Archiwa tagu: kwalifikacje członków RN

Próżniacy i zawodowcy [2010]

Ktokolwiek zetknął się z brytyjskim prawem spółek, zna orzeczenie w sprawie Cardiff Savings Bank (1892), przytaczane także jako przypadek markiza Bute. Otóż John Crichton-Stuart, III markiz Bute (1847 – 1900) w wieku 6 miesięcy odziedziczył po ojcu stanowisko przewodniczącego rady dyrektorów lokalnego banku. Pełnił je przez 38 lat, w tym czasie raz wziął udział w posiedzeniu rady. Kiedy bank stracił płynność w następstwie defraudacji dokonanej przez kilku dyrektorów, likwidator przypozwał markiza.

Wyrok jest powszechnie cytowany, lecz nie przybrał charakteru precedensu. Otóż sąd orzekł, iż markiz nie ponosi odpowiedzialności za losy banku, ponieważ o niczym nie wiedział. Sąd nie dopatrzył się przyczyn, dla których markiz miałby interesować się sprawami nadzorowanej przezeń spółki – mógł wszak polegać na innych dyrektorach i menedżerach banku, a było ich (prócz niego) pięćdziesięciu czterech. Było to manifestacyjne zwycięstwo klasy próżniaczej nad profesjonalistami. Bodaj ostatnie. Pod wpływem tego przypadku doktryna anglosaska rozwinęła pojęcie duty of care – obowiązku dbałości piastunów o powierzoną im spółkę.

W Polsce niemowlę nie może wejść w skład organu spółki, ponieważ do tych funkcji prawo dopuszcza jedynie osoby dysponujące pełną zdolnością do czynności prawnych, czyli pełnoletnie. Nie dziedziczy się prezesur ani miejsc w radach nadzorczych, chociaż niejeden inwestor umieszcza w organach spółki zdolną latorośl, żonę lub teściową równie wysoko kwalifikowaną, jak Marquis of Bute w dzieciństwie. Panuje fałszywe przekonanie, że prawo nie wymaga szczególnych kompetencji od członków rad i zarządów spółek kapitałowych. Nieprawda: powinni oni przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru ich działalności. Kto wymaganej staranności nie dołoży – poniesie odpowiedzialność, a przecież z natury rzeczy nie może dołożyć jej ten, kto nie ma należytego przygotowania. Nauka prawa już dawno ukuła pogląd, że ‘objęcie stanowiska w spółce pomimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jej prawidłowego prowadzenia już jest naruszeniem wymaganej staranności’.

Co więcej: polskie prawo nakłada na członków rad nadzorczych obowiązek zapewnienia, by sprawozdania finansowe i sprawozdania z działalności spełniały wymagania przewidziane w ustawie o rachunkowości i kreuje ich solidarną odpowiedzialność wobec spółki za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem stanowiącym naruszenie wspomnianego obowiązku. Szczególne wymogi w kwestii kwalifikacji i niezależności dotyczą niektórych członków komitetu audytu rady nadzorczej. Liczne spółki błędnie zakładają, że ominą te wymogi zmniejszając skład rady nadzorczej, by uniknąć obowiązku powołania komitetu audytu.

Wciąż jednak widmo markiza krąży nad rynkami. Także w Polsce zdarzają się przypadki, że członkowie rady nadzorczej nie poczuwają się do odpowiedzialności za krach spółki. Tłumaczą, że o niczym nie wiedzieli, że zarząd nie wspominał o oszukiwaniu inwestorów. Na szczęście, członkowie rad nadzorczych polskich spółek nie zasłaniają się przypadkiem nonszalanckiego markiza: nie z poczucia przyzwoitości bynajmniej, ale ponieważ o nim nie słyszeli.

