Archiwa tagu: nacjonalizacja

Corporate governance w programach wyborczych głównych brytyjskich partii

  • W Polsce żadna partia nie poświęciła należytej uwagi rynkowi kapitałowemu, wszystkie całkowicie pomijają tematykę corporate governance;
  • W Wielkiej Brytanii tematem kampanii przed wyborami Izby Gmin 12 XII jest oczywiście brexit, ale corporate governance jest przedmiotem debat politycznych;
  • Poglądy głównych partii na temat corporate governance różnią się zasadniczo: konserwatyści chcą kontynuacji, labourzyści głębokich reform;
  • Konserwatyści prowadzą w sondażach, a radykalizm Partii Pracy osłabia jej szanse na zdobycie większości w Izbie Gmin.

Wielka Brytania jest ojczyzną corporate governance, przeto w kampaniach wyborczych poświęca się tej tematyce nieporównanie więcej uwagi niż w innych krajach. Nawet w kampanii osnutej wokół naczelnego zagadnienia, jakim obecnie jest brexit! Nikt nie rozważa wyjścia kraju z Unii Europejskiej jako okazji do rozluźnienia regulacji wprowadzonych przez krytykowaną Brukselę. Przeciwnie: politycy gotowi są iść dalej, wprowadzać w życie standardy wyższe od unijnych. Wszelako nie są zgodni, jakie standardy należy wprowadzić, oraz jakim kosztem.

PARTIA KONSERWATYWNA jest oszczędna w obietnicach, prawdopodobnie dlatego, że póki na jej czele stoi Boris Johnson uznawany za notorycznego kłamcę, lepiej trzymać język za zębami. Konserwatyści już wcześniej (Theresa May w 2016 r.) złożyli obietnicę wprowadzenia do rad dyrektorów silnej reprezentacji pracowniczej, ale zarazem przedstawiono spółkom łagodną alternatywę, więc do zasadniczych zmian nie doszło. Obecnie Partia Konserwatywna wprawdzie reaguje na problemy najbardziej nurtujące wyborców, lecz poprzestaje na ogólnikach, unikając konkretów. Mówi więc o nadmiernych wynagrodzeniach menedżerów wielkich spółek i zapowiada, że chce coś z tym zrobić, ale nie mówi co, kiedy i jak. Obiecuje ochronę środków zgromadzonych w zakładowych funduszach emerytalnych. Rozpamiętuje burzliwe upadki wielkich spółek jak Carillion i Thomas Cook Group, dostrzega w związku z tym potrzebę reformy audytu, lecz i tu brak konkretów. Nie zrealizowano do tej pory zapowiedzi powołania silnego organu nadzoru nad rynkiem kapitałowym (Audit, Reporting and Governance Authority).

LIBERALNI DEMOKRACI proponują reformę zmierzająca do poprawy rynku (Better Business). Wszystkie spółki zostałyby objęte obowiązkiem składania rynkowi oświadczeń o stosowaniu corporate governance obejmujących m.in. zasady wynagradzania pracowników, standardy ochrony środowiska, świadczenia na rzecz lokalnych społeczności oraz korporacyjne praktyki etyczne. Na spółkach miałby spoczywać ogólny obowiązek staranności w dziedzinie środowiska (ochrony klimatu), w tym – zarówno w działalności własnej, jak dostawców – eliminowania produktów i praktyk powodujących deforestrację. Oraz obowiązek dbałości o prawa człowieka, w tym przeciwdziałania pracy nieletnich i współczesnemu niewolnictwu.

Ponadto Liberalni Demokraci przewidują doskonalenie Corporate Governance Code poprzez wprowadzenie obowiązkowej reprezentacji pracowników w radach dyrektorów i w komitetach wynagrodzeń. Byliby oni wyposażeni w pełne uprawnienia dyrektorów i objęci równą z nimi odpowiedzialnością. Partia pragnie zachęcić spółki notowane do rozwijania akcjonariatu pracowniczego, a Unię Europejską (jest zwolennikiem pozostania w niej) do obligatoryjnych badań poszanowania praw człowieka przez wielkie korporacje.

PARTIA PRACY proponuje tak wiele, jak gdyby chciała swoim programem zniechęcić rozsądnych wyborców do głosowania na nią. Opowiada się za nowelizacją Companies Act z 2006 r. i wprowadzeniem możliwości zastąpienia rady dyrektorów dwoma organami: radą nadzorczą i zarządem. W skład rady nadzorczej wchodziliby pracownicy, klienci i inwestorzy długoterminowi. Współczynnik CEO pay ratio (wynagrodzenie CEO wobec najniższej płacy w spółce) nie mógłby przekraczać 20 – obecnie bywa nawet trzycyfrowy. Firmy finansowe byłyby badane przez państwowego audytora. Biegli rewidenci byliby rotowani najpóźniej po 5 latach (obecnie 10). Labourzyści pragną znacjonalizować kilka dziedzin gospodarki narodowej: wodę, energię koleje i internet szerokopasmowy. Odszkodowanie – poniżej cen rynkowych – wypłacą w bonach. Z giełdy znikną także spółki zaniedbujące obowiązek dbałości o klimat.

Karl, John Maynard, Friedrich, Milton, zgodnie przewrócą się w grobach: Jeremy Corbyn i jego partia zamierzają napisać nowe prawa ekonomii. Państwo ma być duże. Zza oceanu inspirację daje Elizabeth Warren i jej propozycja Accountable Capitalism Act (żyję długo, pamiętam niezliczone projekty odpowiedzialnego socjalizmu – tu wychodzi to samo). Gospodarka zostanie poddana kontroli. Powstanie państwowa superkomisja do spraw biznesu, w jej ramach będą działać trzy komisje: do spraw spółek, do spraw finansów, do spraw egzekwowania regulacji. W firmach Tłustej Czwórki oddzieli się działy audytu od pozostałych (wszyscy wzdychają do tego, kończy się na gadaniu).

INSTYTUT DYREKTORÓW (Institute of Directors) nie jest partią, lecz apolityczną reprezentacją zdrowego rozsądku. O gospodarce i etyce wie więcej niż wszyscy politycy razem wzięci. Instytut jest przeciwko burzeniu systemu i łamaniu krzeseł. Na marginesie kampanii ogłosił manifest o potrzebie zwiększenia zaufania do biznesu. W tym celu proponuje się wzmocnienie odpowiedzialności systemu corporate governance na rzecz społeczeństwa. Oraz doskonalenie profesjonalizmu rad dyrektorów i ich członków. Oraz zwiększanie zdolności rad do działania w dalekim horyzoncie czasowym, do myślenia perspektywicznego. Proponuje się Code of Conduct – zbiór zasad postępowania członków rad dyrektorów największych korporacji. Takie zbiory zasad maja lekarze, prawnicy, księgowi – dlaczego nie dyrektorzy? Rady dyrektorów powinny być poddawane niezależnej ocenie zewnętrznej. Należy ustanowić Audit, Reporting and Governance Authority – organ już przewidziany w Raporcie Kingsmana z 2018 roku. Proponuje się także powołanie Corporate Governance Commission formułującej standardy postępowania na rynku. Na koniec: Wielka Brytania powinna utworzyć Sovereign Wealth Fund inwestujący w przyszłościowe spółki zielonej natury i zrównoważonego rozwoju.

Ciekawe, który z polskich polityków mógłby podjąć dyskusję na temat corporate governance?

Jakie następstwa dla spółki i rynku spowodowałaby nacjonalizacja mBanku?

  • Gdyby udało się znacjonalizować mBank, doszłoby do zjawisk, które wystąpiły już w Pekao. Posady obsiądą swoi: zasłużeni dla PiS, ich dzieci i pocioty;
  • Na wezwanie szefa partii aktualnie przy władzy nowy prezes banku będzie biegał na Nowogrodzką, by kredytować Kacze Wieże albo przekopanie Małpiej Wyspy;
  • Pieniądze akcjonariuszy i depozytariuszy będą wspierać brudną energetykę, Redutę Kompromitacji, Fundację Antynarodową i inne szemrane instytucje;
  • Bank straci reputację i pieniądze, ucierpi także opinia o polskim rynku kapitałowym zdominowanym przez państwo wrogie prywatnej własności.

Nacjonalizacja mBanku spowodowałaby katastrofalne zderzenie kultur. Bank jest instytucją prywatną o bogatej tradycji, podmiotem wolnorynkowym wyróżniającym się inicjatywą. Państwo w jego dzisiejszej postaci jest tworem przeciwnym rynkowi, dąży do jego marginalizacji, stara się zdominować gospodarkę, nie rozumie prawideł ekonomii, działa nieracjonalnie, kieruje się partykularnym interesem partii będącej chwilowo przy władzy.

