Archiwa tagu: Norwegia

Państwo (norweskie) akcjonariuszem

Przed trzema laty uwagę środowiska skupionego wokół corporate governance zaprzątnęła propozycja wprowadzenia w życie Narodowego Programu Nadzoru Właścicielskiego, sformułowana przez Radę Gospodarczą przy Prezesie Rady Ministrów. Normalną rzeczy koleją projekty reform zyskują uznanie specjalistów, po czym niestety gasną. Tłumaczy się to „brakiem woli politycznej” ku reformowaniu czegokolwiek. Szkoda, ponieważ ów program miał kilka bezspornych zalet. Jego autorzy oparli się na rozwiązaniach przyjętych – i z dobrym skutkiem sprawdzonych – w Norwegii. Istnieje tam, i ma się bardzo dobrze, silny sektor państwowy, a państwo umiejętnie spełnia się w łączonych rolach suwerena, właściciela zasobów naturalnych, architekta polityki przemysłowej, regulatora rynku i wzorowego akcjonariusza spółek ze swoim udziałem.

W domenie własności państwowej znajduje się przeto ponad 30% kapitalizacji spółek notowanych w na giełdzie Oslo oraz spółki jednoosobowe. Wartość tego portfela szacowana jest na ok. 80 mld eur. Obejmuje on m.in. pakiety akcji Statoil (paliwa, 67%), Statkraft (energia odnawialna, 100% udziałów o wartości 15-20 mld eur), Telenor (telekomunikacja, państwo posiada 54% udziałów spółki o kapitalizacji 28 mld eur), DNB (finanse, 34%), Hydro (aluminium 34%), Yara (nawozy, 36%).

Przytaczane są rozliczne argumenty za pozostawieniem w ręku państwa tak znacznej substancji. Chodzi o racjonalne gospodarowanie majątkiem w interesie przyszłych pokoleń. O utrzymanie w narodowej gestii zasobów naturalnych. O hodowanie narodowych czempionów. O wzmocnienie konkurencyjności spółek z udziałem państwa na światowych rynkach; do nas ten argument nie przemówi, dopóki nie weźmiemy pod uwagę, że operator telefonii komórkowej Telenor ma na rodzimym rynku 3,8 mln abonentów, a na rynkach ościennych 148 mln.

Państwo norweskie kieruje się względem spółek w swojej domenie „dziesięcioma zasadami dobrego władztwa”. Pierwsza głosi, że wszyscy akcjonariusze są traktowani jednakowo. To wprawdzie oczywista oczywistość, mamy nawet odpowiedni przepis w Kodeksie spółek handlowych, aliści w praktyce państwo fauluje resztę wspólników, zgodnie z prawem, jakie samo sobie stanowi, w niektórych spółkach ze swoim udziałem ograniczając prawo głosu innym niż ono akcjonariuszom. Druga zasada proklamuje przejrzystość spółek z udziałem państwa, z czym w Polsce jest już lepiej niż przed laty, acz do należytego stanu wciąż daleko.

Trzecia zasada przewiduje, że decyzje o charakterze właścicielskim zapadają na walnych zgromadzeniach (o konferencjach prasowych premiera nie wspomniano…). Czwarta, że państwo we współpracy z pozostałym akcjonariatem, ustala spółkom pożądane cele – KPIs, a odpowiedzialność za ich osiągnięcie spoczywa na radach dyrektorów. Zasada piąta głosi, że struktura kapitału powinna być podporządkowana charakterowi własności i indywidualnym cechom spółki; takie sformułowanie jest zbyt ogólnikowe, by skomentować je z sensem. Szósta dotyczy składu rady dyrektorów, który powinien uwzględniać kompetencję i zdolności członków rady oraz ich różnorodność (pod tym pojęciem kryje się charakterystyczne dla Norweżek i Norwegów dążenie do wypracowania w radach należytej reprezentacji obu płci), a także odzwierciedlać specyficzne właściwości spółki.