Tekst został ogłoszony 16 XI 2010 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Komitet największych nadziei [2010]

Za złowrogi początek kryzysu uważa się powszechnie upadek banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Może gdyby ów feralny bank nosił raczej nazwę Lehman Sisters – i stosował bardziej żeńskie niźli męskie podejście do zarządzania ryzykiem – kryzysu dałoby się uniknąć…

Dzisiaj, poniewczasie, uświadamiamy sobie trzy prawdy. Pierwsza: nie z braku pieniędzy to wszystko, lecz z niekontrolowanej łatwości ich pomnażania. Druga: nie o brak innowacji potknęła się światowa gospodarka, ale o szaloną kreatywność zachłystujących się chciwością finansistów. Trzecia: najbardziej dotkliwy stał się wzajemny brak zaufania uczestników obrotu. Współczesna gospodarka bazuje na zaufaniu (trust-based economy), a jego niedostatek podważa jej perspektywy.

W Polsce przyjęto w ostatnich latach kilka rozwiązań służących budowie zaufania w obrocie gospodarczym, przede wszystkim w obrocie giełdowym. Należą do nich:
• zasada solidarnej odpowiedzialności członków rady nadzorczej wobec spółki – na równi z kierownikiem jednostki – za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem stanowiącym naruszenie obowiązku zapewnienia, by sprawozdania spółki spełniały wymagania przewidziane w ustawie o rachunkowości,
• nowe uregulowania dotyczące obowiązków informacyjnych, w tym zwłaszcza wprowadzenie wymogu ogłaszania przez emitentów „Oświadczenia o stosowaniu ładu korporacyjnego”;
• ustanowiony przepisami ustawy o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym wymóg powoływania komitetu audytu w radzie nadzorczej jednostki zainteresowania publicznego. Jest to sprawa – w moim przekonaniu – o najwyższym znaczeniu praktycznym, jej przeto poświęcę uwagę.

PODAŻ ZAUFANIA. Ustawa zakłada regułę, że w radzie nadzorczej jednostki zainteresowania publicznego (jest to pojęcie wprowadzone na użytek owej ustawy i przez nią zdefiniowane) działa wyłoniony przez radę nadzorczą z jej składu komitet audytu w składzie co najmniej 3 członków. Od tej zasady wszakże dopuszcza się liczne wyjątki. Wymóg ten nie dotyczy więc wymienionych w ustawie jednostek zainteresowania publicznego. Nie dotyczy on także jednostek zainteresowania publicznego, których rady nadzorcze działają w składzie pięciu osób. Wówczas funkcje komitetu audytu może spełniać rada nadzorcza in pleno. Trudno powstrzymać się tu od uwagi, że takie rozwiązanie wskazuje spółkom drogę do uniknięcia komitetu audytu: wystarczy zmniejszyć skład rady nadzorczej do pięciu osób, a komitet przestaje być obligatoryjny.

Zadania komitetu audytu zostały określone bardzo konwencjonalnie. Otóż należy do nich w szczególności „monitorowanie” (cokolwiek ów termin oznacza) procesu sprawozdawczości finansowej, skuteczności systemów kontroli wewnętrznej, audytu wewnętrznego oraz zarządzania ryzykiem, wykonywania czynności rewizji finansowej, wreszcie – niezależności biegłego rewidenta i podmiotu uprawnionego do badania sprawozdań finansowych. Ustawa koncentruje się przeto na relacjach między spółką a biegłym rewidentem. Zapewne z czasem lukę ustawową wypełnią dobre praktyki komitetu audytu. W Polsce prace nad projektem dobrych praktyk zostały już podjęte w Polskim Instytucie Dyrektorów.

BARIERA POPYTOWA. Paradoks polega na tym, że ustawa – dostarczając rynkowi sporą porcję zaufania kreowanego przez komitety audytu – ogranicza zarazem wydatnie popyt na zaufanie. Wymogi, stawiane przez nią przed niektórymi członkami komitetów audytu są bowiem nazbyt surowe, w istocie rzeczy – godzące w podstawy corporate governance. Otóż w skład komitetu audytu powinna wejść przynajmniej jedna osoba będąca członkiem rady nadzorczej i reprezentująca „kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej”. Dlaczego europejski standard „kompetencji” podniesiono aż do poziomu „kwalifikacji”, doprawdy trudno zrozumieć – zwłaszcza w świetle stanowiska Ministerstwa Finansów przypisującego owe kwalifikacje nie tylko (co zrozumiałe) biegłym rewidentom, także… osobom uprawnionym do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych!

Polski Instytut Dyrektorów podjął wespół z ACCA próbę rozwiązania tego problemu: spółki potrzebujące do swoich komitetów audytu kandydatów reprezentujących wymagane kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej, i to kwalifikacje rzeczywiste, międzynarodowe, mogą korzystać z prowadzonej przez PID listy kandydatów na członków komitetu audytu.

NIEZALEŻNY DO PRZESADY. Bardziej skomplikowany jest przewidziany w ustawie i połączony z wymogiem posiadania kwalifikacji w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej warunek niezależności takiego członka komitetu audytu. Nie kwestionuję potrzeby niezależności członków rad nadzorczych – rzecz rozbija się natomiast o kryteria tej niezależności. Powszechnie przyjętym kryterium jest bowiem niezależność członka rady nadzorczej od spółki i podmiotów pozostających w istotnym powiązaniu ze spółką. Względem (przynajmniej jednego) członka rady nadzorczej wchodzącego w skład komitetu audytu i posiadającego wymagane „kwalifikacje” zastosowano jednak wymóg zachowania niezależności skrojony na miarę biegłego rewidenta: taki członek rady nadzorczej i jej komitetu audytu nie może posiadać akcji nadzorowanej spółki. Uważam, że to przesada! Nie widzę niczego niewłaściwego w zaangażowaniu finansowym członków rady nadzorczej w nadzorowaną przez nich spółkę, w posiadaniu przez nich akcji – przy czym posiadanie nieznacznego (w przeciwieństwie do „znacznego” w rozumieniu prawa) pakietu akcji nie przekreśla, ani nie podważa, przymiotu niezależności.

Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle. Zamiast kreować zaufanie rynku do spółki, komitet audytu staje się obiektem kontrowersji. A to dlatego, że stworzono go dla wygody biegłych rewidentów, nie dla zaspokojenia rzeczywistych potrzeb rynku.

Tekst ogłoszony 24 lutego 2010 r. w numerze specjalnym Przeglądu Finansowego BANKIER.

Z opinii, jakoby Lehman Sisters zarządzałyby ryzykiem lepiej niż Lehman Bros, w obliczu faktów wycofałem się ze wstydem…

Zawodowcy [2001]

Tylko kwalifikacje pozwolą członkom rady unieść ciążącą na nich odpowiedzialność!

1 stycznia wszedł w życie kodeks spółek handlowych. W myśl przepisów dotyczących spółek kapitałowych (akcyjnej i z o.o.), członek zarządu, rady nadzorczej oraz likwidator powinien przy wykonywaniu swoich obowiązków dołożyć staranności wynikającej z zawodowego charakteru swojej działalności. Od tego kręgu osób uchylony już kodeks handlowy wymagał dołożenia „staranności sumiennego kupca”. Na czym polega zmiana? Czy tylko na zastąpieniu archaicznego już sformułowania bardziej współczesnym brzmieniem? Czy także na podniesieniu – względnie na obniżeniu – wymogu staranności? Czy w związku z tym zmienia się próg odpowiedzialności członków zarządu i rady (oraz likwidatorów)?

„Sumienny kupiec” jako miernik staranności nie był pustym pojęciem w 1934 r., kiedy kodeks handlowy został ustanowiony. Współcześnie nie znaczy nic. Po wojnie „kupiec” zniknął z życia gospodarczego, nawet z żywego języka (sensację budził Marek Sobolewski, profesor prawa UJ, który w ankietach przekornie deklarował pochodzenie
„kupieckie”). Przetrwała za to „przekupka”. Wcale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że nic jej z kupcem nie łączy. Co cechuje „sumiennego kupca”, nie wyjaśniono w przepisach, orzecznictwie ani piśmiennictwie. Wszyscy zgadzają się jednak z poglądem, że objęcie stanowiska w zarządzie lub radzie nadzorczej spółki, mimo braku wykształcenia lub wiadomości potrzebnych do jego pełnienia, już jest naruszeniem wymaganej staranności.

Miernik staranności w postaci zawodowego charakteru działalności trafił do prawa spółek z kodeksu cywilnego. Jest on mniej subiektywny, niż dawny kanon „sumiennego kupca”. Historyczny już kodeks handlowy był krokiem w stronę kodyfikacji systemu prawnego państwa, w którym zrazu obowiązywały odmienne prawa państw obcych. Na ziemiach dawnych zaborów panowały też różne zwyczaje, a także różne kultury kupieckie. Łatwiej scalić prawo, niż kulturę. Stąd staranność sumiennego kupca można było relatywizować. Skala sięgała przecież od Poznania po Kołomyję i Baranowicze…

Nowy miernik staranności zastępuje pierwiastek lokalny – globalnym. Od członka zarządu wymaga się zawodowstwa, a kanon zawodowstwa jest identyczny, lub bardzo zbliżony, na wszystkich kontynentach. Jak wzorzec metra znajduje się w Sevres, tak wzorzec menedżera jest dzisiaj wykuwany po drugiej stronie Paryża: w Fontainebleau, siedzibie INSEAD, słynnego instytutu kształcącego kadrę kierowniczą. Coraz częściej także kadrę polską.

Kodeks spółek handlowych podnosi kryterium staranności, a jednocześnie obniża próg odpowiedzialności członków zarządów i rad oraz likwidatorów. Wymaga się od nich obecnie kwalifikacji zbliżonych do tych, jakie reprezentują członkowie zarządów i rad w innych wysoko rozwiniętych krajach. Kto z nich nie dołoży staranności wynikającej z owych wysokich kwalifikacji, jakich się teraz po nich oczekuje – może ponieść odpowiedzialność.

O prawdziwych zawodowców łatwiej w zarządach polskich spółek. W radach nadzorczych częściej spotyka się amatorów. To właśnie amatorzy bywają wybierani do rad przez pracowników. To amatorów promuje Skarb Państwa, opowiadając się za obsadzaniem stanowisk w radach nadzorczych przez politycznych stronników. Ostatnio do rad często bywają wybierani młodzi absolwenci i studenci. Niektórzy mają całkiem wysokie kwalifikacje, lecz w przypadku wyrządzenia spółce szkody spowodowanej brakiem staranności rasowego zawodowca nie będą oni w stanie unieść ciężaru odpowiedzialności. Ich majątku nie wystarczy przecież na zadośćuczynienie! Ale na wiarygodność majątkową członka rady nadzorczej nikt już nie zwraca uwagi.

Kryteria zawodowstwa w radach nadzorczych już są, chociaż zawodu członka rady nie ma. Do rad nadzorczych bywają czasem wybierane osoby przypadkowe, bez pełnych kwalifikacji. Rady są przy tym jak drzwi obrotowe: ktoś wchodzi, ktoś wychodzi nie doczekawszy do końca kadencji – i tak w kółko. Odpowiedzialność ciążąca na członkach rad nadzorczych przemawia za powierzaniem tych obowiązków profesjonalistom. Przemawia ona też za tym, by składów rad nadzorczych nie zmieniać bez potrzeby. Uważam, że Skarb Państwa powinien w większym niż dotychczas stopniu obsadzać swoją pulę miejsc w radach w drodze konkursów. Pozwoli to oczyścić atmosferę wokół resortu. Pozwoli to także powściągnąć alotaż – rozbuchaną praktykę wspierania kandydatów politycznie bliskich domowi panującemu, ale niekompetentnych.

Im wyższych kwalifikacji wymagamy od członków zarządów i rad nadzorczych, im większą nakładamy na nich odpowiedzialność – tym bardziej przemyślane powinny być decyzje o udzielaniu im absolutorium. Czas wreszcie skończyć z praktyką automatycznego kwitowania członków organów spółki, bez należytego rozeznania konsekwencji uchwał w tym przedmiocie.

Tekst ogłoszony 8 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2006.03.13 Profesjonaliści