Archiwa tagu: kwalifikacje

Profesjonaliści [2006]

Zarządy i rady nadzorcze to miejsca dla zawodowców. Liczą się kwalifikacje, nie rekomendacje.

Członkowie zarządów i rad nadzorczych na całym świecie budzą emocje opinii publicznej. Najczęściej wałkuje się wysokość ich wynagrodzeń. Niekiedy także zamiłowanie do wyuzdanego luksusu (z którego korzystają na koszt akcjonariuszy). W Polsce pieniądze też budzą zgorszenie – zwłaszcza, iż przywykliśmy odnosić wszystko do średniej krajowej. Ale największe zainteresowanie budzi obsada stanowisk. Nie chodzi przy tym o kwalifikacje, a o rekomendacje. Kto jest pupilem którego ze stronnictw? Kto z kim zadawał się w szkole na przerwach? Kto, jak i na czyje zamówienie kleci listy kandydatów na stanowiska w spółkach?

W tym kontekście rzadko używa się słowa „odpowiedzialność”. Jak gdyby członkowie organów spółki kapitałowej nie ponosili odpowiedzialności za skutki swoich poczynań! Otóż ponoszą ją w bardzo szerokim zakresie. Członek zarządu lub rady nadzorczej odpowiada wobec spółki za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem sprzecznym z prawem lub postanowieniami statutu. Może on uwolnić się od odpowiedzialności dopiero wykazując, iż nie ponosi winy, a ciężar tego dowodu spoczywa na nim samym. W każdym przypadku powinien on jednak przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru swojej działalności.

Zatem nie wystarczy być poczciwym, ani rzetelnym i prawym. Trzeba być jeszcze fachowcem. Od dawna nauka prawa i orzecznictwo sądów stoją na stanowisku, że objęcie stanowiska w spółce mimo braku wykształcenia bądź wiedzy potrzebnej do sprawowania zarządu lub nadzoru jest naruszeniem wymaganej staranności. Przy czym chodzi o wykształcenie specjalistyczne: profesor medycyny lub filozof niekoniecznie umie czytać bilans. Albo wnieść cokolwiek do analizy sprawozdania finansowego spółki, bądź do wymaganej od rady nadzorczej zwięzłej i samodzielnej oceny sytuacji spółki.

Wiele osób garnie się do rad nadzorczych, ponieważ wydaje im się, że mogą coś załatwić na rzecz nadzorowanej spółki. Uszczelki będą załatwiać? Członkostwo w radzie nadzorczej nie polega wszak na załatwianiu, ale na sprawowaniu stałego nadzoru nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności. Tak zakreślony mandat rady nadzorczej wymaga od jej członków zarówno sporo czasu, jak sporych kwalifikacji. Dopiero suma tych cech czyni zadość miernikowi staranności, jakim jest zawodowy charakter działalności. W dobie globalizacji kanon zawodowstwa jest taki sam w całym świecie. Od zarządu i nadzoru polskiej spółki można więc wymagać tyle samo, ile wymaga się w spółkach niemieckich lub amerykańskich. I – odpowiednio – tak samo surowo rozliczać odpowiedzialność. Zarząd i rada nadzorcza spółki kapitałowej nie są przytułkami dla kumotrów.

Odpowiedzialność cywilna to odpowiedzialność majątkowa. Lecz wielu członków organów spółek kapitałowych nie dysponuje majątkiem. W przypadku wyrządzenia spółce szkody – jeżeli nie wykażą, iż nie ponoszą winy – i tak nie będą mogli unieść ciężaru odpowiedzialności, czyni dokonać zadośćuczynienia. Warto więc zwracać uwagę nie tylko na kwalifikacje, także na wiarygodność majątkową kandydatów do rad nadzorczych. Istnieją więc kryteria zawodowstwa, lecz nie wykształcił się jeszcze zawód członka rad nadzorczych. Zachodzi taka potrzeba. Skarb Państwa przed wielu laty wprowadził zasadę, że w radach nadzorczych będzie obsadzał wyłącznie osoby legitymujące się egzaminem (wprawdzie powierzchownym, niemniej jednak był to krok w dobrym kierunku). Niestety, zasada pozostała na papierze: z jednej strony, do rad powoływano osoby bez egzaminu, za to z nazwiskami, z drugiej – lista osób przeegzaminowanych liczy kilkadziesiąt tysięcy, więc obecność na niej nic nie daje; liczą się jeszcze układy.

Inwestorzy instytucjonalni często zwracają uwagę, że potrzebują kompetentnych ludzi do pracy w radach nadzorczych spółek, w których dysponują znaczącymi pakietami akcji. Polski Instytut Dyrektorów podjął przeto trud sformułowania korpusu profesjonalnych członków rad nadzorczych: ludzi dysponujących nie tylko wiedzą na temat zasad nadzoru korporacyjnego, także należytym doświadczeniem. Jedna z dużych partii politycznych postanowiła zbudować podobną listę spośród profesorów SGH. Przewaga inicjatywy Polskiego Instytutu Dyrektorów polega na tym, że jest ona czysta. Nie towarzyszą jej zakulisowe kombinacje. Korpus będzie otwarty dla wszystkich rzeczywistych profesjonalistów – i wierzę, że tylko dla nich. Nazwiska członków korpusu i ich kwalifikacje, dorobek, doświadczenia w zarządzaniu i nadzorze zostaną ogłoszone do wiadomości publicznej na witrynie www.pid.org.pl. Mam nadzieję, że ława profesjonalistów zostanie gęsto obsadzona, ku pożytkowi inwestorów, spółek, rynku – i polityków, jeżeli kiedyś przestaną typować do rad swoich, a sięgną po zawodowców.

Tekst ogłoszony 13 marca 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.08.23 Przepis przydrożny
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej

Nadzór a moralność [2002]

Im więcej wymogów stawia się przed członkami rady, tym większe niebezpieczeństwo, że nadzór stanie się kastą.

W brytyjskich podręcznikach prawa spółek często przytaczany bywa kazus markiza Bute. Był on prezesem Cardiff Savings Bank. Miał ledwie sześć miesięcy, gdy odziedziczył tę funkcję po ojcu. Pełnił ją tytularnie przez 38 lat; raz nawet wziął udział w posiedzeniu. Stanął przed sądem w związku z wykryciem znacznych nieprawidłowości w polityce kredytowej banku. Sąd orzekł, że markiz za nic nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ o niczym nie wiedział. Sąd nie dopatrzył się przyczyn, dla których markiz miałby interesować się sprawami banku. Wszelako gdyby członkowie zarządów lub rad nadzorczych chcieli przywołać na swoją obronę przypadek markiza, niech wiedzą, że orzeczenie zapadło w roku 1892 i żaden angielski sąd nie uznaje go już za precedens.

W Polsce niemowlę nie może wejść w skład organu spółki, ponieważ do tych funkcji prawo dopuszcza jedynie osoby dysponujące pełną zdolnością do czynności prawnych, czyli pełnoletnie. Nie dziedziczy się prezesur ani miejsc w radach nadzorczych, niemniej niejeden inwestor umieszcza w organach spółki zdolną latorośl, żonę lub teściową równie wysoko kwalifikowaną, jak Marquis of Bute w niemowlęctwie.

Powszechnie sądzi się, że prawo nie wymaga szczególnych kwalifikacji od członków rad i zarządów spółek kapitałowych. Nieprawda: powinni oni przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru ich działalności. Kto nie dołoży wymaganej staranności, poniesie odpowiedzialność, a nie może dołożyć jej ten, kto nie ma przygotowania. Prawnicy są zgodni, że „objęcie stanowiska w spółce pomimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jej prawidłowego prowadzenia już jest naruszeniem wymaganej staranności”.

Od członków rady należy wymagać takiego wykształcenia i takich wiadomości, jakie są potrzebne do sprawowania funkcji. To różni nas od epoki markiza Bute. Przestrzegam jednak przed nadmiernym mnożeniem wymogów stawianych przed członkami rady, ponieważ im więcej wymogów, tym większe niebezpieczeństwo, iż nadzór z czasem przekształci się w kastę. Nie należy więc wymagać od nadzoru wykształcenia wyższego, ani kierunkowego. Nierzadko pracownicy wybierają do rady nadzorczej osoby bez wykształcenia. Wiele z tych osób chwalebnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, kreuje wartość spółki, wnosi do pracy nadzoru nieporównanie więcej, niż inni z dyplomami.

Spotkałem się z propozycją, by od członków rad nadzorczych wymagać także doświadczenia zawodowego, doświadczenia życiowego, ugruntowanej pozycji zawodowej i wysokiego poziomu moralnego. Zapewne wielu przyklaśnie takiego postulatowi. Budzi on jednak znaczne wątpliwości. Po pierwsze, doświadczenie zawodowe. O jakie doświadczenie tutaj chodzi? W jakim zawodzie zdobyte? Doświadczenie zawodowe miał zapewne prof. Tadeusz Trziszka, kierownik katedry technologii surowców zwierzęcych wrocławskiej AR, który metodą alotażu został mianowany przewodniczącym rady nadzorczej PZU Życie. Z wiadomym skutkiem.

Po drugie, ugruntowana pozycja zawodowa. W jakim zawodzie? Najbardziej ugruntowaną pozycję zawodową mieli członkowie rad nadzorczych FOZZ. W radach nadzorczych grupy PZU, Polisy, Universalu także migały gwiazdy. Po trzecie, doświadczenie życiowe. Zapewne, jak w znanej piosence, w rachubę wchodzą wyłącznie „mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach”. Wymóg doświadczenia życiowego premiuje weteranów kosztem młodych, często nieporównanie lepiej przygotowanych.

Po czwarte, wysoki poziom moralny. Wymaga go jeden z projektów dobrej praktyki spółek. Uważam to za przejaw hipokryzji. Dlaczego wysokiego poziomu moralnego oczekuje się u członka rady, a nie u członka zarządu? Dlaczego nie u akcjonariusza? Od członka rady nadzorczej nie warto wymagać więcej, niż od posła lub arcybiskupa, ponieważ wtedy większość nie sprosta ambitnym wymogom. Szanuję etykę biznesu, ale żyjemy w kraju, w którym uważa się, ze najlepiej ukraść pierwszy milion, a potem to już można być moralnym.

W trakcie dyskusji na temat braku porządku na walnych zgromadzeniach ktoś wystąpił z postulatem, by przewodnictwo zgromadzenia powierzać tylko adwokatowi lub radcy prawnemu, ponieważ jako członkowie korporacji zawodowych będą oni postępować zgodnie z etyką zawodową. Mam na ten temat całkiem inny pogląd: im bardziej zamknięta korporacja, tym wśród jej członków trudniej o wysoki poziom moralny.

Nie warto kreować wymogów, których nikt nigdy nie wyegzekwuje. Akcjonariusze i tak niezmiennie będą wybierać do rad osoby zaufane. W ogniu walki o wpływy w spółce zapomina się o postulatach w kwestii wykształcenia, doświadczenia, poziomu moralnego. Głosuje się na swoich. Dlatego korpus członków rad nadzorczych jest wciąż otwarty i płynny.

Tekst ogłoszony 2 kwietnia 2002 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej