Archiwa tagu: należyta staranność

Polowanie na Huntera, czyli…

…międzykontynentalna intryga polityczna, wybory w USA, korupcja na Ukrainie, strategiczne paliwo, konflikt interesów, whistleblowing, szantaż, niejasne płatności, ornamentariusze w radzie dyrektorów – tematów wystarczyłoby na kilka sensacyjnych scenariuszy.

  • Czy prezydentowi Stanów Zjednoczonych grozi złożenie z urzędu za szantażowanie Ukrainy?
  • Czy Hunter Biden, syn b. wiceprezydenta USA i pretendenta do prezydentury w wyborach 2020, jest niewinną ofiarą intrygi?
  • Czy wiceprezydent Joe Biden interweniował w Kijowie w sprawach spółki powiązanej z synem?
  • Czy ukraińska spółka wypłacała członkom rady dyrektorów wynagrodzenia za pracę dla spółki, czy za wpływy?

Łowcą jest Donald Trump. Obiektem polowania jest Hunter Biden. W istocie chodzi o to, by trafić jego ojca i wyeliminować go z wyborów prezydenckich w USA w 2020 roku. Joe Biden przez dwie kadencje pełnił urząd wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych (2009-2017), obecnie jest bodaj najpoważniejszym pretendentem do nominacji Partii Demokratycznej i do Białego Domu. Rzecz w tym, że sprawa może wypalić w odwrotnym kierunku i ugodzić zawziętego myśliwego.

Hunter Biden, lat 49, jest prawnikiem i lobbystą. W latach 2014-2019 „zasiadał” w radzie dyrektorów ukraińskiej spółki paliwowej Burisma Holdings Ltd. Słowo „zasiadał” ująłem w cudzysłów, ponieważ w sprawach spółki Hunter na Ukrainie nigdy się nie pojawił, nie brał udziału w posiedzeniach rady, a został do niej powołany z uwagi na wpływy i nazwisko. Co nie oznacza, by naruszył prawo, ukraińskie czy amerykańskie. Twierdzi się, że świadczył spółce porady dotyczące kwestii prawnych, finansów i strategii. Mogło być takich spraw wiele, spółka została zawiązana przez oligarchę o kwestionowanej reputacji, który z czasem popadł w niełaskę.

Można przyjąć, że Hunter Biden pełnił w Burismie rolę ornamentariusza. Agencja Reuters donosi: „Mówi się, że jego obecność w radzie nie uchroniła spółki przed najpoważniejszym z zagrożeń: serią śledztw wszczętych przez władze Ukrainy przeciwko właścicielowi, Mykole Zloczewskiemu, multimilionerowi i byłemu ministrowi środowiska i zasobów naturalnych. Zarzuty dotyczyły przestępstw podatkowych, prania pieniędzy i przyznania Burismie licencji w czasie, gdy Zloczewski był ministrem”.

Lecz warto wziąć pod uwagę, że spółka zajmowała się międzynarodowym obrotem paliwem strategicznym, czyli gazem; że eksportowała go na zachód; że potrzebowała wiedzy o realiach polityki międzynarodowej – przeto angażowała do rady dyrektorów nie ekspertów corporate governance, ale doświadczonych polityków. Należał do nich Aleksander Kwaśniewski, rozumiejący dobrze Wschód i Zachód. Od Bidena Juniora nie oczekiwano staranności wynikającej z zawodowego charakteru jego działalności. W tym kontekście blednie wymowa moich pouczeń o time commitment członków rad, obowiązku uczestniczenia w posiedzeniach, odpowiedzialności za nienależyte wywiązywanie się z obowiązków…

Trump obawia się kandydatury Bidena Seniora. To polityk z krwi i kości, zanim został 47. wiceprezydentem przez 26 lat reprezentował w Senacie stan Delaware. Zna wszystkich, jest popularny. Trump, prostak, obrzucił arystokratę Kongresu epitetami i próbował zmontować intrygę, jakoby Hunter był na Ukrainie zamieszany w ciemne interesy, wobec czego jego prominentny ojciec wykorzystał stanowisko i wymusił dymisję prokuratora generalnego Szokina (skorumpowanego nawet ponad miejscowe zwyczaje!). W ten sposób Hunter, zapewne incydentalny uczestnik wydarzeń, stałby się demonem z opowieści, w której jest wszystko, co trzeba: międzykontynentalna intryga polityczna, wybory w USA, korupcja na Ukrainie, strategiczne paliwo, konflikt interesów, whistleblowing, szantaż, niejasne płatności, ornamentariusze w radzie dyrektorów – tematów wystarczyłoby na kilka sensacyjnych scenariuszy.

Nie kryję sympatii dla demaskatorów (whistleblowerów), którzy z drugiego lub trzeciego planu ślą na jaw informacje o niegodziwych postępkach. Dzięki nim świat poznał prawdę, że Trump osobiście, oraz jego prawnik Rudy Giuliani, naciskali na młodego prezydenta Ukrainy, by uprzykrzył życie Hunterowi, szkodząc zarazem ojcu uwikłanemu w konflikt interesów. Stany Zjednoczone mogą przecież wstrzymać pomoc wojskową dla dotkniętej wojną Ukrainy. Ten szantaż to niegodziwość, dlatego Demokraci w Izbie Reprezentantów wszczynają procedurę impeachment, która – za zgodą Senatu – może doprowadzić do złożenia prezydenta z urzędu.

Bidenowie utrzymują, że Hunter nie informował ojca o sprawach Burismy, a wiceprezydent nie interweniował w sprawie syna. Większość daje im wiarę, a zarzuty Trumpa uważa za brednie. Ciekaw jestem rozwoju wydarzeń.

Tekst ogłoszony 2 listopada 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

Straż Praw [2001]

Serial „Jak odwołać prezesa” jest śmieszniejszy od klasycznej komedii „Jak zabić starszą panią”.

Jeżeli komunikaty publikowane przez spółkę mają się nijak do tego, co pisze o niej prasa, inwestorzy otrzymują sygnał, że w samej spółce, bądź w jej otoczeniu, sprawy przybrały niekorzystny obrót. Przyczyną takich sytuacji jest brak porządku korporacyjnego (ang. corporate governance), co rzutuje na pomyślność spółki. Przykładem Mostostal Warszawa, spółka mająca wcześniej całkiem korzystną opinię. Dzisiaj dzieją się w niej rzeczy dziwne, o których pisze prasa, a milczą komunikaty.

Z relacji prasowych wynika, że ktoś nastaje na głowę prezesa. Nic w tym nadzwyczajnego. Prezesi spółek giełdowych zmieniają się w Polsce często. Tak często, że nasz rynek może stracić zaufanie inwestorów. Martwi nie to, że w ubiegłym roku zmienili się prezesi 53 spółek giełdowych (niekiedy po dwa, lub nawet trzy razy). Martwi natomiast, że w ubiegłym roku zmienili się prezesi w co czwartej spółce giełdowej. Martwi także, że niektóre zmiany wyniknęły z przyczyn politycznych. Martwi najbardziej, że dość liczne zmiany były uzasadnione.

Z relacji prasowych wynika, że zamiar odwołania prezesa warszawskiej spółki też nie jest bezzasadny. Zarzuty, które przedostały się do prasy, zgoła nie mieszczą się w głowie. Inna sprawa, że słowo „afera” przylgnęło już w polszczyźnie do poczynań w trójkącie bermudzkim: Skarb Państwa – PZU – NFI (dyscyplina dodatkowa: Totalizator Sportowy). Innym wydarzeniom grozi spadek do ligi okręgowej, gdzie nikt się nimi nie zajmie.

Mnie jednak interesują proceduralne aspekty sprawy warszawskiego Mostostalu. Niektóre poczynania rady nadzorczej spółki są jeszcze bardziej komiczne, niż klasyczna angielska komedia. Rekonstrukcja wydarzeń jest taka: z początkiem stycznia zwołano posiedzenie rady nadzorczej. Członkowie rady przybyli, lecz posiedzenie nie odbyło się. Powód? Dwóch członków rady nie podpisało listy obecności. Dramatyczny dylemat Hamleta „być albo nie być” sprowadzono do wymiaru farsy „być, ale nie podpisać”. Śmieszne to wprawdzie nie jest, ale niepoważne – jak najbardziej. Otóż kodeks wcale nie wymaga podpisywania listy obecności. Nawet o niej nie wspomina. Słusznie! Imiona i nazwiska obecnych zamieszcza się w protokole.

Odmowa podpisania listy przez dwóch członków rady, a nawet ich nieobecność, nie zrywa posiedzenia pięcioosobowej rady, jeżeli wszyscy jej członkowie zostali zaproszeni. Jeżeli przybyli – świadczy, że zostali zaproszeni. Nie ma żadnego znaczenia, czy podpisali listę obecności, jak nie ma znaczenia lista. Tylko protokół ma znaczenie dowodowe. Do czego służy lista, pisałem już w tym miejscu (13 XI 2000 r.): „można zrobić z niej samolot”. Biada drobnemu akcjonariatowi, jeżeli ważny inwestor dopuszcza się w spółce obstrukcji.

Dalszy ciąg rekonstrukcji: rada nadzorcza zebrała się w końcu 19 stycznia i dokonała zmiany swojego regulaminu. Wcześniej do odwołania członka zarządu ów regulamin wymagał kwalifikowanej większości ¾ głosów. Teraz członka zarządu można odwołać większością niekwalifikowaną. Boki zrywać! Przecież większość głosów wymaganą dla powzięcia uchwały przez radę ustala kodeks, albo statut spółki, zaś przenigdy regulamin rady. Z równym skutkiem regulamin rady mógłby ustalać zasady sukcesji do hiszpańskiego tronu. Tak samo zresztą było pod rządami starego kodeksu. Kodeks przewiduje przeto, że uchwały rady nadzorczej zapadają bezwzględną większością głosów, czyli więcej niż połową głosów oddanych (stary kodeks mówił o bezwzględnej większości głosów „obecnych”) – chyba, że statut stanowi inaczej. Czyli jedynie statut może stanowić inaczej. Spraw o tak znacznej wadze nie rozstrzyga się w regulaminach.

Czekajmy więc niecierpliwie na kolejne odcinki serialu. Lecz już teraz nasuwa się wniosek, że w tym przypadku nadzór nie wywiązuje się z roli powierzonej mu przez kodeks. Ta rola – to „Straż Praw”. Nie w dawnym rozumieniu, zaczerpniętym z trzeciomajowej konstytucji, ale w znaczeniu ciała pilnującego przestrzegania prawa przez wszystkie organy spółki. Od członków rady nadzorczej wymaga się przede wszystkim, by kierowali się prawem i interesem spółki. Niestety, członkowie rady czasem nie znają prawa i nie widzą interesu spółki, kierując się interesem tego z akcjonariuszy, któremu zawdzięczają miejsce w radzie. Czasem postępują tak i wtedy, jeżeli w wyniku ich działań spółka poniesie szkodę. Ale spółki i akcjonariatu nie interesuje odpowiedzialność członka rady nadzorczej przed jego dobrodziejem, a tylko odpowiedzialność wobec spółki. Członek rady powinien wykonywać swoje obowiązki dokładając staranności wynikającej z zawodowego charakteru swojej działalności. Nie dokłada należytej staranności ani kto dopuszcza się obstrukcji, ani kto ją bezpodstawnie toleruje.

Tekst ogłoszony 29 I 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka