Archiwa tagu: fantazje statutowe

Razem czy osobno? [2002]

Bez względu , kim jest inwestor strategiczny i jakie ma nawyki, w polskiej spółce obowiązuje polskie prawo.

W anglosaskim modelu spółki zarząd i nadzór sprawowane są przez jednolity organ. W systemie kontynentalnym zarząd i rada nadzorcza to dwa odrębne organy. Prowadzone są namiętne spory o wyższość pierwszego rozwiązania nad drugim, albo drugiego nad pierwszym. Oba mają wady i zalety. Niektóre systemy prawne dopuszczają, aby spółka sama wybrała rozwiązanie, jakie jej najbardziej odpowiada. Inne rozstrzygają sprawę za nią, jednoznacznie narzucając spółce strukturę jej organów.

Należy do nich polski system prawny. Oddziela on wyraziście zarząd i radę nadzorczą. Oba organy mają odrębne kompetencje, a z ich wykonywaniem wiąże się odpowiednio odpowiedzialność ich członków. Członkowie zarządu i rady ponoszą odpowiedzialność za działalność na swoich poletkach. Jeżeli rada nadzorcza wtargnie w domenę zarządu, nie zdejmie przecież odpowiedzialności ciążącej na jego członkach. Podobnie jeżeli zarząd wtargnie w domenę rady, nie zdejmie z członków rady ciążącej na nich odpowiedzialności. Nie znaczy to oczywiście, że członkowie rady i zarządu nie współpracują z sobą i spotykają się tylko na walnym zgromadzeniu, w którym mają obowiązek uczestniczyć (czy uczestniczą, to już inna sprawa). Oba organy, jakkolwiek inaczej, służą tej samej spółce, temu samemu akcjonariatowi, tym samym interesom. Ich harmonijna współpraca jest bardzo pożądana. Powinny one zatem w każdej spółce stworzyć odpowiednie do jej potrzeb mechanizmy i formy kontaktów.

W praktyce sprawa wcale nie jest prosta. Otóż na polskim rynku nie zdołaliśmy jeszcze wypracować wzorów kultury współpracy organów spółki akcyjnej, zgodnych z prawem, ale jednocześnie czytelnych dla inwestorów, którzy przybyli do Polski z innego systemu prawnego, gdzie zarządzanie i nadzór skupione są w jednym organie. Tacy inwestorzy dominują w licznych spółkach publicznych, w tym także w instytucjach finansowych.

Wytrwale oręduję za praktyką, że rada nadzorcza regularnie zaprasza zarząd do udziału w jej posiedzeniach. Regularnie, zatem nie tylko od czasu do czasu. Zarząd w pełnym składzie, zatem nie tylko prezesa. Rada powinna widzieć w zarządzie cennego partnera i wysłuchiwać go, a nie tylko wzywać na dywanik, by udzielić mu (zasłużonej, lub nie) reprymendy. Nawiązanie dialogu z zarządem, otwarcie przed nim drzwi, ułatwi radzie wykonywanie stałego nadzoru nad działalnością spółki. Statuty niektórych spółek przyjmują założenie, że zarząd zawsze ma prawo, nawet bez zaproszenia, uczestniczyć w posiedzeniach rady. Jest to poważne nieporozumienie. Niekiedy statut idzie jeszcze dalej, wprowadzając na obrady rady obserwatora z ramienia związków zawodowych. Takie rozwiązania trzeba tępić. Są to herezje statutowe. Rada ma bowiem suwerenne prawo obradowania we własnym gronie. Odebranie radzie tego prawa jest sprzeczne z naturą spółki. Może ona zapraszać kogo chce, ale z własnej nieprzymuszonej woli, a nie na mocy statutu. Przecież nawet w systemie anglosaskim uciera się praktyka, że członkowie rady zajmujący się nadzorem systematycznie spotykają się we własnym gronie, nawet bez udziału kolegów zajmujących się sprawowaniem zarządu.

Z kolei rada nadzorcza nie ma wstępu w domenę zarządu. Wyjątek dotyczy członka rady wybranego w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowanego – przez grupę, nie przez radę – do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru. Ma on prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu (‘z głosem doradczym’, co nic nie oznacza). Inny wyjątek dotyczy członka rady delegowanego do czasowego wykonywania czynności członka zarządu. Czytam, że przewodniczący rady nadzorczej jednej z instytucji finansowych (PTE) miał uczestniczył w posiedzeniach zarządu. Zabierał głos. Wyrażał opinię. Wydawał polecenia. Prawem kaduka. Bo też czego szukał na posiedzeniach zarządu? UNFE (z czasem zastąpiony przez KNUiFE) uznał to za niedopuszczalną inwazję w domenę zarządu i ukarał towarzystwo za nieprawidłowości w jego organizacji. Towarzystwo zaskarżyło decyzję do NSA, wywodząc przed sądem, że na posiedzeniach zarządu przewodniczący rady tylko dzielił się doświadczeniami, zaś wypowiadał się jako ekspert. NSA nie dopatrzył się w tej praktyce rażącego naruszenia prawa, przeto uchylił karę.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Ależ jest! Niuanse prawne nie zmienią istoty rzeczy, że za uchwały zarządu, nawet podyktowane kategorycznym głosem przewodniczącego rady nadzorczej – nie ów przewodniczący poniesie odpowiedzialność. Albowiem ścisły rozdział kompetencji między organy spółki oznacza rozdział odpowiedzialności. W tym przypadku ciąży ona na członkach zarządu. Zresztą prócz sądu – jest jeszcze krytyczny osąd opinii. A także swąd, bo przewodniczący rady PTE zlekceważył i polskie prawo, i członków zarządu. Na szczęście inwestor, który go powołał, pakuje już manatki i wraca do Zurychu. Szerokiej drogi!

Tekst ogłoszony 3 grudnia 2002 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Głos doradczy [2002]

Jeżeli kodeks zawiera mętne pojęcie, ktoś kiedyś użyje go w celu niezamierzonym, ale też mętnym. W gąszczu przepisów prawa spółek błąka się pojęcie osobliwe, budzące wątpliwości co też naprawdę oznacza. Chodzi o „głos doradczy”. Dysponują nim na posiedzeniach zarządu członkowie rady nadzorczej spółki akcyjnej delegowani do stałego indywidualnego wykonywania nadzoru. Kodeks spółek handlowych stanowi, że jeżeli rada nadzorcza została wybrana w drodze głosowania oddzielnymi grupami, wówczas każda grupa ma prawo delegować jednego spośród wybranych przez siebie członków rady do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Należy do nich prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Aby owo prawo nie pozostało na papierze, zarząd obowiązany jest uprzednio zawiadamiać delegowanych o każdym swoim posiedzeniu.

Co to jest głos doradczy? Z pewnością chodzi o głos, który nie jest głosem w rozumieniu kodeksu spółek handlowych. Kodeks bowiem definiuje głosy. W jego rozumieniu są nimi głosy „za”, „przeciw” lub „wstrzymujące się” oddane podczas głosowania w sposób zgodny z ustawą, umową albo statutem spółki. Głos doradczy nie jest oddawany podczas głosowania, przeto nie może być głosem ani „za”, ani „przeciw”, ani „wstrzymującym się”. Lecz nie należy czepiać się słówek. W wielu ustawach współistnieją z sobą przepisy pochodzące z różnych epok. Są one wyrażone słownictwem swoich czasów, które współcześnie znaczy co innego. Stąd papier wartościowy nie jest papierem, akcji na okaziciela nie można okazać, spółka jednoosobowa jest wbrew zdrowemu rozsądkowi spółką, za to wbrew logice nie jest spółką osobową. Nic przeto nadzwyczajnego, że i głos doradczy nie jest głosem. Tylko w wojsku obowiązuje rozumowanie, że nazwa jest adekwatna do wskazanego przez nią desygnatu: „Jak sama nazwa wskazuje, chlebak służy do noszenia granatów. Bo jak się niesie granaty, to one chlebocą”.

Z nazwy wynika, że głosem doradczym można doradzać, lecz owe dorady w żadnym wypadku nie wiążą zarządu. Z natury spółki akcyjnej wynika zresztą, że delegowany jest uprawniony do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu dla uzyskania tą drogą pełnego obrazu spółki, a nie dla doradzania. Gdyby więc zarząd pokierował się udzieloną mu w tym trybie radą, a sprawy spółki poszły w złym kierunku, odpowiedzialność za to poniesie tylko zarząd, a nie dysponent głosu doradczego. Reprezentuje on zresztą wcale nie radę nadzorczą, a interesy grupy, która go wybrała i delegowała, przeto i głos doradczy nie jest głosem rady, a ułamka akcjonariatu.

Prawo delegowanego do uczestniczenia w posiedzeniach zarządu daje mu wstęp na terytorium, gdzie z zasady nadzór nie wstępuje. To wystarczy! Uczestnicząc w posiedzeniach zarządu, delegowany ma dostęp do informacji i możliwość prezentowania swojego stanowiska. Podczas zapowiedzianej nowelizacji kodeksu, można śmiało skreślić „głos doradczy”. Jeżeli bowiem kodeks zawiera mętne pojęcie, bywa ono wykorzystywane w celach odwrotnych od zamierzonego, zresztą także niewątpliwie mętnych. Oto w statutach spółek buduje się więc odwrotne konstrukcje, przyznające członkom zarządu prawo uczestniczenia w posiedzeniach rady nadzorczej z głosem doradczym. Albo prawo i obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach rady z głosem doradczym. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy systemu one–tier board (czyli praktykowanego zwłaszcza przez Anglosasów wspólnego organu zarządczo–nadzorczego) przyznają, iż członkowie takiego organu zajmujący się nadzorem coraz powszechniej przyjmują zasadę, by chociaż raz do roku, jeżeli nie częściej, obradować we własnym, ścisłym gronie, bez udziału kolegów zajmujących się bieżącym zarządzaniem spółką.

Przyznanie zarządowi bezwzględnego prawa uczestniczenia w posiedzeniach rady to nazbyt daleka ingerencja zarządu w nadzór. A skoro nie wiadomo, co to jest głos doradczy, grozi on w takiej sytuacji zdominowaniem nadzoru przez zarząd. Stąd wychodzę z założenia, że rada nadzorcza powinna systematycznie zapraszać zarząd na swoje posiedzenia, prosić go o opinie i wysłuchiwać je, ale przyznawanie zarządowi prawa uczestniczenia w posiedzeniach rady, w dodatku z owym głosem doradczym, to przecież gruba przesada.

W konkursie na najbardziej mętny przepis statutu wysoką pozycję rokuję takiemu oto: „Organizacje związkowe działające w Spółce, które zrzeszają co najmniej 25 procent członków załogi, są uprawnione do delegowania jednego przedstawiciela do składu rady nadzorczej w charakterze członka obserwatora, z głosem doradczym we wszystkich sprawach, które dotyczą pozycji pracownika, jego praw i obowiązków w zakładzie pracy”. Przedstawiciel związku delegowany do składu rady jako członek – obserwator nie jest wcale członkiem rady! Gdyby z kodeksu skreślić głos doradczy, może w statutach byłoby mniej głupot.

2002.09.02 tekst został ogłoszony w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2013.07.28 Za, a nawet przeciw
2001.04.09 Wyjście z pata