Archiwa tagu: Krajowy Fundusz Majątkowy

“Zmiany w składzie zarządu”

Nikt nie może być pewny posady – powiada minister Skarbu Państwa, zapewne pod dyktando prezesa, bo sam też nie może być pewny swojego stanowiska. Uznano, że strach o posadę jest dobrym motywatorem. Dlatego porządek obrad każdego posiedzenia rady nadzorczej spółek z udziałem Skarbu Państwa ma zawierać punkt „Zmiany w składzie zarządu”. Zapewne porządek obrad każdego walnego zgromadzenia będzie zawierał punkt „Zmiany w składzie rady nadzorczej”. Nad piastunami spółek ma bezustannie wisieć miecz Damoklesa.

Ustrój spółki akcyjnej dopuszcza nagłe, niespodziewane zmiany w składzie organów. Lecz w założeniu członkowie zarządu i rady nadzorczej piastują mandaty przez określony czas, nazywany kadencją. Mogą oni być powoływani na kolejne kadencje, ich liczba nie jest ograniczona prawem. Kadencja nie może być dłuższa niż pięć lat. Mandat piastuna spółki wygasa przed upływem kadencji w przypadku śmierci, rezygnacji albo odwołania go ze składu organu, co może nastąpić w każdym czasie. Wprawdzie statut spółki może zawierać inne postanowienia, w szczególności ograniczać prawo odwołania do ważnych powodów, lecz o tym, czy powód jest ważny, najczęściej przecież decyduje ten, kto odwołuje. Mandaty członków rady nadzorczej w zasadzie wygasają przed upływem kadencji także w sytuacji, gdy doszło do wyboru przynajmniej jednego członka rady w drodze głosowania przez walne zgromadzenie oddzielnymi grupami. Wynika z tego, że piastuni spółki akcyjnej nie są zabetonowani na swoich stanowiskach, tracą je w określonych prawem okolicznościach, lecz są to sytuacje szczególne. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa takie sytuacje szczególne mogą zachodzić często. Wróży to źle i piastunom stanowisk w organach spółek, i spółkom.

Odnoszę wrażenie, że ekipa rządzących państwem nie ogarnia pojęć mandatu piastuna spółki akcyjnej, jego kadencji, obowiązku dokładania przezeń staranności wynikającej z zawodowego charakteru jego działalności, a także odpowiedzialności. Pojęcie mandatu bywa radośnie używane – nadużywane! – w znaczeniu „mandatu demokratycznie udzielonego partii rządzącej przez suwerena”. Piastunów spółek z udziałem Skarbu Państwa traktuje się jak lalki w teatrze kukiełkowym.

Nietrudno zauważyć, że wiele osób powoływanych ostatnio na piastunów spółek z udziałem Skarbu Państwa reprezentuje tak wątłe kwalifikacje i przymioty, że ich wzmożona rotacja nie obniży potencjału intelektualnego zarządów i rad nadzorczych. Zapewne ministrowi na tym potencjale nie zależy, wszak on sam wie najlepiej, co dobre jest dla spółek, przeto dba on głównie o posłuszeństwo swoich nominatów. Rozumny piastun spółki miałby na względzie jej interes, nie widzimisię urzędnika lub interes partii będącej akurat przy władzy. Nie wniósłby aktywów zarządzanej przezeń spółki w wątpliwe przedsięwzięcia gospodarcze, jak wspomaganie beznadziejnych pomysłów i projektów. Już w starożytności ukuto powiedzenie „homo sapiens non urinat in ventum” – człowiek rozumny nie sika pod wiatr. Posłuszny będzie sikać, gdzie mu każą, o czym świadczą – na przykład – usiłowania rządu wokół ratowania, kosztem spółek z innych branż, nierentownych kopalni węgla kamiennego.

