Archiwa tagu: dywidenda

Awantura o dywidendę, czyli spółka pod kontrolą opinii publicznej

  • Plagą populizmu bywają dotknięci nie tylko ekstremiści, także politycy uważani za rozsądnych i umiarkowanych;
  • Przykładem usiłowania lidera brytyjskiej Partii Pracy poddania zapowiedzi wypłaty dywidendy pod osąd opinii publicznej;
  • Dywidenda wypłacana z zysku spółki jest przedstawiana jako rażąco niesprawiedliwe pokrzywdzenie podatnika;
  • Jeszcze ktoś zażąda, by dywidendy były zatwierdzane nie przez walne zgromadzenia, a referenda ludowe…

Notowana na londyńskiej giełdzie Serco Group plc (indeks FTSE250) to popularny w brytyjskim modelu gospodarczym contractor – firma utrzymująca się z wynagrodzeń za realizację zleceń powierzanych jej w outsourcing przez państwa lub samorządy. Serco działa na kilku kontynentach gdzie zarządza kilkoma setkami projektów obejmujących zadania w dziedzinach służby zdrowia, transportu, obronności, wymiaru sprawiedliwości, imigracji i usług publicznych. Uczestniczy w budowie przeznaczonych do pracy w Antarktyce australijskich lodołamaczy, rozpatruje sprawy wizowe, sprawuje nadzór elektroniczny nad osobami skazanymi lub ubiegającymi się o azyl, administruje osiedlami – itd. Spółce powodzi się średnio, ostatni raz wypłaciła dywidendę w 2014 r., a później kilkakrotnie sięgała do kieszeni akcjonariuszy po kapitał.

Ogłoszone 25 lutego sprawozdanie finansowe za rok 2020 wykazało zysk przed opodatkowaniem w wysokości 153 mln funtów szterlingów. W poprzednim roku Serco zarobiła 80,7 mln GBP. Przychody wzrosły o jedną piątą do 3,9 mld GBP. Spółka rozważa zatem wypłatę dywidendy w kwocie 17 milionów GBP, co daje 1,4 pensa na akcję. Oburza to populistów podnoszących, że Serco zarobiła na pandemii COVID-19 dzięki zleceniu Narodowej Służby Zdrowia (NHS) opłacającej wykonawcę pieniędzmi podatników. Słów ostrej krytyki nie szczędzi lider Labour Party Sir Keith Starmer: „podatnicy nie powinni fundować dywidendy akcjonariuszom prywatnej spółki! Rząd powinien zadbać, by zadania związane z pandemią powierzane były publicznej służbie zdrowia i samorządom”.  Ministra w Gabinecie Cieni wspomniała o marnotrawstwie rządu, czytelnicy Mirror zarzucili Serco tuczenie się na ludzkim zdrowiu i życiu, nie brak było postulatów, by spółka oddała pieniądze podatnikom.

Serco wyjaśnia: na zlecenie National Health Service spółka uczestniczyła w ważnym, zaplanowanym na 22 miliardy funtów programie TEST & TRACE – testowania ludności w 500 lokalnych ośrodkach w Wielkiej Brytanii, a w przypadkach uzyskania pozytywnego wyniku – starannego ustalania zasięgu i charakteru kontaktów osób zainfekowanych, oraz testowania tych kontaktów. Przy tym zadaniu Serco zatrudniła 50 tysięcy osób (każda z nich otrzymała dodatkowy bonus w kwocie 100 funtów) i obsłużyła jedną czwartą brytyjskich centrów T&T. Udostępnione spółce publiczne pieniądze w kwocie 350 mln GBP zostały właściwie wykorzystane, a wsparcie otrzymane od rządu (furlough) zostało w całości spłacone.

Owszem, początkowo testy przebiegały nie bez zakłóceń, jak zresztą cały brytyjski program walki z COVID-19, ale ostatecznie Serco przetestowała 8,6 miliona osób w imponującym tempie dwóch i pół miliona testów tygodniowo, zadanie zlecone przez NHS przyniosło jej ok. 1 proc. zysku za 2020 r., a on należy do niej i jej akcjonariuszy, nie do społeczeństwa ani podatników.

CEO spółki Rupert Soames przypomniał ponadto, że w ostatnich pięciu latach akcjonariusze wnieśli do spółki 800 milionów funtów – sumę wielokrotnie przekraczającą wysokość planowanej dywidendy. Nie wydaje się, by przekonał tym krytyków: ich zdaniem inwestorzy są po to, by dostarczać kapitał, ale pożytki z niego powinny przypadać w udziale wszystkim interesariuszom. To i tak postęp: pisałem tu przecież, że kiedyś Labour Party zamierzała likwidować wszystko, co przynosi dochód, w tym zakłady pogrzebowe. Dzisiaj, w dobie pandemii, doceniamy, że ich przecież nie zlikwidowała.                                                                                    
Tekst ogłoszony 9 marca 2021 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

POST SCRIPTUM: Już po ogłoszeniu tekstu wybuchła na brytyjskim rynku kolejna awantura. Tym razem o wysokie (kilkumilionowe) wynagrodzenia dwóch menedżerów Serco za 2020 rok. Lecz płynie z tego wniosek, że brytyjskie spółki są poddane ścisłej kontroli opinii publicznej. Dotyczy to w szczególności ekscesów płacowych tzw. tłustych kotów.

 

 

Dywidenda nie jest rozdawnictwem!

  • Inwestorzy lubią dywidendę, czyli wypłatę zysku spółek przynoszących rzeczywisty zysk i dzielących się nim z akcjonariuszami;
  • Dywidenda służy budżetowi, inwestorom, zaufaniu do rynku i jego dobrodziejstw, oraz rozwojowi gospodarki;
  • Pieniądz traci wartość, oszczędności przegrywają z inflacją, wielu inwestorów nie widzi alternatywy dla akcji, więc rośnie znaczenie dywidendy;
  • Państwo czasami sprzyja dywidendom, czasami upatruje w nich grabież majątku spółki przez spekulantów.

Polskiemu rynkowi potrzeba zdecydowanego przesłania: wypłata dywidendy nie jest czynnością naganną. Nie jest ona kradzieżą mienia spółki, jest dobrym obyczajem, którego należy się trzymać. Skoro spółka przynosi zysk, niech dzieli się nim z akcjonariuszami. Nie rozdaje ona „swoich” środków akcjonariuszom-utracjuszom, którzy w nią przecież zainwestowali, a nadzieje na dochód z inwestycji nie czynią z nich chciwych spekulantów.

Dywidendy coraz bardziej ważą na opłacalności inwestycji w spółki. Coraz więcej spółek definiuje swoją politykę dywidendową – i coraz liczniejsi inwestorzy wybierają do portfeli spółki płacące dywidendy. Lokaty bankowe przestały przynosić realne zyski, sprawiła to inflacja. Przegrywają z nią także obligacje skarbowe, ich bezpieczeństwo jest wprawdzie gwarantowane przez państwo, lecz czy ono, zadłużone, jest bezpieczne? Bank centralny osłabia złotego, straszy ujemną stopą procentową. Dobra opinia obligacji korporacyjnych została zszargana przez Getback z pomocą Idea Banku. Rozsądek radzi trzymać się z daleka od kryptowalut i wszelkich piramid inwestycyjnych. Giełda też nie jest wolna od ryzyka, lecz spółki dywidendowe często są bardziej odporne na kaprysy koniunktury.

Dywidendom dotkliwie brakuje silnego wsparcia państwa. Zarabia ono na nich ściągając wysoki podatek. Wprawdzie mogą go uniknąć posiadacze kont emerytalnych (IKE, IKZE), lecz są ograniczani limitami wpłat. Bywały czasy, że państwo chętnie pobierało dywidendy ze spółek z jego udziałem, uważało je za „dojne krowy” – lecz jego rządy w tych spółkach nie sprzyjają ich dochodowości za sprawą beztroskiego marnotrawstwa pieniędzy obracanych na cele jaskrawo sprzeczne z interesem spółki i jej pozostałych inwestorów.

W ostatnich latach w polityce państwa widzę oznaki niepokojącego odwrotu od sympatii dla dywidend. Polityk I, wyznawca wyższości własności państwowej nad prywatną, widzi w spółkach z udziałem państwa (nawet mniejszościowym!) „dobro narodowe mające służyć całemu społeczeństwu”. Owszem niech wszystkie spółki dbają o swoich interesariuszy, lecz niech przy tym mają na uwadze, że istnieją dzięki inwestorom. Polityk II martwi się, że spółki „zbyt często dzielą się zyskiem z akcjonariuszami”. Zdarzało mu się wyrażać dezaprobatę dla faktu, że z kraju „wypływają” dywidendy wypłacane zagranicznym inwestorom.

Polityk III, już na odwyku od stanowisk, otwarcie manifestował niechęć do dywidendy i sprawił, że spółki w jego gestii znaczniej zmniejszyły zyski. Polityk IV, dziś w drugim szeregu, wolał zablokować podział zysku spółki między akcjonariuszy przenosząc go na kapitał zakładowy, co wzbogaciło fiskusa podatkiem, ale na lata pozbawiło spółkę zdolności emisyjnej. Członkini RPP sugerowała, by dywidendy zasilały budżet, a nie „prywatne kieszenie”.

Niechęć polityków do dywidend, dążenie do ich redukcji, dotkliwie godzi w budżet pasący się podatkiem od dywidend. Godzi w akcjonariuszy inwestujących w spółki w nadziei na udział w zysku. Godzi w efektywność spółek skłanianych do stawiania polityki ponad gospodarką. Godzi w giełdę żyjącą z obrotu akcjami spółek. I w rynek kapitałowy potrzebujący impulsów pobudzających napływ kapitału.

Skoro tak wiele problemów podpina się pod racje narodowe, wskazane byłoby ogłosić Narodowy Program Dywidendy. Parcie na dywidendę ani nie psuje rynku, ani nie krzywdzi spółek, raczej skłania je do troski o wzrost efektywności (nie znam przypadku, by spółka wpadła w kłopoty za sprawą rozsądnych dywidend!). Nie krzywdzi też skarbu państwa zasilanego wpływami z należnych mu dywidend, podatkiem od dywidend płaconych pozostałym inwestorom, oraz podatkiem od zysku coraz bardziej dochodowych spółek. Nie krzywdzi także interesariuszy korzystających z owoców rozwoju gospodarki. Nie przekreśla dobrze przemyślanych zamierzeń inwestycyjnych. Wspierajmy dywidendy!

Artykuł ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 27 stycznia 2021 r.
Czytaj także:
2016.02.06 Przez dywidendę do wartości
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy
2013.05.23 Przez dywidendę do wartości

 

 

Fundusz Inwestycji Kapitałowych to “Plan Zdzisława” do sześcianu

  • To nie jest, wbrew mediom, rozgrywka między rządzącymi, to rozgrywka przeciwko rynkowi kapitałowemu, kapitalizmowi, demokracji;
  • Rząd zabutelkował swoją „prawdę”, że własność państwowa jest lepsza od własności prywatnej;
  • Zamierza powołać fundusz mający wykupywać akcje spółek ze swoim udziałem, po dobroci lub przez wyciskanie;
  • Jeżeli współżycie państwa z innymi inwestorami napotyka w spółkach trudności, lepiej te spółki sprywatyzować do końca niż do końca nacjonalizować!

Dobra wiadomość: nareszcie zapadnie decyzja ważna dla gospodarki. Zła wiadomość: będzie to decyzja fatalna. Chodzi o zmianę zasad zarządzania majątkiem państwowym, planowane powołanie państwowego Funduszu Inwestycji Kapitałowych, zasilanego m.in. dywidendami ze spółek z udziałem Skarbu Państwa, a zajmującego się wykupywaniem akcji tych spółek z rąk inwestorów innych niż państwo i jego agendy, po dobroci albo w formie wyciśnięcia.

Dobra wiadomość: czyli będą dywidendy, przynajmniej mają być. Zła wiadomość: dywidenda jest produktem podziału zysku, a w spółkach z udziałem państwa zysku do podziału może nie być, są one źle zarządzane i trwonią pieniądze akcjonariuszy na bezsensowne wydatki związane z finansowaniem kampanii nienawiści (do sędziów, Niemiec lub do opozycji), „patriotycznych” fundacji, „niepokornych” mediów, swojskich kongresów, (po)słusznych związków zawodowych, różańców, świątyń, objawień. „Dobra zmiana” nie ustaje w czystkach, w osadzaniu na posadach swoich ludzi (kiedyś zwałem to „alotażem”, dzisiaj mówi się o „PiSiewiczach”) o skromnych kwalifikacjach. Wcześniej minister od zawierzania energetyki Matce Boskiej zapowiadał koniec dywidend, premier opowiadał bajki o kwotach wyprowadzanych z Polski tytułem dywidend…

Dobra wiadomość: państwo pragnie przejąć odpowiedzialność za spółki ze swoim udziałem. Zła wiadomość: państwo tego nie potrafi, działa obecnie w interesie PiS, nie spółek, rynku, Polski. Wykupić akcjonariuszy spółek z udziałem państwa – to odwrócić prywatyzację, ściągnąć te spółki z giełdy (która jakże uwiera rządzących!), wygasić rynek kapitałowy, zapewne po to, by później przystąpić do zwalczania własności prywatnej, wolnego rynku, demokracji. Od nastania „dobrej zmiany” GPW spychana jest na margines, zagrożona obumarciem. Nie tylko zapowiedziano koniec prywatyzacji, także otrąbiono krucjatę na rzecz nacjonalizacji, co grozi katastrofą. Ile od początku „dobrej zmiany” straciły na wartości spółki z udziałem Skarbu Państwa? Dla przykładu: o ile spadła kapitalizacja „zrepolonizowanego” Banku Pekao SA? Jak wyglądają rządy państwa w spółkach świadczą przypadki LOT, Poczty Polskiej, PKP…

Dobra wiadomość: przejęcie przez państwo spółek mających teraz także innych akcjonariuszy pozwoli skoncentrować wszystkie siły na twórczej realizacji wielkich zamierzeń premiera: miliona samochodów elektrycznych, promów, dronów, itp. Zła wiadomość: to bzdury, androny; symbolem współczesnej rzeczywistości gospodarczej jest „stępkopodobny” (albo i nie) kawałek metalu rdzewiejący w „stoczniopodobnym” (ale raczej nie) przedsiębiorstwie w Szczecinie. Niektórzy podpowiadają, że Skarb Państwa czeka z wykupem akcji drobnych inwestorów w spółkach ze swoim udziałem, aż kursy akcji ustabilizują się w pobliżu dna, lub poniżej – wtedy dokona „repolonizacji”.

