Archiwa tagu: mecenat

Tajny sponsoring?

Wydatki spółki publicznej na sponsoring sportu lub wspieranie innych celów społecznie pożytecznych powinny być jawne!

Czytam, że zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej zawiadomił prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. Lecz nie chodzi (przynajmniej tym razem) o gorszące zajścia przed siedzibą spółki, o nielegalne strajki, o spowodowane nimi straty. Chodzi o upublicznienie nielegalnie pozyskanych informacji dotyczących, między innymi, wydatków spółki z tytułu wspierania klubów sportowych: hokejowego GKS Jastrzębie i siatkarskiego Jastrzębski Węgiel. W latach 2011 – 2015 spółka przeznaczyła na te cele ponad 46 mln złotych. Związkowcy są oburzeni; twierdzą, że w obliczu trudnej sytuacji spółki takie wydatki nie są uzasadnione.

Nie będę teraz dociekał, dlaczego spółka znalazła się w trudnej sytuacji i czy działalność działających w niej kilkudziesięciu związków zawodowych nie miała na to wpływu. Nie podniosę kwestii, czy spółkę w trudnej sytuacji stać na utrzymanie 103 etatów działaczy. Nie będę także rozważał, czy spółka powinna wspierać lokalne kluby sportowe i czy stać ją na wydatki we wspomnianej wysokości. Interesuje mnie natomiast, dlaczego informacje o wspieraniu przez spółkę klubów sportowych są tak poufne lub tajne, że można je pozyskać jedynie drogą przestępstwa? Oraz, dlaczego w obliczu dramatycznych wydarzeń w spółce i wokół niej prokuratura miałaby ścigać „złoczyńcę”, który wykradł i upublicznił dane, jakie JSW, spółka publiczna, sama powinna ujawniać?

Nie chodzi mi w tej chwili o spór górników ze spółką. Ani o prezesa Jarosława Zagórowskiego, z którym w tym sporze sympatyzuję, chociaż, jak się wydaje, jestem odosobniony. Poświęciłem temu poprzedni wpis, bardzo umiarkowanie poparty przez Czytelników. Chodzi mi o przejrzystość wydatków spółki giełdowej: wydatków na kluby sportowe, organizacje społeczne, chore dzieci, Jerzego Owsiaka, związki zawodowe, mecenat sztuki itd. Takie wydatki traktuję jako naturalne, zrozumiałe, służące lokalnym społecznościom i dobru publicznemu. Nie rozumiem, dlaczego spółki miałyby je utajniać!

W mediach trwa festiwal publikacji związanych z zarobkami przywódców związkowych (nazwałem ich kiedyś „baronami”, co uznano za ciężką obrazę i wytoczono mi sprawę, a ja nie miałem zamiaru obrażać kogokolwiek). Mnożą się pomysły, by nałożyć na nich obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Podchodzę do tego z rezerwą: działacz związkowy nie jest funkcjonariuszem Rzeczypospolitej, jak poseł, senator, sędzia. Natomiast spółki publiczne powinny moim zdaniem ujawniać w raportach rocznych, ile kosztują je związki: pensje działaczy, premie i nagrody; jaki jest koszt utrzymania siedzib związków w zakładach (oraz koszt wyposażenia tych lokali w osławione telewizory plazmowe); ile kosztują przejazdy związkowców firmowymi autobusami na demonstracje w stolicy, ewentualnie także skrzynka trunku ofiarowana przez spółkę na drogę.

Spółka powinna także ujawniać inne wydatki, nawet te najbardziej pożyteczne. Na przykład wydatki na wsparcie Polskiego Instytutu Dyrektorów. Kierowałem nim przez 8 lat. Żadna spółka węglowa, publiczna lub niepubliczna, nie wsparła nas choćby groszem. Dobrym słowem także nie.

Czytaj także:

2012.11.29 Szlaban dla związkowych baronów
2013.06.20 Do rady bez automatu

Śpiąca Królewna [2001]

Finansowanie kultury przez biznes wymaga nie tylko stosownych rozwiązań podatkowych – także głębokich przeobrażeń kultury społecznego komunikowania.