Tylko patrzeć, aż resort nakaże zastąpić w porządku obrad rad nadzorczych punkt o zmianach w składzie zarządu punktem o dobrych zmianach. Kanon o „dobrej zmianie” służy wzmacnianiu obecności państwa w gospodarce. Podstawowe funkcje gospodarcze państwa to zapewnienie społeczeństwu bezpieczeństwa egzystencji, a przedsiębiorcom wolności od zbytecznej ingerencji. Im bardziej rozpycha się państwo w rozwiniętej gospodarce, tym słabsze i państwo, i gospodarka. Zyskują natomiast związkowcy z największych zakładów pracy. Obecne zamierzenia objęcia gospodarki kuratelą państwa (czytaj: PIS) nie wróżą niczego dobrego ani gospodarce, ani państwu. W potiomkinowskiej złudzie Polska była już „dziesiątą potęgą gospodarczą świata”, ale w sklepach mięsnych były nagie haki.

Przed kilku laty zabiegałem o utworzenie Krajowego Funduszu Majątkowego, profesjonalnej instytucji zarządzającej udziałami Skarbu Państwa w spółkach określanych, niekiedy na wyrost, mianem „strategicznych”. Takie rozwiązanie ograniczałoby wpływ polityków na skład organów tych spółek (lecz nie na ich strategię), więc okazało się zupełnie nierealne. W miejsce państwowego funduszu majątkowego (takie twory określa się mianem „sovereign wealth funds”, co nie ma nic wspólnego z suwerenem z przytoczonego powyżej powiedzenia) miał powstać byt mgławicowy pod nazwą Polskich Inwestycji Rozwojowych. Dzisiaj jego miejsce zajmuje równie mgławicowe Coś-tam-coś-tam. Niby też chodzi o rozwój, ale odpowiedzialny. Wymienia się kadry, zmienia się plany, struktury, strategie, zadania. Jest ruch, jest szum, medialna wrzawa, entuzjazm „przekazów dnia” – i prawda na opak wywrócona.

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2016.02.23 Spółki pod trzema dopustami

Testament ministra Skarbu

Resort Skarbu Państwa prowadzi politykę przy otwartej kurtynie. Minister Dawid Jackiewicz wypowiada się jasno, kategorycznie. Deklaruje „dobrą zmianę”: odwrót od prywatyzacji i rezygnację z większości płynących z niej przychodów. Zapowiada rychłą likwidację kierowanego przezeń urzędu. Ujawnia, jak chce to osiągnąć. Nie kryje, że nad interesy rynku przedkłada interes państwa (bądź to, co jego partia uznaje za ów interes), czyli iż polityka ma w jego działalności prymat nad gospodarką.

Minister oświadczył, że jego resort negatywnie ocenia prowadzoną przez poprzedni rząd politykę prywatyzacji. Przykładem wyrządzonych przez nią szkód była sprzedaż akcji KGHM Polska Miedź w 2010 roku, co osłabiło możliwość obrony spółki przed wrogim przejęciem. Sprzedane zostaną tylko podmioty zbędne, natomiast pozostawione w domenie Skarbu Państwa zostaną objęte sprawnym nadzorem.

Posłuży temu nowy podmiot gospodarczy obejmujący spółki Skarbu Państwa. Minister wymienił KGHM, Grupę Azoty, PLL LOT, PKO Bank Polski, PZU. Być może planowany holding, który powstanie najpóźniej do połowy przyszłego roku zastępując Ministerstwo Skarbu Państwa, obejmie także grupy związane z sektorem energetycznym; będzie to zależało od rozgrywek międzyresortowych. „Celem tego podmiotu będzie dbałość o wzrost wartości spółek Skarbu Państwa” – powiedział minister. Drogę do celu utorują odpowiednie regulacje i odpowiednie kadry, oraz wzajemne uprzywilejowanie spółek – uczestników zjednoczenia. Zysk będzie wspólny. Ważne, by piastuni spółek mogli skupić się na interesie właściciela [?] „bez ponoszenia konsekwencji wynikających z Kodeksu spółek handlowych”.

Spółki wchodzące w skład zjednoczenia będą rozliczane z realizacji polityki rządu. Surowo rozliczane. Żaden członek rady nadzorczej, żaden członek zarządu, żaden prezes nie może być pewien stanowiska. Już Dawid Jackiewicz o to zadba, w ministerstwie czy w przyszłym holdingu. Koniec z bezhołowiem, traktowaniem domeny Skarbu jako baronii, księstw. I koniec z patologią wynagradzania menedżerów, czyli omijaniem ustawy kominowej. Już wkrótce, w najbliższych tygodniach, światło dzienne ujrzy projekt ustawy o sprawiedliwych wynagrodzeniach, stosownych do możliwości poszczególnych przedsiębiorstw.

Czy Dawid Jackiewicz wie, co mówi? Jego kandydaci do holdingu w większości wcale nie są spółkami Skarbu Państwa. To spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym. W PKO Banku Polskim, PZU, KGHM, Skarb Państwa ma niewiele ponad 30% udziału, ale zachowuje się, jakby miał 330%. Pozostali akcjonariusze nie mają tam czego szukać, ponieważ nie mogą już liczyć ani na znaczący wzrost notowań – bo podatki (bankowy, od kopalin, danina na SKOKi), ani na znaczące dywidendy – bo Morawiecki ciuła swój bilion. Możliwy jest ich exodus z tych spółek. Groźba wrogiego przejęcia KGHM jest wydumana z fusów. Grozi nam raczej wrogie przejęcie OFE przez urzędników państwowych.

Skarb Państwa nie ogłosi wezwania na spółki z jego udziałem, bo nie ma środków. Lecz nie zamierza się liczyć z pozostałymi akcjonariuszami, ani z prawem (minister wymienił Ksh, o konstytucji wspominać nie warto). Pewnie ustąpi jedynie związkowcom, co wróży wygaszenie polskiej gospodarki. Z wyjątkiem górnictwa węgla kamiennego.

Jedyną w holdingu spółką nienotowaną na giełdzie byłby LOT. Miał być łączony z PKP, teraz czeka go związek z Azotami, może także z Kompanią Węglową. Kiedy przerobimy samoloty za napędzane węglem, uda się zmniejszyć zwały czarnego złota na hałdach. Zanim do tego dojdzie, LOT przypuszczalnie upadnie. I dobrze mu tak, odwrócił się od Krakowa, skazał mnie na Lufthansę, stare bułki z kapustą, przesiadki w koszmarnym Frankfurcie.

W ciągu pierwszych stu dni Dawida Jackiewicza wartość akcji w rękach Skarbu Państwa spadła o blisko 11 miliardów złotych. To klęska, gospodarcze Waterloo. Wymieciono zarządy i rady nadzorcze, w sumie kilkaset osób. Zawodowych menedżerów zastępują pomazańcy prezesa, jak Wojciech Jasiński w Orlenie. Kiedy minister zapowiada pogrom, wierzę mu bezgranicznie.

Ramy prawne przyszłego holdingu nie zostały jeszcze określone. To nie dziwi, przecież polskie prawo nie zawiera regulacji holdingowych, do tej pory na przeszkodzie stawała im polityka. Wymyśli się jakąś formułę, a sprzeczne z nią przepisy zostaną wygaszone. Cieszy jedno: projekt ustawy o wynagrodzeniach słusznych i sprawiedliwych „ujrzy światło dzienne”. Do tej pory wiele ustaw uchwalono nocą.

Idea akcjonariatu obywatelskiego została nieodwołalnie pogrzebana jeszcze przez Platformę, więc obecny rząd do niej nie wróci. Za to wróci do walki z kominami: minister wyraża pogląd, ze zwyrodnieniem nie była ustawa kominowa, lecz omijanie jej.

Przed laty orędowałem za innym rozwiązaniem: wniesieniem należących do Skarbu Państwa akcji do Krajowego Funduszu Majątkowego, zarządzającego tymi walorami ponad polityką i partiami. Wtedy upragniony wzrost wartości spółek z udziałem Skarbu Państwa byłby bardziej realny. Partie podówczas rządzące pomysłu nie podjęły, zdały sobie sprawę, że projekt godzi w ich wpływy. Fałszywych liberałów zastąpili autentyczni totalersi, projekt rozdarto na strzępy; tylko patrzeć, aż to samo zrobią z gospodarką. „Polska w ruinie” to obietnica wyborcza, którą najłatwiej przychodzi im spełniać. Pozostali szefowie resortów gospodarczych też powinni spisać testamenty.

Czytaj także:
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2015.05.31 Czuj się odwołany

Lasy Państwowe, państwo lasów

Premier Ewa Kopacz zastanawia się, skąd pochodzi legenda o zamiarach prywatyzacji lasów. Nie wykluczam, że z kręgów związanych z lasami państwowymi, zainteresowanych utrzymaniem status quo.

Na I i II Europejskich Kongresach Finansowych (Sopot, 2011 i 2012 r.) prezentowałem kongresowe rekomendacje w sprawie utworzenia Krajowego Funduszu Majątkowego, który przejąłby od agend rządowych zarządzanie znajdującymi się w ich domenie wyodrębnionymi aktywami korporacyjnymi Skarbu Państwa. Zamierzenie było oczywiste: wyjęcie majątku państwowego spod wpływów polityków i powierzenie go fachowemu national wealth fund kierującego się zasadami gospodarki rynkowej i wysokimi standardami corporate governance, dążącemu przy tym do tworzenia wartości w średnim / długim okresie, wykraczającym poza kadencje parlamentu.

Byłem entuzjastą tego projektu, lecz nie jego pomysłodawcą. Autorstwo należało do organizatora kongresów, prof. Leszka Pawłowicza i inspiratora myśli kongresowych Jana Krzysztofa Bieleckiego. Zresztą idea ewoluowała, punktem wyjścia było dążenie do poprawy corporate governance, efektem dążenie do lepszego zarządzania wartością kraju, a po drodze pojawił się temat wspierania i poręczania inwestycji infrastrukturalnych, co dało asumpt do stworzenia spółki celowej Polskie Inwestycje Rozwojowe SA.

Zamierzenie nie miało niczego wspólnego z prywatyzacją – przeciwnie, chodziło w nim o skupienie pod kompetentnym zarządem i sprawnym nadzorem tych zwłaszcza składników majątkowych, które miały pozostać w domenie Skarbu Państwa. Nie było powodów do mącenia w procesach prywatyzacji, z tym Ministerstwo Skarbu dawało sobie radę. Warto było natomiast rozważyć, jak odsunąć polityków od doraźnych wpływów, także personalnych, na substancję majątkową kraju, a także jak przygotować się do wykupu akcji polskich banków z rąk grup międzynarodowych, gdy będą one opuszczać nasz rynek. Zamierzaliśmy ingerować nie w rynek, a w państwo, wskazując kierunek zmiany ustrojowej.

Idea Krajowego Funduszu Majątkowego podzieliła los wcześniejszych propozycji rady Gospodarczej przy Premierze, jak zapomniany Narodowy Program Nadzoru Korporacyjnego czy Komitet Nominacyjny: owszem, kiwano głowami, że kierunek słuszny, ale nic z tego nie wyjdzie, nie zgodzą się politycy, ich układy i spółdzielnie. Natomiast dzielna brać leśna dostrzegła w tej idei zagrożenie dla swoich interesów, występując przeciwko prywatyzacji /reprywatyzacji lasów państwowych. Otóż nikt takiej propozycji nie zgłaszał. Nikt poważny.

Przy okazji warto przypomnieć zapomnianą (zresztą słusznie) teoryjkę prezydenta Ignacego Mościckiego, skądinąd wybitnego chemika. Pisze o niej w swoich ciekawych wspomnieniach polski dyplomata Jan Gawroński. Będąc wówczas posłem Rzeczypospolitej w Wiedniu, został w listopadzie 1934 r. wezwany do Warszawy na audiencję u prezydenta. Ten „rozpoczął od długiej tyrady” na temat ogólnego kryzysu. „Winę ponosiła fałszywa rola pieniądza i niesłuszne uprzywilejowanie złota jako czynnika nie wszystkim dostępnego. […] Konstatował …, że Polska nie ma złota, ale w swoich lasach nieprzebrane bogactwo drzewa; ono winno stać się tym złotem, na którym opierałaby się nasza waluta. W końcu zawyrokował, że właśnie dlatego lasy … winny stać się własnością państwa i podstawą jego finansów. […] ogólny kryzys … da się usunąć, jak tylko oprzemy naszą walutę na upaństwowionych lasach”.

Fragmentu cytowanej tyrady na temat Hitlera i oceny, co „z całego (jego) wielkiego dzieła … będzie najtrwalszym i najcenniejszym przyczynkiem do rozwoju historii i postępu ludzkości” litościwie nie przytoczę. Prezydenci także nie są wolni od mówienia bredni. Kto ciekawy, niech sięgnie po tom wspomnień „Moja misja w Wiedniu 1932-1938” (PWN 1965, s. 227-8).

Czas reform minął. W znacznej mierze został zmarnowany. Nie powołaliśmy, jak wiele krajów od Norwegii po Singapur, tzw. suwerennej agendy majątkowej. Za to chociaż w części spełniliśmy marzenie Mościckiego sprzed 80 lat. Państwo ma lasy. A lasy mają państwo.

POST SCRIPTUM. Tekst został napisany na zaproszenie portalu www.forbes.pl i ogłoszony tam 27 sierpnia 2015 r. Podlinkowany do portalu www.onet.pl, zgromadził tam liczne komentarze pisane kijami baseballowymi i odbiegające od tematu. Przez wiele z nich przewijają się twierdzenia, że „Tusk i Komorowski” potajemnie obiecali dochód z prywatyzacji lasów organizacjom żydowskim, a w ogóle „wszystko jest efektem zatrudnienia przez panią Kopacz dodatkowych hejterów”.

Widzialna ręka rynku

Polska potrzebuje kompleksowego programu na rzecz rynku kapitałowego. Potrzebuje go pilnie. Jeszcze niedawno sądzono, że chodzi o program rozwoju rynku, nową Agendę Warsaw City, zapewne 2020. Dzisiaj czas uznać powagę sytuacji: jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze działania, do roku 2020 polski rynek kapitałowy skarleje. Polsce potrzebne są usiłowania ku ocaleniu rynku. Doświadczenie wskazuje, że państwo nie tylko rynku nie wspiera należycie, ale rozmyślnie mu szkodzi. Politycy i znaczna część mediów dążą do narzucenia społeczeństwu przekonania, że żywioł rynku, owa jego niewidzialna ręka – to ręka aferzysty, której trzeba przeciwstawić pięść widzialnej ręki rynku, czyli państwa.

Stosunki państwa z rynkiem z natury bywają burzliwe. Lecz rynek kapitałowy w istocie rzeczy nie uwiera państwa, natomiast państwo potrafi dotkliwie uwierać rynek. W Polsce panuje zgoda na obecność państwa na rynku. Rzecz w tym, że nie potrafimy jasno określić, na czym na obecność ma polegać, w czym się wyrażać, jakie granice przybrać. Zgadzając się na udział państwa w grze rynkowej, powinniśmy zadawać pytania o formy tego udziału:

  • Czy rzeczywiście niektóre gałęzie gospodarki powinny wiekuiście pozostać w gestii państwa? Oraz czy owa gestia nie jest iluzoryczna? Ronald Reagan powiadał, że państwo nie rozwiązuje problemów, ono je tylko dofinansowuje. Z pewnością państwo jest w stanie dofinansować branże jego specjalnej troski, na przykład energetykę, lecz nie idzie mu rozwiązywanie stojących przed tą ostatnią problemów, jak gaz łupkowy, energia atomowa, terminal LPG.
  • Skoro niektórych przedsiębiorstw nie imają się surowe prawa rynku, skoro ochrania je państwo, to czy ochrania je w imię rzeczywistej racji stanu, czy raczej w interesie pracowników? Przykład pierwszy z brzegu to górnictwo węgla kamiennego.
    • Czy udział Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki podlega ograniczeniom płynącym z reguły „tyle władztwa, ile własności”? Odnoszę nieodparte wrażenie, że większość polityków (i znaczna część dziennikarzy) nie rozumie rozróżnienia między „spółką Skarbu Państwa” (czytaj: spółką z wyłącznym udziałem Skarbu Państwa) a „spółką z udziałem Skarbu Państwa” (czytaj: spółką, w której Skarb Państwa jest jednym z akcjonariuszy, nierzadko mniejszościowym, ale nawet gdy ma – powiedzmy – 33% akcji, zachowuje się, jak gdyby miał 333% …).
  • Dlaczego zakwalifikowanie spółki do koszyka spółek o znaczeniu strategicznym zamyka ją przed światem? Jakiś czas temu przejrzałem składy rad nadzorczych owych spółek. Rzecz ciekawa: nie znalazłem w nich ani jednego obcokrajowca. Są to często podmioty znaczące, uczestniczące w procesach współpracy ze światem, ale przed owym światem intelektualnie zatrzaśnięte. Bałamucimy się zapewnieniami, że udział Polski w Unii i w NATO, nie wspominając tu o innych organizacjach, dowodzi jej otwartości. Lecz wszędzie tam, dokąd sięga widzialna ręka państwa, w poprzek rynku wytyczana jest granica „nasi – obcy”. Niedawno Marek Kondrat trafnie zaobserwował: „Świat się na nas przyjaźnie otworzył, my na świat nie bardzo, bo obawiamy się, że nas jednak zdemaskują”.

ZJAWA Z LOCH NESS
Próby uporządkowania obecności państwa na rynku kapitałowym niezmiennie kończą się niepowodzeniem. Przed kilku laty Rada Gospodarcza wystąpiła z ciekawym pomysłem Komitetu Nominacyjnego opiniującego kandydatury zgłaszane przez Skarb Państwa do rad nadzorczych spółek z jego udziałem. Zachowanie Skarbu Państwa na tej niwie dotknięte jest dwoma grzechami. Pierwszym jest zjawisko „alotażu”, czyli promowanie na stanowiska stronników politycznych ekipy akurat rządzącej, często niekompetentnych (nazwa zjawiska wywodzi się od nazwiska byłego prezesa ZUS). Drugim jest sztuczka „królik z cylindra” – zgłaszanie kandydatur na walnym zgromadzeniu w ostatniej chwili, z zaskoczenia, by utrudnić akcjonariuszom ocenę ewentualnych kwalifikacji i doświadczeń faworytów Skarbu Państwa. Projekt powołania Komitetu Nominacyjnego obumarł, podobno ze względu na sprzeciw polityków dostrzegających w nim tamę dla ich wszechwładztwa; później jeszcze dwakroć wynurzał się z głębin, niczym zjawa z Loch Ness, lecz tylko na krótko i na niby. Podobnie potraktowano pomysł powołania Krajowego Funduszu Majątkowego mającego zarządzać udziałami Skarbu Państwa w spółkach rozproszonych między domeny różnych resortów. I tym razem politycy uznali, że Fundusz ograniczyłby ich władztwo nieskrępowane odpowiedzialnością.

STARORZECZE
Państwo jednocześnie pełni na rynku kilka różnych funkcji, niekiedy wzajemnie sprzecznych. Jest włodarzem wspólnego majątku. Jest czynnym uczestnikiem wydarzeń gospodarczych. Jest nadzorcą. Jest regulatorem. Jednym z ważnych wyzwań stawianych przez współczesność jest reforma spółki akcyjnej jako najważniejszego z uczestników rynku kapitałowego. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece odstajemy tu od rzeczywistych potrzeb. Rdzeniem współczesnej spółki publicznej jest komitet audytu, nieznany przecież Kodeksowi spółek handlowych, amatorsko uregulowany w peryferyjnej ustawie o biegłych rewidentach. Inny ważny komponent rady nadzorczej, komitet wynagrodzeń, wprowadzany jest tylnymi drzwiami, gdyż nie doczekał się jeszcze instytucjonalizacji w formie ustawy. Rady nadzorcze w spółkach notowanych coraz powszechniej wykorzystują członków niezależnych, Ksh do tej pory nie zna tej instytucji, a wspomniana ustawa o biegłych za kryterium niezależności przyjęła – uwaga, uwaga! – nieposiadanie akcji nadzorowanej spółki, co jest obrazą corporate governance. Także inna fundamentalna zasada ustroju spółki akcyjnej – odpowiedzialność jej piastunów, w tym członków rady nadzorczej, za sprawozdawczość spółki – została ustanowiona w ustawie o rachunkowości, czyli daleko poza Ksh. Kodeks jest jak starorzecze, życie pędzi innym nurtem. Przy czym spółkom ze swojej domeny państwo najchętniej postać spółki akcyjnej, choćby ten ustrój spółki był dla właściciela niekorzystny (klasycznym przykładem Gaz-System). Nie bez racji pisał The Economist, że w przypadku państwowego właściciela spółka akcyjna nie daje możliwości efektywnego wykorzystania jej zasobów.

UPAŃSTWOWIĆ CORPORATE GOVERNANCE?
Terminem corporate governance określa się styl zarządzania spółką i jej nadzorowania. Jest to obszar rozpościerający się pomiędzy prawem a rynkiem. W Polsce corporate governance zawdzięcza swoją pozycję Giełdzie Papierów Wartościowych wymagającej od notowanych na niej spółek stosowania dobrych praktyk lub wyjaśnienia rynkowi, dlaczego ich nie stosują. Przy czym osąd postępowania spółek należy do rynku. Dopiero kiedy zjawisko niestosowania jednej lub więcej dobrych praktyk przybiera wymiar krytyczny, na scenę powinno wkroczyć państwo. Ostatnio próbuje ono poszerzyć swoją domenę: jego organ, Komisja Nadzoru Finansowego, której zasługi oceniam wysoko, zeszła moim zdaniem na manowce wydając dla podmiotów nadzorowanych instrukcję generalną stosowania corporate governance. Pomijając wątpliwości w kwestii podstawy prawnej wydanych przez KNF wskazówek, widzę w nich pewne szkodliwe nieporozumienia. Komisja odstępuje od zasady „stosuj lub wyjaśnij, dlaczego nie stosujesz”, grozi sankcjami w procesie BION (badanie i ocena nadzorcza), wnika w takie szczegóły, jak język i częstotliwość posiedzeń organów spółki, domaga się uzasadniania zdań odrębnych (co jest szkodliwe) i postuluje wybieranie przewodniczącego rady nadzorczej spośród niezależnych (co jest nieżyciowe).

INSTRUMENT KREOWANIA ZAUFANIA
Widzialna ręka dzierży kij bejsbolowy i bije nim w godność rynku i zaufanie do niego. Niektórzy politycy za wzór cnót obywatelskich uważają demonstrowanie obrzydzenia do posiadania akcji lub obligacji; jeden to nawet wyjaśniał, że nie ma rachunku bankowego, bo „nie jest aferzystą”. Niepowetowane i trwałe szkody moralne i materialne wyrządziła rynkowi kampania pomówień Otwartych Funduszy Emerytalnych o wszystko, co najgorsze. Krzysztof Lis, niezapomniany inspirator powołania Polskiego Instytutu Dyrektorów, często powiadał, że warszawska giełda nie jest niepokojona przez polityków tylko dzięki wstawiennictwu Najjaśniejszej Panienki. Ostatnio odnoszę wrażenie, że Najjaśniejsza wyjechała na wakacje. Politycy głoszą wartość państwa i krzewią awersję do rynku, w szczególności kapitałowego, który nie jest im potrzebny jak poprzednio, gdy trwała prywatyzacja.

Lecz rynek nie jest bezradny. Dysponujemy orężem obronnym, sprawnym instrumentem kreowania zaufania. Jest nim corporate governance. Dzięki niemu rośnie zaufanie do rynku, do giełdy, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. W świecie zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. I te spółki, które na tym porządku budują swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania. My, rynek, dbajmy więc o inwestorów.

Tekst został napisany na zaproszenie Izby Domów Maklerskich dla biuletynu IDM.

Czytaj także:
2013.02.25 Między oceną a wyceną