Archiwa tagu: Korpus PID

Spuścizna Krzysztofa Lisa

Po ośmiu latach wkrótce złożę funkcję prezesa Polskiego Instytutu Dyrektorów. Wcześniej przez trzy lata byłem członkiem pierwszego składu Rady Programowej PID. Kawał życia! Ilekroć oglądam się wstecz, widzę niezapomnianą postać rzeczywistego twórcy Instytutu, dr. Krzysztofa Lisa, jednego z tytanów naszej transformacji gospodarczej. Reformował. Inspirował. Zarażał entuzjazmem. Krzewił dobrą praktykę. Siewcy zabrakło, ale plon już wschodzi.

Krzysztof Lis zginął tragicznie w styczniu 2005 r. w wypadku drogowym. Czas nie zatarł jego dokonań. Jest on powszechnie uznawany za twórcę i herolda polskiej prywatyzacji. Słusznie. Był przecież jednym z filarów Ekipy skupionej wokół Leszka Balcerowicza i organizatorem Ministerstwa Przekształceń Własnościowych (z nieznanych mi powodów resortu jednak nie objął). Ale jego zasługą jest także wzbierający na znaczeniu, wpływach i jakości polski ruch na rzecz corporate governance.

Już w latach dziewięćdziesiątych Krzysztof Lis zapoczątkował cykl wartościowych konferencji problemowych dobrze służących zbliżeniu teoretyków, praktyków ze spółek, oraz instytucji rynku kapitałowego. Organizował warsztaty dla członków organów spółek. Zgromadził wokół siebie zapaleńców, którzy wypracowali dla polskiego rynku kapitałowego pierwszy zbiór zasad dobrej praktyki (2002), należycie odzwierciedlający jego specyfikę i tożsamość. Pracowaliśmy pro bono pod światłym przewodnictwem prof. Grzegorza Domańskiego, który zwykł mawiać: „Wzięliśmy się z kurzu”. Ale nad postępami naszych prac czuwał wytrwale Krzysztof Lis, zapewne zżymając się w duszy na zawiłość prawniczych dysput i niekończące się spory o użycie najwłaściwszych słów. Zainspirował także utworzenie Polskiego Instytutu Dyrektorów, już po jego śmierci inkorporowanego w formie fundacji. To tylko niektóre z dokonań twórcy kipiącego pomysłami, energią, rozmachem w działaniu, zjednującego poparcie dla dobrych inicjatyw.

Na kilku „wschodzących rynkach” po prostu skopiowano rozwiązania przejęte z Zachodu. Organizacje międzynarodowe przysłały specjalistów, którzy oświecali ciemny lud, a onże wszystko kupował… Pobieżnie przekładano zasady dobrych praktyk na języki rodzime. Odfajkowano sprawę. W Polsce było inaczej. Ruch na rzecz corporate governance rodził się oddolnie, samoistnie, skupiając wiele z najtęższych umysłów rynku kapitałowego. Fermentowi intelektualnemu, który udało się twórczo pobudzić, zaczyn dawał właśnie Krzysztof Lis. I nieustannie dążył, by nie tylko dyskutować – także działać.

Miał przy tym skłonność do mnożenia bytów. Z zasłużonej Fundacji Rozwoju Rynku Kapitałowego (itd.) wyłonił Instytut Rozwoju Biznesu, na jego podstawie organizował wspomniany Instytut Dyrektorów. Do zredagowanych przez zespoły specjalistów zasad dobrej praktyki dokleił z czasem Komitet Dobrych Praktyk, Radę Dobrych Praktyk, coś tam jeszcze. Lecz wszystkie sznurki skupiał w swoim ręku. Nawet współpracownicy nie mogli się czasem połapać, jaka jest natura powiązań zachodzących w tym gąszczu instytucji. Nie wszystkie inicjatywy owocowały. Pamiętam, jak przed laty dr Lis powołał mnie w poczet Akademii Prawa Spółek. Aczkolwiek akademia nie podjęła żadnej działalności, fakt jest istnienia był reklamowany licznymi ogłoszeniami w dziennikach. Co nie znaczy wcale, że pan Krzysztof otaczał się fasadami… Było tak: rzucał pomysł, najczęściej znakomity, jego realizację powierzał współpracownikom, łapał teczkę, pędził na spotkanie, wracał z kolejnym pomysłem.

Ostatnim przedsięwzięciem, nad którym żarliwie pracował, było ustanowienie korpusu profesjonalnych członków rad nadzorczych. Przesłanie tej idei było następujące: do rad w Polsce powołuje się partyjnych stronników lub szwagrów, bo niby skąd wziąć fachowców? Krzysztof Lis wiedział, że jest na polskim rynku wielu doświadczonych specjalistów i można wykształcić kolejnych, przede wszystkim dla potrzeb inwestorów instytucjonalnych, funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, a w planach dalekosiężnych – także dla skarbu państwa… W dyskusjach często też wracał do pomysłu audytowania spółek pod kątem corporate governance. Fantazjowałem wtedy, że będziemy, na wzór certyfikatów ISO, wydawać świadectwa LISO. Bawił się tym powiedzeniem, podobnie jak rozumowaniem, że nasze zasady dobrej praktyki są dobre, bo są nasze.