Dobra wiadomość: giełda służy temu, by spółki mogły rozwijać się za cudze pieniądze. Zła wiadomość: spółki z udziałem Skarbu Państwa nie rozwijają się. Znacjonalizowane, będą one pogrążać się w mroku za pieniądze podatników. Już nie od dzisiaj są to antyrynkowe mutanty służące politykom, nie rynkowi. Nazywam je „blue cheats”, ponieważ państwo – inwestor wcale niekoniecznie większościowy – lekceważy głos pozostałych akcjonariuszy, działa na ich niekorzyść, oszukuje na pieniądzach.

Fundusz Inwestycji Kapitałowych może okazać się narzędziem realizacji „Planu Zdzisława” na ogromną skalę, pogromu własności prywatnej, zniszczenia i zaorania rynku kapitałowego. Jego patronem mógłby zostać obwołany Hilary Minc, który już w późnych latach 40-tych i wczesnych 50-tych ub. w. przeprowadził Polskę z kapitalizmu do socjalizmu, o co i teraz chodzi. Przesadzam? Ależ przesada bywa dopuszczalna, kiedy ilustruje punkt widzenia! Mój punkt widzenia zakłada prymat prywatyzacji nad nacjonalizacją. Rozumiem racje stojące za „repolonizacją” Banku Pekao SA: ileż tam posad, bonusów dla PiSiewiczów „dobrej zmiany”! Ale nie rozumiem uporu, z jakim państwo rzuciło się do odzyskiwania kolejek linowych i przepłacenia za nie sum wyższych niż Kasprowy. Do dzisiaj utajnionych, zapewne ze wstydu za niegospodarność. A może kryje się za tym kolejna z afer PiS? Dziwne, że opozycja nie drąży tego tematu. Życzyłbym sobie opozycji bardziej totalnie totalnej.

Czytaj także:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa?

2016.12.10 A teraz sprywatyzujcie Bank Pekao SA przez giełdę!

2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo

 

 

 

Czy senator Elizabeth Warren naprawi kapitalizm?

  • Elizabeth Warren, profesor prawa Uniwersytetu Harvarda, wpływowa polityk Partii Demokratycznej, reprezentuje w Senacie USA stan Massachusetts;                           
  • Wyrazista, aktywna, popularna, bywa wymieniana w gronie potencjalnych kandydatów w wyborach prezydenckich w 2010 r.
  • Pani senator promuje projekt Accountable Capitalism Act – ustawy, dzięki której kapitalizm będzie „znowu wielkim” i odpowiedzialnym przed społeczeństwem;
  • Projekt zawiera wiele haseł słusznych i niemało bałamutnych; jeżeli – w co wątpię – wejdzie w życie, więcej zepsuje, niż naprawi.

Założenia są… odważne: Accountable Capitalism Act dokona sprawiedliwej redystrybucji bilionów dolarów (ameryk. trillions) z rąk akcjonariuszy w ręce ludu, czyli klasy średniej. Spółki korzystają z przywilejów przynależnych osobom prawnym, więc powinno się od nich wymagać przyjęcia wynikających z tej osobowości wrażliwości moralnej, sumienia. Owszem, niech sobie odnoszą sukcesy rynkowe, lecz niechaj poczuwają się także do odpowiedzialności wobec pracowników, klientów, społeczeństwa. W ostatnich dziesięcioleciach zaniedbały one swoje zobowiązania wobec interesariuszy, kierują się przede wszystkim dobrem akcjonariatu – a z tym, zdaniem pani senator, należy skończyć.

Senator Warren pragnie ograniczyć środki przeznaczone na dywidendy i skierować je na inwestycje. Pragnie – bardzo słusznie – poskromić polityczne powiązania spółek. Pragnie, też jakże słusznie, zwiększyć ilość szczebli karier dostępnych kobietom. Pragnie większej stabilności finansowej biznesu – któż byłby przeciw? Oraz wyższych płac. A także, może przede wszystkim, udziału pracowników w podejmowaniu przez spółki decyzji strategicznych. Oraz reprezentacji pracowników w radach dyrektorów. Powinni oni stanowić 40 proc. składu rad. Nie jestem przekonany, czy ukształtowana w niemieckich realiach powojennych praktyka Mitbestimmung przyjmie się w USA.

„Spółki nie powinny działać jak socjopaci, których jedynym zadaniem jest zarabianie” – domaga się pani senator. Wobec tego postuluje utworzenie w Departamencie Handlu Biura do spraw spółek. Miałoby ono wymóc na spółkach osiągających przychody przekraczające bilion USD występowanie o federalną kartę obywatelstwa korporacyjnego, która określi obowiązki spółki względem interesariuszy, w tym pracowników, klientów – oraz formy ich udziału w procesach podejmowania decyzji. Elizabeth Warren jest zdania, że takie rozwiązanie pozwoli zastąpić niepożądaną kulturę prymatu akcjonariuszy odpowiedzialnością o ludzkim obliczu.

Jest w omawianym projekcie osobliwe materii pomieszanie. Założenia realne i słuszne idą w parze z pomysłami trudniej wykonalnymi. Z jednej strony mamy zasadę, że menedżerowie nie będą mogli przez 5 lat zbywać akcji otrzymywanych tytułem wynagrodzenia, z drugiej – że polityczne zaangażowanie spółki powinno być uprzednio zatwierdzane przez 75% proc. akcjonariatu oraz 75% proc. dyrektorów, w tym reprezentujących pracowników. Oczywiście, spółki nie powinny zajmować się polityką, ale budowa skomplikowanych procedur decyzyjnych nikomu nie posłuży.

Środowisko corporate governance nie wykazało entuzjazmu wobec projektu lubianej senator. Krytyka formułowana jest oględnie w słowach, celnie w argumentach. W zamierzeniu ustawa miałaby służyć umocnieniu, wręcz wielkiej odnowie, corporate governance. Mówiono o rewolucji na rynku kapitałowym. Ktoś napomknął o współczesnym wydaniu rooseveltowskiego New Dealu. Biorąc pod uwagę doświadczenia mojej strony świata, dostrzegam tu raczej elementy leninowskiego NEPu. Odebrać dywidendy rzekomo bogatym inwestorom, by wspomóc ubożejącą klasę średnią – to współczesna mutacja hasła sprzed stulecia: „Pokój chatom, wojna pałacom”. Elizabeth Warren jest specjalistką prawa upadłościowego. Urzeczywistnienie jej pomysłów może sprawić, że upadłości przybędzie.

Donald Trump zaślepił swój elektorat populizmem pseudoprawicowym, wahadło wychyla się teraz ku lewicowej wersji populizmu. Musimy uzmysłowić ignorantom: spółka akcyjna wcale nie służy wyłącznie akcjonariuszom, z dobrodziejstwa jej zysków korzysta w pierwszej kolejności społeczeństwo reprezentowane przez fiskusa. Najpierw spółka wywiązuje się z podatków, wszak płaci nie tylko dochodowy; dopiero z zysku, która pozostanie w kasie spółki po uiszczeniu rozmaitych danin, może być jakaś cząstka wypłacona inwestorom w formie dywidendy. Kto pragnie naprawiać kapitalizm zwalczając dywidendę, podąża na manowce.

Tekst ogłoszony 11 września 2018 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także:

2018.01.24 Black Rock podważa dogmat rynku, promuje cele społeczne

Dywidendy TAK, ale może z pominięciem Skarbu Państwa?

Kto nie potrafi podzielić się władzą w państwie, nie będzie dzielił się nią i w spółkach kapitałowych. Idzie za tym niechęć do dzielenia się zyskami spółek mających także innych akcjonariuszy. Ja dopatruję się nawet niechęci do osiągania przez te spółki zysków. Pieniądze można z nich przecież wyciągnąć innymi kanałami, niedostępnymi dla akcjonariuszy:
• Nakładając na spółkę zadania mogące przynosić straty – vide statut PGNiG;
• Skłaniając spółki do inwestycji służących bezpieczeństwu energetycznemu, z których inny niż Skarb Państwa akcjonariusz pożytków nie odniesie – przykładem spółki energetyczne;
• Posługując się podatkiem od kopalin – przykładem KGHM Polska Miedź; podatek nie objął natomiast górnictwa węglowego, za czym stanęły racje polityczne;
• Pobierając daninę z tytułu przeniesienia części środków spółki z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy – przykładem PGE; towarzyszyły temu durne zapewnienia o korzyści akcjonariatu, a efektem jest groźba utraty przez spółkę zdolności emisyjnej.

Dlatego nie ma sensu uczestniczenie w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nieważne, czy państwo ma w spółce większość, czy mniejszość udziałów; ono z reguły zignoruje przecież wspólników i ich prawa. Skarb Państwa posiada bezpośrednio po ok. 30% kapitału KGHM Polska Miedź lub PKN Orlen, lecz zachowuje się, jak gdyby posiadał aż 330%. W spółkach energetycznych Skarb Państwa dysponuje udziałami większościowymi, przeto tym bardziej nie lubi dzielić się zyskami z resztą akcjonariatu.

O podziale wypracowanego przez spółkę akcyjną zysku netto decydują jej akcjonariusze na walnym zgromadzeniu. Nie ciąży na nich obowiązek przeznaczenia zysku, w całości lub części, na wypłatę dywidendy. Mogą oni bowiem obrócić go na inne cele, jak inwestycje lub przejęcie innej spółki. Wobec tego nie wymaga się od spółek corocznej wypłaty dywidendy, wymaga się natomiast jasnej polityki dywidendowej. Przewidywalności zachowań organów spółki i akcjonariatu w kwestii gospodarowania zyskiem.

Zwiększeniu przewidywalności spółek z udziałem Skarbu Państwa służą oświadczenia min. Krzysztofa Tchórzewskiego o konieczności „trzymania się niskich dywidend” ze spółek energetycznych. W latach 2015–2017 dało to, zdaniem ministra, prawie 18 mld zł „oszczędności”. Tak samo ma być w następnych latach. Nie podoba się to „spekulantom”, ale niektórym inwestorom – owszem (być może chodzi o inne spółki z udziałem Skarbu Państwa).

Niełatwo znaleźć dobre wyjście z sytuacji, gdy kapitały wielu inwestorów pracują w spółkach, które zapowiadają działanie wbrew dobrym obyczajom (a dobrym obyczajem jest bezsprzecznie wypłata dywidendy), mające na celu pokrzywdzenie akcjonariuszy. Obecnie państwa nie stać na wykupienie akcji tych inwestorów. Może ono odczekać, aż wartość tych akcji spadnie, co przy takim zarządzaniu, takimi kadrami, wydaje się całkiem możliwe – i wtedy skupować akcje po znacznie niższych cenach, bliskich przyszłej wartości godziwej. Może ono także ograniczyć wydatki spółek na wypłatę dywidend, wyłączając Skarb Państwa z grona akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy. W ten sposób pozostali udziałowcy otrzymaliby częściową przynajmniej rekompensatę z tytułu zaangażowania środków spółek na cele inne niż najbardziej uzasadnione ekonomicznie.

Zdaję sobie sprawę, że taka koncepcja dywidendy wyrównawczej, rekompensującej utratę korzyści akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, nie zmieści się w wielu głowach. Pieniądze wypłacane przez spółki tytułem dywidend trafiłyby do kieszeni inwestorów, a przecież państwo woli, żeby trafiły do biednych, dokładając zresztą wielu starań, by liczbę biednych pomnożyć.

Czytaj także, m.in.
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.02.06 Przez dywidendę do wartości
2016.02.23 Spółki pod trzema dopustami
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy
2013.05.23 Parcie na dywidendę

O pułapce utraty zdolności emisyjnej

Jeżeli możliwa do uzyskania na rynku cena nowych akcji ukształtuje się trwale poniżej ich wartości nominalnej, spółka straci zdolność emisyjną, czyli możliwość pozyskiwania kapitału poprzez emisję akcji.

Zapowiedziany przez ministra Krzysztofa Tchórzewskiego i przećwiczony na przykładzie PGE SA manewr przenoszenia w spółkach energetycznych części kapitału zapasowego do kapitału zakładowego spotkał się z krytyką z aż kilku powodów. Po pierwsze, taka czynność jest opodatkowana, co prowadzi do zmniejszenia kapitałów własnych spółki, w której zostaje ona dokonana. Po drugie, zubożona spółka traci nie tylko pieniądze, także sympatię rynku. Po trzecie, straty spółki nie są rekompensowane materialnymi korzyściami jej samej lub jej akcjonariatu; jedynie fiskus zyskuje pieniądze. Po czwarte, akcjonariusze zostają narażeni na ryzyko strat, i to dwojakich, w następstwie spadku kursu akcji oraz obniżenia dywidendy, bądź nawet jej utraty. Po piąte, rzeczywistym celem takiej operacji jest wypchnięcie akcjonariuszy mniejszościowych ze spółek z udziałem Skarbu Państwa.

Minister zapowiada stopniowe przenoszenie środków z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy; w grę wchodzi, jak powiada, nawet 50 miliardów złotych, które dzięki owej operacji nie zostaną skierowane „na dywidendy, czy na inne rzeczy”. Jeszcze bardziej niepokoi mnie argumentacja, jakoby wspomniana machinacja przynosiła dotkniętej nią spółce korzyści, i to dwojakie. Miałaby ona otóż zwiększać wiarygodność płatniczą spółki, miałaby także wzmocnić jej akcjonariuszy mniejszościowych, stających się dzięki niej posiadaczami akcji o wyższej wartości nominalnej. Wpływ takiej operacji na „wiarygodność płatniczą” spółki w oczach wierzycieli bazuje na domniemaniu. O wartość nominalną akcji – wartość prawdziwą i trwałą, w przeciwieństwie do kapryśnej ceny – inwestorzy niestety nie dbają, zresztą ze szkodą dla siebie.