W obliczu gigantycznej Czarnej Dziury polskiego budżetu warto zdać sobie sprawę, że najdotkliwsze, najbardziej bolesne ograniczenia wydatków grożą, jak zwykle, kulturze. Przyczynę katastrofalnej zapaści finansów publicznych najprościej upatrywać w polityce rządu AWS. Nie kwestionując jego zdumiewającej wręcz nieudolności, pragnę przecież zasygnalizować, że trudności budżetowe są związane z postępami transformacji gospodarczej. Im bardziej chciano zminimalizować dotkliwe koszty społeczne postępów transformacji, tym bardziej rosły koszty finansowe, które i tak przyjdzie pokryć społeczeństwu. Kryzys finansów publicznych jeszcze nie objawił się w całości, lecz nieuchronnie nadciągnie.

Ciężary spadną na wszystkich, ale w największym stopniu na te akurat kręgi społeczeństwa, które energicznie uczestniczą w procesie transformacji, najwcześniej ją poparły, najwięcej do niej wniosły, okazały się najbardziej twórcze, zdolne do ciężkiej pracy, skłonne do inwestowania jej owoców. Zarazem – te właśnie kręgi najwięcej stracą na oczekiwanych cięciach budżetu kultury, skoro to one najbardziej powszechnie obcują z kulturą, kreują dla niej przestrzeń, pobudzają jej rozwój, pielęgnują jej wartości. Stracą one również z tej przyczyny, że to niewątpliwie one będą najbardziej sponiewierane zniesieniem ulg podatkowych, albo podwyżką podatków. Dylemat ‘mieć’ czy ‘być’ jest absolutnie fałszywy. Aby ‘być’ (co będzie coraz droższe) trzeba ‘mieć’ (co zostanie wyżej opodatkowane). Problem polega więc nie tylko na tym, że kulturze zostanie odjęta pokaźna część potrzebnych jej funduszy, ale i na tym, że jej sprzymierzeńcy poniosą większe ciężary dla ratowania finansów publicznych.

PARTIE WAŻNIEJSZE OD KULTURY? Im więcej, im bardziej stanowczo mówi się o potrzebie ozdrowienia finansów publicznych, tym lepiej społeczeństwo uświadamia sobie, że samo poniesie koszty tego bolesnego przedsięwzięcia. W powszechnej świadomości miejsce państwa, które tylko beztrosko dawało, zajmuje państwo, które najpierw bierze, żeby później miało z czego dawać. Czyli: państwo daje tylko z tego, co weźmie podatnikom. Kto sięga do kasy państwa, sięga do kieszeni podatników. Nakłady na kulturę są mile widziane przez tych, którzy, po pierwsze – mają do niej dostęp, a po drugie – pragną i potrafią korzystać z jej dobrodziejstw. Za to powszechne zniechęcenie budzi finansowanie z budżetu działalności partii politycznych. Znam wszystkie argumenty za i przeciw takiemu rozwiązaniu, ale nie będę ich tutaj roztrząsał. Pragnę zwrócić natomiast uwagę na celowość zbadania, czy zachodzi zależność pomiędzy dezaprobatą dla finansowania partii z budżetu, a ogromną absencją w wyborach. Albowiem społeczeństwu trudno pogodzić się z brakiem pieniędzy na kulturę (a także na oświatę, ochronę zdrowia, obronność lub bezpieczeństwo publiczne), a wydatkowaniem z ubogiej kasy państwowej pokaźnych sum na działalność niepopularnych partii, na utrzymanie ich liderów, ganiających z wywieszonymi ozorami od jednego ugrupowania do innego.

