Archiwa tagu: niezależność członków rady nadzorczej

Trzy powiewy grozy

Im bardziej skomplikujemy nadzór nad spółką, tym trudniej będzie sprawować go skutecznie i zapobiegać wyprowadzaniu ze spółki pieniędzy akcjonariuszy.

Komitet audytu w radzie nadzorczej spółki publicznej wrócił na listę tematów gorących. Wcześniej został nim dlatego, że jego wprowadzenie oznaczało najważniejszą od dziesięcioleci zmianę ustroju spółki akcyjnej, w dodatku dokonaną poza Kodeksem spółek handlowych, w krytykowanej ustawie o biegłych rewidentach z 2009 roku. Obecnie, w obliczu nowych regulacji unijnych i konieczności wprowadzenia ich do polskiego porządku prawnego, czekają nas kolejne daleko idące zmiany. Trzy sprawy budzą szczególne kontrowersje: wysokość kar dla członków rad nadzorczych, możliwość wprowadzania do komitetu audytu osoby spoza składu rady nadzorczej, oraz kryterium niezależności członka komitetu audytu.

Wysokość wspomnianych kar nie została jeszcze ustalona, ale już wieje grozą. Projekt zakładał możliwość nakładania na członków rad nadzorczych (w tym członków komitetów audytu, bardziej narażonych na odpowiedzialność) kar administracyjnych w wysokości do 4 milionów złotych. Z tego pułapu udało się zejść do 1 miliona złotych, co nadal jest sumą ogromną w zestawieniu z wynagrodzeniami członków rad nadzorczych, nawet członków komitetów audytu, którzy mają więcej pracy i powinni być wyżej wynagradzani. Lecz polskie spółki publiczne są niewielkie, często cienko przędą, marnie płacą nadzorcom i doprawdy niewielu członków polskich rad byłoby w stanie utworzyć milionową rezerwę na wypadek ewentualnej kary. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że świadomi zagrożenia będą odmawiać posługi w radach nadzorczych pozostawiając jeszcze więcej miejsca dla tych bez pojęcia.

Skrytykowałem tutaj w ostrych słowach propozycję wprowadzenia do komitetu audytu osoby spoza składu rady nadzorczej. Taką osobę nazwałem podrzutkiem, kosmitą, obcym. Wyłożyłem kilkanaście wątpliwości dotyczących statusu prawnego podrzutka, jego odpowiedzialności, ubezpieczenia, wynagrodzenia itd. Niedawno na konferencji o komitetach audytu objawił się taki „podrzutek” z ciekawą wypowiedzią. Został wybrany przez walne zgromadzenie do komitetu audytu spółki niepublicznej. Do rady nadzorczej nie wszedł, ponieważ w jej składzie są tylko „członkowie z ramienia” inwestora, on zaś jest niezależny. Chwali sobie swój status: skupia się na tym, co należy do komitetu audytu, nie angażując się w decyzje właścicielskie, jak udzielanie zarządowi zgody na określone czynności lub prace nad strategią.

Inny uczestnik obrad, powszechnie szanowany zawodowy członek rad nadzorczych, gotów był uznać korzyści płynące z wyboru podrzutka do komitetu audytu nawet w spółce publicznej. Nadałby się na ojca chrzestnego gdyby ktoś kiedyś chciał podrzutka przysposobić. Lecz na pytanie, czy podrzutek może zagrozić uzasadnionym interesom akcjonariuszy, odpowiadam twierdząco. W polskiej spółce akcyjnej mamy zarząd i radę nadzorczą, komitety rady i jej członków delegowanych do samodzielnego lub indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych – i już wystarczy tych bytów. Im bardziej skomplikujemy nadzór nad spółką, tym trudniej będzie sprawować go skutecznie i zapobiegać wyprowadzaniu ze spółki pieniędzy akcjonariuszy. Unikajmy takich niebezpieczeństw.

Nie kwestionuję pożytków płynących z obecności w radzie nadzorczej członków niezależnych. Rzecz w tym, co przyjmujemy za kryterium niezależności. Ministerstwo Finansów z uporem stoi na stanowisku, że w komitecie audytu członek niezależny powinien spełniać kryteria niezależności biegłego rewidenta. Urzędnicy nie zdają sobie sprawy, że rewident i komitet audytu stoją po różnych stronach. Gdyby stali po jednej, sprawozdaniami spółki zająłby się komitet audytu, biegły nie byłby potrzebny. Nałożony na niezależnych w komitecie audytu zakaz posiadania akcji nadzorowanej spółki jest niezrozumiały. Jak pańskie oko tuczy konia, tak nadzorca zaangażowany materialnie lepiej dogląda spraw spółki. Zrozumiały byłby raczej zakaz wybierania do komitetu audytu posiadaczy znacznych pakietów akcji oraz osób z nimi powiązanych.

