielokrotnie, że jego już dawno nie będzie, ale o skandalu z nim związanym jeszcze długo będą wspominać podręczniki corporate governance. Skandalowi winien był Skarb Państwa.

Niektóre firmy doradcze rozpowszechniają zabawne wyniki swoich badań, z których wynika, jakoby inwestorzy skłonni byli płacić dwadzieścia kilka procent więcej (ale od czego więcej? – nie wiadomo) za akcje spółek z należytym corporate governance. Wobec tego, inwestorom przyszłoby płacić odpowiednio mniej za akcje spółek bez corporate governance. Wkrótce sprawdzimy to na przykładzie Banku BPH.

Jedną z pierwszych osób, które publicznie użyły w Polsce pojęcia „corporate governance” była Barbara Lundberg w wywiadzie dla Gazety Bankowej przed IPO Banku Przemysłowo-Handlowego. Pytana, czy Enterprise Investors są zainteresowani złożeniem zapisu na akcje, odpowiedziała, że nie – bo w tym banku nie ma corporate governance. Zainteresowania nie wykazał także partner umowy bliźniaczej, ABN Amro.

Ledwo bank wszedł na GPW, w marcu 1995 r. rada nadzorcza niespodzianie odwołała nocą prezesa Janusza Quandta, delegując na jego miejsce ze swojego składu… fizyka (ale nie kwantowego). Awantura przeniosła się na walne zgromadzenie, gdzie zaskoczeni uczestnicy wysłuchali sprzecznych ze sobą ocen spółki dokonanych przez zarząd i radę nadzorczą; można było odnieść wrażenie, że chodzi o dwie różne spółki. Radę rozpędzono. Z czasem utarło się, że walne zgromadzenia banku miewały osobliwy przebieg. Czasem faulowal Skarb Państwa, czasem bank.

Quandtowi zarzucano, że nie przekazywał zarządowi banku ustaleń rady (a nie mogła rada spotykać się z całym zarządem?) i podsłuchiwał obrady rady za pomocą wymyślnego urządzenia. A także, że w banku zatrudniał licznych doradców o niesprecyzowanych zadaniach i sporych wynagrodzeniach. Na tym tle doszło do schizmy w zarządzie. Jeszcze długo w banku toczyły się niecodzienne wydarzenia, najbardziej spektakularnym było nagłośnione aresztowanie wiceprezesa pod absurdalnymi zarzutami. Dzisiaj jest on cenionym menedżerem, ale do banku nie wrócił.

O Banku BPH pisałem wielokrotnie, że jego już dawno nie będzie, ale o skandalu z nim związanym jeszcze długo będą wspominać podręczniki corporate governance. Skandalowi winien był nie bank, ale Skarb Państwa, który zbył swój pakiet (a wraz z nim kontrolę nad spółką) po cenie znacznie przewyższającą tę, jaką otrzymali akcjonariusze. Nabywca, Hypo– und Vereinsbank z Monachium płacił Skarbowi Państwa (miał 37% udział w spółce) po 480 zł za akcję, EBOiR (miał 9, 7%) otrzymał po 420 zł za akcję, a wezwanie dla reszty akcjonariatu ogłoszono po 230 zł za papier. Skarb Państwa nie ujął się za mniejszością, w ich obronie nie wystąpiły także Komisja Papierów Wartościowych i Giełda. Niech szczeźnie drobnica!

Bank był wielokrotnie wstrząsany dalekimi ruchami górotworów. Jego inwestor, HVB, połknął Bank Austria Creditanstalt; wcześniej Creditanstalt przejął w Polsce Powszechny Bank Kredytowy, zatem fuzja monachijsko-wiedeńska wymusiła fuzję krakowsko-warszawską, tak powstał Bank BPH PBK SA. Nawiasem: statut Banku Przemysłowo-Handlowego długo nie przewidywał możliwości stosowania skrótu Bank BPH lub BPH Bank, więc używano ich zamiennie. Później dodano do nazwy człon „PBK”, lecz wytrącono go wnet. Przeprowadzono kosztowny rebranding mający podkreślić związki BPH z jego wiedeńską macierzą (pod parasolem monachijskiej babki), ale sytuacja zmieniła się wkrótce.

