Archiwa tagu: kwalifikacje członków rady nadzorczej

Podrzutek w radzie nadzorczej

Ktoś wpadł na taki pomysł: Ksh dopuści możliwość wybierania przez walne zgromadzenie do komitetu audytu rady nadzorczej osoby spoza składu rady reprezentującej kwalifikacje w zakresie rewizji finansowej i /lub rachunkowości. Zalecam ponowną lekturę poprzedniego zdania. Oraz chwilę medytacji nad nim.

Przytoczona ciekawostka pochodzi z dokumentu „Projekt założeń projektu ustawy o zmianie ustawy o biegłych rewidentach…” autorstwa Ministerstwa Finansów (datowanego 5 sierpnia 2015 r.). Jedno z projektowanych założeń przewiduje przeniesienie regulacji komitetu audytu rady nadzorczej spółki akcyjnej z niefortunnie zredagowanej, a teraz przewidzianej do głębokiej nowelizacji, ustawy o biegłych – do Kodeksu spółek handlowych. W planowaniu przenosin nic dziwnego, wprowadzenie do rady nadzorczej komitetu audytu i związanego z tym wymogu niezależności członka rady (mniejsza z tym, że fatalnie skonstruowanego) to najważniejsza zmiana ustrojowa spółki akcyjnej od 1928 roku, a dokonano jej przecież poza Ksh. Nie widzę w tym winy MinFin, leży ona po stronie „właściciela” ustawy – Ministerstwa Sprawiedliwości, w tym czasie wielokrotnie inicjującego nowelizacje Ksh w sprawach o mniejszej wadze, a karygodnie lekceważącego sprawy naprawdę istotne.
Zapewne pomysłodawcami projektu MinFin kierowały poczciwe intencje: po pierwsze, w komitecie audytu, lub w radzie nadzorczej pełniącej zadania komitetu audytu, niezbędne są kwalifikacje w zakresie rewizji finansowej i /lub rachunkowości; po drugie, w radach nadzorczych dotkliwie brakuje członków z takimi kwalifikacjami. Te dwie niezaprzeczalne prawdy doprowadziły do ryzykownego wniosku: niechaj walne zgromadzenie powołuje osoby o takim profilu przynajmniej do komitetu audytu, bez powierzania im członkostwa w radzie. Pragnę jednak zadać kilka pytań:
1. Czemu miałoby służyć oderwanie członkostwa komitetu audytu od członkostwa w radzie nadzorczej, jakie i czyje uzasadnione interesy prawne zostałyby spełnione?
2. Skoro walne zgromadzenie mogłoby wybrać do komitetu audytu osobę z pożądanymi kwalifikacjami, dlaczego nie miałoby wybrać jej do rady nadzorczej?
3. Czy w przypadku przyjęcia pomysłu do realizacji należy względem osób wybieranych do komitetu audytu, ale nie do rady nadzorczej, wyłączyć przepis art. 385 § 2 dopuszczający inny sposób powoływania i odwoływania członków rady nadzorczej niż przez walne zgromadzenie? Gdyby tego zaniechano, powoływanie obok rady nadzorczej podrzutków – członków komitetu audytu mogłoby zostać uznane w statutach jako uprawnienie osobiste wybranych akcjonariuszy.
4. Czy wybór członka komitetu audytu, który nie wchodzi w skład rady nadzorczej, będzie mógł zostać dokonany przez walne zgromadzenie w drodze głosowania oddzielnymi grupami?
5. Jak należałoby ująć kwestię odpowiedzialności członka komitetu audytu, który nie jest członkiem rady nadzorczej, osoby dla rady obcej niczym przybysz z kosmosu, za działania lub zaniechania na szkodę spółki lub jej akcjonariuszy? Byłby obcy pasażerem na gapę, zwolnionym z odpowiedzialności?
6. Jak pomysłodawcy sygnalizowanego rozwiązania wyobrażają sobie ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej takiego członka solo komitetu audytu? Czy liczą, że zakłady ubezpieczeń obejmą kosmitę polisą Directors & Officers – czy może zakładają, że działałby on bez ubezpieczenia D & O?
7. Czy ów podrzutek mógłby zostać przez radę nadzorczą, w skład której przecież nie wejdzie, delegowany do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych?
8. Czy do osoby wybranej do komitetu audytu, lecz nie do rady nadzorczej, należałoby odnosić wprost – czy może przez analogię? – zasady postępowania dotyczące członka rady nadzorczej w kwestiach konfliktu interesów, zachowania poufności obrad rady, tajemnicy przedsiębiorstwa spółki itd.?
9. Czy w sytuacji, gdy zadania komitetu audytu zostaną powierzone radzie nadzorczej in pleno (projekt założeń projektu dopuszcza takie rozwiązanie wyłącznie w małych spółkach) zajdzie możliwość powołania osoby reprezentującej pożądane kwalifikacje „obok” rady nadzorczej, czyli nie do jej składu?
10. Jak wynagradzać podrzutka?
11. Czy wzięto pod uwagę, że oprócz komitetu audytu działają w radach nadzorczych także inne komitety, na przykład ds. strategii, ryzyka, corporate governance, a jeden z nich, komitet wynagrodzeń, został już prawnie zinstytucjonalizowany w bankach i niektórych domach maklerskich? Gdyby przeto walne zgromadzenie i do tych komitetów powoływało obcych – osoby spoza składu rady nadzorczej – mogłoby to doprowadzić do chaosu, może nawet paraliżu rad.

Czytelnik łatwo dostrzeże, że mam kłopot z ogarnięciem istoty problemu, nawet z nazwaniem go. Użyłem wielu pojęć: przybysz z kosmosu, kosmita, obcy – pasażer na gapę, członek solo komitetu audytu, ale najbardziej trafny jest przecież termin „podrzutek” (w miłej mi godce ślonskiej – „podciep”).

Tekst ogłoszony 21 września 2015 r. w dzienniku PARKIET.
Czytaj także:
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu
2013.01.02 Wielki Zderzacz Andronów

Rada nadzorcza wysiaduje

System wynagradzania wyłącznie za udział w posiedzeniach niesie z sobą czytelne przesłanie: od członków rady nie oczekujemy niczego poza odsiadywaniem posiedzeń.

Na temat wynagrodzeń rad nadzorczych utarły się w Polsce trzy przykre stereotypy. Pierwszy głosi, że członkowie rad nadzorczych zarabiają krocie. Drugi, że zarabiają niezasłużenie, ponieważ niewiele robią. Trzeci, że znikomy z nich pożytek, ponieważ najczęściej nie mają stosownych kwalifikacji.

Postanowiłem zilustrować temat przykładem spółki Berling. Jest to familiada: nazwisko z firmy spółki powtarza się w jej zarządzie i radzie nadzorczej. Typowy przypadek spółki rodzinnej, która wprawdzie poszła na rynek, by zasilić się kapitałem, ale nie oddała inwestorom przypadającej na nich cząstki władzy. Świadczy o tym los czerwcowego walnego zgromadzenia: zwołano je prawidłowo, lecz nie wiadomo po co, ponieważ statut stawia wymóg kworum w postaci 50% kapitału, w większości posiadanego przez członków rodziny i ich sojuszników, którzy swoją absencją uniemożliwili odbycie zgromadzenia (zabłąkał się na nie jedynie inwestor instytucjonalny, a co sobie pomyślał, nawet nie wypada się domyślać).

Ostatecznie walne odbyło się pod koniec lipca. Jednogłośnie zatwierdzono sprawozdania, udzielono absolutoria, uchwalono dywidendę. Uchwalono także, aczkolwiek nie bez kontrowersji, zasady wynagradzania członków rady nadzorczej, Nie o wysokość kwot poszło, ale o sposób ich naliczania. Ostatecznie przyjęto, że przewodniczący rady nadzorczej otrzymuje miesięczne wynagrodzenie w kwocie 2.500 zł. Jego zastępca otrzymuje 1.200 zł „za każdy udział w posiedzeniu rady nadzorczej”, a członek rady 800 zł „za każdy udział w posiedzeniu” rady (kwoty brutto). Uchwała zapadła jednomyślnie, jednak wcześniej zgromadzenie odrzuciło zgłoszony przez Aviva Investors projekt uchwały przyznającej wiceprzewodniczącemu i członkom rady nadzorczej kwoty wprawdzie te same, lecz wypłacane miesięcznie.

Przeto pierwszy ze wspomnianych stereotypów jest w tym przypadku fałszywy. Rada nadzorcza została uposażona bardzo, bardzo skromnie. Co więcej: takie kwoty nie budzą zdziwienia, wiele mniejszych spółek równie podle, albo jeszcze podlej, wynagradza swój organ nadzoru. Nie budzą także zdziwienia, ani zgorszenia, proporcje wynagrodzenia przewodniczącego do wynagrodzeń pozostałych członków rady. Przewodniczący przeważa nad radą ciężarem obowiązków, zakresem zadań, odpowiedzialnością, więc zasługuje na odpowiednio wyższe wynagrodzenie.

Trudno ocenić prawdziwość drugiego stereotypu, nie mam przecież wglądu w prace rady nadzorczej Berling SA. Wiele wskazuje jednak, że spółka nie oczekuje wiele od swojego organu nadzorczego. Świadczy o tym osobliwy system wynagradzania członków rady za udział w posiedzeniu. Dla należycie pracującej rady nadzorczej posiedzenia są tylko epizodami w procesie jej działalności. Poza posiedzeniami rada może wykonać poważną część swojej pracy, czy to w komitetach, czy poprzez delegowanie członków rady do poszczególnych zadań, czy wreszcie podejmując uchwały bez odbywania posiedzeń. System wynagradzania wyłącznie za udział w posiedzeniach niesie z sobą czytelne przesłanie: od członków rady nie oczekujemy niczego poza odsiadywaniem posiedzeń. A skoro członkowie rady robią tak niewiele, w dodatku nawet nie głową, głównie tą częścią ciała, która spoczywa na krześle, nie zasługują przecież na kokosy.

Trzeci stereotyp dotyczy kwalifikacji członków rady nadzorczej, a ściśle – ich braku. Nie wyobrażam sobie, by ktoś z pełnymi kwalifikacjami do pracy w radzie nadzorczej (do pracy właśnie, nie tylko do członkostwa!) najął się do niej za 800 zł od posiedzenia. Udział w radzie nadzorczej nie jest już źródłem prestiżu, najczęściej nie jest też źródłem godnego wzmianki dochodu, natomiast w każdej sytuacji rodzi odpowiedzialność, przede wszystkim majątkową. Chociaż nikogo jeszcze nie pokarano za niedbały nadzór, nie puszczono bez skarpetek, niemniej słyszę już uszami wyobraźni kroki zmierzających do tego prawników.

Skoro rada nadzorcza ma tylko wysiadywać, w dodatku na lichy grosz, rodzi się przypuszczenie, że brak jej kwalifikacji do sprawowania prawdziwego nadzoru. Nie dotyczy to członków familii, do której należy większościowy udział w spółce: oni w radzie doglądają interesu, nie dbają o wynagrodzenie, a świadectwem ich kwalifikacji jest przynależność do rodziny, która dominuje nad spółką z rynku kapitałowego.

Profesjonalna, niezależna rada wprawdzie nie da gwarancji, że wyniki spółki będą lepsze, ale zwiększy prawdopodobieństwo, że ktoś wynikom uwierzy.

Tekst ogłoszony 7 września 2015 r. w dzienniku PARKIET

Wielki Zderzacz Andronów

W regulacjach dotyczących komitetu audytu tkwią trzy istotne szkopuły: obligatoryjność komitetu – niezależność jego członków – ich kwalifikacje.

Postulat wprowadzenia do rad nadzorczych spółek publicznych komitetów audytu pojawił się w Dobrych praktykach spółek publicznych 2005. Wyobrażano sobie, że w radach nadzorczych spółek notowanych na GPW powstaną co najmniej dwa komitety: audytu i wynagrodzeń. „W skład komitetu audytu powinno wchodzić co najmniej dwóch członków niezależnych oraz przynajmniej jeden posiadający kwalifikacje i doświadczenie w zakresie rachunkowości i finansów. Komitety rady powinny składać radzie nadzorczej roczne sprawozdania ze swojej działalności. Sprawozdania te spółka powinna udostępnić akcjonariuszom” [zasada 28].

Przykro stwierdzić: proponowane rozwiązanie nie przyjęło się na rynku. Owszem, niektóre spółki powoływały komitety audytu i / lub komitetu wynagrodzeń, ale niekoniecznie pod wpływem Dobrych praktyk 2005. Jedne uczyniły to pod naciskiem swoich zagranicznych inwestorów, inne w odpowiedzi na sugestie lub wymagania regulatora, lecz większość spółek nie była nawet w stanie rozsądnie zakomunikować rynkowi dlaczego nie stosuje tej zasady.

Sytuację miała naprawić ustawa z dnia 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Jestem starym, wyrozumiałym prawnikiem, tu i ówdzie widziałem niemało, sknociłem w życiu niejedno, niemniej niektóre postanowienia wspomnianej ustawy przekraczają nawet mojej tolerancję. To doprawdy Wielki Zderzacz Andronów. Tu zajmę się jedynie najważniejszymi z nich.

Otóż w regulacjach dotyczących komitetu audytu zawartych w ustawie o biegłych tkwią trzy istotne szkopuły. Pierwszy to brak konsekwencji w kwestii obligatoryjności komitetu audytu. Drugi to nonsensowne ujęcie niezależności jego członków. Trzeci to niejasności wokół wymogu ich kwalifikacji.

Szkopuł pierwszy: obligatoryjność

Ustawodawca wyszedł z trafnego założenia, że komitet audytu jest potrzebny. Nie tylko radzie nadzorczej, w której działa. Nie tylko spółce, którą rada nadzoruje. Jest potrzebny rynkowi. Nie wystarczy poddać spółki dorocznemu badaniu jej sprawozdań przez niezależnego biegłego rewidenta. Trzeba systematycznie przygotowywać spółkę do badania, współpracować z biegłym rewidentem, wyciągać wnioski z jego opinii i raportu. Cóż bowiem po wynikach, gdy nie są one uwiarygodnione? Robert Hodgkinson, wówczas przewodniczący Financial Reporting Council w Londynie ukuł frapujące powiedzenie, że biegły rewident jest jak kukułka wyskakująca z zegara: pojawia się w ustalonych odstępach czasu, zwięźle komunikuje, co ma do powiedzenia – i znika.

Przeto na jednostki zainteresowania publicznego, ze wskazanymi w ustawie wyjątkami podmiotowymi, nałożono obowiązek powołania w radach nadzorczych komitetu audytu. Ponadto w jednostkach zainteresowania publicznego, w których rada nadzorcza składa się z nie więcej niż pięcioro członków, zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej.

Ponieważ przynajmniej niektórzy z członków komitetu audytu powinni spełnić pewne warunki i reprezentować pewne przymioty, spółki chętnie omijają konieczność powołania w ramach rady nadzorczej komitetu audytu. Wiele rad nadzorczych jednostek zainteresowania publicznego jest przecież obsadzonych ornamentariuszami, czyli osobami pozbawionymi doświadczeń, kompetencji, autorytetu i zaangażowania (w tym zaangażowania czasowego) w sprawy nadzorowanej jednostki. Tyle z nich pożytku, co z paprotek więdnących na szafach w sekretariatach członków zarządu. Wygodniej zmniejszyć radę do pięciorga członków – w spółce publicznej jest to minimalna dopuszczalna prawem liczebność organu nadzoru – a odpadnie konieczność powoływania komitetu. Jego zadania tytularnie przejmie na siebie rada, a potem biuro zarządu wysmaży za radę stosowne sprawozdanie.

Właśnie; „przejmie”. Ustawa mówi, że zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej. Rada nie może powierzyć ich sobie sama, właściwym w tej materii jest walne zgromadzenie. Lecz walne zgromadzenia nie powierzają radom nadzorczym wspomnianych zadań. Komitet audytu powinien działać w interesie i dla dobra akcjonariuszy, ale akcjonariusze najczęściej nie są pytani o zdanie, czy rada nadzorcza powinna wyłonić z siebie komitet audytu, czy sama spełniać jego zadania. Nie chodzi o to, czy komitet audytu istnieje, ale czy jego zadania są należycie spełniane. Przez radę nadzorczą in pleno najczęściej spełniane nie są. Resumując: brak komitetu audytu najczęściej oznacza, że jego zadania nie są wykonywane.

Szkopuł drugi: niezależność

W myśl postanowień ustawy o biegłych w skład komitetu audytu powinno wchodzić co najmniej troje członków rady, w tym przynajmniej jeden powinien spełniać warunki niezależności. Jest to pojęcie bardziej wybuchowe niż trotyl.

Od kilkunastu lat uczestniczę w namiętnych dyskusjach, co oznacza niezależność członka rady. Kiedy już to uzgodnimy, nadejdzie spóźniony Dyzio, który nie jest obeznany z tematyką corporate governance, ale sądzi, że swój rozum ma, więc zaraz zacznie dociekać, co właściwie znaczy „niezależny”, ponieważ jego zdaniem…

Na różnych rynkach ów termin bywa rozmaicie rozumiany. Określanie kryteriów niezależności jest zresztą materią raczej dobrych praktyk niż legislacji. Lecz i na gruncie dobrych praktyk brak jednoznacznych kryteriów. W pierwszych redakcjach „Dobrych praktyk spółek publicznych” (2002 i 2005) określenie kryteriów niezależności pozostawiono spółkom, co prowadziło w praktyce do osobliwych rozwiązań. W późniejszych, począwszy od redakcji „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW” (2008) odesłano do definicji zawartej w Załączniku II do Zalecenia Komisji Europejskiej z dnia 15 lutego 2005 r. dotyczącego roli dyrektorów niewykonawczych lub będących członkami rady nadzorczej spółek giełdowych i komisji rady (nadzorczej), ale z koniecznymi wyjątkami. Albowiem za niezależnych zostali tam uznani m.in. członkowie rady nadzorczej / rady dyrektorów wybrani przez pracowników. U nas bywają to bitni liderzy związkowi; do niezależności im daleko.

Polskie prawo nie zna pojęcia niezależności członka rady nadzorczej. W ustawie o biegłych pojawia się jedynie wymóg niezależności członka komitetu audytu, szkodliwie zrównany z kryteriami niezależności biegłego rewidenta. Nic w tym dziwnego: projekt ustawy powstał w Departamencie Rachunkowości Ministerstwa Finansów, prawnik do niego nie przyłożył ręki.

W praktyce chodzi o kontrowersyjny zakaz posiadania przez niezależnego członka komitetu audytu akcji nadzorowanej spółki. Jest to słuszne w odniesieniu do biegłego rewidenta, nie istnieje natomiast żaden interes prawny, który zostałby naruszony posiadaniem przez członka komitetu audytu akcji nadzorowanej spółki w ilości mniejszej od ustawowo zdefiniowanego „znaczącego pakietu”. Przeciwnie: leży w interesie rynku, by członkowie rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, byli związani z nadzorowaną spółka posiadaniem jej akcji. Na wielu dojrzałych rynkach jest to stan pożądany, spółki wręcz oczekują od członków rad dyrektorów, by przynajmniej znaczącą część swoich wynagrodzeń za prace w radzie lokowali w akcjach i nie pozbywali się ich do końca swojej posługi. Resumując: posiadanie akcji nie powinno dyskwalifikować przymiotu niezależności.

Szkopuł trzeci: co to kwalifikacje?

Zgodnie z ustawą o biegłych, członek komitetu audytu reprezentujący (fatalnie rozumiany) przymiot niezależności powinien zarazem „posiadać kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej”. Lecz co w praktyce oznacza wymóg kwalifikacji? I czym „kwalifikacje” różnią się od „kompetencji”?

W potocznym rozumieniu „kompetencja”, „kompetencje”, to znajomość rzeczy oparta na wiedzy i praktyce, „kwalifikacje” to znajomość rzeczy udokumentowana stosownym dyplomem. Wiele osób reprezentujących kompetencje nie dysponuje kwalifikacjami. Tu dygresja osobista: nie aspiruję do członkostwa w komitecie audytu, niemniej mógłbym zostać przez kogoś uznany za osobę kompetentną, dysponującą znajomością rzeczy i znaczącym doświadczeniem, skoro przez lata pracowałem w radach nadzorczych wielu spółek, w tym w instytucji finansowej, a także spółki notowanej na GPW, w której pełniłem jakiś czas funkcję przewodniczącego rady. Uznaję wszakże na własnym przykładzie, że nabyte przed laty „kompetencje” nie predestynują mnie do członkostwa w komitecie audytu współczesnej rady nadzorczej. Mimo licznych zastrzeżeń środowiska członków rad nadzorczych dopuszczam wymóg posiadania przez członka komitetu audytu „kwalifikacji”, ale chętnie połączyłbym go z wymogiem „doświadczenia”.

Rzecz w tym jednak, o jakie kwalifikacje chodzi i kto miałby o nich orzekać. Nie można zacieśniać kręgu posiadaczy kwalifikacji do osób wykonujących zawód biegłego rewidenta. Nawet Ministerstwo Finansów dopuszcza inne rozwiązania. Na prośbę Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych ówczesna podsekretarz stanu w MF prof. dr hab. Elżbieta Chojna-Duch dopuściła do kręgu osób kwalifikowanych w rozumieniu ustawy o biegłych rewidentach także osoby posiadające „certyfikat księgowy wydawany przez Ministerstwo Finansów, upoważniający do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych” lub „dyplom uczelni wyższej w zakresie rachunkowości”. Wszelako najważniejsze jest zawarte we wspomnianym piśmie stanowisko: „standaryzacja wymagań kwalifikacyjnych nie wydaje się być uzasadniona” (pismo z 27 V 2009 r.). Resumując: prawo wymaga czegoś, czego ani nie określa, ani określić nie umie.

Dlaczego jest tak źle?

Jest kilka przyczyn złego stanu rzeczy. Polskie prawo spółek jest rozpaczliwym przeżytkiem. Rady nadzorcze to najsłabsze ogniwo w łańcuchu przemian polskiej transformacji, tak gospodarczej, jak politycznej. Ale przyczynkiem do stanu corporate governance na polskim rynku jest także brak governance w państwie. Komitety audytu mechanicznie przypisano do biegłych rewidentów, biegłych rewidentów do Ministerstwa Finansów, które nie koordynuje swoich zamierzeń legislacyjnych z innymi resortami i instytucjami, a także uporczywie nie reaguje na krytykę. Potrzebny tam wnikliwy audyt.

Ława niezależnych [2002]

Przynajmniej połowę składu rad nadzorczych powinni niebawem stanowić członkowie niezależni. Skąd ich brać?

Instytucje finansowe działające w formie spółek publicznych stają przed wielkim wyzwaniem. Niedawno giełda przyjęła zbiór zasad dobrych praktyk. Jedna z tych zasad nakłada na spółki publiczne powinność zapewnienia, że przynajmniej połowę składu rady nadzorczej będą stanowić członkowie niezależni. Postulat ten powinien zostać spełniony przez spółki nie później, niż do końca 2004 roku. Zważywszy powagę sprawy, czasu jest bardzo mało.

Giełda wyjaśnia status niezależnych. ‘Powinni oni być wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na zdolność niezależnego członka do podejmowania bezstronnych decyzji. Szczegółowe kryteria niezależności powinien określać statut spółki’. Rada nadzorcza powinna pozyskać zgodę przynajmniej jednego z członków niezależnych (co zresztą nie wynika z ich specjalnego statusu, ale z arytmetyki!) na podjęcie uchwał dotyczących trzech ważnych obszarów działania. Jeden dotyczy świadczeń spółki i podmiotów powiązanych z nią na rzecz członków zarządu. Drugi dotyczy zawarcia przez spółkę lub podmiot od niej zależny ‘istotnej’ umowy z podmiotem powiązanym ze spółką, członkiem rady nadzorczej albo zarządu oraz z podmiotami z nimi powiązanymi (o to, czy umowa jest ‘istotna’, będą się toczyć niepotrzebne spory!). Trzeci dotyczy wyboru biegłego rewidenta.

Obecnie niezależni członkowie rad nadzorczych są rzadkością. Większość społeczności członków rad nadzorczych polskich spółek, w tym także (a nawet zwłaszcza!) rad nadzorczych instytucji finansowych, to osoby zdecydowanie zależne, powiązane z akcjonariuszami i otwarcie działające w ich imieniu, przedkładające interes swojego mocodawcy ponad interes spółki. Warto zmienić ten stan rzeczy, lecz nie jest to wcale proste, szczególnie w instytucjach finansowych.

Z członkostwem w radzie nadzorczej polskie prawo nie wiąże, niestety, zakazu konkurencji. Zapewne stąd bierze się tendencja inwestorów do obsadzania miejsc w radzie nadzorczej swoimi totumfackimi. Członkostwo w organie nadzoru daje w praktyce nieograniczoną możliwość wglądu w działalność nadzorowanego. Wgląd w działalność instytucji finansowej to sprawa delikatna. Wiele polskich instytucji finansowych nie działa samodzielnie, lecz w ramach większych struktur. Członkostwo w radzie nadzorczej da wgląd w działalność tych struktur, mających przecież niekiedy prawdziwie globalny charakter. Członek rady zyskuje więc dostęp do wielu informacji o wyjątkowym znaczeniu.

Polskie prawo nie wymaga od członków rad nadzorczych jakichkolwiek kwalifikacji. Nie wyróżnia ono niezależnych, ponieważ nie zna takiej instytucji. Wywodzi się ona z odmiennych systemów corporate governance i jest przeszczepiana na nasz grunt nie do przepisów prawa, ale do dobrej praktyki. Od niezależnych wymaga się tylko braku wspomnianych powiązań, ale nie lojalności. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by spółka obostrzyła status niezależnych członków rady zakazem konkurencji, wysokimi kwalifikacjami, wymogiem lojalności. Lecz im więcej będzie się wymagać od niezależnych członków rad nadzorczych, tym trudniej będzie znaleźć właściwych kandydatów. Zapewne inwestorzy strategiczni mają swoich zaufanych ludzi, lecz zaufani ludzie inwestora oczywiście nie są niezależni.

Brak nam ławy odpowiednich kandydatów na niezależnych członków rad nadzorczych. Brak jest szczególnie dotkliwy względem potrzeb instytucji finansowych, upoważnionych do oczekiwania od takich kandydatów szczególnych predyspozycji. Spółki nie będą przecież dawać ogłoszeń do prasy, nie będą też samodzielnie ‘lustrować’ kandydatów, bo nawet wspomniany termin budzi niegodziwe skojarzenia, a nadto nie należy powierzać zarządom spółek decydowania o tym, kto będzie je nadzorował. Takie sytuacje zdarzają się w Polsce, lecz nie nazwę ich dobrymi praktykami.

Wszystko przemawia przeciwko puszczeniu sprawy na żywioł. Można uchylić się od powierzenia nadzoru osobom niezależnym (znam niezawodne sposoby), lecz więcej korzyści przyniesie wzbogacenie wartości nadzoru dzięki powierzeniu go osobom niezależnym, światłym, doświadczonym i godnym zaufania. Byłoby to łatwiejsze, gdyby instytucje finansowe dysponowały zapleczem w postaci długiej ławy obsadzonej odpowiednimi kandydaturami.

Są w świecie organizacje świadczące dobre usługi w postaci wyłaniania odpowiednich kandydatur i przygotowywania ich do wykonywania zadań niezależnych członków rad nadzorczych. Warto przedyskutować, czy taką organizację da się powołać w Polsce. Wprawdzie mamy Związek Banków Polskich, który wyrobił już sobie niepodważalną pozycję, ale czy banki powinny – choćby pośrednio, przez Związek – wpływać na obsadę swoich rad? Oczekuję światłych propozycji, jak najlepiej rozwiązać ten problem.

Tekst ogłoszony 15 września 2002 w tygodniku Gazeta Bankowa

Wystarczy mieć [2001]

Nadzór sprawują ci, którzy posiadają akcje, oraz ci, których posiadacze akcji darzą zaufaniem.

W kodeksie spółek handlowych brak określenia wymogów, jakie powinien spełniać członek rady nadzorczej spółki kapitałowej. Wiemy jedynie, że może nim być (podobnie jak członkiem zarządu, komisji rewizyjnej albo likwidatorem) tylko osoba fizyczna mająca pełną zdolność do czynności prawnych. Wyjątek dotyczy przejściowo osób skazanych prawomocnym wyrokiem za niektóre przestępstwa. Kodeks nie kreuje przeto kasty, z której mogą rekrutować się członkowie rad nadzorczych. Nie zmierza (chwała mu za to!) ku zbudowaniu korpusu członków rad nadzorczych na wzór znanych korporacji zawodowych. Nie tworzy ograniczeń spotykanych w innych systemach prawnych, jak wymóg posiadania pewnej ilości akcji, lub limit wieku członków rad nadzorczych. Spółki mogą natomiast przyjmować takie ograniczenia w swoich statutach. Mogą one także wymagać od członków rad nadzorczych spełnienia określonych wymogów, bądź posiadania określonych kwalifikacji.

W polskiej praktyce spotyka się czasem ograniczenia pozastatutowe. Na przykład od kandydata do rady nadzorczej jednoosobowej spółki Skarbu Państwa wymaga się ukończenia kursu i złożenia egzaminu. Jakość kursów i rzetelność egzaminów bywa niestety różna, nierzadko wręcz wątpliwa. Czasem obsadza się rady nadzorcze w drodze konkursu. Lepsze konkursy niż kursy!

Jedynie wyjątkowo prawo wymaga od członków nadzoru szczególnych kwalifikacji. Na przykład prawo bankowe stanowi, że radę nadzorczej banku państwowego powołuje się spośród osób posiadających ‘odpowiednie kwalifikacje z zakresu finansów’. Banków państwowych jest w Polsce niewiele, natomiast inne banki są wyłączone spod tego wymogu. Nie znaczy to jednak wcale, że w radach innych banków nie ma osób z odpowiednimi kwalifikacjami z zakresu finansów. Znaczy to natomiast, że akcjonariusze swobodnie decydują o składach rad nadzorczych. To jest ich sprawa, w którą państwo nie ingeruje.

Zatem wystarczy mieć akcje w ilości pozwalającej na wywieranie wpływu na skład rady, by wejść do rady nadzorczej samemu, lub przeprowadzić wybór zausznika, albo nawet kilku zauszników. Nawet w przypadku, kiedy akcjonariusz został przejściowo pozbawiony prawa do zasiadania w radzie osobiście, w następstwie prawomocnego skazania za przestępstwa określone w przepisach, nie można pozbawić go wpływu na skład organu nadzoru (także zarządu spółki, komisji rewizyjnej albo likwidatorów), jeżeli jego akcje dają mu taki wpływ. Prawo karze przeto sprawców przestępstw, ale nie karze ich akcji.

Nie wszyscy członkowie rad mają dostateczną ilość akcji, która dałaby im wybór. Nie wszyscy nawet sami mają akcje (chociaż dla spółki lepiej, kiedy mają). Wielu znalazło się w radach dlatego, że cieszą się zaufaniem znaczących akcjonariuszy, bądź grup akcjonariuszy. Nie wymaga tego kodeks, ale życie. Stąd zmiany w składach rad najczęściej płyną ze zmian w składzie akcjonariatu, albo układu sił w akcjonariacie. Niekiedy wynikają one z utraty przez członka rady zaufania tych akcjonariuszy, którzy oddali za nim swoje głosy, bądź z utraty przydatności dla nich. I chociaż zżymam się, że polskie rady nadzorcze są jak drzwi obrotowe, bo stale ktoś w nie wchodzi, ktoś wychodzi – nie kwestionuję praw akcjonariatu do korygowania składu rad.

Marzy mi się natomiast zasada (płynąca nie z przepisu, ale z powszechnej praktyki), że oczekuje się fachowych kwalifikacji od przewodniczącego walnego zgromadzenia. Kodeks wymaga jedynie, by przewodniczącym zgromadzenia była osoba uprawniona do uczestnictwa w nim. Czasem wybiera się więc na tę funkcję kogoś całkiem bez pojęcia o regułach przewodniczenia obradom i bez znajomości procedury. Przewodniczący ma poważny wpływ na przebieg zgromadzenia. Jego stronniczość lub niekompetencja mogą wyrządzić spółce znaczne szkody. Powinien być zatem bezstronny, czyli życzliwy nawet wobec tych, którzy są mu niemili. Powinien także wykazać fachowość. Po to, by zgromadzenie podejmowało uchwały i by uchwały nie były dotknięte wadami formalnymi.

Spotkałem się niedawno z postulatem, by przewodniczącymi walnych zgromadzeń wybierać jedynie adwokatów albo radców prawnych, ponieważ jako członkowie korporacji są oni wiązani etyką zawodową. Nie podzielam ani postulatu, ani uzasadnienia. Członkowie korporacji postępują przecież bardzo różnie, w praktyce wcale nie zawsze etycznie, a ich środowisko zawodowe reaguje na to z pobłażaniem. Często pisałem w tym miejscu, że spółkom opłaca się korzystać z prawniczej ‘profesji pierwszej potrzeby’. Żądałem: ‘nie deptać prawników!’ Niemniej sądzę, że stworzenie zamkniętego klubu przewodniczących walnych zgromadzeń ani nie przysporzy prawnikom zaufania, ani nie przysłuży się porządkowi korporacyjnemu.

Tekst ogłoszony 4 czerwca 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:
2000.10.23 Nie deptać prawników