Zanim doszło do ustawowego wynaturzenia standardu niezależności w komitecie audytu, Dobre praktyki spółek notowanych na GPW określały ten standard jako niezależność od spółki i podmiotów pozostających w istotnym powiązaniu ze spółką. Obecne Dobre praktyki, przyjęte przez Radę Giełdy w październiku b.r. kontynuują takie rozwiązanie, ponadto słusznie postulują niezależność przewodniczącego komitetu audytu. W rezultacie, spółki publiczne stają w obliczu nie lada wyzwania: powinny spełnić wymogi ustawy oraz odmienne od nich wymogi Dobrych praktyki. Zdarza się, że niezależnym w rozumieniu ustawy jest ktoś inny niż niezależny w rozumieniu Dobrych praktyk. To wcale nie jest śmieszne, ponieważ obnaża brak racji stojących za przepisem. Groza bije z faktu, że ani legislatorzy, ani oddany im do dyspozycji aparat urzędniczy nie potrafią zapewnić poprawnego stanowienia prawa.

Tekst ogłoszony 25 listopada 2015 r. w dzienniku PARKIET

Czytaj także:
2015.09.23 Podrzutek w radzie nadzorczej
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu

Podrzutek w radzie nadzorczej

Ktoś wpadł na taki pomysł: Ksh dopuści możliwość wybierania przez walne zgromadzenie do komitetu audytu rady nadzorczej osoby spoza składu rady reprezentującej kwalifikacje w zakresie rewizji finansowej i /lub rachunkowości. Zalecam ponowną lekturę poprzedniego zdania. Oraz chwilę medytacji nad nim.

Przytoczona ciekawostka pochodzi z dokumentu „Projekt założeń projektu ustawy o zmianie ustawy o biegłych rewidentach…” autorstwa Ministerstwa Finansów (datowanego 5 sierpnia 2015 r.). Jedno z projektowanych założeń przewiduje przeniesienie regulacji komitetu audytu rady nadzorczej spółki akcyjnej z niefortunnie zredagowanej, a teraz przewidzianej do głębokiej nowelizacji, ustawy o biegłych – do Kodeksu spółek handlowych. W planowaniu przenosin nic dziwnego, wprowadzenie do rady nadzorczej komitetu audytu i związanego z tym wymogu niezależności członka rady (mniejsza z tym, że fatalnie skonstruowanego) to najważniejsza zmiana ustrojowa spółki akcyjnej od 1928 roku, a dokonano jej przecież poza Ksh. Nie widzę w tym winy MinFin, leży ona po stronie „właściciela” ustawy – Ministerstwa Sprawiedliwości, w tym czasie wielokrotnie inicjującego nowelizacje Ksh w sprawach o mniejszej wadze, a karygodnie lekceważącego sprawy naprawdę istotne.
Zapewne pomysłodawcami projektu MinFin kierowały poczciwe intencje: po pierwsze, w komitecie audytu, lub w radzie nadzorczej pełniącej zadania komitetu audytu, niezbędne są kwalifikacje w zakresie rewizji finansowej i /lub rachunkowości; po drugie, w radach nadzorczych dotkliwie brakuje członków z takimi kwalifikacjami. Te dwie niezaprzeczalne prawdy doprowadziły do ryzykownego wniosku: niechaj walne zgromadzenie powołuje osoby o takim profilu przynajmniej do komitetu audytu, bez powierzania im członkostwa w radzie. Pragnę jednak zadać kilka pytań:
1. Czemu miałoby służyć oderwanie członkostwa komitetu audytu od członkostwa w radzie nadzorczej, jakie i czyje uzasadnione interesy prawne zostałyby spełnione?
2. Skoro walne zgromadzenie mogłoby wybrać do komitetu audytu osobę z pożądanymi kwalifikacjami, dlaczego nie miałoby wybrać jej do rady nadzorczej?
3. Czy w przypadku przyjęcia pomysłu do realizacji należy względem osób wybieranych do komitetu audytu, ale nie do rady nadzorczej, wyłączyć przepis art. 385 § 2 dopuszczający inny sposób powoływania i odwoływania członków rady nadzorczej niż przez walne zgromadzenie? Gdyby tego zaniechano, powoływanie obok rady nadzorczej podrzutków – członków komitetu audytu mogłoby zostać uznane w statutach jako uprawnienie osobiste wybranych akcjonariuszy.
4. Czy wybór członka komitetu audytu, który nie wchodzi w skład rady nadzorczej, będzie mógł zostać dokonany przez walne zgromadzenie w drodze głosowania oddzielnymi grupami?
5. Jak należałoby ująć kwestię odpowiedzialności członka komitetu audytu, który nie jest członkiem rady nadzorczej, osoby dla rady obcej niczym przybysz z kosmosu, za działania lub zaniechania na szkodę spółki lub jej akcjonariuszy? Byłby obcy pasażerem na gapę, zwolnionym z odpowiedzialności?
6. Jak pomysłodawcy sygnalizowanego rozwiązania wyobrażają sobie ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej takiego członka solo komitetu audytu? Czy liczą, że zakłady ubezpieczeń obejmą kosmitę polisą Directors & Officers – czy może zakładają, że działałby on bez ubezpieczenia D & O?
7. Czy ów podrzutek mógłby zostać przez radę nadzorczą, w skład której przecież nie wejdzie, delegowany do samodzielnego pełnienia określonych czynności nadzorczych?
8. Czy do osoby wybranej do komitetu audytu, lecz nie do rady nadzorczej, należałoby odnosić wprost – czy może przez analogię? – zasady postępowania dotyczące członka rady nadzorczej w kwestiach konfliktu interesów, zachowania poufności obrad rady, tajemnicy przedsiębiorstwa spółki itd.?
9. Czy w sytuacji, gdy zadania komitetu audytu zostaną powierzone radzie nadzorczej in pleno (projekt założeń projektu dopuszcza takie rozwiązanie wyłącznie w małych spółkach) zajdzie możliwość powołania osoby reprezentującej pożądane kwalifikacje „obok” rady nadzorczej, czyli nie do jej składu?
10. Jak wynagradzać podrzutka?
11. Czy wzięto pod uwagę, że oprócz komitetu audytu działają w radach nadzorczych także inne komitety, na przykład ds. strategii, ryzyka, corporate governance, a jeden z nich, komitet wynagrodzeń, został już prawnie zinstytucjonalizowany w bankach i niektórych domach maklerskich? Gdyby przeto walne zgromadzenie i do tych komitetów powoływało obcych – osoby spoza składu rady nadzorczej – mogłoby to doprowadzić do chaosu, może nawet paraliżu rad.

Czytelnik łatwo dostrzeże, że mam kłopot z ogarnięciem istoty problemu, nawet z nazwaniem go. Użyłem wielu pojęć: przybysz z kosmosu, kosmita, obcy – pasażer na gapę, członek solo komitetu audytu, ale najbardziej trafny jest przecież termin „podrzutek” (w miłej mi godce ślonskiej – „podciep”).

Tekst ogłoszony 21 września 2015 r. w dzienniku PARKIET.
Czytaj także:
2015.08.20 Zderzacz Andronów do remontu
2013.01.02 Wielki Zderzacz Andronów

Wielki Zderzacz Andronów

W regulacjach dotyczących komitetu audytu tkwią trzy istotne szkopuły: obligatoryjność komitetu – niezależność jego członków – ich kwalifikacje.

Postulat wprowadzenia do rad nadzorczych spółek publicznych komitetów audytu pojawił się w Dobrych praktykach spółek publicznych 2005. Wyobrażano sobie, że w radach nadzorczych spółek notowanych na GPW powstaną co najmniej dwa komitety: audytu i wynagrodzeń. „W skład komitetu audytu powinno wchodzić co najmniej dwóch członków niezależnych oraz przynajmniej jeden posiadający kwalifikacje i doświadczenie w zakresie rachunkowości i finansów. Komitety rady powinny składać radzie nadzorczej roczne sprawozdania ze swojej działalności. Sprawozdania te spółka powinna udostępnić akcjonariuszom” [zasada 28].

Przykro stwierdzić: proponowane rozwiązanie nie przyjęło się na rynku. Owszem, niektóre spółki powoływały komitety audytu i / lub komitetu wynagrodzeń, ale niekoniecznie pod wpływem Dobrych praktyk 2005. Jedne uczyniły to pod naciskiem swoich zagranicznych inwestorów, inne w odpowiedzi na sugestie lub wymagania regulatora, lecz większość spółek nie była nawet w stanie rozsądnie zakomunikować rynkowi dlaczego nie stosuje tej zasady.

Sytuację miała naprawić ustawa z dnia 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Jestem starym, wyrozumiałym prawnikiem, tu i ówdzie widziałem niemało, sknociłem w życiu niejedno, niemniej niektóre postanowienia wspomnianej ustawy przekraczają nawet mojej tolerancję. To doprawdy Wielki Zderzacz Andronów. Tu zajmę się jedynie najważniejszymi z nich.

Otóż w regulacjach dotyczących komitetu audytu zawartych w ustawie o biegłych tkwią trzy istotne szkopuły. Pierwszy to brak konsekwencji w kwestii obligatoryjności komitetu audytu. Drugi to nonsensowne ujęcie niezależności jego członków. Trzeci to niejasności wokół wymogu ich kwalifikacji.

Szkopuł pierwszy: obligatoryjność

Ustawodawca wyszedł z trafnego założenia, że komitet audytu jest potrzebny. Nie tylko radzie nadzorczej, w której działa. Nie tylko spółce, którą rada nadzoruje. Jest potrzebny rynkowi. Nie wystarczy poddać spółki dorocznemu badaniu jej sprawozdań przez niezależnego biegłego rewidenta. Trzeba systematycznie przygotowywać spółkę do badania, współpracować z biegłym rewidentem, wyciągać wnioski z jego opinii i raportu. Cóż bowiem po wynikach, gdy nie są one uwiarygodnione? Robert Hodgkinson, wówczas przewodniczący Financial Reporting Council w Londynie ukuł frapujące powiedzenie, że biegły rewident jest jak kukułka wyskakująca z zegara: pojawia się w ustalonych odstępach czasu, zwięźle komunikuje, co ma do powiedzenia – i znika.

Przeto na jednostki zainteresowania publicznego, ze wskazanymi w ustawie wyjątkami podmiotowymi, nałożono obowiązek powołania w radach nadzorczych komitetu audytu. Ponadto w jednostkach zainteresowania publicznego, w których rada nadzorcza składa się z nie więcej niż pięcioro członków, zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej.

Ponieważ przynajmniej niektórzy z członków komitetu audytu powinni spełnić pewne warunki i reprezentować pewne przymioty, spółki chętnie omijają konieczność powołania w ramach rady nadzorczej komitetu audytu. Wiele rad nadzorczych jednostek zainteresowania publicznego jest przecież obsadzonych ornamentariuszami, czyli osobami pozbawionymi doświadczeń, kompetencji, autorytetu i zaangażowania (w tym zaangażowania czasowego) w sprawy nadzorowanej jednostki. Tyle z nich pożytku, co z paprotek więdnących na szafach w sekretariatach członków zarządu. Wygodniej zmniejszyć radę do pięciorga członków – w spółce publicznej jest to minimalna dopuszczalna prawem liczebność organu nadzoru – a odpadnie konieczność powoływania komitetu. Jego zadania tytularnie przejmie na siebie rada, a potem biuro zarządu wysmaży za radę stosowne sprawozdanie.

Właśnie; „przejmie”. Ustawa mówi, że zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej. Rada nie może powierzyć ich sobie sama, właściwym w tej materii jest walne zgromadzenie. Lecz walne zgromadzenia nie powierzają radom nadzorczym wspomnianych zadań. Komitet audytu powinien działać w interesie i dla dobra akcjonariuszy, ale akcjonariusze najczęściej nie są pytani o zdanie, czy rada nadzorcza powinna wyłonić z siebie komitet audytu, czy sama spełniać jego zadania. Nie chodzi o to, czy komitet audytu istnieje, ale czy jego zadania są należycie spełniane. Przez radę nadzorczą in pleno najczęściej spełniane nie są. Resumując: brak komitetu audytu najczęściej oznacza, że jego zadania nie są wykonywane.

Szkopuł drugi: niezależność

W myśl postanowień ustawy o biegłych w skład komitetu audytu powinno wchodzić co najmniej troje członków rady, w tym przynajmniej jeden powinien spełniać warunki niezależności. Jest to pojęcie bardziej wybuchowe niż trotyl.

Od kilkunastu lat uczestniczę w namiętnych dyskusjach, co oznacza niezależność członka rady. Kiedy już to uzgodnimy, nadejdzie spóźniony Dyzio, który nie jest obeznany z tematyką corporate governance, ale sądzi, że swój rozum ma, więc zaraz zacznie dociekać, co właściwie znaczy „niezależny”, ponieważ jego zdaniem…

Na różnych rynkach ów termin bywa rozmaicie rozumiany. Określanie kryteriów niezależności jest zresztą materią raczej dobrych praktyk niż legislacji. Lecz i na gruncie dobrych praktyk brak jednoznacznych kryteriów. W pierwszych redakcjach „Dobrych praktyk spółek publicznych” (2002 i 2005) określenie kryteriów niezależności pozostawiono spółkom, co prowadziło w praktyce do osobliwych rozwiązań. W późniejszych, począwszy od redakcji „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW” (2008) odesłano do definicji zawartej w Załączniku II do Zalecenia Komisji Europejskiej z dnia 15 lutego 2005 r. dotyczącego roli dyrektorów niewykonawczych lub będących członkami rady nadzorczej spółek giełdowych i komisji rady (nadzorczej), ale z koniecznymi wyjątkami. Albowiem za niezależnych zostali tam uznani m.in. członkowie rady nadzorczej / rady dyrektorów wybrani przez pracowników. U nas bywają to bitni liderzy związkowi; do niezależności im daleko.

Polskie prawo nie zna pojęcia niezależności członka rady nadzorczej. W ustawie o biegłych pojawia się jedynie wymóg niezależności członka komitetu audytu, szkodliwie zrównany z kryteriami niezależności biegłego rewidenta. Nic w tym dziwnego: projekt ustawy powstał w Departamencie Rachunkowości Ministerstwa Finansów, prawnik do niego nie przyłożył ręki.

W praktyce chodzi o kontrowersyjny zakaz posiadania przez niezależnego członka komitetu audytu akcji nadzorowanej spółki. Jest to słuszne w odniesieniu do biegłego rewidenta, nie istnieje natomiast żaden interes prawny, który zostałby naruszony posiadaniem przez członka komitetu audytu akcji nadzorowanej spółki w ilości mniejszej od ustawowo zdefiniowanego „znaczącego pakietu”. Przeciwnie: leży w interesie rynku, by członkowie rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, byli związani z nadzorowaną spółka posiadaniem jej akcji. Na wielu dojrzałych rynkach jest to stan pożądany, spółki wręcz oczekują od członków rad dyrektorów, by przynajmniej znaczącą część swoich wynagrodzeń za prace w radzie lokowali w akcjach i nie pozbywali się ich do końca swojej posługi. Resumując: posiadanie akcji nie powinno dyskwalifikować przymiotu niezależności.

Szkopuł trzeci: co to kwalifikacje?

Zgodnie z ustawą o biegłych, członek komitetu audytu reprezentujący (fatalnie rozumiany) przymiot niezależności powinien zarazem „posiadać kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej”. Lecz co w praktyce oznacza wymóg kwalifikacji? I czym „kwalifikacje” różnią się od „kompetencji”?

W potocznym rozumieniu „kompetencja”, „kompetencje”, to znajomość rzeczy oparta na wiedzy i praktyce, „kwalifikacje” to znajomość rzeczy udokumentowana stosownym dyplomem. Wiele osób reprezentujących kompetencje nie dysponuje kwalifikacjami. Tu dygresja osobista: nie aspiruję do członkostwa w komitecie audytu, niemniej mógłbym zostać przez kogoś uznany za osobę kompetentną, dysponującą znajomością rzeczy i znaczącym doświadczeniem, skoro przez lata pracowałem w radach nadzorczych wielu spółek, w tym w instytucji finansowej, a także spółki notowanej na GPW, w której pełniłem jakiś czas funkcję przewodniczącego rady. Uznaję wszakże na własnym przykładzie, że nabyte przed laty „kompetencje” nie predestynują mnie do członkostwa w komitecie audytu współczesnej rady nadzorczej. Mimo licznych zastrzeżeń środowiska członków rad nadzorczych dopuszczam wymóg posiadania przez członka komitetu audytu „kwalifikacji”, ale chętnie połączyłbym go z wymogiem „doświadczenia”.