Kolejny ruch górotworu zachwiał polskim systemem bankowym. HVB został przejęty przez włoski Unicredit. Wyglądało więc na to, że w konsekwencji należący do Włochów Bank Pekao przejmie należący do Bawarczyków Bank BPH. Ponieważ jednak chodziło o drugi i trzeci bank w Polsce, konsekwencje mediolańsko-monachijskiej transakcji wzbudziły poważne wątpliwości. Ostatecznie zapadła decyzja o osobliwym podziale BPH: Bank Pekao zabrał część korporacyjną i najlepsze oddziały (w ocenie oddziałów nie bez znaczenia były zajmowane przez nie nieruchomości!), a żałosna resztówka miała funkcjonować pod starą nazwą. Nazywano ją ogryzkiem. Mnie, wówczas klientowi Banku BPH niemal od pierwszych dni jego istnienia, nowy kształt tej instytucji przypominał nieśmiertelną rzeźbę Osipa Zadkina w Rotterdamie, upamiętniającą zbombardowanie miasta: „Człowiek z wydartym sercem”.

Przykładem zerwania z tradycją było odejście popularnego prezesa Józefa Wancera. Następnie bank z wydartym sercem został połączony z GE Money Bankiem, a jego oficjalną siedzibę przeniesiono do Gdańska, zrywając ostatnie związki z Krakowem. Część kadry kierowniczej rozpierzchła się po kraju, część przeszła do Banku Pekao, gdzie sprawa Katarzyny Niezgody wydobyła z mroku praktykowane w BPH standardy. Opinia Barbary Lundberg jest nadal aktualna.

Czytaj także:
2000.05.15 Wolne krzesło
2005.11.14 Królik z kapelusza

ING zmienia oblicze [2003]

Stosunek spółek do porządku korporacyjnego odzwierciedla skalę ich działania.

W kwietniu odbędzie się w Hadze walne zgromadzenie ING. Przewiduje się zmiany w statucie i nową strategię spółki na niwie corporate governance. Zmiany będą reakcją na wymogi stawiane na rynku amerykańskim i na krytykę spółki przez holenderskie stowarzyszenie inwestorów (VEB), a przy tym odzwierciedlą globalizację grupy, rozwijającej działalność w kilku dziedzinach (bankowość, ubezpieczenia, zarządzanie aktywami, nieruchomości itd.) na kilku kontynentach (Europa, obie Ameryki, Azja i region Pacyfiku). Spółka lokalna powinna brać pod uwagę wzorce postępowania ukute dla jej lokalnego rynku. Spółka globalna powinna wzbić się ponad lokalne uwarunkowania, prezentując globalne podejście do standardów corporate governance.

ING deklaruje chęć kierowania się dobrem nie tylko akcjonariuszy, lecz ponadto interesariuszy, czyli wszystkich z otoczenia spółki pokładających w niej interesy, w tym klientów, pracowników i społeczeństw. Jeżeli kwietniowe walne zgromadzenie zatwierdzi nowy porządek korporacyjny w ING, dojdzie m.in. do rozszerzenia praw akcjonariuszy, wzmocnienia kompetencji walnego zgromadzenia oraz ukształtowania nowego modelu współpracy z reprezentacją załogi.

Grupa zmienia mechanizm działania. Do tej pory jej struktura wyrastała z modelu holenderskiego, który przewiduje radę nadzorczą uprawnioną m.in. do powoływania i odwoływania członków zarządu oraz do zatwierdzania decyzji o strategicznym znaczeniu. Lecz ponieważ w Holandii pracuje mniej niż 30% załogi ING, ów model zostanie zachowany tylko na szczeblu lokalnym, natomiast na szczeblu grupy planuje się, że walne zgromadzenie zyska wpływ na obsadę stanowisk w zarządzie. Członkowie zarządu będą wprawdzie powoływani przez radę (jest to konieczne w obliczu wymogów tamtejszych organów nadzoru, odpowiedników KNB i KNUiFE), lecz walne zgromadzenie będzie mogło odrzucać poszczególne nominacje większością dwóch trzecich głosów przy uczestnictwie co najmniej jednej trzeciej kapitału. Uzyska ono także wpływ na skład rady, dotychczas kompletowanej w drodze kooptacji.