MIĘDZY DWIEMA STOLICAMI. Jakby na przekór ogromnym kłopotom finansowym, w polskiej kulturze dzieje się niemało. Premiery wielkich rodzimych spektakli filmowych planuje się z wyprzedzeniem, by jedna superprodukcja nie kolidowała z innymi. Rekordy powodzenia biją wielkie wystawy malarstwa: impresjoniści, Caravaggio, Chagall. W Polsce koncertują wyśmienite orkiestry symfoniczne, występują wybitni soliści. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław i Poznań tętnią ciekawym życiem kulturalnym. Im dalej od nich, tym trudniej. Tym mniej zasobna kasa. Tym mniejsze możliwości pozyskiwania środków ze źródeł pozabudżetowych. Współczesna Polska została rozpięta między dwoma stolicami, administracyjną i kulturalną. Stolicą administracyjną jest oczywiście Warszawa. Stolicą kulturalną jest oczywiście Mława. Albowiem to kultura na prowincji przesądza o poziomie życia w kraju.Można odnieść wrażenie, że polskie metropolie pod względem kulturalnym są już w Unii Europejskiej. Prowincja jest obecnie zdecydowanie bliżej Białorusi. Dostęp do kultury będzie jednym z kryteriów rozstrzygających o wyniku przyszłego referendum w sprawie członkostwa Polski w Unii. Jak będzie głosować Mława?

DROGA BRUKOWANA BRYLANTAMI. Ponieważ wielka sztuka wzbija się ponad doraźne, przyziemne kłopoty, przeto podziwiając arcydzieło malarstwa, lub słuchając filharmoników – nie myśli się o polityce, ani o pieniądzach. Niemniej to właśnie dzięki polityce, a także dzięki pieniądzom, mamy sposobność przeżywać wartościowe doznania kulturalne. Wiele wystaw, wielu artystów przybywa współcześnie do Polski z obszaru Unii Europejskiej. Zawdzięczamy to otwartej ku Polsce dyplomacji kulturalnej Unii i jej poszczególnych państw członkowskich. Bez ich przyzwolenia, a zwłaszcza bez ich partycypacji w kosztach, obrazy impresjonistów, Chagalla lub Caravaggia nie ruszyłyby w drogę.

Okaże się niebawem, że powszechne oczekiwania na ogromne i natychmiastowe korzyści ekonomiczne płynące z przystąpienia Polski do Unii są mało realistyczne, więc nie zostaną spełnione. Natomiast bilans współpracy kulturalnej po obu stronach wykaże wyłącznie pozycję ‘ma’. Korzyści są widoczne już obecnie. Od kiedy Polska została wpuszczona do poczekalni Unii Europejskiej, zyskała pełniejszy dostęp do skarbnicy unijnej kultury, a także więcej szans promieniowania na cały obszar Unii własnymi osiągnięciami w dziedzinie kultury i sztuki. Z tego punktu widzenia – nasza droga do Brukseli jest wybrukowana brylantami. Rzecz w tym, by na tej drodze znalazła się nie tylko elita społeczeństwa, także pozbawiona możliwości finansowania kultury Polska biedniejsza, bardziej porażona dopustem transformacji; ta ze stolicą kulturalną w Mławie.

POCAŁUNEK ŻABY. Kultura w Polsce, oraz w innych krajach przechodzących transformację gospodarczą, jest niczym Śpiąca Królewna, którą może wybudzić jedynie pocałunek wyciśnięty na jej ustach przez Paskudną Żabę. Oto i Żaba w jedwabnym cylindrze, z pokaźnym workiem pieniędzy (zatem może nie taka znów ona Paskudna?), gotowa ucałować Królewnę i obdarować ją złotem. Żaba jest symbolem kręgów gospodarczych, na tyle już oświeconych, że uświadamiają one sobie pożytki płynące z finansowania kultury i bliskich kontaktów z nią. Królewna śni o Pastuszku. Poczciwym, ale biednym. Nie chce być całowana przez Paskudną Żabę. Brzydzi się. Niech lepiej zmieni zdanie! Współpraca kultury z kręgami gospodarczymi jest obopólnie korzystna i otwiera perspektywy finansowania tego zaniedbanego, a najbardziej wartościowego wymiaru ludzkiej aktywności. Biznes jest przychylny tej współpracy. Kultura obawia się jeszcze, że będzie zmuszona podporządkować swoją niezależność twórczą brutalnym prawom ekonomii. Biznes zarzeka się, że nie, że skądże – ale nie daje, tylko inwestuje, a przedtem kalkuluje, gdzie zainwestować najkorzystniej.