Rzecz w tym jednak, o jakie kwalifikacje chodzi i kto miałby o nich orzekać. Nie można zacieśniać kręgu posiadaczy kwalifikacji do osób wykonujących zawód biegłego rewidenta. Nawet Ministerstwo Finansów dopuszcza inne rozwiązania. Na prośbę Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych ówczesna podsekretarz stanu w MF prof. dr hab. Elżbieta Chojna-Duch dopuściła do kręgu osób kwalifikowanych w rozumieniu ustawy o biegłych rewidentach także osoby posiadające „certyfikat księgowy wydawany przez Ministerstwo Finansów, upoważniający do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych” lub „dyplom uczelni wyższej w zakresie rachunkowości”. Wszelako najważniejsze jest zawarte we wspomnianym piśmie stanowisko: „standaryzacja wymagań kwalifikacyjnych nie wydaje się być uzasadniona” (pismo z 27 V 2009 r.). Resumując: prawo wymaga czegoś, czego ani nie określa, ani określić nie umie.

Dlaczego jest tak źle?

Jest kilka przyczyn złego stanu rzeczy. Polskie prawo spółek jest rozpaczliwym przeżytkiem. Rady nadzorcze to najsłabsze ogniwo w łańcuchu przemian polskiej transformacji, tak gospodarczej, jak politycznej. Ale przyczynkiem do stanu corporate governance na polskim rynku jest także brak governance w państwie. Komitety audytu mechanicznie przypisano do biegłych rewidentów, biegłych rewidentów do Ministerstwa Finansów, które nie koordynuje swoich zamierzeń legislacyjnych z innymi resortami i instytucjami, a także uporczywie nie reaguje na krytykę. Potrzebny tam wnikliwy audyt.

Kto wybiera rewidenta [2003]

Domniemanie, że biegły rewident jest bezstronny i uczciwy, nie ostoi się w pewnych sytuacjach

W artykule sprzed dwóch tygodni (‘Tupanie w parkiet’, Gazeta Bankowa 24 marca) popełniłem błąd. Krytykując proponowany przez giełdę wzorzec sprawozdania notowanych na niej spółek o stosowaniu przez nie zasad dobrej praktyki, stwierdziłem jakoby w giełdowym „raporcie przykładowym” czaił się przykład zgoła niebezpieczny. Miało być nim założenie, że wyboru podmiotu świadczącego usługi biegłego rewidenta dokonuje… zarząd spółki. Zarzut jest bezpodstawny, skoro w raporcie ogłoszonym na witrynie www.gpw.com.pl takiego założenia wcale nie ma. Wobec tego odwołuję zarzut, przepraszam Czytelników, wyrażam ubolewanie giełdzie i śpieszę wyjaśnić, jak doszło do wpadki.

Pomyliłem dwie wersje raportu: roboczą i ostateczną. W wersji roboczej tkwiło sformułowanie o kryteriach, „jakimi powinien kierować się zarząd spółki przy wyborze podmiotu świadczącego usługi biegłego rewidenta”. Z wersji ostatecznej owo majaczenie usunięto, co karygodnie przegapiłem. Dopuściłem się błędu i niewielką mam pociechę z tego, że komuś chodził po głowie zamysł dopuszczenia się jeszcze gorszego błędu. Podtrzymuje za to pozostałe (niemniej poważne, a słuszne) uwagi krytyczne na temat propagowanego przez giełdę przykładu sprawozdania.

Kanon dobrej praktyki zaleca, by wyboru biegłego rewidenta dokonywała rada nadzorcza, lub walne zgromadzenie po przedstawieniu rekomendacji przez radę. Skoro kodeks spółek handlowych przemilcza to zagadnienie, powołana tu zasada (nr 42 z 2002 r.) jest wprawdzie ‘miękkim’ uregulowaniem tej materii, ale za to jedynym. Nie wybiega ono zbyt daleko, skoro już obecnie dalej idzie praktyka niektórych spółek. Przyjmują one, że wyboru biegłego rewidenta dokonuje rada nadzorcza po przedstawieniu rekomendacji przez wyłonioną z rady komisję do spraw audytu. Zapewne następnym krokiem będzie sformułowanie wymogu, by komisja do spraw audytu składała się wyłącznie z niezależnych członków rady. W wielu krajach takie rozwiązanie jest już rozpowszechnionym wzorem postępowania. Spółki, które odstąpią od niego, poważnie ryzykują utratę wiarygodności.

Niezależność członka rady nadzorczej polega na domniemaniu, że nie jest on powiązany ze spółką, jej zarządem, albo inwestorami. Im większy będzie wpływ grona niezależnych członków rady na wybór biegłego rewidenta, tym silniejsze będzie domniemanie jego uczciwości i bezstronności. Biegły rewident nie ma wpływu na to, który z organów spółki decyduje o jego wyborze, a także w jakim trybie wybór ów zostaje dokonany. Ale nie znaczy to, jakoby biegły rewident nie miał żadnego wpływu na kształtowanie się opinii o nim samym. Otóż nie musi on przyjmować zleceń dotyczących badania sprawozdań tych spółek, w których wyłoniono go niezgodnie z kanonem sztuki. To, co zarobi za badanie kwitów, biegły rewident straci po wielekroć na swojej reputacji.

Instytucja niezależnych członków rady jest w Polsce wciąż rzadkością. Z przykrością obserwuję, że są spółki, które kompromitują instytucję niezależnych członków rady. Niby zatem wprowadzają ich do rad, ale – niejako w zamian – wyprowadzają z rad niektóre kompetencje. Należy do nich wybór biegłego rewidenta, zabrany radzie nadzorczej i powierzony zarządowi spółki. W ten sposób kontrolowany zyskuje wpływ na osobę i zachowanie kontrolującego. Wymóg, by rada nadzorcza zatwierdzała decyzję zarządu, ma zamaskować nieprawidłowości, albowiem skoro wybór został już dokonany, niełatwo go uchylić odmawiając formalnego zatwierdzenia. W takiej sytuacji nie zarząd wyjaśniałby motywy wyboru biegłego rewidenta, ale na radzie nadzorczej ciążyłby obowiązek wytłumaczenia się, dlaczego nie zatwierdza dokonanego przez zarząd wyboru rewidenta i co takiego ma przeciwko niemu. Zarząd znalazłby się w pozycji komfortowej, rada nadzorcza – w ambarasującej. W takiej sytuacji rzeczywisty wpływ na wybór rewidenta ma organ, który wybiera, zwłaszcza jeżeli wybiera w zaciszu gabinetów, nie zaś organ, któremu pro forma powierza się obowiązek zatwierdzania takiego wyboru.

W Polsce mamy zatem do czynienia z niepokojącym zjawiskiem. Polega ono na tym, że spółka oficjalnie wyraża aprobatę dla instytucji niezależnych członków rady nadzorczej i nawet wprowadza do rady osoby spełniające kryteria niezależności i godne najwyższego zaufania, lecz wybór rewidenta powierza zarządowi. Z równym skutkiem zarząd mógłby wyznaczać członków rady. Wiem, że w niektórych spółkach zarząd ma znaczny wpływ na dobór członków organu nadzoru, lecz bywa to przynajmniej trzymane w tajemnicy. Nikt nie zakwestionuje, że jest to zła praktyka.

Przyznanie zarządowi prawa wyboru biegłego rewidenta szkodzi nie tylko spółce, ponieważ taka rewizja będzie niewiarygodna. Szkodzi to także firmom audytorskim i osobiście biegłym rewidentom, ponieważ obala domniemanie ich dobrej woli, uczciwości i bezstronności. Profesja rewidentów powinna wziąć to pod uwagę.

Tekst ogłoszony 7 kwietnia 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także: 2003.03.24 Tupanie w parkiet

Ława niezależnych [2002]

Przynajmniej połowę składu rad nadzorczych powinni niebawem stanowić członkowie niezależni. Skąd ich brać?

Instytucje finansowe działające w formie spółek publicznych stają przed wielkim wyzwaniem. Niedawno giełda przyjęła zbiór zasad dobrych praktyk. Jedna z tych zasad nakłada na spółki publiczne powinność zapewnienia, że przynajmniej połowę składu rady nadzorczej będą stanowić członkowie niezależni. Postulat ten powinien zostać spełniony przez spółki nie później, niż do końca 2004 roku. Zważywszy powagę sprawy, czasu jest bardzo mało.

Giełda wyjaśnia status niezależnych. ‘Powinni oni być wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na zdolność niezależnego członka do podejmowania bezstronnych decyzji. Szczegółowe kryteria niezależności powinien określać statut spółki’. Rada nadzorcza powinna pozyskać zgodę przynajmniej jednego z członków niezależnych (co zresztą nie wynika z ich specjalnego statusu, ale z arytmetyki!) na podjęcie uchwał dotyczących trzech ważnych obszarów działania. Jeden dotyczy świadczeń spółki i podmiotów powiązanych z nią na rzecz członków zarządu. Drugi dotyczy zawarcia przez spółkę lub podmiot od niej zależny ‘istotnej’ umowy z podmiotem powiązanym ze spółką, członkiem rady nadzorczej albo zarządu oraz z podmiotami z nimi powiązanymi (o to, czy umowa jest ‘istotna’, będą się toczyć niepotrzebne spory!). Trzeci dotyczy wyboru biegłego rewidenta.

Obecnie niezależni członkowie rad nadzorczych są rzadkością. Większość społeczności członków rad nadzorczych polskich spółek, w tym także (a nawet zwłaszcza!) rad nadzorczych instytucji finansowych, to osoby zdecydowanie zależne, powiązane z akcjonariuszami i otwarcie działające w ich imieniu, przedkładające interes swojego mocodawcy ponad interes spółki. Warto zmienić ten stan rzeczy, lecz nie jest to wcale proste, szczególnie w instytucjach finansowych.

Z członkostwem w radzie nadzorczej polskie prawo nie wiąże, niestety, zakazu konkurencji. Zapewne stąd bierze się tendencja inwestorów do obsadzania miejsc w radzie nadzorczej swoimi totumfackimi. Członkostwo w organie nadzoru daje w praktyce nieograniczoną możliwość wglądu w działalność nadzorowanego. Wgląd w działalność instytucji finansowej to sprawa delikatna. Wiele polskich instytucji finansowych nie działa samodzielnie, lecz w ramach większych struktur. Członkostwo w radzie nadzorczej da wgląd w działalność tych struktur, mających przecież niekiedy prawdziwie globalny charakter. Członek rady zyskuje więc dostęp do wielu informacji o wyjątkowym znaczeniu.

Polskie prawo nie wymaga od członków rad nadzorczych jakichkolwiek kwalifikacji. Nie wyróżnia ono niezależnych, ponieważ nie zna takiej instytucji. Wywodzi się ona z odmiennych systemów corporate governance i jest przeszczepiana na nasz grunt nie do przepisów prawa, ale do dobrej praktyki. Od niezależnych wymaga się tylko braku wspomnianych powiązań, ale nie lojalności. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by spółka obostrzyła status niezależnych członków rady zakazem konkurencji, wysokimi kwalifikacjami, wymogiem lojalności. Lecz im więcej będzie się wymagać od niezależnych członków rad nadzorczych, tym trudniej będzie znaleźć właściwych kandydatów. Zapewne inwestorzy strategiczni mają swoich zaufanych ludzi, lecz zaufani ludzie inwestora oczywiście nie są niezależni.

Brak nam ławy odpowiednich kandydatów na niezależnych członków rad nadzorczych. Brak jest szczególnie dotkliwy względem potrzeb instytucji finansowych, upoważnionych do oczekiwania od takich kandydatów szczególnych predyspozycji. Spółki nie będą przecież dawać ogłoszeń do prasy, nie będą też samodzielnie ‘lustrować’ kandydatów, bo nawet wspomniany termin budzi niegodziwe skojarzenia, a nadto nie należy powierzać zarządom spółek decydowania o tym, kto będzie je nadzorował. Takie sytuacje zdarzają się w Polsce, lecz nie nazwę ich dobrymi praktykami.

Wszystko przemawia przeciwko puszczeniu sprawy na żywioł. Można uchylić się od powierzenia nadzoru osobom niezależnym (znam niezawodne sposoby), lecz więcej korzyści przyniesie wzbogacenie wartości nadzoru dzięki powierzeniu go osobom niezależnym, światłym, doświadczonym i godnym zaufania. Byłoby to łatwiejsze, gdyby instytucje finansowe dysponowały zapleczem w postaci długiej ławy obsadzonej odpowiednimi kandydaturami.

Są w świecie organizacje świadczące dobre usługi w postaci wyłaniania odpowiednich kandydatur i przygotowywania ich do wykonywania zadań niezależnych członków rad nadzorczych. Warto przedyskutować, czy taką organizację da się powołać w Polsce. Wprawdzie mamy Związek Banków Polskich, który wyrobił już sobie niepodważalną pozycję, ale czy banki powinny – choćby pośrednio, przez Związek – wpływać na obsadę swoich rad? Oczekuję światłych propozycji, jak najlepiej rozwiązać ten problem.

Tekst ogłoszony 15 września 2002 w tygodniku Gazeta Bankowa