Siódma z zasad dotyczy wynagradzania piastunów spółki. Płace i systemy motywacyjne powinny wspierać kreowanie przez spółki wartości i być postrzegane jako uzasadnione. Ósma nakłada na osoby nadzorujące obowiązek działania w imieniu właścicieli (czyli w interesie akcjonariuszy) i sprawowanie niezależnego nadzoru nad działalnością kierownictwa (osób zarządzających). Dziewiąta przewiduje, że rada dyrektorów przyjmie plan swojej pracy i będzie aktywnie pracować ku pogłębianiu swoich kompetencji; tu w pełni wychodzi na wierzch urzędniczy sposób myślenia i biurokratyczne słownictwo („plan pracy”, „aktywna praca”). Na koniec dziesiąta zasada głosi, że spółka powinna być świadoma swojej rozległej odpowiedzialności względem społeczeństwa.

Niech za komentarz do norweskiego dekalogu corporate governance w wydaniu państwa wystarczy pobożne życzenie, by także państwo, moje państwo, przede wszystkim ono!, było świadome swojej odpowiedzialności wobec społeczeństwa, enter.

Rady pod parytetem [2006]

Zwiększanie udziału kobiet w radach nadzorczych wzbogaci różnorodność postaw i doświadczeń.

Przybywa kobiet w radach nadzorczych. Chyba nie w Polsce, gdzie nikt o to nie dba, więc ani nie zlicza kobiet w radach, ani nie prowadzi badań nad składem rad. Przybywa w Wielkiej Brytanii – ale przybywa za wolno. W radach spółek z indeksu FTSE–100 tylko 10,5 procent dyrektorów to kobiety. Przed dwoma laty ułamek wynosił 8,6 procent. Daje to przyrost o jeden punkt procentowy rocznie, zatem nietrudno wyliczyć, że w takim tempie osiągnięcie równowagi płci w radach nadzorczych największych brytyjskich spółek zajmie z 40 lat.

Lecz czy należy dążyć do parytetu płci? Londyńska City uważa, że owszem. Chodzi o to, że brytyjskie rady sa zdumiewająco jednorodne. Badania przeprowadzone na zlecenie „Financial Times” wyłoniły obraz typowego dyrektora: to mężczyzna rasy białej w wielu 58 lat z dorobkiem w dziedzinie finansów. Tacy ludzie są niezmiernie cenni, reprezentują ważne doświadczenia życiowe i zawodowe, niemniej dla spółki lepiej, gdy nie wszyscy członkowie rady pochodzą z tego samego boiska, nawet jeżeli w grę wchodzi przesłynne boisko w Eton lub pole golfowe w St. Andrews. Chociaż brytyjskie rady uchodzą za kompetentne, jednak uważa się, ze dobrze byłoby wydatnie wzbogacić ich równorodność, zasilić je świeżą krwią, świeżym spojrzeniem, świeżymi ambicjami. Chodzi o to, by skład rad dobierać z bogatszej puli talentów i doświadczeń. Zespół złożonych z osób wykazujących znaczne podobieństwa potrafi znakomicie wypełniać liczne zadania, ale wykazuje mniej zapału, odwagi, wyobraźni w poszukiwaniu, ocenie i wyborze rozwiązań alternatywnych.

Norwegowie twierdzą, jakoby istniały dowody empiryczne, iż spółki o zróżnicowanym (także pod względem płci) kierownictwie osiagają lepsze wyniki od spółek zarządzanych przez male, pale and stale (czyli pobladłych, wypalonych mężczyzn). Amerykanie jeszcze nie doszli tak daleko, by wyrokować na temat wyników, niemniej wskazują, że rady mieszane skuteczniej oddziaływują na kadrę kierowniczą niż te złożone z samych tylko mężczyzn. A także lepiej dają sobie radę z pozyskiwaniem i utrzymywaniem kobiecej części załogi, co daje takim spółkom przewagę konkurencyjną w rywalizacji o talenty.

W dążeniu do zapewnieniu udziału kobiet w radach, Norwegia jest skrajnym przypadkiem. Już przed laty wprowadzono tam, w drodze ustawy, minimalną kwotę udziału kobiet (i mężczyzn) w radach spółek akcyjnych. Wynosi ona aż 40 procent! Niemniej stosowny przepis wprowadza więcej złego niż dobrego. Jeżeli korzyści płynące z udziału kobiet w radzie są poważne i niezaprzeczalne, zapewne spółki odkryją to same i wyciągną odpowiednie wnioski. Państwo lubi wiedzieć wszystko lepiej, lecz często nie ma pojęcia, co lepiej służy spółce, jej akcjonariatowi i interesariuszom. Dlatego uważam, że prawo nie powinno ingerować tak głęboko w domenę spółki, w jej sprawy wewnętrzne. Nawet najsłuszniejszych postulatów nie należy rynkowi narzucać, niepotrzebnie mnożąc regulacje. Po pierwsze, regulacje krępują przedsiębiorczość. Po drugie, są one kosztowne.

Brytyjczycy poważnie traktują udział kobiet w życiu publicznym, w gospodarce i w radach nadzorczych. Trzydzieści lat temu przyjęli ustawę o przeciwdziałaniu dyskryminacji z uwagi na płeć. Equal Opportunities Commission corocznie dokonuje przeglądu pozycji kobiet wśród wyższej kadry zarządzającej. Lecz chociaż panuje przekonanie, że bez wsparcia legislacyjnego proces wyrównywania udziałów obu płci w organach spółek akcyjnych będzie się toczył jeszcze długie dziesięciolecia, przecież pragmatyczni Brytyjczycy nie biorą pod uwagę możliwości przyjęcia ustawy narzucającej spółkom kwoty udziału kobiet w radzie. Zdają sobie oni bowiem sprawę, że każda spółka jest inna i działa w innych warunkach, a przykładanie do wszystkich jednolitego szablonu wcale nie posłuży gospodarce.

Zresztą, w istocie rzeczy, wcale nie chodzi o same kobiety. Chodzi o spółki, rynek, pomyślność gospodarki. O różnorodność składu rad nadzorczych. O różnorodność postaw członków rad, ich doświadczeń, dorobku w dziedzinie nadzoru i zarządzania. Tego nie załatwi się kwotami, jak w Polsce punktami za pochodzenie nie ułatwiono młodzieży chłopskiej i robotniczej dostępu do wyższego wykształcenia. Wolności gospodarczej nie należy krępować kwotami. Tak zwana akcja afirmatywna doprowadziła w Stanach Zjednoczonych do licznych wynaturzeń. Wiele rad składa się z silnej grupy przyjaciół zarządu, kobiety i Murzyna. I kobieta, i Murzyn bywają w takim gronie wyłącznie ornamentami. Mają sprawiać wrażenie, że rada jest reprezentatywna, że skupia w sobie bogactwo różnorodności poglądów. Źle, że ich obecność w składzie rady tworzy fałszywe pozory. Wszelako dobrze chociaż, że o pozory trzeba jednak dbać; że rada, nawet jeżeli nie jest dostatecznie różnorodna, przynajmniej taką udaje.

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 16 stycznia 2006 r. Wytłuszczenie współczesne.

Norweska specyfika [2005]

Urzędnik nie ma czasu ani kwalifikacji do pracy w radzie nadzorczej, nadto grożą mu konflikty interesów.

Podczas niedawnej konferencji Corporate Governance XXIII „Porządek korporacyjny w przedsiębiorstwach publicznych” zwróciło moją uwagę ciekawe wystąpienie dotyczące Norwegii. Pisałem o tym kraju kilkakrotnie, lecz tylko w kontekście udziału kobiet w radach nadzorczych. Otóż przed kilku laty Norwegia wprowadziła kwotę udziału kobiet w radach firm państwowych na poziomie przynajmniej 40 procent. Ktoś najwidoczniej ceni złośliwości czające się w moich tekstach, bo przesłał mi depeszę agencyjną na ten temat z uwagą, że będę wiedział, co powinienem zrobić z tym tematem. Wiedziałem. Bez wahania pochwaliłem norweskie rozwiązanie. Udział kobiet w radzie wzbogaca radę tylko o jedną wartość, czyli o różnorodność poglądów, postaw, zachowań – lecz jest to wartość bezcenna.

Teraz dowiaduję się, że podobny wymóg zostanie niebawem wprowadzony wobec większych spółek akcyjnych spoza domeny państwowej. Morten Kalleving z norweskiego Ministerstwa Przemysłu i Handlu twierdzi, iż są dowody empiryczne świadczące o tym, że spółki o zróżnicowanym kierownictwie – zróżnicowanym także pod względem płci – osiągają lepsze wyniki niż przeciętne spółki, w których członkowie rady dyrektorów i kadry kierowniczej są male, pale and stale. Dobrze powiedziane! Male – czyli płci męskiej. Pale – czyli bladzi, wymoczki. Stale – czyli wypaleni, nieświezi, czerstwi, zwietrzali.

Swoją drogą, chciałbym poznać te dowody empiryczne… Jeżeli takie są, dlaczego spółki, w których skarb państwa nie ma udziałów, nie są entuzjastami zasady promującej udział kobiet w radach? Czyżby w Norwegii zabrakło należycie wykwalifikowanych kandydatek? Nie chodzi przecież o to, by kobiety wchodziły do rad z klucza (jak w spółkach amerykańskich, gdzie obok dyżurnej kobiety dobrze widziany bywa także dyżurny Murzyn), lecz o to, by wzmacniały ich potencjał intelektualny.

Zgodnie z norweską tradycją, ministerstwo odpowiedzialne za państwowe spółki nie ingeruje w obsadę zarządów. Jest to domena rady, odpowiedzialnej także za ważniejsze decyzje gospodarcze, długofalowe planowanie strategiczne i nadzór nad budżetem spółki. Prawo zabrania urzędnikom ministerstwa, oraz posłom, ministrom i sekretarzom stanu zasiadać w radach spółek z udziałem skarbu państwa. W innych krajach nordyckich jest inaczej: tam z reguły w jeden członek rady wywodzi się z ministerstwa.

Norweski zakaz łączenia funkcji w radach spółek z udziałem skarbu państwa z mandatem poselskim lub stanowiskiem państwowym jest pokłosiem kryzysu politycznego z lat sześćdziesiatych ubiegłego wieku. Ministerialny sekretarz stanu przewodniczył radzie spółki wydobywczej. Doszło do eksplozji, zginęło 21 górników, minister stracił posadę. Takie przypadki uczą ostrożności. Zresztą w Norwegii utarło się przekonanie, że urzędnicy państwowi nie mają czasu i kwalifikacji do zasiadania w radach, a nadto grożą im konflikty interesów.

Morten Kalleving zwraca uwagę, że celem „urzędników państwowych jest właściwe administrowanie krajem, obiektywne i sprawiedliwe traktowanie wszystkich obywateli oraz, niejako przy okazji, doprowadzenie do ponownego wyboru naszego ministra”. W działalności gospodarczej, jak wiadomo, chodzi o coś innego. Dalej Kalleving stwierdza: „ Nasza praca jest bardzo skrupulatna, jednak rzadko można ją określić mianem szybkiej. Względy natury politycznej wpływają na wiele decyzji rządu i często maja pierwszeństwo nad dążeniami do wypracowania zysku. Zamykanie czy likwidacja podmiotów gospodarczych, prywatnych lub państwowych, jest zawsze działaniem niepopularnym, a doprowadzanie konkurentów do bankructwa również skutkuje problemami. Szczególnie jeśli ich właściciele mają przyjaciół na wysokich stanowiskach”. Święte słowa!

W norweskich radach przeważają wobec tego osoby spoza spółki o statusie zbliżonym do polskich niezależnych członków rad nadzorczych (w spółkach z przeważającym udziałem skarbu państwa ministerstwo dba o zachowanie wpływu na ich wybór), oraz członkowie wybrani przez pracowników przedsiębiorstwa spółki. Chociaż więc rada wywodzi się z różnych korzeni, w Norwegii kładzie się nacisk na zespołowy charakter jej prac i zobowiązanie członków rady do działania w interesie całego akcjonariatu.

Wynagrodzenia członków organów spółek z udziałem skarbu państwa nie powinny odbiegać od wynagrodzeń w sektorze prywatnym. Od kilku lat rząd wydaje wytyczne odnośnie wynagrodzeń i innych warunków płacy prezesów spółek państwowych. Ich intencją jest zachowanie zasady konkurencyjności wynagrodzeń w sektorze państwowym i prywatnym. Wszystkie składniki wynagrodzenia członków zarządów są podawane do wiadomości publicznej. Skandynawowie cenią przejrzystość spółek. Nie przyjdzie im do głowy pomysł analogiczny do naszej osławionej ustawy kominowej. 

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 10 października 2005 r. 

Kruszenie szklanego sufitu [2003]

Dostrzegając potrzebę zwiększenia obecności kobiet w organach spółek, Skandynawia daje światu dobry przykład.

W polszczyźnie nie zakorzenił się jeszcze odpowiednik terminu glass ceiling (dosłownie: szklany sufit). A przecież jest to jedno z najważniejszych pojęć współczesnej cywilizacji! Oznacza ono przejrzystą jak szkło przeszkodę grodzącą drogę na szczyt hierarchii. Owo przekleństwo karier bywa czasem odnoszone do mniejszości, ale głównie chodzi o kobiety, bowiem najczęściej to one rozbijają sobie głowy o niewidzialną barierę awansu zawodowego. Stąd w wielu instytucjach obecność kobiet przypomina piramidę: są liczne u podstawy, za to im bliżej szczytu, tym ich mniej.

Derek Higgs, autor ogłoszonego w styczniu przeglądu brytyjskiego porządku korporacyjnego, apeluje by skoro kobiety stanowią obecnie zaledwie 6 procent korpusu non–executive directors, czerpać kandydatury do brytyjskich rad z bogatszej puli talentów reprezentujących bardziej zróżnicowane kwalifikacje. Najwcześniej problem dostrzegła Norwegia. Już w roku 2000 rząd zapowiadał wniesienie do parlamentu projektu ustawy przewidującej co najmniej 40–procentowy udział kobiet w radach nadzorczych, w pierwszej kolejności w radach spółek giełdowych. W tym czasie udział kobiet w radach 500 największych spółek wynosił tam 12,5 procent, lecz w mniejszych spółkach był już znacznie niższy.

Norwegia ma tradycję równouprawnienia. Już premier Gro Harlem Brundtland dbała o to, by połowa tek w jej socjaldemokratycznym gabinecie przypadła… mężczyznom. Sprawa ma charakter ponadpartyjny. W ubiegłym roku konserwatywny minister przemysłu i handlu Ansgar Gabrielsen powtórzył apel o 40–procentowy udział kobiet w radach (wskaźnik osiągnięty już w sektorze publicznym i w parlamencie). Pracodawcy zaoponowali, argumentując że norweskie spółki zostaną upośledzone wobec zagranicznej konkurencji, ale od tego czasu 21 z pięćdziesiątki największych spółek zwiększyło udział kobiet w radach. Statoil i Telenor mają w radzie po 4 kobiety, co daje odpowiednio 44% i 4o% składu rad. W radach Norsk Hydro i DnB pracują po 3 kobiety. Orkla (potentat rybny inwestujący i w Polsce), Gjensidige Nor i Storebrand mają w radach po 2 kobiety, Norske Skog i Tomra po jednej. Z dziesiątki największych spółek tylko jedna, Bergesen, nie ma kobiety w radzie, za to najmniej licznej, bo pięcioosobowej (cztery z rad wspomnianych spółek liczą po 10 osób, cztery inne po 9).

W praktyce łatwiej o hasła głoszące potrzebę kobiet w radach, niż o odpowiednie kandydatki. Szwedzka wicepremier i minister do spraw równości Margareta Winberg domaga się przynajmniej 25–procentowego udziału kobiet w radach; jeżeli spółki nie spełnią tej kwoty do końca przyszłego roku, rząd przedsięweźmie inicjatywę ustawodawczą. Obecnie w szwedzkich radach jest zaledwie 6,1 procent kobiet. Rady są tutaj liczne; FoereningsSparbanken ma 17–osobową, w tym 6 kobiet. TeliaSonera, Nordea i H&M mają w radach po 4 kobiety, SEB trzy, Ericsson i Handelsbanken (SHB) po dwie, a SCA i Sandvik po jednej. Gdyby odliczyć przedstawicielki związków zawodowych – obraz byłby mniej korzystny. Z pierwszej dziesiątki spółek jedna, Volvo, nie ma kobiety w radzie. Nawet na tylnym siedzeniu.

Inicjatywa pani Winberg spotkała się z mieszanymi reakcjami biznesu. Gorset politycznej poprawności puścił… Wielu argumentuje, że skład rady to nie interes rządu, ale akcjonariuszy. Tak twierdzi m.in. Ulla–Britt Fraedjin–Hellqvist, wiceprezes unii szwedzkich przedsiębiorców. Przeciwko legislacji o kwotach kobiet w radach najsilniej przemawia brak stosownych kandydatek. Wśród szwedzkich przedsiębiorców jest bowiem niewiele kobiet, które raczej wybierają kariery w sektorze publicznym, gdzie ich prawa są respektowane. Na przeszkodzie wprowadzaniu do rad kobiet rozwijających kariery za granicą stoi natomiast niskie wynagrodzenie za pracę w szwedzkich radach.

Niemniej w Szwecji dochodzi do głosu przekonanie, że jeżeli spółki same nie zadbają o należyty udział kobiet w radach, rząd pośpieszy z wprowadzeniem kwot. Dlatego spółki dokonują przeglądu przyjętych przez nie procedur kształtowania składu rad nadzorczych, a przynaglane terminami wiosennych walnych zgromadzeń rozglądają się za odpowiednimi kandydatkami do rad nadzorczych. Nie brak głosów, że spółki powinny dobrowolnie wprowadzać, a później stopniowo zwiększać, własne kwoty udziału kobiet w radach. W tym duchu wypowiedziała się Birgitta Johannsson–Hedberg, szefowa największego banku Szwecji, FoereningsSparbanken. Natomiast Folksam, instytucja zarządzająca funduszami, zapowiedziała rychłą sprzedaż akcji spółek, które nie podejmują należytych wysiłków ku skruszeniu szklanego sufitu. Taka postawa rynku może okazać się bardziej skuteczną od przedsięwzięć legislacyjnych. Albowiem prawo jest ostatecznością. Po przymus warto sięgać tylko wtedy, gdy zamierzonego celu nie można osiągnąć po dobroci – a ten akurat można.
Tekst ukazał się 27 lutego 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2000.12.04 Szklany sufit
2003.03.10 Szklany sufit po polsku

Szklany sufit [2000]

Obecność kobiet w radach nadzorczych przydaje radom różnorodności, a różnorodność rad kreuje wartość spółek.

W języku angielskim występuje wyrażenie „glass ceiling” – szklany sufit, niewidoczna bariera awansu. Przegradza ona skutecznie drogę na szczyty hierarchii, o czym przekona się każda lub każdy, kto rozbije sobie o nią głowę. Raczej przekona się każda, ponieważ szklane sufity rozpina się najczęściej nad karierami kobiet. Stopień cywilizacji społeczeństwa można mierzyć współczynnikami obrazującymi udział kobiet w zarządach i radach nadzorczych liczących się podmiotów.

Jak często bywa, impuls ku równouprawnieniu wychodzi ze Skandynawii. Rząd Norwegii zapowiada wniesienie do parlamentu projektu ustawy przewidującej co najmniej 40-procentowy udział kobiet w radach nadzorczych. Kwota ma w pierwszej kolejności objąć spółki giełdowe. Obecnie udział kobiet w radach 500 największych spółek wynosi tam 12,5 procent. W Norwegii rządzi socjaldemokracja, pierwsza na świecie partia przestrzegająca parytetu reprezentacji kobiet. Kiedyś Gro Harlem Brundtland połowę tek w swoim gabinecie powierzyła… mężczyznom. Inwestorzy chętnie oceniają gospodarkę po stopniu jej nasycenia porządkiem korporacyjnym (ang. „corporate governance”). Im więcej kobiet w zarządach i radach, tym więcej znamion owego porządku; im więcej znamion porządku, tym więcej inwestycji.

Co, z racji samej płci, wnoszą kobiety do rad? Otóż tylko jedno – różnorodność. Chodzi o to, by członkowie rady różnili się, czym można: zawodem, pokoleniem, wykształceniem, doświadczeniami i płcią. Im bardziej różnorodny jest skład rady, tym większe są jej szanse na skuteczność, czyli wykreowanie wartości dodanej spółki. Dzisiaj w radach polskich spółek najczęściej zasiadają osoby w przedziale 40 – 50 lat, inżynierowie po kursach dla członków rad nadzorczych, z kilkunastoletnim doświadczeniem w zarządach przedsiębiorstw i spółek, kilkuletnim dorobkiem w nadzorze, w ogromnej przewadze mężczyźni w podobnych popielatych garniturach.

Już wspominałem, że do rad nadzorczych szerokim frontem wchodzi pokolenie dwudziestokilkulatków. Dopominałem się, by w radach docenić prawników. Pora upomnieć się, by w radach docenić kobiety. Za to Polsce nie liczą się takie kryteria różnorodności, jak wyznanie, albo kolor skóry. W kilku spółkach wprowadzono kwoty związane z obywatelstwem lub krajem zamieszkania. W radzie nadzorczej Banku Handlowego co najmniej połowa członków, w tym prezes rady, powinna legitymować się obywatelstwem polskim. Statut Agory jest jeszcze bardziej wymagający: członkami rady muszą być w większości obywatele polscy zamieszkali w Polsce. Stąd tylko krok do pomysłu, by w spółkach Skarbu Państwa większość członków rad pochodziła z Nowego Sącza (a reszta – nawet ze Starego Sącza). Skoro dopuszczalne są wymogi w kwestii obywatelstwa lub kraju zamieszkania, dlaczego by nie dopuścić wymogów dotyczących kwoty procentowego udziału kobiet w składzie rady?

Wyobrażam sobie, jak niechętnie odniosą się do tego postulatu Okopy Świętej Trójcy! Byłoby więc najlepiej, by zanim wprowadzimy kwoty udziału kobiet w radach nadzorczych, gwarancje tego udziału okazały się w praktyce zbędne. Już teraz mogę wskazać dwie drogi prowadzące do zwiększenia udziału kobiet w radach. Pierwsza to odpolitycznienie rad. Druga – to upowszechnienie konkursów na obsadę rad nadzorczych. Z upolitycznieniem rad nadzorczych zmaga się już opinia publiczna. Coraz ważniejszym kryterium oceny osób i partii sprawujących władzę jest ich udział w obsadzaniu rad nadzorczych niekompetentnymi stronnikami. W społeczeństwie utarło się już przekonanie, że miejsca w zarządach i radach nadzorczych nie są przechodnim łupem kolejnych ekip sprawujących władzę. Kierowanie się zasadą TKM, dającej prymat racji politycznej nad kwalifikacjami, wywołuje ostre potępienie.

Najskuteczniejszą zaporą przeciwko tej zasadzie jest obsadzanie miejsc w radach nadzorczych z puli Skarbu Państwa w drodze konkursu uwzględniającego kryteria merytoryczne. Zapewne okaże się wtedy, że dla zapewnienia w radach większego udziału kobiet – nie trzeba będzie dodawać im do wyniku uzyskanego w konkursie „punktów za pochodzenie”. Czas rozbić szklany sufit. Lepiej zastąpić go szklaną drabiną. Będzie ona całkiem przeźroczysta. Jej szczeble będą śliskie, więc komu obsunie się noga, może sobie przetrącić karierę. Lecz każdy szczebel będzie tak samo śliski dla wszystkich.

Artykuł ukazał się 4 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także:
2013.11.12 Nie chodzi o kobiety
2010.05.27 Moda na poprawność