JAKA JEST SIŁA NABYWCZA MŁAWY? Biznes kalkuluje przede wszystkim, jaka jest siła nabywcza odbiorców oferty kulturalnej, którą ma sfinansować. Dlatego Paskudną Żabę z workiem pieniędzy znacznie częściej widać w zamożnych okolicach, zamieszkałych przez ludzi zasobnych, niż w Polsce prowincjonalnej. Tę ostatnią omijają nawet atrakcyjniejsze reklamy. W ‘Polsce B’ nadal zwisają z billboardów smętne strzępy pamiętnych apeli o gotowość umierania za Ojczyznę, pamiątki po bezsensownej kampanii byłego szefa resortu Kultury i Dziedzictwa Narodowego (nazwisko wyleciało mi już z głowy). ‘Polskę B’ omijają wielkie wydarzenia kulturalne. Z niej nie wiedzie do Brukseli droga brukowana brylantami. Za to na drodze czekają blokady. Część ‘blokadersów’ wyrwała się z Sejmu, część bawi na przepustce z więzienia, gdzie za kratami bardziej im do twarzy. W Polsce prowincjonalnej kulturę czasem wspomogą pieniędzmi tylko te banki, które z założenia prowadzą działalność wszędzie, w powiatach, a nawet w gminach.

Dramat polega na tym, że klientela tych banków nie jest zachwycona mecenatem. W ‘Polsce B’ korzystanie z usług bankowych wcale nie jest nawykiem powszechnym, a klientelą banków najczęściej bywa tylko światlejsza część społeczeństwa. Lecz nawet ów światły klient często uważa, że banki wydają pieniądze na kulturę dla własnej reklamy i chwały, nie w jego interesie. Czasem uważa on nawet, że kultura to rozpusta dla zamożnych. Klient, któremu brakuje na wiele życiowych potrzeb – wolałby, żeby bank, zamiast łożyć na filharmoników, wypłacał mu wyższe odsetki.

KUSZENIE INWESTORA. Warto uświadomić klientowi, że wydatki poniesione na kulturę leżą w interesie gospodarki. Tzw. ‘sponsor’ (to słowo pobrzmiewa agencją towarzyską) nie łoży na kulturę wyłącznie we własnym interesie, gdyż tego interesu często nikt nie dostrzega, zaś jego jeszcze krytykuje się, jak klienci krytykują banki, za ‘wyrzucanie’ pieniędzy. Biznes nie finansuje kultury dla własnej reklamy, ponieważ jego zasługi zostaną przemilczane. Kraina polskiej reklamy jest zresztą wyjątkowo zaśmiecona tworami niskiej jakości, przeto o śmiesznie niskiej skuteczności. Z kolei prasa zachwyci się występem słynnego solisty, lecz nie napisze, kto sprowadził go do kraju: kto pokrył honorarium, kto opłacił przelot i noclegi artysty i jego świty. Tylko ze sceny ktoś bąknie niechętnie, że bank jest mecenasem wydarzenia, lecz w czwartym rzędzie nikt już nie usłyszy, który bank potrząsnął kiesą.

Spotykam się z dwojakim podejście biznesu do wspomagania kultury. W pierwszym przypadku używa się kalkulatora: ‘w tej miejscowości mieszka tylu a tylu naszych potencjalnych klientów, których siła nabywcza wynosi tyle a tyle; pomnożę jedno przez drugie, a dwa promille sumy mogę wydać na mecenat lokalnej kultury’. W drugim przypadku motorem działania jest skrzydlata wyobraźnia mecenasa. Wykazują ją najczęściej instytucje finansowe, zwłaszcza banki, prawdopodobnie dlatego, że same z natury są twórcze. Przeto bank finansuje kulturę, ponieważ działa w Polsce, zaś Polska (a także bank) potrzebuje napływu pieniędzy ze świata, natomiast inwestorzy, zanim zainwestują, wnikliwie oceniają środowisko, w którym przyszłoby im działać.

PUNKTY ZA KULTURĘ. Taka ocena wydaje się przedsięwzięciem ściśle technokratycznym, przeprowadzanym wyłącznie na podstawie rachunku ekonomicznego. Otóż nieprawda! Technokraci są coraz bardziej podatni na oddziaływania wartości kulturalnych. Ocena atrakcyjności środowiska inwestycyjnego uwzględnia w coraz większym stopniu profil kulturalny społeczeństwa, jego dostęp do wyższych wartości. Istnieje ścisła zależność rozwoju gospodarki od poziomu kultury. Współczesny biznes nie szuka w Polsce taniej siły roboczej: praca jest znacznie tańsza w stu kilkudziesięciu krajach świata! Prawda, że biznes szuka w Polsce rynku zbytu, ale rynek zbytu jest tym lepszy, tym bardziej chłonny, im społeczeństwo jest bardziej zasobne, a jutrzejsza zasobność zależy od powszechności dzisiejszego pędu ku wiedzy i kulturze. Polska przyciągnie inwestycje dzięki wysokiemu wykształceniu i wysokim aspiracjom kulturalnym społeczeństwa.

W uproszczeniu: jeżeli bank nabywa eksponat, który trafi do muzeum, lub finansuje występ filharmoników – kreuje lepszy klimat dla inwestycji. Z kolei inwestycje pobudzają rozwój gospodarczy. Czyli to kultura jest przesłanką rozwoju! Perspektywy polskiej gospodarki oceniane są w miarę wysoko także dzięki niepospolitemu dorobkowi polskiej kultury. Od początku transformacji gospodarczej twórcy budżetu byli na to ślepi. Skąpili na kulturę. Nie przewidzieli, że z czasem atrakcyjność kulturalna kraju będzie w coraz większym stopniu decydować o jego atrakcyjności inwestycyjnej.

SWAT POTRZEBNY OD ZARAZ! Lecz społeczeństwo zachowuje się jak klient banku, który wolałby wyższe odsetki od razu, niż mglistą obietnicę przyszłej szansy. Społeczeństwo nie dostrzega owych dalekosiężnych korzyści związanych z rozwojem kultury. W finansowaniu kultury przez biznes widzimy często rozmyślną ucieczkę od podatków. Ale polski system podatkowy wcale nie wspiera łożenia przez biznes na kulturę. Warto ten system z czasem zreformować, usprawnić w nim mechanizmy finansowania kultury, a przy tym ograniczyć rolę upartyjnionych urzędów państwowych w dysponowaniu pieniędzmi. Jednak w tej chwili ważniejszym byłoby uświadomienie opinii publicznej, że powinniśmy pozwolić Paskudnej Żabie całować Śpiącą Królewnę do woli. Najlepiej wyswatać tych dwoje. Swatem mogłyby być media. Mogą one przy tym strzec kulturę przed popadnięciem w zależność od finansującego ją mecenasa. Mogą docenić zasługi mecenasa, wskazując społeczeństwu jego zasługi. Rolę stróża wypełniają świetnie, w roli tuby kompletnie zawodzą. Media rozmyślnie pomniejszają rzeczywiste zasługi biznesu dla wspomagania kultury. Przemilczają znaczenie tych zasług dla rozwoju gospodarki i pomyślności społeczeństwa, dla kreowania lepszych perspektyw rozwoju kraju. Tym milczeniem zniechęcają one biznes do finansowania przedsięwzięć kulturalnych.

ŻABĘ KUJĄ, KOŃ NOGĘ PODSTAWIA. Zamiast oddać honor dobroczyńcy, sięgającemu hojnie do szkatuły, media zajmują się sobą. Upajają się, że roztoczyły tzw. patronat medialny nad jakimś wydarzeniem kulturalnym. W ramach patronatu – zapowiedzą owe wydarzenie i ogłoszą sprawozdanie z niego, co i bez patronatu należy do ich świętych obowiązków. Za obietnicę relacji z koncertu redakcja rozepnie na scenie logo swojego tytułu, a relacji nie omieszka wyolbrzymić swoich mniemanych zasług. Patronat polega więc na tym, że uczestniczące w nim redakcje powszechnie przypisują sobie cudze zasługi. Gazeta trąbi o tym, że objęła patronat medialnym nad koncertem znanego trębacza, jak gdyby sama była ważniejsza od solisty; jak gdyby bez jej patronatu medialnego koncert nie doszedł do skutku, bądź umknął powszechnej uwadze. A przecież nie byłoby patronatu, gdyby nie było koncertu, a ten dochodzi do skutku dzięki mecenasowi, który go sfinansował. Wychodzi na to, że media bezwstydnie reklamują same siebie za pieniądze łożone przez biznes na kulturę. O szczodrym ofiarodawcy wspomina się dyskretnie albo wcale. Rzekomo chodzi o etykę mediów. Wspomnienie mecenasa byłoby ‘kryptoreklamą’. Jest to pogląd na wskroś zakłamany i wyjątkowo szkodliwy. Najskuteczniejszą zachętą biznesu do wykładania środków na kulturę będzie taktowne wspominanie o tym przy każdej możliwej okazji. Niech biznes za swoje pieniądze, oraz w nagrodę za nasze przeżycia, otrzyma odpowiednią publicity. Nie reklamę lub kryptoreklamę, ale należny rozgłos. Reklama coraz częściej bywa tak prymitywna, że szkodzi reklamodawcy, a zasłużony rozgłos ułatwi biznesowi kreowanie korzystnego wizerunku. Kiedy z pomocą mediów, w ich trójprzymierzu z biznesem i społeczeństwem, kwoty trwonione przez biznes na nieudaną reklamę, na prostackie płody tzw. dyrektorów kreatywnych, zostaną chociaż w ćwierci skierowane na rozwój kultury, jej sytuacja finansowa będzie nieporównanie lepsza niż obecnie.

KTO NAJPASKUDNIEJSZY W ŚWIECIE? Media przemilczają zasługi biznesu, przede wszystkim instytucji finansowych, dla wspomagania kultury. Przemilczają znaczenie tych zasług dla gospodarki i dla społeczeństwa. Stąd potrzeba krzewienia kultury masowego komunikowania oraz skłonienia mediów do odrzucenia fałszywych kanonów etyki, służących jednostronnie samym mediom ze szkodą dla ich odbiorców. Ignorowanie zasług mecenasów, wypinanie własnych piersi do orderów, to postępki zaiste szkaradne. Lecz przestrzegam przed ich jednoznacznym potępieniem, przed prymitywnym założeniem, że wszystkiemu winni dziennikarze (lustereczko powiedz przecie, kto najpaskudniejszy w świecie?). Media powszechnie reklamują się cudzymi zasługami, ponieważ dramatycznie potrzebują tej reklamy. Wszak działają na wolnym rynku. Są jednym z fundamentów wolnego rynku i wolnego kraju. Chociaż zawdzięczamy im tak wiele, muszą one nieustannie walczyć o przetrwanie. Im akurat nie wolno sięgać do kieszeni sponsorów, bo wówczas nieodwołalnie tracą niezależność, a zatem i rację bytu. Dokoła każdego z mediów kłębi się horda groźnych konkurentów.

Tutaj pryska nastrój miłej baśni o Śpiącej Królewnie. Do bajecznego świata rzeczywistość jest podobna tylko tym, że i horda konkurentów jest paskudna.

Tekst, ogłoszony w Miesięczniku Społeczno-Kulturalnym „w drodze” nr 16/II listopad-grudzień 2001, został w dużej mierze oparty na referacie On the Road to Brussels: Enhancing the Quality of Communication for and Through Better Co-operation, przedstawionym na konferencji UNESCO-CEPES on Central Europe – South Eastern Europe: Inter-regional Relations in the Fields of Education, Science, Culture and Communication w Bukareszcie w kwietniu 2001 r., i ogłoszonym w kwartalniku Higher Education in Europe 2001 nr 2.