Archiwa tagu: Narodowy Program Nadzoru Korporacyjnego

Z kart historii: Komitet Nominacyjny

Kto jeszcze pamięta projekt Komitetu Nominacyjnego? Zgłoszony przed kilku laty, pokryty już kurzem historii, źle świadczy o politykach, którym zabrakło energii, by go urzeczywistnić. Inna sprawa, że gdyby zdołano powołać taki komitet, zostałby on teraz rozpędzony.

W marcu 2010 r. premier Donald Tusk powołał ciało doradcze, Radę Gospodarczą pod przewodnictwem Jana Krzysztofa Bieleckiego. Uważano wówczas, że Bielecki wywiera znaczny wpływ na premiera, co przecież okazało się nieprawdą: projekty Rady nie były przyjmowane do realizacji, kończyło się na gadaniu. Do Rady powołano profesorów i praktyków ekonomii oraz socjologa. Z dzisiejszej perspektywy ciekawość budzi obecność w pierwotnym składzie tego gremium Mateusza Morawieckiego, wówczas prezesa Banku Zachodniego WBK, dzisiaj jednego z wicepremierów (uczestniczył w Radzie od marca 2010 r. do lutego 2012 r.). Słyszę, że w owym czasie miał on pracować także dla „drugiej strony”. Zachodzę w głowę: jakaż była „druga strona” względem Polski?

Rada Gospodarcza przygotowała Narodowy Program Nadzoru Właścicielskiego. Za pompatyczną nazwą krył się projekt o sensownych założeniach. Próbował on postawić biznes przed polityką. Zdawano sobie sprawę, że ingerencje polityczne w spółki z udziałem Skarbu Państwa nie ustaną, lecz zamierzano zwiększyć ich koszt, obrzydzić je, rejestrować, upubliczniać. Między polityką a spółkami miały wyrosnąć dwie bariery: Urząd Nadzoru Właścicielskiego i Komitet Nominacyjny.

Urząd miałby spełniać funkcje właścicielskie na wzór private equity. Pomysł, jeszcze niedopracowany, wydawał się naiwny. Komitet, niezależny, kadencyjny, powoływany przez premiera, miałby rekomendować odpowiednich kandydatów do rad nadzorczych ważniejszych spółek z udziałem Skarbu Państwa i uczestniczyć dorocznych ocenach pracy rad. Przewidywano wzmocnienie pozycji przewodniczącego rady nadzorczej, wyjęcie spółek uczestniczących w programie spod ustawy kominowej, wyprowadzenie z rad nadzorczych przedstawicieli pracowników.

Niektóre elementy Narodowego Programu budziły moje zastrzeżenia. Zakładano zwiększenie w spółkach roli państwa kosztem akcjonariuszy, którzy wcześniej państwu zaufali, wnieśli kapitał, a teraz mieli być zepchnięci na margines. Zakładano dobór rad nadzorczych wedle kwalifikacji, ale nie zakładano wzrostu wynagrodzeń członków rad, zapłatą za ich pracę miał być prestiż. Śmieszne.

Jedynym konkretem był Komitet Nominacyjny. Poparłem ten pomysł w przekonaniu, że byłby on krokiem ku poprawie corporate governance na polskim rynku. W Rzeczpospolitej i w Parkiecie ogłaszałem nawet kandydatury do komitetu. Niestety, politycy widzieli w nim tylko element rozgrywki między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną, którego uważano za przeciwnika ustanowienia komitetu, bo ponoć miał zakusy na obsadę rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Kiedy Schetyna znalazł się w odstawce, naiwnie założyłem, że premier nareszcie powoła komitet. Lecz tłumaczono mi, że wprawdzie pomysł jest dobry, ale „nie ma woli politycznej”. Nie było jej przy Schetynie, nie było jej bez niego, chyba służył on za pretekst, żeby nie robić nic. Później pomysł odżył na jedno popołudnie w wyniku gorącej reakcji premiera na aferę Elewarru (taśmy Serafina). Napisałem wtedy, że komitet jest niczym potwór z Loch Ness – z tą różnicą, że więcej osób wierzy w istnienie Nessie niż w powstanie komitetu. Czyli zmądrzałem.

Rzecz ciekawa: media zgodnie wykazały niechęć do tego pomysłu. Uporczywie podnoszono, że skoro o składzie Komitetu Nominacyjnego ma decydować premier, będzie on miał charakter polityczny. Nie wskazano, kto zamiast premiera miałby decydować o personaliach. Dzisiaj sprawa jest prosta. Premier nie decyduje. Komitetu nie ma. Zastąpił go działający w ciemnym pokoju prezes, który nie pełni stanowisk państwowych. Jego kot chyba także nie pełni. Nie jest wykluczone, że prezydent zaprzysiągł kota nocą, kiedy koty wracają do domu. Prezesa nie zaprzysiągł, to prezes zaprzysiągł jego. A składy rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa zostały obsadzone przez samych swoich (TKM). Ten, kto o tym decyduje, nie poniesie odpowiedzialności, ale koszt politycznych ingerencji w spółki na długo zaciąży nad państwem.

Czytaj także:
2010.07.05 Biznes przed polityką
2010.07.08 Szkopuły programu reformy
2014.03.08 Komitet z Loch Ness

Lasy Państwowe, państwo lasów

Premier Ewa Kopacz zastanawia się, skąd pochodzi legenda o zamiarach prywatyzacji lasów. Nie wykluczam, że z kręgów związanych z lasami państwowymi, zainteresowanych utrzymaniem status quo.

Na I i II Europejskich Kongresach Finansowych (Sopot, 2011 i 2012 r.) prezentowałem kongresowe rekomendacje w sprawie utworzenia Krajowego Funduszu Majątkowego, który przejąłby od agend rządowych zarządzanie znajdującymi się w ich domenie wyodrębnionymi aktywami korporacyjnymi Skarbu Państwa. Zamierzenie było oczywiste: wyjęcie majątku państwowego spod wpływów polityków i powierzenie go fachowemu national wealth fund kierującego się zasadami gospodarki rynkowej i wysokimi standardami corporate governance, dążącemu przy tym do tworzenia wartości w średnim / długim okresie, wykraczającym poza kadencje parlamentu.

Byłem entuzjastą tego projektu, lecz nie jego pomysłodawcą. Autorstwo należało do organizatora kongresów, prof. Leszka Pawłowicza i inspiratora myśli kongresowych Jana Krzysztofa Bieleckiego. Zresztą idea ewoluowała, punktem wyjścia było dążenie do poprawy corporate governance, efektem dążenie do lepszego zarządzania wartością kraju, a po drodze pojawił się temat wspierania i poręczania inwestycji infrastrukturalnych, co dało asumpt do stworzenia spółki celowej Polskie Inwestycje Rozwojowe SA.

Zamierzenie nie miało niczego wspólnego z prywatyzacją – przeciwnie, chodziło w nim o skupienie pod kompetentnym zarządem i sprawnym nadzorem tych zwłaszcza składników majątkowych, które miały pozostać w domenie Skarbu Państwa. Nie było powodów do mącenia w procesach prywatyzacji, z tym Ministerstwo Skarbu dawało sobie radę. Warto było natomiast rozważyć, jak odsunąć polityków od doraźnych wpływów, także personalnych, na substancję majątkową kraju, a także jak przygotować się do wykupu akcji polskich banków z rąk grup międzynarodowych, gdy będą one opuszczać nasz rynek. Zamierzaliśmy ingerować nie w rynek, a w państwo, wskazując kierunek zmiany ustrojowej.

Idea Krajowego Funduszu Majątkowego podzieliła los wcześniejszych propozycji rady Gospodarczej przy Premierze, jak zapomniany Narodowy Program Nadzoru Korporacyjnego czy Komitet Nominacyjny: owszem, kiwano głowami, że kierunek słuszny, ale nic z tego nie wyjdzie, nie zgodzą się politycy, ich układy i spółdzielnie. Natomiast dzielna brać leśna dostrzegła w tej idei zagrożenie dla swoich interesów, występując przeciwko prywatyzacji /reprywatyzacji lasów państwowych. Otóż nikt takiej propozycji nie zgłaszał. Nikt poważny.

Przy okazji warto przypomnieć zapomnianą (zresztą słusznie) teoryjkę prezydenta Ignacego Mościckiego, skądinąd wybitnego chemika. Pisze o niej w swoich ciekawych wspomnieniach polski dyplomata Jan Gawroński. Będąc wówczas posłem Rzeczypospolitej w Wiedniu, został w listopadzie 1934 r. wezwany do Warszawy na audiencję u prezydenta. Ten „rozpoczął od długiej tyrady” na temat ogólnego kryzysu. „Winę ponosiła fałszywa rola pieniądza i niesłuszne uprzywilejowanie złota jako czynnika nie wszystkim dostępnego. […] Konstatował …, że Polska nie ma złota, ale w swoich lasach nieprzebrane bogactwo drzewa; ono winno stać się tym złotem, na którym opierałaby się nasza waluta. W końcu zawyrokował, że właśnie dlatego lasy … winny stać się własnością państwa i podstawą jego finansów. […] ogólny kryzys … da się usunąć, jak tylko oprzemy naszą walutę na upaństwowionych lasach”.

Fragmentu cytowanej tyrady na temat Hitlera i oceny, co „z całego (jego) wielkiego dzieła … będzie najtrwalszym i najcenniejszym przyczynkiem do rozwoju historii i postępu ludzkości” litościwie nie przytoczę. Prezydenci także nie są wolni od mówienia bredni. Kto ciekawy, niech sięgnie po tom wspomnień „Moja misja w Wiedniu 1932-1938” (PWN 1965, s. 227-8).

Czas reform minął. W znacznej mierze został zmarnowany. Nie powołaliśmy, jak wiele krajów od Norwegii po Singapur, tzw. suwerennej agendy majątkowej. Za to chociaż w części spełniliśmy marzenie Mościckiego sprzed 80 lat. Państwo ma lasy. A lasy mają państwo.

POST SCRIPTUM. Tekst został napisany na zaproszenie portalu www.forbes.pl i ogłoszony tam 27 sierpnia 2015 r. Podlinkowany do portalu www.onet.pl, zgromadził tam liczne komentarze pisane kijami baseballowymi i odbiegające od tematu. Przez wiele z nich przewijają się twierdzenia, że „Tusk i Komorowski” potajemnie obiecali dochód z prywatyzacji lasów organizacjom żydowskim, a w ogóle „wszystko jest efektem zatrudnienia przez panią Kopacz dodatkowych hejterów”.