Do tej pory walne zgromadzenie mogło tylko przyjąć lub odrzucić sprawozdanie finansowe; propozycje przewidują przyznanie mu wpływu na treść sprawozdania. Partnerem holenderskich związków zawodowych był dotąd zarząd grupy. Teraz ma być nim zarząd szczebla lokalnego. Co najważniejsze: przewiduje się zniesienie wszystkich, dotychczas licznych i poważnych, ograniczeń wykonywania prawa głosu z akcji i kwitów depozytowych, oraz uczestniczenia ich posiadaczy w walnych zgromadzeniach. Przewiduje się także zniesienie ograniczeń dotyczących wymiany kwitów depozytowych na akcje, a nadto wprowadzenie licznych ułatwień dotyczących wykonywania prawa głosu na WZ przez dowolnie wybranego pełnomocnika.

Zmienia się rola dwóch instytucji, tzw. biur powierniczych, mających głównie przeciwdziałać próbom wrogiego przejęcia, dotąd reprezentujących interes spółki wobec akcjonariuszy i posiadaczy kwitów depozytowych, a odtąd – ich interesy wobec spółki. Instytucje te były z urzędu nadzorowane przez przedstawicieli rady grupy, którzy teraz zostaną zastąpieni przez niezależnych. Rady obu powierników będą dwakroć do roku spotykać się z zarządem i radą nadzorczą grupy. W radzie nadzorczej grupy, prócz komisji do spraw audytu oraz komisji do spraw wynagrodzeń i składu zarządu, powstaje komisja do spraw corporate governance, odpowiedzialna za doroczne przeglądy sytuacji w świecie i analizy, czy przyjęty przez grupę model porządku korporacyjnego dotrzymuje kroku zmieniającym się potrzebom.

ING ma kilka tożsamości. Holenderską, bo reprezentuje tradycje tamtejszej przedsiębiorczości. Europejską, bo spółka ma silną pozycję w krajach Unii Europejskiej (jak Belgia, Niemcy), oraz w krajach mających do niej niebawem dołączyć (tu przede wszystkim liczy się Polska). Amerykańską, bo 20% akcji znajduje się za Atlantykiem. Globalną, bo spółka działa od Kanady po Australię, od Meksyku po Chiny i Tajwan. Dlatego spółka reaguje na bodźce płynące do niej z rynków na których działa (obecnie takim bodźcem jest przede wszystkim Sarbanes – Oxley Act), ale też sama stara się kształtować wzorce zachowań na rynkach. Czyni to, co musi, ale też czyni to, czego nie musi, a chce. Zarazem zachowuje własną specyfikę, wyrażającą się m.in. odrębnością zarządu i rady nadzorczej.

ING uchyla większość ustrojowych zabezpieczeń przed wrogim przejęciem. Ale chociaż do tej pory prawa akcjonariuszy i posiadaczy kwitów depozytowych były ograniczone, przecież poza Holandię, czyli w „obce ręce” poszło 70% kapitału. Zapewne sprawiła to przejrzystość ING. Grupa prowadzi dobrą politykę informacyjną. Dla wielu posiadaczy akcji i kwitów depozytowych było to chyba ważniejsze od możliwości korzystania z pełni praw korporacyjnych.

Tekst ogłoszony 17 marca 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Back office [2002]

Bankowcy traktują Polskę jako back office Warszawy, ale Warszawa to przecież zaledwie back office Europy.

Kolejny polski bank przenosi się do Warszawy. Nie zrywa on jednak związku z dotychczasową siedzibą. Zostanie ona wykorzystana na potrzeby back office. Tak postępują banki, stadnie migrujące do stolicy: instalują centralę w Warszawie, ale dla oszczędności pozostawiają back office na prowincji. Za to banki okopane już w stolicy wyprowadzają z niej w teren niektóre departamenty. Na koniec banki, które zaciągnęły formalne zobowiązanie, że nie przeniosą swojej centrali do stolicy, przenoszą ją nieformalnie. Szyld centrali pozostał w gdzieś w Polsce, lecz zarząd bywa pod nim nieobecny, bo przebywa służbowo w Warszawie, lub nawet jeszcze dalej.

Dlaczego instytucje finansowe obrały za punkt honoru lokowanie siedziby w Warszawie? Lokale są tam droższe, a koszty utrzymania znacznie wyższe. Nadto w stolicy trudno o lojalny i kompetentny personel, ponieważ konkurencja podbiera go i przepłaca. Dobre spółki dają sobie radę daleko od stolicy, w Jeleniej Górze, Kętach, Świeciu, Dobczycach i Wronkach. Jakie racje przemawiają za tym, by wszystkie narodowe fundusze inwestycyjne działały akurat w Warszawie? Przecież ich dokonania nie dorastają nawet do poziomu gminy! Nie widzę też powodu, by akurat w Warszawie działały wszystkie powszechne towarzystwa emerytalne. Niewykluczone, że wkrótce ściągną do Warszawy wszystkie banki, nie wyłączając spółdzielczych.

Poza stolicą, w Krakowie, zostanie tylko DB 24, którego nie można tknąć, bo gotów rozlecieć się, tak kruche są jego podstawy. W kwietniu 2001 r. walne zgromadzenie wadliwie dokonało wyboru rady nadzorczej, zatem od tego czasu wadliwe są uchwały owej rady, zatem wadliwie został umocowany zarząd, zatem wadliwe są jego uchwały. I tak w kółko. Sąd odmawia też wpisania do rejestru zmian w statucie. Póki bank nie zdejmie z siebie klątwy, pozostanie on na swoim miejscu.

Przez dziedzinę corporate governance wije się wstęgą teoria dotycząca odpowiedzialności spółek wobec interesariuszy (stakeholders). Podchodzę do niej ostrożnie, bowiem na pierwszym planie umieszczam odpowiedzialność jaką ponosi spółka wobec akcjonariuszy, którzy miewają inne interesy niż pracownicy spółki lub związkowcy. Lecz dobro akcjonariatu wcale niekonieczne bywa sprzeczne z dobrem niektórych interesariuszy. Dla instytucji finansowych są nimi klienci, a także lokalne społeczności. Polski paradoks tkwi w tym, że banki – niby w imię walki o klienta! – odrywają się od owych społeczności. Tracąc lokalne korzenie, gubią one gdzieś swoją tożsamość. Stolica jest tak bardzo różna od reszty kraju, że trudno w niej o kontakt z jego rzeczywistością. Skłonność instytucji finansowych do skupiania siedzib w jednym miejscu jest zjawiskiem dobrze znanym w świecie. Tak powstały: londyńska City, nowojorska Wall Street, Boston, Frankfurt, a także mniejsze ośrodki – Monachium, Amsterdam, Mediolan. Naturalne jest przeto pytanie, dlaczego dzisiaj, w epoce rozwoju środków komunikacji, kiedy można już załatwiać interesy z dowolnych miejsc na globie, owe instytucje nie rozproszą się gdzieś po prowincji dla obniżenia kosztów działalności. Skłaniam się ku odpowiedzi, że wspomniane centra finansowe zdołały już wykształcić kulturę korporacyjną wzbogacającą działalność i wartość instytucji, które obrały je na siedzibę.

Warszawa, owszem, ma WIBOR, ale nie utkała jeszcze własnej kultury korporacyjnej. Dzieje się tak dlatego, że wiele instytucji finansowych, które tak garną się do niej, ani nie wiążą z nią swojej przyszłości, ani owej przyszłości nie mają. Zostaną one wchłonięte przez inne instytucje. Przeprowadzki banków do Warszawy nie kreują wartości dodanej ani dla samych banków, ani dla ich klientów, ani wreszcie dla akcjonariatu. Zyskują na tym tylko inne instytucje finansowe, mogące łatwiej przejąć nowe warszawskie banki, rozluźniające związki ze swoim lokalnym zapleczem i ze społecznościami, wśród których (i dla których) powstawały. Dlatego chociaż polscy finansiści traktują resztę kraju jako back office Warszawy, przecież nie stanie się ona regionalnym centrum finansowym i z czasem czeka ją rola back office reszty Europy.

Ponieważ instytucje finansowe garną się do stolicy, przyciągają one do niej także przynajmniej niektóre aspekty działalności innych spółek. Odbywają one zatem walne zgromadzenia w Warszawie, setki kilometrów od swoich siedzib, motywując wybór miejsca wygodą inwestorów finansowych. Oczywiście inni inwestorzy w takim walnym już nie uczestniczą. Zarządy jeszcze pracują w siedzibach spółek, lecz biura zarządów przeniosły się już do stolicy, a na użytek prezesów wynajęto rezydencje w Konstancinie. I te spółki rozluźniają zatem związki ze swoim lokalnym zapleczem. Od takich praktyk spółkom nie przybywa corporate governance, czyli systemu wartości ułatwiającego przetrwanie i rozwój rodzimej gospodarki.

Tekst ogłoszony 5 XI 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Mydlenie oczu [2002]

Niektóre wymogi, niby zmierzające ku zwiększeniu przejrzystości instytucji finansowych, nie mają sensu!

W interesie rynku leży przejrzystość jego uczestników. Zwłaszcza instytucji finansowych! Stawiamy im szczególnie wysokie wymagania, ponieważ w ich wypadku w rachubę wchodzą nie tylko pieniądze akcjonariuszy (gotowych ponosić ryzyko inwestycyjne), lecz nadto pieniądze klientów (niekoniecznie skłonnych do ryzyka). Wobec tego niektóre wymogi zmierzające ku zwiększeniu przejrzystości instytucji finansowej wydają się przyjazne dla klientów. Lecz jest to mydlenie oczu, z którego nikt nie ma korzyści, a jeszcze czasem klient, rzekomy beneficjent, za wszystko płaci.

Prawo bankowe wymaga od banków udostępnienia klientom m.in. bilansu z opinią biegłego rewidenta. Dokumenty te są wywieszane na bankowych tablicach ogłoszeń, tuż obok tabel wymiany starych znaków pieniężnych na nowe w toku zapowiedzianej denominacji złotego i innych nieaktualnych obwieszczeń i zarządzeń. Nie jest to może praktyka szkodliwa, ale nikomu nic ona nie daje. Ogłaszanie składu osobowego organów banku oraz jego bilansu z opinią biegłego rewidenta jest gestem zgoła pozornym, który wcale nie przyczynia się do zwiększenia przejrzystości rynku i bezpieczeństwa banku.

Założenie było słuszne i szlachetne: niech masy wiedzą, co dzieje się w banku. Niech lud pracujący miast i wsi, który składa w banku oszczędności, orientuje się w jego sytuacji. Niech klient prześwietli bank, jak bank prześwietla klienta. Rzecz w tym, że masy jeszcze nie potrafią ani czytać bilansu, ani wyciągać wniosków z opinii audytora. Co bardziej dociekliwy klient czasem podniesie raban, dlaczego kapitały zostały ujęte w pasywach: czy to oznacza, że bank je roztrwonił? Opinie rewidentów też nie są przez lud rozumiane, czemu nie dziwię się, bo politycy kreują dla ludu prostacki świat słów dosadnych, schamienia obyczajów, epitetów i insynuacji, natomiast język opinii jest starannie cieniowany, a poszczególne słowa są precyzyjnie ważone. Opinie czyta się zresztą przede wszystkim pomiędzy wierszami, ale do tego już trzeba niemałych kwalifikacji.

Wieloletnia praktyka w radach nadzorczych uświadamia mi dwie smutne prawdy. Po pierwsze, nawet wielu weteranów nadzoru nie potrafi czytać sprawozdań finansowych. Po drugie, nic w tym dziwnego, gdyż bilans niekoniecznie wyraża prawdę o spółce. Wartość księgowa niektórych aktywów często odbiega daleko od ich wartości rynkowej. Widziałem także bilanse dmuchane, a nawet pompowane. Znam sytuację, gdy renomowany audytor zaaprobował w pewnej spółce (nie chodziło o instytucję finansową!) bilans wykazujący zysk w wysokości blisko 2 milionów, a po krytycznych uwagach rady nadzorczej zgodził się na zaaprobowanie straty w wysokości blisko 7 milionów. Dowodzi to, ile bywają często warte opinie biegłych rewidentów.

Zgoła pozorne są także obowiązki informacyjne ciążące na towarzystwach funduszy inwestycyjnych. Zapewne mało kto studiuje płachty ogłoszeń o zmianach w statutach funduszy. Zmiany dotyczą jednego przepisu, lecz ogłasza się pełne teksty, różniące się od siebie nierzadko jednym zdaniem. Zajmuje to po 6–8 kolumn w weekendowych wydaniach dzienników. Ani klienci, ani rynek, nie mają z tego korzyści. Korzyści mają tylko wydawcy prasy, ponieważ gigantyczne ogłoszenia kosztują masę pieniędzy. Ostateczne koszty przedsięwzięcia i tak poniosą klienci funduszy inwestycyjnych.

Nie ruszę na krucjatę w sprawie zniesienia tego obowiązku, bo funduszom inwestycyjnym jest chyba z nim bardzo dobrze, skoro nawet nie próbują lokować swoich ogłoszeń w tańszych tytułach. Uważam jednak, że rozwiązaniem wystarczającym byłoby zamieszczenie w gazecie inseratu, że wymagane prawem ogłoszenia funduszy inwestycyjnych są dostępne na ich witrynach internetowych, a gdyby komu było tego mało, otrzyma je na żądanie przesyłką priorytetową. Albo kurierem. Nawet gdyby kurier dolatywał do każdego zainteresowanego złoconym helikopterem, przecież wypadnie taniej od dawania ogłoszeń do prasy. Tak skonstruowane obowiązki informacyjne instytucji finansowych nie służą pożytkowi społeczeństwa, tylko świętemu spokojowi nadzoru. Albowiem skoro klient może sam prześwietlać instytucje finansowe, to w razie czego sam będzie sobie winien.

Instytucje finansowe wywieszą wymagany kwit na szybie lub na tablicy ogłoszeń i są przekonane, że tym sposobem spełniły obowiązki informacyjne wobec rynku i społeczeństwa. Uważam jednak, że ich nie spełniają. Raporty roczne polskich instytucji finansowych są może bez zarzutu od strony rachunkowej, ale nie dorastają do światowego poziomu. Dotkliwie brakuje mi w nich oświadczeń dotyczących, jakie zasady corporate governance są przez spółkę przestrzegane, jakie zaś nie i dlaczego. Brakuje mi także wszelkich wartości merytorycznych w sprawozdaniach rad nadzorczych. Jeszcze napiszę o tym obszerniej.

Tekst ogłoszony 10 września 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Oblężenie Czestochowy [2000]

Reputację spółki kreują nie tylko wyniki. Liczy się także jej środowisko, akcjonariat, styl działania. Klasa!

Doszło do szturmu na kasy Banku Częstochowa. Panikę wywołała cytowana przez prasę wypowiedź (anonimowa, ale przypisana członkowi rady banku), że bank przestanie istnieć jeszcze przed końcem roku. Jest to perfidna i zdradziecka plotka, ale spółek o wzorowej reputacji takie plotki nie imają się. Bankowi plotka szkodzi, gdyż jego reputacja była już nadwątlona. Nie chodzi tu jedynie nie wyniki, chociaż wcale nie jest bez znaczenia, że bank ponosi straty. Liczy się także klasa prezentowana przez organy banku i jego akcjonariat. Liczy się wreszcie opinia o otoczeniu banku. W tym przypadku – liczy się na minus.

W telewizji pokazano tłum przed siedzibą Banku Częstochowa. Trudno oprzeć się skojarzeniu z obrazem klienteli tzw. kasy Lecha Grobelnego. Ale porównania kończą się na reporterskiej migawce. Tam mieliśmy przecież do czynienia z nieogolonym aferzystą w brudnym podkoszulku. Tutaj – ze spółką publiczną. Notowaną na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Działającą pod okiem Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Z bankiem. Działającym pod okiem Komisji Nadzoru Bankowego. Pod opiekuńczym skrzydłem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. To powinno zmienić postać rzeczy, skoro wymienione instytucje są najbardziej dorodnymi owocami przeobrażeń lat dziewięćdziesiątych. Lecz jak przekonać o tym spanikowaną klientelę banku?

Do paniki dochodzi nie wtedy, kiedy ludzie stadnie tracą rozum, lecz wtedy, kiedy odzyskują go, uświadamiając sobie, co zrobili. Z końcem maja wybuchła panika w Rumunii, kiedy tłumy runęły na kasy Narodowego Funduszu Inwestycyjnego (FNI) – piramidy, której milion osób powierzył oszczędności na obiecane 200 % p.a. Gdy fundusz zawiesił wypłaty, tłumy runęły na banki. W Albanii upadek piramid wywołał wojnę domową. Bank Częstochowa nie ma (powtarzam: nie ma!) niczego wspólnego z jakąkolwiek oszukańczą piramidą, lecz atmosfera w Polsce przypomina tę z Rumunii i Albanii. W społeczeństwie tli się przeświadczenie, że skoro do tej pory upadło tak wiele banków i towarzystw ubezpieczeniowych, to i następne mogą łatwo upaść. Zresztą – jednego dnia można przeczytać w gazetach o Banku Staropolskim, sprawie FOZZ, zdrowiu prezesa Westy, procesie byłego senatora, który nacinał ludzi na Prywatną Kasę Lokacyjną, radosnej działalności inwestora oskarżonego o działalność na szkodę Banku Handlowo-Kredytowego, Polskiej Grupie Kapitałowej Kredyt, marnotrawstwie w kasach chorych, aferze korupcyjnej w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Na tym tle wzeszła jeszcze sprawa siedziby Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Dość!