GDY PODWYŻSZENIE TO OBNIŻENIE
Podwyższenie kapitału akcyjnego z reguły ma na celu przysporzenie spółce nowych środków wniesionych przez inwestorów z racji objęcia nowej emisji akcji. Operacja zasilania kapitału zakładowego środkami kapitału zapasowego (nazywana kapitalizacją rezerw) nie zwiększa kapitałów własnych spółki; obniża je o kwotę należnego podatku. Jest to czynność prawnie dopuszczalna, niemniej podlegająca istotnym warunkom i ograniczeniom. Kapitał zapasowy ma charakter obligatoryjny, spółka tworzy go w celu ochrony kapitału zakładowego (zwanego dawniej akcyjnym) poprzez pokrywanie strat, gdyby do nich doszło. Należy więc utrzymywać kapitał zapasowy w wysokości co najmniej jednej trzeciej kapitału zakładowego; wzrost kapitału zakładowego, poprzez czy emisję nowych akcji, czy podniesienie wartości nominalnej akcji już istniejących, automatycznie podniesie minimalny próg kapitału zapasowego, czyli ukrytą w nim i przewidzianą przez prawo żelazną rezerwę spółki. Nawet walne zgromadzenie nie może uchwalić uchylenia lub ograniczenia obowiązku przelewania części zysku na kapitał zapasowy tak długo, aż osiągnie on próg bezpieczny dla spółki i wymagany prawem. Przy czym należy pamiętać, że w działalności gospodarczej straty są zjawiskiem pospolitym, nie zawsze wywoływanym złą koniunkturą lub kataklizmami o charakterze nadzwyczajnym; mogą być one też skutkiem nieudolnego zarządzania, niekompetentnego nadzoru, karuzeli kadrowej, upolitycznienia gospodarki – czyli zjawisk, z którymi dzisiaj powszechnie mamy do czynienia.

W nagłośnionym przypadku PGE wartość nominalna akcji wzrosła z 10 zł do 10,25 zł. Lecz minister zapowiada, że w niektórych spółkach z czasem nastąpi nawet podwojenie wartości nominalnej akcji. Na papierze wygląda to inaczej niż w rynkowej rzeczywistości. Spółki poddane takim machinacjom stracą możliwość emitowania nowych akcji, a tym samym – rozwijania lub kontynuowania działalności. Otóż kapitał zakładowy dzieli się na akcje o równej wartości nominalnej. Spółka może go podwyższyć poprzez emisję nowych akcji, ale w cenie nie niższej od wartości nominalnej, albo ze środków własnych, co planuje minister Tchórzewski. Lecz im wyższa wartość nominalna akcji, tym wyższa cena, jaką spółka musiałaby uzyskać za nowe akcje w przypadku ich emisji, publicznej lub prywatnej, zamkniętej lub otwartej. Akcje nie mogą być emitowane, ani obejmowane, poniżej wartości nominalnej. Wniosek: podnoszenie kapitału zakładowego ze środków spółki, bez wsparcia jej pieniędzmi pozyskanymi z rynku, może pozbawić ją zdolności emisyjnej.

ZDOLNOŚĆ EMISYJNA
Zdolność emisyjna to pojęcie wieloznaczne, najczęściej występujące w fizyce kwantowej. Na gruncie prawa oznacza ono przymiot przysługujący podmiotom uprawnionym do emitowania papierów wartościowych. Natomiast z punktu widzenia praktyki zdolność emisyjna spółki polega na możliwości uplasowania przez nią na rynku nowej emisji akcji. Jeżeli możliwa do uzyskania na rynku cena nowych akcji ukształtuje się trwale poniżej ich wartości nominalnej, spółka straci zdolność emisyjną, czyli możliwość pozyskiwania kapitału poprzez emisję akcji. Kiedy rynek uświadomi sobie, że spółka trwale utraciła zdolność emisyjną, może odwrócić się od niej jako niezdolnej do pozyskiwania nowego kapitału.

Nie zwraca się uwagi na fakt, że niektóre spośród spółek z domeny powierzonej ministrowi Tchórzewskiemu nie mają już zdolności emisyjnej. Lecz dlaczego spółki z udziałem Skarbu Państwa miały zostać wyłączone spod ocen racjonalności inwestowania w ich walory? Wartość nominalna akcji Tauronu PE wynosi 5 zł, a akcji Energi 10,92 zł, w obu wypadkach znacznie powyżej bieżących notowań. Notowania PGE kształtują się blisko sztucznie podwyższonej ostatnio wartości nominalnej akcji (10,25 zł), ale nie zdziwię się, gdy spadną poniżej jej. I ta spółka straci wówczas zdolność emisyjną – jakże bez niej pozyskiwać środki, planować budowę elektrowni atomowej? To szkopuł, o którym minister zapewne nie pomyślał.

KIEDY NASTANIE CIEMNOŚĆ
Pojęcie zdolności emisyjnej traci znaczenie w warunkach odbiegających od praktyki rynku. Nawet kiedy wartość nominalna akcji trwale przekracza bieżące notowania, spółka może przeprowadzić udaną emisję akcji, jeżeli obejmą je inwestorzy gotowi zapłacić wyższą cenę. Mogą się oni kierować różnymi motywacjami, na przykład działać pod naciskiem państwa. Przypuszczam, że Skarb Państwa sam nie wspomoże w ten sposób spółek pozbawionych zdolności emisyjnej, ponieważ nie ma pieniędzy. Mógłby natomiast skłonić spółki ze swojej domeny do obejmowania akcji innych spółek z tej domeny emitowanych w cenie przewyższającej ich bieżące notowania, ale odpowiadającej papierowej wartości nominalnej. Przecież niejednokrotnie pieniądze spółek z udziałem Skarbu Państwa płyną na cele ekonomicznie wątpliwe. Można tu wskazać niektóre inwestycje surowcowe, zwłaszcza górnictwo węgla kamiennego. Zdaniem wielu – także repolonizację banków.

W teorii przywracaniu zdolności emisyjnej służy obniżanie wartości nominalnej akcji poprzez ich podział. Spółki dokonujące częstych splitów akcji są istną plagą rynku. Nie sądzę, by w przypadku spółek energetycznych taka praktyka licowała z przypisywaną im powagą podmiotów o znaczeniu strategicznym. Gdyby jednak Skarb Państwa zdołał – do czego dąży – pozbyć się z tych spółek niechcianych akcjonariuszy mniejszościowych, mógłby przywrócić spółkom ich zdolność emisyjną poprzez przeniesienie części kapitału zakładowego z powrotem na zapasowy. Tak postąpiono na mocy ustawy z 30 kwietnia 1993 r. o narodowych funduszach inwestycyjnych i ich prywatyzacji. Losu spółek uczestniczących w programie narodowych funduszy inwestycyjnych zabieg ten w sposób trwały nie polepszył. Lecz gdyby kapitał zapasowy spółek energetycznych został takim sposobem wydatnie pomnożony, mógłby sobie Skarb Państwa wypłacać dywidendy nawet w sytuacji, kiedy zabraknie zysku do podziału. Proceder mógłby trwać do czasu, aż owe spółki upadną. Naonczas nastanie ciemność.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 4 października 2016 r.
Uważny i kompetentny Czytelnik zwrócił mi uwagę, że split akcji nie przywraca automatycznie zdolności emisyjnej, może to nastąpić dopiero pod wpływem „galopady” kursu w następstwie zwiększenia płynności. Tak jest!

Czytaj także:
2013.01.26 Bezwartość nominalna
2013.09.14 Przestrzeń dla spadków
2013.12.16 Awers, rewers i kant
2013.12.18 Głupoty są wolne od podatku

Rozwój i zaufanie

Trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji.

Rozwój i zaufanie to zjawiska pozornie odlegle, lecz napędzające się nawzajem. Zaufanie sprzyja rozwojowi, a rozwój – zaufaniu. Współczesna Polska rozbrzmiewa tekstami o rozwoju, w dodatku odpowiedzialnym, ale zaufania nie przybywa. Na rynku kapitałowym zaczynem zaufania są zasady corporate governance. Nie służy im formuła przewidująca prymat polityki nad prawem i ekonomią. Corporate governance jest przymiotem systemów demokratycznych przywiązanych do poszanowania praw wszystkich akcjonariuszy. W dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z regresem corporate governance. Oto kilka przyczyn tej sytuacji.

Polityka destabilizuje konstytucyjne ramy ustrojowe. Trudno wymagać od spółek i ich akcjonariatów szacunku dla dobrych praktyk, skoro organy państwa systematycznie naruszają prawo. Polityka godzi także w podstawy ekonomii. Spółkom z udziałem państwa powierza się zadania polityczne, ekonomicznie nieuzasadnione, jak wspieranie własnymi środkami strukturalnie deficytowych kopalni węgla kamiennego, bądź tzw. „repolonizację” systemu bankowego. Partia rządząca wymiata na czysto zarządy i rady nadzorcze spółek z udziałem państwa, nawet gdy jest to udział mniejszościowy, by obsadzić je swoimi ludźmi, nie biorąc pod uwagę ich doświadczenia lub kwalifikacji. Wyrzucanym z posad menedżerom odbiera się, lub utrudnia, możliwość znalezienia nowej pracy, pozbawiając ich absolutoriów – bez ujawniania powodów takiego traktowania. Jest to nie tylko polityczny odwet mściwych nieudaczników na zdolniejszych poprzednikach. Takie postępowanie nosi znamiona naruszającej prawo i moralność dyskryminacji rzekomych „komunistów i złodziei”, „osób gorszego sortu”. Nadejdzie dzień zapłaty za takie postępowanie, więc znowu stracimy wszyscy.

Podstawą rynku kapitałowego jest powszechna umowa społeczna przewidująca, że spółki działają w celu osiągnięcia zysku, a zysk – jeżeli nie jest obracany na potrzeby spółki – podlega uczciwemu podziałowi między akcjonariuszy. Nie protestowałem, kiedy na KGHM nałożono podatek od kopalin; są one od stuleci domeną państwa, zatem akcjonariusze powinni się z tym liczyć. Lecz trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji. Argumenty, jakoby spółka odnosiła z takiego zabiegu jakikolwiek pożytek, są niedorzeczne; chodzi tu jedynie o wyciągnięcie ze spółki pieniędzy tytułem podatku od tej osobliwej operacji, na szkodę pozostałych akcjonariuszy. Istnieją podstawy do obaw, że państwo będzie w ten sposób pozbawiać akcjonariat dywidend. Lecz skoro rynek straci zaufanie do spółek z udziałem państwa, odpłynie z nich akcjonariat, a kiedy przyjdzie podnosić kapitał, koszty poniesie ogół podatników. Czy notowania spółek z udziałem Skarbu Państwa nie potwierdzają tych przypuszczeń? Sytuację pogarszają zapowiedzi zwiększania pozycji państwa w spółkach z jego udziałem, bynajmniej nie poprzez wezwania. Nie wiem, jak państwo chce to przeprowadzić; wiem jedynie, że zapłacą podatnicy.

Podobne będą następstwa procesu udomowienia banków. Politycy zyskają możliwość kierowania strumieni kredytów na doraźnie wskazywane przez nich cele, lecz w zamian spada na nich ogromna odpowiedzialność za polski system bankowy, do tej pory stabilny, bezpieczny. Niewykluczone, że kiedyś w przyszłości będzie on potrzebował zwiększania kapitałów, za co znowu zapłaci podatnik.
Nie budzą zaufania nie tylko bieżące działania, także butne zapowiedzi wielkich inwestycji, cudownego uszczelnienia systemu podatkowego, miliona elektrycznych samochodów. Oraz androny o dronach. Jedyną realną zapowiedzią jest likwidacja Ministerstwa Skarbu Państwa i zastąpienie go agencją nadzorującą spółki z udziałem państwa, bądź holdingiem grupującym te spółki. Nie dostrzegam w tym jednak nadziei na poprawę sytuacji tych spółek. Zresztą zapowiedzi likwidacji resortu są niemal równie stare, jak nasza transformacja. Już w rządzie Jana Olszewskiego nie było właściwego ministra, prof. Tomasz Gruszecki pełnił skromną funkcję kierownika Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Co niczego przecież nie zmieniało…

Bardziej niż utrata zaufania społeczności międzynarodowej zażenowanej działaniami rządu na szkodę demokracji (chodzi nie tylko o Trybunał Konstytucyjny), niż ewentualne krytyczne oceny agencji ratingowych, grozi Polsce kryzys zaufania obywateli, podatników, inwestorów. Jest ono najcenniejszym kapitałem, najlepszą podstawą rozwoju. Warto pamiętać, że niegdyś – pozbawiony powszechnego zaufania – socjalizm rozwijał się jak rolka papieru toaletowego: im bardziej się rozwijał, tym mniej go zostawało, aż nie zostało nic.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 września 2016 r.
Czytaj także:
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2015.02.17 Widzialna ręka rynku

Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo

Minister Tchórzewski nie wie, co czyni i mówi. Nikt tak ostatnio Polsce nie zaszkodził, jak ten bolszewik rynku. Na takie określenie zasłużył zamachami na rynek kapitałowy, spółki i inwestorów. Zamierza wspierać budżet podatkami od niepotrzebnego, zamierzonego na szkodę spółek i inwestorów, przesuwania środków między kapitałami spółki akcyjnej. Dąży do radykalnego ograniczenia dywidend, nie zdając sobie sprawy, że w końcu wypłoszy kapitał. Oraz plecie głupstwa, że spółkom z udziałem Skarbu Państwa nie są potrzebni inwestorzy krótkoterminowi.

Opowiadanie, że przesunięcie środków z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy wzbogaci spółkę – jest bzdurą. Spółki ocenia się po ich zdolności do generowania zysków; kwestia, w której przegródce bilansu zaksięgowano kapitał, jest tutaj bez znaczenia. Spółki ocenia się także po ich kapitalizacji, czyli iloczynie wyemitowanych akcji i ich bieżącej ceny. Można także dokonać oceny spółki biorąc pod uwagę sumę jej kapitałów: zakładowego, zapasowego i funduszy rezerwowych, przy czym nie ma znaczenia wewnętrzny podział środków między szufladki. Przenoszenie środków z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy ma na celu złupienie spółki, obciążanej podatkiem od takiej papierkowej operacji, oraz pokrzywdzenie akcjonariuszy poprzez zmniejszenie przysługującej im dywidendy, albo zgoła odmowę jej wypłaty.

Ministrowie tego rządu mają śmigłą wyobraźnię. Jak wydawać – to bilion, jak auta elektryczne – to milion, jak przesuwać kapitał pomiędzy przegródkami – to 50 miliardów. Otóż warto przypomnieć, że kapitał zapasowy nie jest kaprysem ani marnotrawstwem, jest tworzony obligatoryjnie i służy pokrywaniu strat. Koniunktura, jak wiadomo, jest kapryśna, nawet najlepsze spółki ponoszą czasem straty; na ich pokrycie tworzy się kapitał zapasowy i utrzymuje się go w wysokości określonej przepisami. Dlatego minister nie dysponuje pełną swobodą rozporządzania kapitałem zapasowym. Nawiasem: wspomniane straty są tym bardziej prawdopodobne, im bardziej spółki z udziałem Skarbu Państwa są obsadzane przez „Misiewiczów” pozbawionych kwalifikacji i doświadczeń. To nie tylko psucie rynku, to psucie państwa, jego podstaw ekonomicznych i moralnych.

Z kolei podnoszenie kapitału zakładowego (akcyjnego) poprzez wzrost wartości nominalnej akcji może pozbawić spółkę tzw. zdolności emisyjnej. Mianowicie nie jest dozwolone emitowanie nowych akcji po cenie niższej od wartości nominalnej, może się więc okazać, że kiedy spółka będzie potrzebować dokapitalizowania – zaproponowana rynkowi cena emisyjna nowych akcji będzie na tyle wysoka, że nie zostaną one objęte przez inwestorów. Mógłby je objąć Skarb Państwa, gdyby miał na to pieniądze, ale nie będzie ich miał, bo wszystko wydaje na kiełbasę wyborczą.

Zaiste, trzeba śmigłej wyobraźni, by łudzić się, że możliwy jest rozwój rynku kapitałowego pozbawianego dywidend. A nawet – przetrwanie giełdy. Giełda służy temu, by spółki mogły rozwijać się za cudze pieniądze. Dostawcy kapitału przecież oczekują czegoś w zamian: systematycznej wypłaty dywidend i wzrostu notowań spółki. Minister Krzysztof Tchórzewski deklaruje się wrogiem dywidend; jest on także wrogiem giełdy i rynku kapitałowego. Rynek burzy się przeciwko jego poczynaniom. Giełda milczy – nie wie, jak reagować na „dobrą” zmianę i plany energetycznego ministra.

Minister Tchórzewski oświadczył, że rząd PiS nie jest zainteresowany obecnością w akcjonariacie spółek z udziałem Skarbu Państwa inwestorów nastawionych na krótki horyzont. Są oni, jak wnioskuję, osobnikami gorszego sortu. Lecz inwestorów nastawionych na daleki horyzont rząd PiS płoszy, jak tylko potrafi, a to akurat potrafi. Pana ministra, ani jego rządu, nie powinno obchodzić, czy kupuję akcje spółek na krótko, czy na długo. Nie ich interes. Inwestor krótkoterminowy (za pierwszej komuny zwany spekulantem, jak przezwie go obecna?) dostarcza rynkowi płynności, giełdzie – obrotu, spółkom – ceny. Lecz działa on, jak wszyscy, z chęci zysku, ale spółki z udziałem Skarbu Państwa niewiele mu oferują. Jestem na warszawskiej giełdzie od samego jej początku, akcje niektórych spółek trzymam przez wiele lat, ale spółek porażonych polityką starannie unikam.

Spółki pod trzema dopustami

Nawet w spółce z udziałem Skarbu Państwa akcjonariusz ma prawa, w tym prawo do udziału w zysku. Gdyby nie Mateusz Morawiecki, nie przypominałbym tej oczywistości. Niestety, wicepremier do spraw rozwoju, jeszcze do niedawna prezes banku, nie rozumie natury spółki akcyjnej. Gotów jest dzielić akcjonariuszy na „już bogatych”, którym z racji ich bogactwa należy się mniej, albo w ogóle nic, oraz pozostałych, o których nie wiadomo, czy im się należy cokolwiek, ponieważ państwo ma swoje potrzeby, a te wydatnie rosną.

Wicepremier montuje projekt inwestycyjny, na który brakuje środków. Ma on kosztować równy bilion złotych. Państwo nie ma swoich pieniędzy, wydaje wyłącznie nasze, więc teraz trapi się, jak nam aż tyle zabrać. Od podatników aż tyle nie zbierze, chociaż wprowadza wiele nowych danin. Wprawdzie są jeszcze spółki Skarbu Państwa, ale wiele z nich przynosi same straty. Natomiast niektóre spółki z udziałem Skarbu Państwa wypracowują jeszcze spore zyski. Szkopuł polega na tym, że reszta akcjonariatu pragnie uczestniczyć w owych zyskach. Zamiast wypłacić im należny udział, państwo planuje zabrać te pieniądze, wydać na inwestycje – i zapewne zmarnotrawić. Jak mawiał Ronald Reagan, państwo nie rozwiązuje żadnych problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z cudzych kieszeni.

Notowany na warszawskiej giełdzie Bank Zachodni WBK przez lata wypłacał dywidendy, zaś prezes Mateusz Morawiecki znosił to cierpliwie. Lecz bank jest w pełni prywatny, nie ma w nim Skarbu Państwa. Rząd obłoży go teraz podatkiem ze szkodą dla inwestorów, nie tylko zagranicznych, także polskich. Zapowiedź wicepremiera zmierza natomiast ku temu, by w zyskach spółek z udziałem Skarbu Państwa nie partycypowali pozostali akcjonariusze. Te pieniądze powinny wspierać „interesy państwa”. W radiowej Trujce wicepremier mówił, że akcjonariuszami spółek z udziałem państwa są „już bogate” fundusze emerytalne z różnych krajów, banki, fundusze inwestycyjne lub powiernicze. Dodam, że rodzime fundusze emerytalne nie są „już bogate”, bo rząd Platformy pozbawił je znacznej części aktywów. Lecz to nie powód do gadania głupot przez ministra następnego rządu. Odczekałem kilka dni, aż ugryzie się on w język i sprostuje fatalną wypowiedź. Nic takiego nie nastąpiło. Wstyd.

Najpierw Skarb Państwa upubliczniał spółki, później niektóre z nich obłożył wysokimi podatkami, innym narzucił kupowanie trupów w postaci kopalń fedrujących straty, a teraz w pozostałych chce głodzić inwestorów. Chodzi nie tylko o kapitał zagraniczny inwestujący na polskim rynku z potępianej dzisiaj chęci zysku, także o rodzimy akcjonariat nazwany „obywatelskim”, wystawiony do wiatru przez kolejne rządy. Kapitał zagraniczny zapewne odpłynie ze spółek z udziałem Skarbu Państwa, kapitał obywatelski także powinien zastanowić się, czy inwestować tam, gdzie będzie oszukiwany. Wprawdzie polskie prawo przewiduje, że w spółce kapitałowej wszyscy akcjonariusze powinni być jednakowo traktowani w takich samych okolicznościach, lecz rządzący i tak robią swoje.

Zdaniem Morawieckiego, konieczność większego dzielenia się przez spółki ich zyskami z państwem najlepiej widać w przypadku spółek energetycznych. Tak jest! Zyski tych spółek zapewne znikną w Czarnej Dziurze, czyli w górnictwie węgla kamiennego. Utrzymanie górnictwa zostało uznane za priorytet wspomnianego „interesu państwa”. Bierni akcjonariusze nie podejmą walki o rekompensatę w postaci dywidendy wyrównawczej. Wobec tego brak poszanowania interesu akcjonariuszy zapewne doprowadzi do odpływu kapitału ze spółek z udziałem Skarbu Państwa.

Nie ma potrzeby przypominania tutaj, jak Skarb Państwa blokował wypłatę dywidendy z zysku PZU, by dokuczyć uwierającemu go inwestorowi mniejszościowemu. Sprawa została po latach osądzona przez Sąd Najwyższy. Lecz wtedy PZU SA osiągała spore zyski, dzisiaj – uwikłana w repolonizację banków, sponiewierana podatkiem – znalazła się w innej sytuacji. Zresztą nie tylko podatki i wymuszone przez rząd decyzje inwestycyjne stały się dopustami trapiącymi spółki z udziałem Skarbu Państwa i odzierającymi je z możliwości osiągania wyższych zysków. Dopustem trzecim są nonszalanckie zmiany rad nadzorczych i zarządów, czyli wymiana piastunów tych spółek na miernych, ale posłusznych. Warto zdać sobie sprawę, do czego to doprowadzi. Obiecywany bilion rozpływa się we mgle.

Czytaj także:
2013.05 15 Państwo (norweskie) akcjonariuszem
2013.05.23 Parcie na dywidendę

Przez dywidendę do wartości

Sceptycyzm inwestorów po upadku Enronu i kłopotach wielu amerykańskich korporacji nasunął rynkom trzeźwą myśl, że jeżeli spółka naprawdę zarabia pieniądze, jakimi chwali się w raporcie pozytywnie zaopiniowanym przez audytora – niech dzieli się nimi z akcjonariatem. Spadek stóp procentowych i notowań akcji podniosły znaczenie dywidend. Nie podważyła go gorączka skupów przez spółki akcji własnych.

Wypłata dywidendy nie powoduje zubożenia spółki, natomiast kreuje jej wartość w oczach akcjonariuszy i reputację na rynku. Spółkę ocenia się przecież nie tylko po wynikach. Liczy się też dywidenda. Im wyższy będzie wskaźnik wysokości dywidendy do ceny akcji, tym większa atrakcyjność spółki. Jeszcze ważniejsza od wysokości bieżącej dywidendy jest stałość dywidendy: czy spółka wypłaca ją co roku? Czy udział dywidendy w zysku spółki jest wysoki i stabilny? Idąc na giełdę, spółki nierzadko deklarują zamiar hojnych wypłat dywidendy, a później różnie bywa.

Dobrze się stało, że Dobre praktyki 2016 oczekują od spółek giełdowych zamieszczania na ich stronach internetowych nie tylko informacji na temat planowanej dywidendy, także przypomnienia dywidend wypłaconych przez spółkę w ostatnich pięciu latach obrotowych. Spółki powinny ogłaszać dane na temat dnia dywidendy, terminów wypłat oraz wysokości dywidend – łącznie oraz w przeliczeniu na jedną akcję (zasada I.Z.1.9). Takie zestawienie zapewni przejrzystość prowadzonej przez spółkę polityki dywidendowej. Oczywiście, dane historyczne nie dają podstaw do ekstrapolacji, ale bez odsłonięcia swojej historii spółce trudno będzie pozyskać zaufanie rynku. Brak ujawnienia na korporacyjnej stronie internetowej tych danych będzie oznaczać naruszenie wspomnianej zasady Dobrych praktyk. Jeżeli spółka nie planuje wypłaty dywidendy i nie wypłacała jej w okresie ostatnich 5 lat obrotowych, powinna to wyraźnie zaznaczyć. Będzie to wiadomość o dużej wadze dla inwestorów i analityków. Stosowanie zasady nie polega na wypłacaniu dywidendy, ale na ujawnianiu wskazanych w niej informacji.

Inna zasada Dobrych praktyk 2016 (IV.Z.16) przewiduje, że dzień dywidendy (czyli dzień ustalenia prawa do dywidendy) i terminy wypłat dywidendy powinny być tak ustalone, aby okres przypadający pomiędzy nimi był nie dłuższy niż 15 roboczych. Przyjęto, że tyle czasu powinno spółce wystarczyć do sprawnego przygotowania i przeprowadzenia wypłaty dywidendy. Możliwe jest ustalenie dłuższego okresu pomiędzy tymi terminami, ale wymaga to uzasadnienia. Intencją tej zasady jest unikanie sytuacji, w których spółki nadmiernie wydłużają okres oczekiwania akcjonariuszy na przysługującą im dywidendę, by jak najdłużej zachować w spółce zysk przeznaczony przez walne zgromadzenie do podziału między uprawnionych akcjonariuszy. Warto pogrzebać w historii, czy nie zdarzyło się aby, że jakaś spółka zdążyła upaść nim zdążyła wypłacić uchwaloną dywidendę…

Prawo do dywidendy ma charakter bezwzględny w tym znaczeniu, że akcjonariusze posiadający akcje w dniu dywidendy otrzymują dywidendę w terminie wypłaty dywidendy automatycznie, bez konieczności podejmowania przez nich jakichkolwiek decyzji lub działań. Wiele spółek wypłaca dywidendę ratalnie; omawiana zasada Dobrych praktyk 2016 nie dostrzega takiej sytuacji. Trudno bowiem założyć, że jeżeli dywidenda wypłacana jest w więcej niż jednym terminie, wszystkie terminy jej wypłaty zmieszczą się w okresie 15 dni od dnia dywidendy. Dopuszcza się jednak inne rozwiązania, pod warunkiem przedstawienia przez spółkę ich motywów. Chodzi o to, by na podstawie powołanych przez spółkę argumentów za odroczeniem terminu wypłaty dywidendy, lub motywów wypłaty dywidendy w ratach, rynek był w stanie ocenić, czy owo odroczenie nie ma na celu pokrzywdzenia akcjonariuszy, oraz jakie przemawiają za nim racje. Brak należycie umotywowanego uzasadnienia może zrodzić domniemanie, że odroczenie terminu (terminów) wypłaty dywidendy wynika z trudnej sytuacji finansowej spółki lub nieumiejętnego gospodarowania przez nią środkami. Przyjęcie przez spółkę dłuższego niż 15 dni roboczych okresu między dniem dywidendy a terminami ich wypłaty – przy braku należycie umotywowanego uzasadnienia – będzie traktowane jako naruszenie omawianej zasady.

Żadna z polskich spółek nie wypłaca dywidendy w ratach kwartalnych. Gdyby wypłacanie dywidendy weszło spółkom w nawyk, taka praktyka byłaby korzystna dla akcjonariatu.

W początkowej fazie rozwoju polskiego rynku kapitałowego niewiele spółek myślało o dywidendzie dla akcjonariuszy, a ci nie upominali się o nią stanowczo. Praktykę pobierania dywidendy zapoczątkowali silni inwestorzy strategiczni i finansowi. Do rozwoju praktyki wypłacania przez spółki dywidend przyczynił się zwłaszcza Skarb Państwa, skłonny do czerpania wypłat z zysku upublicznionych spółek z jego udziałem. Niekiedy doraźne potrzeby budżetu brały górę nad potrzebami kapitałowymi spółek, zazwyczaj jednak Skarb Państwa wykazywał chwalebny umiar. Odnoszę jednak wrażenie, że Skarb Państwa doszedł do wniosku, że dywidendą musi się podzielić z innymi udziałowcami, natomiast podatkiem już nie, co przemawia za zwiększaniem opodatkowania spółek kosztem zysku do podziału.

Niechętni dywidendzie bywają pracownicy, nawet jeżeli są (jeszcze!) akcjonariuszami. Ich pakiety są niewielkie. Posiadacz pięciuset akcji, otrzymawszy dywidendę w kwocie 30 groszy na akcję, weźmie do kieszeni niewiele ponad 120 złotych i śmieje się, że zarabia kilkadziesiąt razy więcej – co miesiąc, a tę „groszową” dywidendę otrzymuje raz do roku i nie jest pewny, czy za rok też otrzyma. Nawet niewielka pensja wydaje się pewniejsza, niż zysk z akcji. Nie udało się wykreować akcjonariatu pracowniczego. Obywatelskiego także nie…
Czytaj także:
2013.05.23 Parcie na dywidendę
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy