Archiwa tagu: język angielski

Wrzutka

Polska jest krajem otwartym, przyjaznym i serdecznym. Oto zjechał do nas cudzoziemiec stale zamieszkały za granicą (przeto bez numeru PESEL), by bez przeszkód z jakiejkolwiek strony podjąć pracę zawodową na stanowisku ministra finansów, z czasem i wicepremiera, po czym zameldować się w Bydgoszczu i kandydować stamtąd do Europarlamentu. Nikt od niego nie zażądał, by stanął przed państwową komisją egzaminacyjną i złożył egzamin ze znajomości języka polskiego. Który to język, lubo nie rodzimy, wspomniany cudzoziemiec zna wybornie, podobnie jak kilka innych.

Minister Rostowski przyszedł mi do głowy w związku z procedowanym przez parlament rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o języku polskim oraz ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych. Gospodarzem projektu jest Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dlaczegóż to, gotów spytać Czytelnik niniejszego wpisu, MNiSzW zajmuje się funduszami emerytalnymi? Prawdopodobnie za sprawą wrednej wrzutki. Otóż przygotowano projekt ustawy o bardzo rozbudowanym trybie składania przez cudzoziemców egzaminów ze znajomości języka polskiego; nie chodziło o to, by im cokolwiek narzucać, lecz by ułatwić im uzyskiwanie świadectwa znajomości języka. I do tego projektu ktoś na dokładkę wprowadził założenie, że co najmniej dwie osoby wchodzące w skład zarządu towarzystwa emerytalnego, w tym prezes, muszą legitymować się urzędowym poświadczeniem znajomości języka polskiego.

Trudno nie dostrzec w tym szykany wobec członków zarządów Powszechnych Towarzystw Emerytalnych zarządzających Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, którym to funduszom wspomniany minister Rostowski szkodził jak potrafił, a potrafił bardzo. Przepisy rangi ustawowej zejdą na psy, jeżeli będziemy je wykorzystywać do spraw małych i zbędnych. Inflacja pieniądza ustała, inflacja prawa trwa. Szacunek dla języka polskiego nie powinien być na siłę rozciągany na prywatne spółki. Podobnie nie ma sensu wymaganie, by posiedzenia rad nadzorczych i zarządów podmiotów nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego odbywały się w języku polskim. Owszem, protokoły i zawarte w nich uchwały powinny być sporządzane po polsku, ale nie ma powodu, by wymagać obradowania po polsku, zwłaszcza że współczesna rada nadzorcza może skutecznie wykonywać znaczną część swoich zadań poza posiedzeniami.

Wiele korporacji przyjmuje angielski jako język roboczy. Są wśród nich firmy skandynawskie, niemieckie, szwajcarskie, nawet francuskie. Zmiana ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych nie zmieni faktu, że to angielski jest językiem globalizacji. Językiem biznesu, internetu, nowych technologii i idei. To po angielsku uczą w słynnych francuskich szkołach biznesu. I już w niektórych polskich szkołach wyższych. Profesor Andrzej Koźmiński słusznie zauważył, że angielski nie powinien już być uważany za język obcy: jak ktoś nie umie, niech się nauczy. Bo nie jest człowiekiem.

Przeto uważam, że z projektu ustawy o zmianie ustawy o języku polskim należy wykreślić zmianę ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych.

Allo allo! [2000]

Anglojęzyczne wersje statutów i raportów polskich spółek wprowadzają w błąd i śmieszą.

Polskie spółki coraz częściej ogłaszają anglojęzyczne wersje swoich statutów i raportów rocznych. Takie są wymagania obrotu gospodarczego. Lecz wartość tych dokumentów nierzadko jest wątpliwa. Nieudolne tłumaczenie sprawia, że wprowadzają one w błąd i śmieszą. Na błędach językowych osnuto niejedną komedię. Niedawno telewizja nadawała serial „Allo allo!” Rzecz dzieje się podczas wojny. Francuski ruch oporu ukrywa brytyjskich lotników, zaś Niemcy są na tropie. Akcja toczy się po angielsku, ale brytyjscy aktorzy zabawnie przedrzeźniają akcent Francuzów i Niemców, karykaturują niezręczności językowe, popełniane przez obie te nacje, kiedy próbują one posłużyć się angielszczyzną.

Co dzisiaj porabiają bohaterowie serialu? Sądzę, że najmniej rozgarnięty z nich (policjant, który mówił „dzieńdybry”) tłumaczy teksty z polskiego na swoją osobliwą nibymowę. Czyżby ostatnio tłumaczył statut Stomilu Olsztyn? Potrzebowałem go, a ktoś miał tylko wersję anglojęzyczną. Kolportowaną przez spółkę, przeto nie wchodzi w rachubę, że przełożoną dla żartu w stylu: ‘mówiąc bez ogródek’ to ‘speaking without a small garden’, natomiast ‘zapłata z góry’ to ‘payment from the mountain”.

Tłumaczenie jest nadzwyczaj amatorskie. Autor mógł znać angielski, ale z pewnością nie znał terminologii prawniczej. To samo pojęcie – podział zysku – tłumaczone jest raz jako „distribution of profit” (§ 21. 1. 2/), innym razem jako „profit division” (§ 30. 1. 2/). Przewodniczący rady nadzorczej raz występuje jako „Chairman” (§ 16), zaś wielokrotnie jako „President” (§ 18 i następne). Nietrudno o konfuzję, skoro tytułem „President” określa się także (słusznie) prezesa zarządu. Zarząd to dla tłumacza statutu „Board of Directors”. Jedynym sposobem weryfikacji tłumaczenia jest danie go Anglosasowi do przekładu z powrotem na polski. Anglosas – daję słowo! – przełoży „Board of Directors” jako „rada nadzorcza”. Aby wyjaśnić dlaczego, trzeba byłoby przedstawić architekturę anglosaskiej spółki, co też uczynię niebawem.

Lepiej przekładać „zarząd” jako „Board of Executives”, lub „Executive Board”, lub „Management Board”. Przekonywał mnie niedawno pewien prezes, że określenie zarządu terminem „Board of Directors” jest słuszne, albowiem przed przekształceniem przedsiębiorstwa państwowego w spółkę był przecież dyrektorem. Ja na to, że jeszcze wcześniej był sekretarzem egzekutywy, przeto „Executive Board” jest stosowniejszym przekładem.

Tłumacz nie rozumiał, co przekłada. Stąd różne określenia na regulamin zarządu i regulamin rady, oraz tryb ich uchwalania. Stąd różne określenia czasowego (raz „temporary”, raz „periodical” !!) wykonywania czynności członków zarządu przez oddelegowanych członków rady. Stąd rok obrachunkowy raz występuje jako „financial year”, a kilkakroć jako „business year”. Przykłady nieścisłości, niezręczności, niejasności – mógłbym mnożyć. O czym to świadczy? Że w spółce nie znają angielskiego – języka, w którym dzisiaj robi się interesy nie tylko z Anglosasami. Oraz, że nieznajomości angielskiego nie zastąpi tłumacz. A także, że spółki nie przywiązują należytego znaczenia do swoich statutów.

Nabijam się tu z przekładu, ale oryginały statutów polskich spółek także zawierają wiele głupstw. Statut jest duszą spółki, wyraża jej tożsamość. Lecz znam akcjonariuszy inwestujących fortuny w spółki o bardzo cudacznym ustroju. Nie czytali zawczasu statutów, a potem dziwią się, że zawierają one rozwiązania niekorzystne dla akcjonariatu. Uważam, że statut spółki jest najważniejszym fragmentem prospektu emisyjnego.

Przekład statutu, albo raportu rocznego, na angielski, bywa krokiem uznawanym przez spółkę za celowy, ale prawdopodobnie nikt przekładów nie weryfikuje. Ani pod kątem poprawności języka prawnego i prawniczego (wszak statut jest aktem prawnym o ogromnym znaczeniu dla spółki), ani pod kątem poprawności filologicznej. Przyczynkiem do tematu jest brak umiejętności współpracy z prawnikami. Przekładem tekstu prawnego powinien zająć się prawnik. On będzie wiedział, jak przetłumaczyć, że uchwała w sprawie zmiany przedmiotu przedsiębiorstwa spółki zapada w jawnym głosowaniu imiennym – ponieważ wie, co to jest przedmiot przedsiębiorstwa spółki, co to jest uchwała w sprawie zmiany tegoż, oraz na czym polega jawne głosowanie imienne. Tłumacz statutu Stomilu żadnej z tych rzeczy nie wiedział, więc wymyślił zabawne nonsensy.

Moc obowiązującą ma tylko tekst statutu w języku polskim. Przekład ma wartość wyłącznie informacyjną. W tym przypadku nie ma żadnej. Co z nim począć? To trudny orzech do zgryzienia. Lepiej użyć dziadka do orzechów. Po angielsku: ‘grandfather to the nuts”. A może nie? Lepiej najpierw sprawdzić, a potem przekładać.

Tekst ukazał się 14 sierpnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.