Już kiedyś doszło do zderzenia kultur. Bank, jeszcze pod firmą BRE, wespół z Bankiem Handlowym, przygotowały założenia fuzji mającej wzmocnić ich polskie pierwiastki. Plan pomyślany był rozsądnie, przygotowany perfekcyjnie, został na rynku powszechnie uznany jako obiecujący, ale nie zgodził się nań właściwy w tej materii minister Emil Wąsacz. Nie zgodził się, bo nie. Basta! Nie przypominam sobie żadnych sensownych argumentów.

Nie mam zamiaru idealizować mBanku. Wprawdzie ma on bogatą historię i nieprzebrane zasługi dla polskiej transformacji, niemniej ma także spory apetyt na ryzyko, czego dowodem portfel kredytów walutowych. Jako klient banku i domu maklerskiego, także marginalny akcjonariusz, nie mam powodów do pochwał. Przed laty współpracowałem z bankiem w programie NFI. Korzystałem z jego gościny organizując w nim czasem seminaria Polskiego Instytutu Dyrektorów. Gdyby bank szukał rzecznika, nie wybrałby mnie.

Pogrążony w kłopotach Commerzbank będzie chciał sprzedać udziały w mBanku. Nie widać w świecie chętnych do wejścia na rynek, na którym lokalne władze są niechętne własności prywatnej. Nie jest więc wykluczone, że stronami transakcji zostaną podmioty powiązane ze Skarbem Państwa.

Gdyby do tego doszło, zapewne jednym z pierwszych kroków nowego udziałowca byłaby wymiana kierownictwa banku. Niemcy z zarządu i rady nadzorczej złożą po transakcji rezygnacje. Prezes zarządu i przewodniczący rady nadzorczej są wprawdzie fachowcami i znają bank na wylot, lecz byliby przeszkodą dla skoku na pieniądze i posady. Ktokolwiek zostanie ministrem Skarbu Państwa (nawet Jacek Sasin), nie będzie dla nich partnerem. Doświadczenie uczy, że związani z państwem znaczący akcjonariusze bezceremonialnie przeprowadzają desant swoich na dobrze płatne stanowiska. Za kryteria awansu przyjmuje się związki rodzinne z osobami zasłużonymi dla efemerydy zwanej IV RP (w rozkładzie), bądź przydatność w pracy operacyjnej polegającej na utrzymaniu władzy tzw. Zjednoczonej Prawicy. Kompetencje synów, córek, żon itd. nie grają istotnej roli, nikt nie pyta o nie, nikt ich nie ustala. Obowiązuje tu formuła zawarta w skrzydlatych słowach min. Marka Suskiego: Liczy się znajomość programu PiS.

Wspomnianej Zjednoczonej Prawicy niełatwo będzie znaleźć kandydatów na obsadzane stanowiska. Niewiele tam cudownych dzieci. Ławka kandydatów jest pusta, wszystkich branych pod uwagę już obsadzono. Efekt zatrutej aury działa obecnie silniej niż przed czterema laty: przystając na ofertę pracy dla PiS trzeba się liczyć z tym, że to zaciąży na przyszłej karierze. Przykład radnego Kałuży, który zyskał krajową rozpoznawalność, może odstraszyć innych od wiązania się z formacją, która raczej wraca już z jarmarku, niż na ten jarmark zmierza.

Kadry będą zatem coraz słabsze. Pójdą za nimi słabsze wyniki, a także spadki kapitalizacji. Wejście państwa do Pekao i Aliora konsekwentnie odzwierciedlają notowania. Nominaci Prawa i Sprawiedliwości, prócz zarabiania godziwych pieniędzy, zajmą się gorliwie realizacją pomysłów rzucanych na wiatr przez partyjnych liderów. Bywają to pomysły zgoła nieprzemyślane, jak drony, promy, milion samochodów elektrycznych, ileś tam mieszkań, albo mocno ugruntowane w ideologii partii: rozwój górnictwa węglowego, energetyka węglowa, reindustrializacja, itp. Pociągnie to za sobą zmianę polityki kredytowej. Bank może być nakłaniany do kredytowania nieopłacalnych przedsięwzięć.

W mBanku zaszyte jest ogromne ryzyko dotyczące udzielonych kredytów walutowych. Kadra banku da sobie z tym radę, są to ludzie dobrze przygotowani do swoich obowiązków. Nominaci z zewnątrz mogą nie podołać wyzwaniom związanym z zarządzaniem ryzykiem. Akcje kredytowa na potrzeby reindustrializacji, gdyby została na banku wymuszona, może przynieść straty, a ponadto ograniczyć kredytowanie związanych z bankiem od lat przedsiębiorców i przedsiębiorstw.

Notowania mBanku nie zachwycają. Po silnym wejściu państwa do akcjonariatu należy się liczyć z ich znaczącym spadkiem. Przykładem Bank Pekao. Po przejęciu włoskich udziałów przez państwowe podmioty, proponowałem w tym miejscu sprzedaż ich przed giełdę. Przejmujący zarobiłby sporo, zarobiłaby giełda, zyskałby polski rynek, zyskaliby inwestorzy. Dzisiaj te udziału są warte znacznie mniej. Należy je traktować jak dobra martwej ręki: nie wejdą na rynek, póki rządzi PiS – zwolennik twardej własności państwowej, przeciwnik prywatyzacji, rzecznik dogmatu o wyższości gospodarki państwowej nad prywatną.

Czytam o planach przejęcia mBanku przez PZU i Alior. Gdyby taki pomysł narodził się rzeczywiście, nazwałbym go niedorzecznym. PZU już przystąpił do realizacji zadań politycznych nabywając pakiet akcji Aliora – dzisiaj są one warte ok. 1/3 zapłaconej ceny. Zakład ubezpieczeń musi starannie miarkować apetyt na ryzyko. W mBanku jest go wiele, obecne kierownictwo potrafi nim zarządzać, PZU ma odmienne standardy.

Natomiast Alior to bank osobliwy. Poważna spółka giełdowa nie traci w toku jednej sesji 15% kapitalizacji – chyba, że wybuchła wojna lub niebotyczny kryzys. Kurs Aliora jest w trendzie spadkowym od chwili nacjonalizacji udziałów banku. Do czego jest zdolny zarząd, dowiódł na przykładzie inwestycji w Ruch SA. Wcześniej Alior miał się łączyć z Bankiem Pekao, agencje prasowe zachłystywały się zgodą, jaką na fuzję banków miał wyrazić Jarosław Kaczyński. Nie sądziłem, że ten poseł zna się na bankowości, że do niego należą decyzje w przedmiocie łączenia się banków. Na szczęście do fuzji nie doszło.

Na koniec o giełdzie. Spółki ze znaczącym udziałem państwa w akcjonariacie nie pobudzają należycie rozwoju rynku kapitałowego. Najlepiej handlować dużymi spółkami prywatnymi wyróżniającymi się pod kątem corporate governance i pokaźnego free float, niepodatnymi na kaprysy polityki. Takich spółek w Warszawie ubywa. Nie chodzi o to, by państwo ogłaszało ambitne strategie rozwoju rynku kapitałowego, ale by w tym rozwoju jak najmniej przeszkadzało.

 

 

 

 

Fundusz Inwestycji Kapitałowych to “Plan Zdzisława” do sześcianu

  • To nie jest, wbrew mediom, rozgrywka między rządzącymi, to rozgrywka przeciwko rynkowi kapitałowemu, kapitalizmowi, demokracji;
  • Rząd zabutelkował swoją „prawdę”, że własność państwowa jest lepsza od własności prywatnej;
  • Zamierza powołać fundusz mający wykupywać akcje spółek ze swoim udziałem, po dobroci lub przez wyciskanie;
  • Jeżeli współżycie państwa z innymi inwestorami napotyka w spółkach trudności, lepiej te spółki sprywatyzować do końca niż do końca nacjonalizować!

Dobra wiadomość: nareszcie zapadnie decyzja ważna dla gospodarki. Zła wiadomość: będzie to decyzja fatalna. Chodzi o zmianę zasad zarządzania majątkiem państwowym, planowane powołanie państwowego Funduszu Inwestycji Kapitałowych, zasilanego m.in. dywidendami ze spółek z udziałem Skarbu Państwa, a zajmującego się wykupywaniem akcji tych spółek z rąk inwestorów innych niż państwo i jego agendy, po dobroci albo w formie wyciśnięcia.

Dobra wiadomość: czyli będą dywidendy, przynajmniej mają być. Zła wiadomość: dywidenda jest produktem podziału zysku, a w spółkach z udziałem państwa zysku do podziału może nie być, są one źle zarządzane i trwonią pieniądze akcjonariuszy na bezsensowne wydatki związane z finansowaniem kampanii nienawiści (do sędziów, Niemiec lub do opozycji), „patriotycznych” fundacji, „niepokornych” mediów, swojskich kongresów, (po)słusznych związków zawodowych, różańców, świątyń, objawień. „Dobra zmiana” nie ustaje w czystkach, w osadzaniu na posadach swoich ludzi (kiedyś zwałem to „alotażem”, dzisiaj mówi się o „PiSiewiczach”) o skromnych kwalifikacjach. Wcześniej minister od zawierzania energetyki Matce Boskiej zapowiadał koniec dywidend, premier opowiadał bajki o kwotach wyprowadzanych z Polski tytułem dywidend…

Dobra wiadomość: państwo pragnie przejąć odpowiedzialność za spółki ze swoim udziałem. Zła wiadomość: państwo tego nie potrafi, działa obecnie w interesie PiS, nie spółek, rynku, Polski. Wykupić akcjonariuszy spółek z udziałem państwa – to odwrócić prywatyzację, ściągnąć te spółki z giełdy (która jakże uwiera rządzących!), wygasić rynek kapitałowy, zapewne po to, by później przystąpić do zwalczania własności prywatnej, wolnego rynku, demokracji. Od nastania „dobrej zmiany” GPW spychana jest na margines, zagrożona obumarciem. Nie tylko zapowiedziano koniec prywatyzacji, także otrąbiono krucjatę na rzecz nacjonalizacji, co grozi katastrofą. Ile od początku „dobrej zmiany” straciły na wartości spółki z udziałem Skarbu Państwa? Dla przykładu: o ile spadła kapitalizacja „zrepolonizowanego” Banku Pekao SA? Jak wyglądają rządy państwa w spółkach świadczą przypadki LOT, Poczty Polskiej, PKP…

Dobra wiadomość: przejęcie przez państwo spółek mających teraz także innych akcjonariuszy pozwoli skoncentrować wszystkie siły na twórczej realizacji wielkich zamierzeń premiera: miliona samochodów elektrycznych, promów, dronów, itp. Zła wiadomość: to bzdury, androny; symbolem współczesnej rzeczywistości gospodarczej jest „stępkopodobny” (albo i nie) kawałek metalu rdzewiejący w „stoczniopodobnym” (ale raczej nie) przedsiębiorstwie w Szczecinie. Niektórzy podpowiadają, że Skarb Państwa czeka z wykupem akcji drobnych inwestorów w spółkach ze swoim udziałem, aż kursy akcji ustabilizują się w pobliżu dna, lub poniżej – wtedy dokona „repolonizacji”.

Dobra wiadomość: giełda służy temu, by spółki mogły rozwijać się za cudze pieniądze. Zła wiadomość: spółki z udziałem Skarbu Państwa nie rozwijają się. Znacjonalizowane, będą one pogrążać się w mroku za pieniądze podatników. Już nie od dzisiaj są to antyrynkowe mutanty służące politykom, nie rynkowi. Nazywam je „blue cheats”, ponieważ państwo – inwestor wcale niekoniecznie większościowy – lekceważy głos pozostałych akcjonariuszy, działa na ich niekorzyść, oszukuje na pieniądzach.

Fundusz Inwestycji Kapitałowych może okazać się narzędziem realizacji „Planu Zdzisława” na ogromną skalę, pogromu własności prywatnej, zniszczenia i zaorania rynku kapitałowego. Jego patronem mógłby zostać obwołany Hilary Minc, który już w późnych latach 40-tych i wczesnych 50-tych ub. w. przeprowadził Polskę z kapitalizmu do socjalizmu, o co i teraz chodzi. Przesadzam? Ależ przesada bywa dopuszczalna, kiedy ilustruje punkt widzenia! Mój punkt widzenia zakłada prymat prywatyzacji nad nacjonalizacją. Rozumiem racje stojące za „repolonizacją” Banku Pekao SA: ileż tam posad, bonusów dla PiSiewiczów „dobrej zmiany”! Ale nie rozumiem uporu, z jakim państwo rzuciło się do odzyskiwania kolejek linowych i przepłacenia za nie sum wyższych niż Kasprowy. Do dzisiaj utajnionych, zapewne ze wstydu za niegospodarność. A może kryje się za tym kolejna z afer PiS? Dziwne, że opozycja nie drąży tego tematu. Życzyłbym sobie opozycji bardziej totalnie totalnej.

Czytaj także:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa?

2016.12.10 A teraz sprywatyzujcie Bank Pekao SA przez giełdę!

2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo

 

 

 

A teraz sprzedajcie akcje Banku Pekao SA przez giełdę!

Bank Pekao wraca „z ziemi polskiej do Wolski”… Jarosław Kaczyński nie ma słuchu, głosu, ani wiedzy ekonomicznej. Może ogłosić sukces repolonizacji polskiego sektora bankowego. Lecz być może rozczaruję zwolenników tezy, jakoby program repolonizacji banków był komponentem akcji wstawania z kolan. Autorstwo pomysłu należy do Jana Krzysztofa Bieleckiego. Był on w swoim czasie szczerym zwolennikiem umiędzynarodowienia finansów, nawet publicznie ogłosił tezę, że na czele grupy UniCredit może kiedyś stanąć Polak – ale z czasem mu przeszło.

Może otrzeźwiła go sprawa kredytów walutowych? W wywiadzie udzielonym mi w 2004 roku J K Bielecki , wówczas prezes Banku Pekao, wyraził opinię, że udzielanie kredytów walutowych osobom zarabiającym w złotych jest praktyką nieetyczną. Wcześniej podobny pogląd zaprezentował w udzielonym mi wywiadzie szef Banku Zachodniego WBK Jacek Kseń. Niezadługo później obaj menedżerowie opuścili swoje stanowiska (następcą dr. Ksenia został Mateusz Morawiecki), a kierowane przez nich banki zmieniły swoje nastawienie do tej kwestii. Bielecki, już jako przewodniczący Rady Gospodarczej (w jej skład wchodził wspomniany M. Morawiecki), pod wpływem doświadczeń lat 2008-2009 podjął ideę „udomowienia” banków należących do obcego kapitału. Co też dzieje się obecnie.

Z tym zastrzeżeniem, że to nie repolonizacja, ani udomowienie, a nacjonalizacja. Co oznacza większy wpływ polityków na gospodarkę, nowe posady dla stronników PiS, mniejsze szanse na wzrost gospodarczy, strumienie pieniędzy płynące na widzi-mi-się partii rządzącej. Bank Pekao trafił w ręce, do których nie mam zaufania: za dużo grzebią w moich kieszeniach.
Jest z tej sytuacji znakomite wyjście: sprzedając przez giełdę akcje należące do PZU SA i Polskiego Funduszu Rozwoju odniesiemy liczne korzyści.

Nie dojdzie do sytuacji, w której władztwo nad dwoma największymi bankami na polskim rynku skupione zostanie w jednym ręku. Otóż pakiety posiadane, bezpośrednio i pośrednio, przez Skarb Państwa nie dałyby tak silnego wpływu na oba banki, gdyby przynajmniej jeden z nich został rozproszony. Nawet silny akcjonariusz większościowy musi liczyć się z interesami mniejszości. Skarb Państwa czyni wyjątek od tej fundamentalnej zasady corporate governance. Nie liczy się z nikim i z niczym, robi co chce i nikomu: prawu, sądom, dobrym praktykom, Brukseli – nic do tego.
Pozbywając się akcji Banku Pekao SA ich obecni posiadacze (PZU SA i Polski Fundusz Rozwoju):
• Zarobią pieniądze, ponieważ w ofercie publicznej – jeśli zostanie umiejętnie przeprowadzona – uzyskają cenę wyższą od zapłaconej Włochom;
• Zapobiegną niebezpieczeństwu wykorzystania politycznych wpływów na bank, a zważywszy udziału Skarbu Państwa w PKO Banku Polskim – na cały sektor bankowy, ba, na stygnącą gospodarkę narodową;
• Dokonają rozproszenia akcjonariatu Banku Pekao SA; w trakcie prywatyzacji pakietu należącego do PZU i PFR, można będzie, mutatis mutandis, wykorzystać wiele elementów znakomicie przeprowadzonego przez ówczesnego ministra Skarbu Państwa Jacka Sochę upublicznienia akcji PKO Banku Polskiego;
Przeprowadzając prywatyzację udziałów PZU i PFR przez giełdę rząd umocni i rozwinie warszawską Giełdę Papierów Wartościowych, przywróci jej wigor i szansę rozwoju (co oznaczałoby jednak odejście od konsekwentnie prowadzonej polityki wygaszania GPW).

Czytaj także:
2015.01.15 Dzień franka