Kiedy gdański Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową podjął własny program prac nad tzw. kodeksem corporate governance, Krzysztof Lis z jednej strony obśmiewał tę inicjatywę w satyrze rozsyłanej zaprzyjaźnionym osobom, a z drugiej – krytykował ją publicznie. Z częstych rozmów na ten temat wysnułem wniosek, że min. Lis za szczególną wartość polskiego ruchu na rzecz corporate governance uważał jego jedność. Nie chodziło o jedność poglądów: miał wszak wysoki wskaźnik tolerancji dla opinii odmiennych, krytycznych – a o jedność nurtu, w którym owe poglądy się kłębią. Gorszył się działalnością „odszczepieńców”, a nie gorszył się moją opinią, że gdańskie dzieło wcale nie jest złe, a kilka jego rozwiązań nawet przewyższa nasze… Nie miał mi przy tym za złe, że ja – przecież autor zamówionego przezeń u mnie pierwszego polskiego projektu zasad dobrych praktyk – współpracowałem także z gdańszczanami. No, może i miał za złe, ale tłumił to w sobie. Miał klasę!

Pan Krzysztof dobrze wiedział, że corporate governance to nie stan, ale proces, którego cele będą w miarę potrzeb modyfikowane, ale doskonałości osiągnąć się przecież nie uda. Dorobek, jaki po sobie zostawił, to nie tylko wartościowe konferencje, warsztaty, instytuty; to także uformowanie licznego zastępu osób uprawiających tę niwę, czy to z ramienia i w interesie macierzystych instytucji – uczestników rynku, czy z własnego, prywatnego powołania. Reprezentują one znaczne kwalifikacje, znaczny potencjał intelektualny, oddanie sprawie. Ten właśnie „zastęp Lisa” jest wyjątkową wartością polskiego rynku. Zazdroszczą nam go liczne inne „wschodzące rynki”. Na kilku z nich Krzysztof Lis był postacią doskonale znaną, ogromnie szanowaną. Doradzał tam, pomagał, inspirował. Jego odejście było stratą dla Polski i całej Nowej Europy. Odczuwamy tę stratę do dzisiaj. Ze wstydem przyznaję, że chociaż z czasem mnie przypadło po nim przywództwo w Polskim Instytucie Dyrektorów, przecież nie zdołałem Pana Krzysztofa zastąpić. Lecz posiany przezeń plon już wschodzi.

W tekście wykorzystałem moje ogłaszone wcześniej refleksje na temat dorobku pana Krzysztofa. Zachęcam Czytelników do wzbogacenia tych wspomnień.

Podwójny szklany sufit [2011]

Na stronie internetowej Polskiego Instytutu Dyrektorów widnieje ciekawe ogłoszenie. Niemiecka firma zajmująca się rekrutacją do pracy w radach nadzorczych poszukuje zagranicznych kandydatów. Że poszukuje ich w Polsce, nie dziwi. Nasze prawo spółek przejęło wiele rozwiązań niemieckich, zakorzenionych w odległej przeszłości, odosobnionych już w świecie, w tym ścisły rozdział zarządu i rady nadzorczej. Menedżerom doświadczonym w polskich radach nadzorczych łatwiej poruszać się w podobnym przecież środowisku rad niemieckich. Pod warunkiem, rzecz jasna, biegłej znajomości języka, ale niekoniecznie niemieckiego. W niejednej z wielkich niemieckich korporacji językiem roboczym jest angielski.

Przypuszczam, że ta akcja werbunkowa skierowana jest w istocie rzeczy do kobiet. Spółki krajów Unii Europejskiej znajdują się pod coraz silniejszym naciskiem ku równoważeniu udziału mężczyzn i kobiet w zarządach i radach nadzorczych. Wyniki poważnych badań wskazują, że od właściwej (także, a może zwłaszcza, pod względem proporcji płci) kompozycji rad zależą wyniki spółek; za tym idzie pomyślność akcjonariuszy, nawet gospodarek narodowych. Nie brak głosów opowiadających się za koniecznością wprowadzania, po dobroci albo pod przymusem, kwot określających pożądaną proporcję udziału kobiet w organach spółek, bądź nawet parytetu. Niektóre państwa już poszły, bądź idą, w tym kierunku.

Kwestia udziału kobiet w zarządach i radach spółek jest fragmentem szerszego problemu zapewnienia tym organom pożądanej różnorodności, także w aspekcie międzynarodowym. Kobieta sprowadzona z Polski do pracy w niemieckiej radzie poprawiłaby zarazem wskaźniki umiędzynarodowienia i wielokulturowości rady.

Rzecz w tym, że sami cierpimy ostry niedobór kobiet w organach spółek. Jest to niepokojące. W Polsce nie brakuje przecież kobiet świetnie wykształconych, z dorobkiem w zarządzaniu, doświadczeniami na stanowiskach kierowniczych. Nie przeczę, że istnieje ów niedostrzegalny szklany sufit, często grodzący kobietom drogę na szczyt kariery zawodowej. Lecz obawiam się, że wiele kobiet hoduje w sobie drugi taki sufit. Na prowadzonej przez PID liście kandydatów na profesjonalnych członków rad nadzorczych kobiet jest mniej niż 10 procent. Nie zgłaszają się; czyżby nie wierzyły w swoje kompetencje? Jeżeli sytuacja nie ulegnie wkrótce poprawie, wkrótce to my będziemy musieli importować kobiety do rad nadzorczych. 

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej 22 października 2011 r.