Bankowi Częstochowa nie pomagają też spory w gronie akcjonariatu, a nawet jego struktura. W oczach znacznej części klienteli bank utożsamiany jest (niekoniecznie słusznie) z miejscową hutą, która ma kłopoty – jak wiele innych hut. Wiadomo, że z inwestycji w akcje Banku Częstochowa rezygnowały inne, większe banki. Za to wspominano o jednym z wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, inwestorze dość kontrowersyjnym, który w dodatku planował przeniesienie banku do Łodzi.

Bankowi zaszkodziły i niekorzystna atmosfera w kraju, i brak jasności wokół akcjonariatu, lecz nie jest też bez znaczenia, co w banku wyczyniano. Zawieszono prezes banku, kierującą nim od początku, przez wiele lat. O co poszło – do dzisiaj nie wiemy. Bank woli słać do prasy sprostowania, niż samemu cokolwiek ujawnić. Zmieniono zarząd banku, a połowie dawnego zarządu odmówiono absolutorium. O co poszło? W lipcu „Rada Banku podjęła uchwałę w sprawie złożenia zawiadomienia do prokuratury w związku z uzasadnionym podejrzeniem popełnienia przestępstwa przez członków Zarządu Banku”. Sprawy nie wyjaśniono. Może nawet rada miała rację, ale postępowała nad wyraz nieudolnie, kreując wokół banku otoczkę niedomówień i pomówień.

W tej sytuacji fatalna wypowiedź anonimowego członka rady to tylko kamyk, który wyzwolił lawinę. Wypowiadanie się w imieniu spółki jest zresztą domeną zarządu. Klitusie bajdusie z rady powinni siedzieć cicho. Nie ustalono, który z nich zawinił, więc walne zgromadzenie wymieniło aż sześcioro członków rady. Zaś co potrafi zarząd – zobaczyliśmy, kiedy wybuchł kryzys. Nie udzielano informacji. Na walne zgromadzenie nie dopuszczono prasy. Jedna ze stacji telewizyjnych przeprowadziła sprzed siedziby banku ciekawy program za żywo. Mówiono w nim głównie o tym, że prezes banku odmówił wzięcia udziału w programie i udzielenia wyjaśnień. Pisałem już w tym miejscu: rzetelna informacja buduje wizerunek spółki, wizerunek – reputację, reputacja – wartość. Na niekorzystny wizerunek w oczach rzesz depozytariuszy bank zapracował solidnie.

Tekst ogłoszony 18 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Opakowanie zastępcze [2000]

Spółkom opłaca się wydawać sprawozdania roczne, dbać o ich wartość merytoryczną i poziom estetyczny.

O spółce świadczy jej wynik. Jest to stwierdzenie nazbyt oczywiste, by mogło być jednoznaczne. Wiadomo, że wynik nie ma czasu teraźniejszego, jedynie przeszły i przyszły. Który z nich dominuje nad wizerunkiem spółki? Przeszły jest faktem, przyszły obietnicą; przeszły historią, przyszły niewiadomą. Dlatego inwestorom nie wystarcza poznać wynik spółki, względnie także opinię i raport biegłego rewidenta z badania tego wyniku. Dopiero kompetentna interpretacja wyniku tchnie życie w suche liczby. Inwestor sam dokonuje takiej interpretacji, lecz potrzebuje do niej wielu danych. Jednym ze źródeł bywa raport roczny, przez eleganckie spółki nazywany sprawozdaniem rocznym.

Od sprawozdania rocznego nie można oczekiwać rewelacji. Sprawozdanie finansowe spółki i sprawozdanie zarządu można wcześniej poznać z innych źródeł. Cała reszta jest opakowaniem. Lecz wiadomo, że opakowanie ma wyjątkowe znaczenie. Wywiera ono istotny wpływ na to, jak towar jest postrzegany, a także czy znajdzie nabywcę. Spółki, nawet publiczne, nie są obowiązane wydawać pokaźne, kosztowne, nierzadko bardzo szykowne tomy sprawozdań rocznych. Zatem niektóre spółki sprawozdań nie wydają. Czyli nie dbają o to, by swój wynik właściwie opakować. Puszczają go w obieg luzem, jak na jarmarku chłop sprzedaje wprost do ręki czerpane z beczki ogórki kiszone.

Warto zachęcać spółki do ogłaszania sprawozdań. Za rzetelne i klarowne sprawozdania z czasem nagrodzi je rynek. Już teraz za najlepsze sprawozdania doroczne nagrody przyznaje Fundacja Rozwoju Rachunkowości. Należy się jej uznanie za znakomity pomysł, sprzyjający krzewieniu na rynku najlepszych obyczajów i porządku korporacyjnego. W ubiegłorocznej, pierwszej edycji konkursu, zwyciężyło sprawozdanie Banku Handlowego w Warszawie. Tegorocznym laureatem jest Bank Pekao. Drugie miejsce przypadło Wielkopolskiemu Bankowi Kredytowemu, trzecie – Bankowi Rozwoju Eksportu. Przyznano też wyróżnienia za wartość informacyjną sprawozdania zarządu, zastosowane zasady rachunkowości oraz wartość informacyjną i marketingową sprawozdania finansowego.

Dobrze opracowane i elegancko wydane sprawozdanie roczne przydaje spółce wartości, ponieważ pomaga ocenić jej przeszły wynik, bieżącą sytuację i perspektywy rozwoju. Polskie sprawozdania jeszcze daleko odbiegają od światowych standardów. Posłania przewodniczących rad nadzorczych i prezesów zarządów bywają jeszcze sztampowe i nudne (na najważniejszych rynkach prowadzone są klasyfikacje oceniające wartość informacyjną listów władz spółki do akcjonariuszy), bowiem nie odsłaniają tego, co najważniejsze, czyli strategii spółki. Mało w nich faktów, dużo lukru.

Nie może budzić zdziwienia, że w konkursie na najlepsze sprawozdanie wśród polskich spółek publicznych zdecydowanie zwyciężają banki. Wprawdzie trzej tegoroczni laureaci to banki z udziałem inwestorów strategicznych z pierwszej światowej ligi, lecz ocenione najwyżej sprawozdanie Banku Pekao utrzymane jest w dobrej tradycji sprawozdań z lat poprzednich, kiedy nikt jeszcze nie wiedział, kto dostanie ten bank w swoje ręce. Co ważne: wszystkie trzy banki mają zostały nagrodzone za sprawozdanie z roku szczególnie dla nich trudnego. Bank Pekao mozolnie scalał cztery różne banki w jeden, WBK zręcznie torował drogę swojemu inwestorowi do przejęcia Banku Zachodniego, BRE poniósł fiasko w staraniach o dobrze pomyślaną, korzystną dla rynku, lecz niemiłą oszołomom fuzję z Bankiem Handlowym.

Świat przywiązuje coraz większe znaczenie nie tylko do wymowy zawartych w sprawozdaniach kolumn liczb – także do słów, oszczędnie i prawdziwie towarzyszących liczbom. Składają je artyści. Przywiązany do branżowego lub środowiskowego żargonu urzędnik lub finansista nie potrafi jasno i skutecznie komunikować się z inwestorami. Ze względu na potrzebę dochowania wierności faktom nie można powierzyć opracowania tekstu bezwstydnym specjalistom od reklamy. Zatrudnia się do tego świetne pióra, i to wcale nie anonimowo. Na przykład autorem obszernego i ciekawego rozdziału sprawozdania spółki DaimlerChrysler za 1999 r. jest pisarz Paul Bell.

Na tle światowej praktyki, sprawozdania polskich spółek wyróżniają się wartością estetyczną. Sprawozdanie jest bowiem jak mężczyzna z piosenki Jacka Fedorowicza – nie musi być piękne, chociaż wcale nie szkodzi, gdy jest. Do najpiękniejszych tradycyjnie należą kolejne tomy rocznych sprawozdań obu Hestii. Bank Pekao pochwalił się prawdziwym klejnotem – pieczołowicie restaurowanym oddziałem przy Szpitalnej w Krakowie, z pięknym witrażem samego Józefa Mehoffera. Można wydać sprawozdanie pozbawione akcentów artystycznych, ale przy innych, wspaniałych, będzie ono wyglądało jak przaśne opakowanie zastępcze…

Tekst ogłoszony 16 października 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka