Archiwa tagu: Komitet Nominacyjny

Z kart historii: Komitet Nominacyjny

Kto jeszcze pamięta projekt Komitetu Nominacyjnego? Zgłoszony przed kilku laty, pokryty już kurzem historii, źle świadczy o politykach, którym zabrakło energii, by go urzeczywistnić. Inna sprawa, że gdyby zdołano powołać taki komitet, zostałby on teraz rozpędzony.

W marcu 2010 r. premier Donald Tusk powołał ciało doradcze, Radę Gospodarczą pod przewodnictwem Jana Krzysztofa Bieleckiego. Uważano wówczas, że Bielecki wywiera znaczny wpływ na premiera, co przecież okazało się nieprawdą: projekty Rady nie były przyjmowane do realizacji, kończyło się na gadaniu. Do Rady powołano profesorów i praktyków ekonomii oraz socjologa. Z dzisiejszej perspektywy ciekawość budzi obecność w pierwotnym składzie tego gremium Mateusza Morawieckiego, wówczas prezesa Banku Zachodniego WBK, dzisiaj jednego z wicepremierów (uczestniczył w Radzie od marca 2010 r. do lutego 2012 r.). Słyszę, że w owym czasie miał on pracować także dla „drugiej strony”. Zachodzę w głowę: jakaż była „druga strona” względem Polski?

Rada Gospodarcza przygotowała Narodowy Program Nadzoru Właścicielskiego. Za pompatyczną nazwą krył się projekt o sensownych założeniach. Próbował on postawić biznes przed polityką. Zdawano sobie sprawę, że ingerencje polityczne w spółki z udziałem Skarbu Państwa nie ustaną, lecz zamierzano zwiększyć ich koszt, obrzydzić je, rejestrować, upubliczniać. Między polityką a spółkami miały wyrosnąć dwie bariery: Urząd Nadzoru Właścicielskiego i Komitet Nominacyjny.

Urząd miałby spełniać funkcje właścicielskie na wzór private equity. Pomysł, jeszcze niedopracowany, wydawał się naiwny. Komitet, niezależny, kadencyjny, powoływany przez premiera, miałby rekomendować odpowiednich kandydatów do rad nadzorczych ważniejszych spółek z udziałem Skarbu Państwa i uczestniczyć dorocznych ocenach pracy rad. Przewidywano wzmocnienie pozycji przewodniczącego rady nadzorczej, wyjęcie spółek uczestniczących w programie spod ustawy kominowej, wyprowadzenie z rad nadzorczych przedstawicieli pracowników.

Niektóre elementy Narodowego Programu budziły moje zastrzeżenia. Zakładano zwiększenie w spółkach roli państwa kosztem akcjonariuszy, którzy wcześniej państwu zaufali, wnieśli kapitał, a teraz mieli być zepchnięci na margines. Zakładano dobór rad nadzorczych wedle kwalifikacji, ale nie zakładano wzrostu wynagrodzeń członków rad, zapłatą za ich pracę miał być prestiż. Śmieszne.

Jedynym konkretem był Komitet Nominacyjny. Poparłem ten pomysł w przekonaniu, że byłby on krokiem ku poprawie corporate governance na polskim rynku. W Rzeczpospolitej i w Parkiecie ogłaszałem nawet kandydatury do komitetu. Niestety, politycy widzieli w nim tylko element rozgrywki między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, którego uważano za przeciwnika ustanowienia komitetu, bo ponoć miał zakusy na obsadę rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Kiedy Schetyna znalazł się w odstawce, naiwnie założyłem, że premier nareszcie powoła komitet. Lecz tłumaczono mi, że wprawdzie pomysł jest dobry, ale „nie ma woli politycznej”. Nie było jej przy Schetynie, nie było jej bez niego, chyba służył on za pretekst, żeby nie robić nic. Później pomysł odżył na jedno popołudnie w wyniku gorącej reakcji premiera na aferę Elewarru (taśmy Serafina). Napisałem wtedy, że komitet jest niczym potwór z Loch Ness – z tą różnicą, że więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. Czyli zmądrzałem.

Rzecz ciekawa: media zgodnie wykazały niechęć do tego pomysłu. Uporczywie podnoszono, że skoro o składzie Komitetu Nominacyjnego ma decydować premier, będzie on miał charakter polityczny. Nie wskazano, kto zamiast premiera miałby decydować o personaliach. Dzisiaj sprawa jest prosta. Premier nie decyduje. Komitetu nie ma. Zastąpił go działający w ciemnym pokoju prezes, który nie pełni stanowisk państwowych. Jego kot chyba także nie pełni. Nie jest wykluczone, że prezydent zaprzysiągł kota nocą, kiedy koty wracają do domu. Prezesa nie zaprzysiągł, to prezes zaprzysiągł jego. A składy rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa zostały obsadzone przez samych swoich (TKM). Ten, kto o tym decyduje, nie poniesie odpowiedzialności, ale koszt politycznych ingerencji w spółki na długo zaciąży nad państwem.

Czytaj także:
2010.07.05 Biznes przed polityką
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2014.03.08 Komitet z Loch Ness

Lasy Państwowe, państwo lasów

Premier Ewa Kopacz zastanawia się, skąd pochodzi legenda o zamiarach prywatyzacji lasów. Nie wykluczam, że z kręgów związanych z lasami państwowymi, zainteresowanych utrzymaniem status quo.

Na I i II Europejskich Kongresach Finansowych (Sopot, 2011 i 2012 r.) prezentowałem kongresowe rekomendacje w sprawie utworzenia Krajowego Funduszu Majątkowego, który przejąłby od agend rządowych zarządzanie znajdującymi się w ich domenie wyodrębnionymi aktywami korporacyjnymi Skarbu Państwa. Zamierzenie było oczywiste: wyjęcie majątku państwowego spod wpływów polityków i powierzenie go fachowemu national wealth fund kierującego się zasadami gospodarki rynkowej i wysokimi standardami corporate governance, dążącemu przy tym do tworzenia wartości w średnim / długim okresie, wykraczającym poza kadencje parlamentu.

Byłem entuzjastą tego projektu, lecz nie jego pomysłodawcą. Autorstwo należało do organizatora kongresów, prof. Leszka Pawłowicza i inspiratora myśli kongresowych Jana Krzysztofa Bieleckiego. Zresztą idea ewoluowała, punktem wyjścia było dążenie do poprawy corporate governance, efektem dążenie do lepszego zarządzania wartością kraju, a po drodze pojawił się temat wspierania i poręczania inwestycji infrastrukturalnych, co dało asumpt do stworzenia spółki celowej Polskie Inwestycje Rozwojowe SA.

Zamierzenie nie miało niczego wspólnego z prywatyzacją – przeciwnie, chodziło w nim o skupienie pod kompetentnym zarządem i sprawnym nadzorem tych zwłaszcza składników majątkowych, które miały pozostać w domenie Skarbu Państwa. Nie było powodów do mącenia w procesach prywatyzacji, z tym Ministerstwo Skarbu dawało sobie radę. Warto było natomiast rozważyć, jak odsunąć polityków od doraźnych wpływów, także personalnych, na substancję majątkową kraju, a także jak przygotować się do wykupu akcji polskich banków z rąk grup międzynarodowych, gdy będą one opuszczać nasz rynek. Zamierzaliśmy ingerować nie w rynek, a w państwo, wskazując kierunek zmiany ustrojowej.

Idea Krajowego Funduszu Majątkowego podzieliła los wcześniejszych propozycji rady Gospodarczej przy Premierze, jak zapomniany Narodowy Program Nadzoru Korporacyjnego czy Komitet Nominacyjny: owszem, kiwano głowami, że kierunek słuszny, ale nic z tego nie wyjdzie, nie zgodzą się politycy, ich układy i spółdzielnie. Natomiast dzielna brać leśna dostrzegła w tej idei zagrożenie dla swoich interesów, występując przeciwko prywatyzacji /reprywatyzacji lasów państwowych. Otóż nikt takiej propozycji nie zgłaszał. Nikt poważny.

Przy okazji warto przypomnieć zapomnianą (zresztą słusznie) teoryjkę prezydenta Ignacego Mościckiego, skądinąd wybitnego chemika. Pisze o niej w swoich ciekawych wspomnieniach polski dyplomata Jan Gawroński. Będąc wówczas posłem Rzeczypospolitej w Wiedniu, został w listopadzie 1934 r. wezwany do Warszawy na audiencję u prezydenta. Ten „rozpoczął od długiej tyrady” na temat ogólnego kryzysu. „Winę ponosiła fałszywa rola pieniądza i niesłuszne uprzywilejowanie złota jako czynnika nie wszystkim dostępnego. […] Konstatował …, że Polska nie ma złota, ale w swoich lasach nieprzebrane bogactwo drzewa; ono winno stać się tym złotem, na którym opierałaby się nasza waluta. W końcu zawyrokował, że właśnie dlatego lasy … winny stać się własnością państwa i podstawą jego finansów. […] ogólny kryzys … da się usunąć, jak tylko oprzemy naszą walutę na upaństwowionych lasach”.

Fragmentu cytowanej tyrady na temat Hitlera i oceny, co „z całego (jego) wielkiego dzieła … będzie najtrwalszym i najcenniejszym przyczynkiem do rozwoju historii i postępu ludzkości” litościwie nie przytoczę. Prezydenci także nie są wolni od mówienia bredni. Kto ciekawy, niech sięgnie po tom wspomnień „Moja misja w Wiedniu 1932-1938” (PWN 1965, s. 227-8).

Czas reform minął. W znacznej mierze został zmarnowany. Nie powołaliśmy, jak wiele krajów od Norwegii po Singapur, tzw. suwerennej agendy majątkowej. Za to chociaż w części spełniliśmy marzenie Mościckiego sprzed 80 lat. Państwo ma lasy. A lasy mają państwo.

POST SCRIPTUM. Tekst został napisany na zaproszenie portalu www.forbes.pl i ogłoszony tam 27 sierpnia 2015 r. Podlinkowany do portalu www.onet.pl, zgromadził tam liczne komentarze pisane kijami baseballowymi i odbiegające od tematu. Przez wiele z nich przewijają się twierdzenia, że „Tusk i Komorowski” potajemnie obiecali dochód z prywatyzacji lasów organizacjom żydowskim, a w ogóle „wszystko jest efektem zatrudnienia przez panią Kopacz dodatkowych hejterów”.

Widzialna ręka rynku

Polska potrzebuje kompleksowego programu na rzecz rynku kapitałowego. Potrzebuje go pilnie. Jeszcze niedawno sądzono, że chodzi o program rozwoju rynku, nową Agendę Warsaw City, zapewne 2020. Dzisiaj czas uznać powagę sytuacji: jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze działania, do roku 2020 polski rynek kapitałowy skarleje. Polsce potrzebne są usiłowania ku ocaleniu rynku. Doświadczenie wskazuje, że państwo nie tylko rynku nie wspiera należycie, ale rozmyślnie mu szkodzi. Politycy i znaczna część mediów dążą do narzucenia społeczeństwu przekonania, że żywioł rynku, owa jego niewidzialna ręka – to ręka aferzysty, której trzeba przeciwstawić pięść widzialnej ręki rynku, czyli państwa.

Stosunki państwa z rynkiem z natury bywają burzliwe. Lecz rynek kapitałowy w istocie rzeczy nie uwiera państwa, natomiast państwo potrafi dotkliwie uwierać rynek. W Polsce panuje zgoda na obecność państwa na rynku. Rzecz w tym, że nie potrafimy jasno określić, na czym na obecność ma polegać, w czym się wyrażać, jakie granice przybrać. Zgadzając się na udział państwa w grze rynkowej, powinniśmy zadawać pytania o formy tego udziału:

  • Czy rzeczywiście niektóre gałęzie gospodarki powinny wiekuiście pozostać w gestii państwa? Oraz czy owa gestia nie jest iluzoryczna? Ronald Reagan powiadał, że państwo nie rozwiązuje problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z pewnością państwo jest w stanie dofinansować branże jego specjalnej troski, na przykład energetykę, lecz nie idzie mu rozwiązywanie stojących przed tą ostatnią problemów, jak gaz łupkowy, energia atomowa, terminal LPG.
  • Skoro niektórych przedsiębiorstw nie imają się surowe prawa rynku, skoro ochrania je państwo, to czy ochrania je w imię rzeczywistej racji stanu, czy raczej w interesie pracowników? Przykład pierwszy z brzegu to górnictwo węgla kamiennego.
    • Czy udział Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki podlega ograniczeniom płynącym z reguły „tyle władztwa, ile własności”? Odnoszę nieodparte wrażenie, że większość polityków (i znaczna część dziennikarzy) nie rozumie rozróżnienia między „spółką Skarbu Państwa” (czytaj: spółką z wyłącznym udziałem Skarbu Państwa) a „spółką z udziałem Skarbu Państwa” (czytaj: spółką, w której Skarb Państwa jest jednym z akcjonariuszy, nierzadko mniejszościowym, ale nawet gdy ma – powiedzmy – 33% akcji, zachowuje się, jak gdyby miał 333% …).
  • Dlaczego zakwalifikowanie spółki do koszyka spółek o znaczeniu strategicznym zamyka ją przed światem? Jakiś czas temu przejrzałem składy rad nadzorczych owych spółek. Rzecz ciekawa: nie znalazłem w nich ani jednego obcokrajowca. Są to często podmioty znaczące, uczestniczące w procesach współpracy ze światem, ale przed owym światem intelektualnie zatrzaśnięte. Bałamucimy się zapewnieniami, że udział Polski w Unii i w NATO, nie wspominając tu o innych organizacjach, dowodzi jej otwartości. Lecz wszędzie tam, dokąd sięga widzialna ręka państwa, w poprzek rynku wytyczana jest granica „nasi – obcy”. Niedawno Marek Kondrat trafnie zaobserwował: „Świat się na nas przyjaźnie otworzył, my na świat nie bardzo, bo obawiamy się, że nas jednak zdemaskują”.

ZJAWA Z LOCH NESS
Próby uporządkowania obecności państwa na rynku kapitałowym niezmiennie kończą się niepowodzeniem. Przed kilku laty Rada Gospodarcza wystąpiła z ciekawym pomysłem Komitetu Nominacyjnego opiniującego kandydatury zgłaszane przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek z jego udziałem. Zachowanie Skarbu Państwa na tej niwie dotknięte jest dwoma grzechami. Pierwszym jest zjawisko „alotażu”, czyli promowanie na stanowiska stronników politycznych ekipy akurat rządzącej, często niekompetentnych (nazwa zjawiska wywodzi się od nazwiska byłego prezesa ZUS). Drugim jest sztuczka „królik z cylindra” – zgłaszanie kandydatur na walnym zgromadzeniu w ostatniej chwili, z zaskoczenia, by utrudnić akcjonariuszom ocenę ewentualnych kwalifikacji i doświadczeń faworytów Skarbu Państwa. Projekt powołania Komitetu Nominacyjnego obumarł, podobno ze względu na sprzeciw polityków dostrzegających w nim tamę dla ich wszechwładztwa; później jeszcze dwakroć wynurzał się z głębin, niczym zjawa z Loch Ness, lecz tylko na krótko i na niby. Podobnie potraktowano pomysł powołania Krajowego Funduszu Majątkowego mającego zarządzać udziałami Skarbu Państwa w spółkach rozproszonych między domeny różnych resortów. I tym razem politycy uznali, że Fundusz ograniczyłby ich władztwo nieskrępowane odpowiedzialnością.

STARORZECZE
Państwo jednocześnie pełni na rynku kilka różnych funkcji, niekiedy wzajemnie sprzecznych. Jest włodarzem wspólnego majątku. Jest czynnym uczestnikiem wydarzeń gospodarczych. Jest nadzorcą. Jest regulatorem. Jednym z ważnych wyzwań stawianych przez współczesność jest reforma spółki akcyjnej jako najważniejszego z uczestników rynku kapitałowego. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece odstajemy tu od rzeczywistych potrzeb. Rdzeniem współczesnej spółki publicznej jest komitet audytu, nieznany przecież Kodeksowi spółek handlowych, amatorsko uregulowany w peryferyjnej ustawie o biegłych rewidentach. Inny ważny komponent rady nadzorczej, komitet wynagrodzeń, wprowadzany jest tylnymi drzwiami, gdyż nie doczekał się jeszcze instytucjonalizacji w formie ustawy. Rady nadzorcze w spółkach notowanych coraz powszechniej wykorzystują członków niezależnych, Ksh do tej pory nie zna tej instytucji, a wspomniana ustawa o biegłych za kryterium niezależności przyjęła – uwaga, uwaga! – nieposiadanie akcji nadzorowanej spółki, co jest obrazą corporate governance. Także inna fundamentalna zasada ustroju spółki akcyjnej – odpowiedzialność jej piastunów, w tym członków rady nadzorczej, za sprawozdawczość spółki – została ustanowiona w ustawie o rachunkowości, czyli daleko poza Ksh. Kodeks jest jak starorzecze, życie pędzi innym nurtem. Przy czym spółkom ze swojej domeny państwo najchętniej postać spółki akcyjnej, choćby ten ustrój spółki był dla właściciela niekorzystny (klasycznym przykładem Gaz-System). Nie bez racji pisał The Economist, że w przypadku państwowego właściciela spółka akcyjna nie daje możliwości efektywnego wykorzystania jej zasobów.

UPAŃSTWOWIĆ CORPORATE GOVERNANCE?
Terminem corporate governance określa się styl zarządzania spółką i jej nadzorowania. Jest to obszar rozpościerający się pomiędzy prawem a rynkiem. W Polsce corporate governance zawdzięcza swoją pozycję Giełdzie Papierów Wartościowych wymagającej od notowanych na niej spółek stosowania dobrych praktyk lub wyjaśnienia rynkowi, dlaczego ich nie stosują. Przy czym osąd postępowania spółek należy do rynku. Dopiero kiedy zjawisko niestosowania jednej lub więcej dobrych praktyk przybiera wymiar krytyczny, na scenę powinno wkroczyć państwo. Ostatnio próbuje ono poszerzyć swoją domenę: jego organ, Komisja Nadzoru Finansowego, której zasługi oceniam wysoko, zeszła moim zdaniem na manowce wydając dla podmiotów nadzorowanych instrukcję generalną stosowania corporate governance. Pomijając wątpliwości w kwestii podstawy prawnej wydanych przez KNF wskazówek, widzę w nich pewne szkodliwe nieporozumienia. Komisja odstępuje od zasady „stosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”, grozi sankcjami w procesie BION (badanie i ocena nadzorcza), wnika w takie szczegóły, jak język i częstotliwość posiedzeń organów spółki, domaga się uzasadniania zdań odrębnych (co jest szkodliwe) i postuluje wybieranie przewodniczącego rady nadzorczej spośród niezależnych (co jest nieżyciowe).

INSTRUMENT KREOWANIA ZAUFANIA
Widzialna ręka dzierży kij bejsbolowy i bije nim w godność rynku i zaufanie do niego. Niektórzy politycy za wzór cnót obywatelskich uważają demonstrowanie obrzydzenia do posiadania akcji lub obligacji; jeden to nawet wyjaśniał, że nie ma rachunku bankowego, bo „nie jest aferzystą”. Niepowetowane i trwałe szkody moralne i materialne wyrządziła rynkowi kampania pomówień Otwartych Funduszy Emerytalnych o wszystko, co najgorsze. Krzysztof Lis, niezapomniany inspirator powołania Polskiego Instytutu Dyrektorów, często powiadał, że warszawska giełda nie jest niepokojona przez polityków tylko dzięki wstawiennictwu Najjaśniejszej Panienki. Ostatnio odnoszę wrażenie, że Najjaśniejsza wyjechała na wakacje. Politycy głoszą wartość państwa i krzewią awersję do rynku, w szczególności kapitałowego, który nie jest im potrzebny jak poprzednio, gdy trwała prywatyzacja.

Lecz rynek nie jest bezradny. Dysponujemy orężem obronnym, sprawnym instrumentem kreowania zaufania. Jest nim corporate governance. Dzięki niemu rośnie zaufanie do rynku, do giełdy, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. W świecie zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. I te spółki, które na tym porządku budują swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania. My, rynek, dbajmy więc o inwestorów.

Tekst został napisany na zaproszenie Izby Domów Maklerskich dla biuletynu IDM.

Czytaj także:
2013.02.25 Między oceną a wyceną

Komitet z Loch Ness

Niczym potwór z Loch Ness, z otmętów mediów wyłonił się znowu komitet nominacyjny. Z tą różnicą, ze więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. I z tą, że Nessie bywa traktowana przez media z sympatią, a komitet z nieufnością, wręcz wrogością. Sceptycy twierdzą, że skoro o składzie komitetu ma decydować premier, twór ten będzie miał charakter polityczny. Lecz kto inny miałby decydować o personaliach: prezydent? prymas? prezes opozycji? Czy wówczas nominacje byłyby apolityczne? Komitet nominacyjny jawi się jako produkt polskiego paradoksu: rośnie nasza aprobata dla zachowania znacznych udziałów w spółkach strategicznych w sferze wpływów i własności państwa, a jednocześnie narasta dezaprobata dla stylu zarządzania przez państwo jego wpływami i własnością. Innymi słowy: w gospodarce dopuszczamy własność państwa, lecz nie godzimy się na sposób zarządzania przez państwo tą własnością. W tym obszarze domagamy się reformy.

Wyobrażam sobie, że komitet miałby charakter kadencyjny. Jego zadaniem byłoby opiniowanie kandydatur zgłaszanych przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek o znaczeniu strategicznym – zapewne dwudziestu kilku. Inaczej widzi sprawę min. Włodzimierz Karpiński, który podobnio chciałby zachować ograniczyć rolę komitetu do spółek o mniejszym znaczeniu, a strategiczne, w tym energetyczne, zostawić po staremu. Reformę corporate governance rozpocząłby zatem od ogona, chociaż ryba psuje się od głowy.

Wyobrażam też sobie, że opinie komitetu byłyby ściśle poufne: opinia publiczna nie powinna wiedzieć, kto i dlaczego nie zyskał rekomendacji tego gremium. Członkowie komitetu byliby osobami poważnymi, które nie pójdą z plotkami do mediów, nie będą intrygować w środowisku. Decyzje o zgłaszaniu walnym zgromadzeniom kandydatur do rad należałyby do ministra Skarbu Państwa, on też ponosiłby za nie odpowiedzialność.

Pamiętajmy, do czego prowadził brak jasnej odpowiedzialności za decyzje personalne: prezydent zamieniał się z Jasiem listami kandydatur do rady nadzorczej spółki o znaczeniu ultrastrategicznym, Skarb Państwa zgłaszał jasiowych, a Jasiu – prezydenckich. Bądź znowu do rady tej spółki ktoś wkręcał wójta nieodległej gminy. A Stasiek chciał sprawdzić się w biznesie. Nazwałem to zjawisko alotażem, a natchnęło mnie nazwisko nauczyciela w technikum, którego mianowano szefem ZUS, instytucji o największych przepływach finansowych.

Czytam, jakoby w skład komitetu nominacyjnego wejść miały „autorytety”. Wymaga to wyjaśnienia. Termin ten budzi nieufność, w pełni uzasadnioną. Nie zapomnę, jak osoba szanowana, uznana za powszechny autorytet, ale niezdolna – nie ujmując jej zasług na innym polu – do przeczytania bilansu, porwała się na przewodniczenie radzie nadzorczej PLL LOT ponieważ „często lata samolotami”. Przeto zanim napiszę, kogo widziałbym w komitecie – wspomnę, kto nie powinien się w nim znaleźć.

Po pierwsze – czynni politycy. Po drugie – urzędnicy Skarbu Państwa lub innych resortów, którzy i tak decydują o składzie rad nadzorczych i zarządów spółek z udziałem Skarbu, choćby był to udział mniejszościowy. Po trzecie – osoby piastujące funkcje w zarządach lub radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa, czyli wybrańcy wspomnianych polityków lub urzędników. Po czwarte – osoby piastujące funkcje w licznych spółkach, nie tylko z udziałem państwa, czyli zawodowi członkowie rad nadzorczych, zresztą szanowani, wykwalifikowani, lecz znajdujący się po drugiej stronie lustra. Otóż nie uważam za stosowne łączenie funkcji nominata Skarbu Państwa w jednej radzie nadzorczej z funkcją doradcy tegoż Skarbu Państwa w sprawie obsady innych rad. Ani oddanie wpływu na nominacje w radach kolekcjonerom posad w innych radach, choćby poza gestią Skarbu Państwa.

Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby reprezentujące, prócz innych, trzy najważniejsze przymioty: doświadczenie pozyskane w pracy w radach nadzorczych lub zarządach spółek, dobrą znajomość rynku oraz możliwie bogatą znajomość ludzi rynku. Wprawdzie powiada się, że na polskim rynku wszyscy wszystkich znają osobiście, lecz w tym powiedzeniu tkwi przesada. Nawet „warszawiści” nie znają się wszyscy nawzajem, nie wspominając tzw. prowincji. Chodzi o to, by żaden wartościowy kandydat nie umknął uwadze komitetu nominacyjnego, skomponowanego z należytym uwzględnieniem żywiołów pozastołecznych.

Pora na przykłady. Widziałbym w komitecie nominacyjnym osoby takiego pokroju, takich kwalifikacji, jak prof. Andrzej Koźmiński – założyciel uczelni noszącej imię jego ojca; Maciej Leśny, Andrzej Olechowski, Jacek Siwicki – doświadczeni członkowie rad nadzorczych, przy tym zasłużeni w służbie państwowej; Maria Wiśniewska – b. prezes Banku Pekao, doświadczona także w pracy w radach. Nie widziałbym zaś miejsca dla Staśków, Jasiów, lub ich stronników.

Tekst został ogłoszony 8 marca 2014 r. w Gazecie Giełdy Parkiet
Czytaj także:
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2010.07.05 Biznes przed polityką

Premier o radach nadzorczych – moje wątpliwości

Premier rzadko wypowiada się o radach nadzorczych. Jego najbardziej pamiętne wystąpienia na ten temat dotyczyły potrzeby powołania tzw. Komitetu Nominacyjnego. Otóż przed kilku laty Rada Gospodarcza przy premierze opracowała sensowny program reformy nadzoru właścicielskiego nad spółkami o znaczeniu strategicznym z udziałem Skarbu Państwa. Zwieńczeniem reformy miał być Komitet Nominacyjny, ciało eksperckie opiniujące kandydatów Skarbu Państwa do rad takich spółek. Premier był za, wkrótce zamilkł; kiedy wybuchła afera z taśmami Serafina, premier znowu zapowiedział powołanie Komitetu Nominacyjnego, lecz wkrótce znowu zamilkł i wciąż milczy. Z jego najbliższego otoczenia płynęły do mnie opinie, że premier naprawdę jest za, ale radami nadzorczymi spółek z udziałem Skarbu Państwa zarządza Grzegorz Schetyna, który nie odda swojej porcji władzy żadnemu komitetowi. Opinie te były kłamliwe, ponieważ chociaż Schetyny już nie ma, przecież komitetu też.

W piątek 10 stycznia 2014 r. premier, w towarzystwie kilkorga członków rządu, miał ważne wystąpienie programowe. Na temat rad nadzorczych wypowiedział raptem kilka zdań, które wzbudziły moje wątpliwości. Czy zgadzam się z premierem, czy też nie, jest sprawą w gruncie rzeczy czwartorzędną. Pierwszorzędne znaczenie ma kwestia, czy premier wie, o czym mówi.

Po pierwsze: premier zapowiedział „oskładkowanie” wynagrodzeń za pracę w radach nadzorczych. O jaką składkę chodzi, nie powiedział. Już wiosną ubiegłego roku Ministerstwo Pracy zapowiedziało objęcie wynagrodzeń członków rad nadzorczych składką ZUS. Czy przez ponad pół roku nie dało się tego dokonać? Czy dokonanie tego „jeszcze” w kolejnym roku będzie osiągnięciem godnym wystąpienia programowego kierownictwa rządu?

Po drugie: zdumiała mnie argumentacja premiera. W oskładkowaniu wynagrodzeń w tytułu pracy w radach nadzorczych widzi on (cytuję za depeszą PAP 2014-01-10 14:42) „odpowiedź na uzasadnione poczucie wielu ludzi, że to wynagrodzenie z tytułu zasiadania w radzie nadzorczej jest taką korzyścią, takim przywilejem niezasłużonym. Skoro ludzie muszą płacić składki i podatki z innego tytułu, to dlaczego zasiadanie w radach nadzorczych (…) było do tej pory wolne od oskładkowania” – powiedział premier. Gdyby w cytowanej wypowiedzi zastąpić składki i podatki „karnymi odsetkami”, można byłoby ją włożyć w usta Jarosława Kaczyńskiego, taki zawiera ona ładunek populizmu i demagogii! Prawda, że wielu ludzi widzi w członkach rad nadzorczych kombinatorów i złodziei, ale zapewne tyluż pomawia o te przymioty także członków rządu. Mężowi stanu nie przystoi nazywać takowego poczucia ludzi, nawet wielu, „uzasadnionym”. Na pieniądze, nie takie znów wielkie, zarobione w radach nadzorczych, wielu ich członków uczciwie i ciężko zapracowało. Owszem, wielu innych pełniło role ornamentariuszy, niemniej w radach nadzorczych proporcje udaczników i nieudaczników są chyba podobne jak w rządzie.

Po trzecie, premier łączy oskładkowanie wynagrodzeń w radach z walką z umowami „śmieciowymi”. Powtarza tak za nim nawet poważny serwis Polityka INSIGHT. Doprawdy, nie widzę związku.

Jestem jak najbardziej za objęciem wynagrodzeń za pracę w radach nadzorczych składką emerytalną. Przyniosłoby to korzyść nie tylko członkom rad, którym zarobków w radach ZUS nie zalicza do podstawy wymiaru emerytury, także gospodarce narodowej, ułatwiając sformowanie nowoczesnego korpusu zawodowych członków rad nadzorczych, osób reprezentujących wybitne kwalifikacje, bogate doświadczenia i zaufanie rynku. Nad stworzeniem takiego korpusu pracuję od lat. Lecz obecnie praca w radach to „może dobry sposób na doraźne zarobkowanie, lecz kiepski sposób na życie”, co wywodzę w archiwalnym tekście, do którego poniżej odsyłam.

Czytaj także:
2013.07.20 Rada ze składką

Szkopuły programu reformy [2010]

Powiększa się rolę państwa kosztem akcjonariuszy, którzy wcześniej państwu zaufali, weszli z nim w spółkę, a teraz są spychani na margines.

W propozycjach Rady Gospodarczej w kwestii poprawy jakości nadzoru nad spółkami z udziałem Skarbu Państwa tkwi kilka istotnych szkopułów. Pierwszy polega na tym, że chociaż chodzi o spółki mające także innych udziałowców, w niektórych zaś Skarb Państwa jest w mniejszości, przecież we wspomnianych propozycjach powiększa się rolę państwa kosztem akcjonariuszy, którzy wcześniej państwu zaufali, weszli z nim w spółkę, a teraz są spychani na margines. Drugi szkopuł sprowadza się do tego, że sloganom dotyczącym wprowadzenia do tych spółek najwyższych światowych standardów corporate governance nie towarzyszą żadne współbrzmiące z tym konkrety. I wreszcie szkopuł trzeci: zakłada się mianowicie, że do rad nadzorczych notowanych na GPW najważniejszych spółek z udziałem Skarbu Państwa wejdą niebawem eksperci z uznanym doświadczeniem biznesowym, sprawni menedżerowie, starannie wyselekcjonowani przez niezależny Komitet Nominacyjny, lecz wynagrodzenia rad nadzorczych mają pozostać na niskim poziomie. Przemawiać ma za tym argument, że członkostwo w takich radach daje prestiż, a prestiż jest ważniejszy od pieniędzy.

Z najwyższymi światowymi standardami nie ma to nic wspólnego. Żaden z nich nie przewiduje zapłaty w prestiżu. Przeciwnie: uważa się powszechnie, że sprawującym nadzór należy się godziwe, wysokie wynagrodzenie, na tyle atrakcyjne, by skłonić ich do podjęcia pracy w radzie, zatrzymać ich na funkcjach przez jedną lub więcej kadencji, umotywować do skutecznego sprawowania stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich, powtarzam: wszystkich dziedzinach tej działalności. Wynagrodzenie za pracę w radzie nadzorczej powinno korespondować z kwalifikacjami, zakresem odpowiedzialności i niezbędnym, a stale rosnącym, zaangażowaniem czasowym. Światowe standardy przewidują, że spółka określa kandydatom do rady nadzorczej wymiar przewidywanego zaangażowania czasowego związanego z wykonywaniem przez nich funkcji. Za prestiż możemy najwyżej zafundować sobie synekury.

Owszem, menedżerowie czynni w działalności gospodarczej – a takich właśnie ma rekomendować Komitet Nominacyjny – reflektują na członkostwo w radach nadzorczych znaczących spółek z powodów innych niż pieniądze. Liczy się możliwość poszerzania przez nich stref ich wpływów. Udział w ważnej radzie jest okazją do nawiązania lub wykorzystania uzyskanych tą drogą kontaktów. Z nadzorowaną spółką wiąże ich więc nie tyle skromne wynagrodzenie, niewspółmierne do zakresu zadań, co wzgląd na inne korzyści. Mamy już w tej kwestii doświadczenie. U zarania polskiej transformacji gospodarczej szefowie korporacji rozsiadali się na krzyż w radach, pobłażliwie nadzorując się nawzajem. Przez siatkę wzajemnych powiązań przepłynie stokroć więcej, niż zaoszczędzi się na wynagrodzeniach członków rad.

Tekst został ogłoszony 8 lipca 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2014.03.08 Komitet z Loch Ness
2010.07.05 Biznes przed polityką

Biznes przed polityką [2010]

Rada Gospodarcza opracowała Narodowy Program Nadzoru Właścicielskiego. Ta pompatycznie nazwana inicjatywa budzi wiele kontrowersji. Część z nich zapewne wynika z niepełnej znajomości istoty rzeczy. Otóż program nie zakłada ani zaniechania prywatyzacji, ani jej przyśpieszenia – w tym względzie jest neutralny. Podejmuje on natomiast, moim zdaniem, próbę postawienia w spółkach z udziałem Skarbu Państwa biznesu przed polityką. Kładę nacisk na słowa „z udziałem”. Po pierwsze, Skarb Państwa nazbyt często zapomina, że w tych spółkach, notowanych na parkiecie, są prócz niego inni udziałowcy. I że to oni stanowią większość w akcjonariacie. Po drugie, program zakłada utrzymanie tych udziałów w dającej się przewidzieć przyszłości.

Założenia zmierzają ku doskonaleniu nadzoru i oderwaniu go od polityki. Ingerencje polityczne w spółki zapewne nie ustaną. Lecz trzeba zwiększyć ich koszt. Obrzydzić je, jak tylko to możliwe. Rejestrować je i upubliczniać. Między polityką a spółkami miałyby przeto wyrosnąć dwie bariery administracyjne. Pierwszą byłby Urząd Nadzoru Właścicielskiego w ramach resortu skarbu. Drugim – swoisty państwowy headhunter – Komitet Nominacyjny.

Urząd, złożony z profesjonalistów, miałby obserwować spółki uczestniczące w programie operując wskaźnikami (mam obawy przed wskaźnikami ocenianymi zza biurek!). Należałaby do niego współpraca z instytucjami tworzącymi politykę gospodarczą, w tym strategie sektorowe i regulacje. Oraz ocena pracy rad nadzorczych, do tej pory niepraktykowana. W urzędzie pokładane są ambitne oczekiwania, iż zdoła on spełniać funkcje właścicielskie na wzór funduszy private equity.

Komitet, niezależny, kadencyjny, powoływany przez premiera, miałby rekomendować odpowiednich kandydatów do rad nadzorczych i uczestniczyć w dorocznych ocenach pracy rad. Przedkładając to zjawisko na język czasów słusznie minionych – członkowie rad znaleźliby się w nomenklaturze komitetu. Nie dopatrzyłem się ustaleń dotyczących udziału w komitecie inwestorów instytucjonalnych, zwłaszcza funduszy emerytalnych – akcjonariuszy stabilnych, a przy tym apolitycznych.

Projekt przywiązuje duże znaczenie do roli przewodniczących rad nadzorczych, zmierza ku wzmocnieniu ich decyzyjności i odpowiedzialności. Wymaga to jednak zmiany ustroju spółki akcyjnej. Zresztą przewiduje się poważne zmiany regulacyjne: spółki uczestniczące w programie zostałyby wyjęte spod rygorów osławionej „ustawy kominowej”, z ich rad nadzorczych zniknęliby przedstawiciele pracowników, utworzona zostałaby funkcja pod (roboczą, mam nadzieję) nazwą „oficer korporacyjny”, a korpus jej piastunów reprezentowałby interesy spółek dominujących w radach nadzorczych spółek zależnych. Więcej napiszę o programie niebawem.

Tekst został ogłoszony 5 lipca 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2014.03.08 Komitet z Loch Ness
2010.07.08 Szkopuły programu reformy