Archiwa tagu: ochroniarze

Między walnym zgromadzeniem a walnym zwyrodnieniem [I]

Walne zgromadzenie nie zawsze toczy się sprawnie, w harmonii uczestników. Nierzadko dochodzi do wydarzeń zakłócających przebieg obrad lub uniemożliwiających podjęcie uchwały, nawet odbycie zgromadzenia. Oto pierwszy z wpisów przedstawiających skrótowy przegląd sytuacji krytycznych, mogących prowadzić do przekształcenia walnego zgromadzenia w walne zwyrodnienie… Kontynuacja tematu – niebawem.

AWANTURY I ZAMIESZKI. Spory między uczestnikami walnego zgromadzenia nie zawsze toczą się z poszanowaniem prawa, dobrych obyczajów, kultury. Dochodzi do ekscesów i skandali. Tumult, obstrukcja walnego zgromadzenia, pyskówki – powodują, że czasem można ustalić ani treści głosowanych uchwał, ani wyników głosowania. Pisałem kiedyś o przypadku, gdy do krewkiego pełnomocnika trzeba było wezwać policję; pikanterii sprawie dodał fakt, że owym pełnomocnikiem był… adwokat. W Wielkiej Brytanii głośny był przypadek, że akcjonariusze przybyli na walne zgromadzenie ze świnią, nazwaną w dodatku imieniem prezesa spółki. Nasi okazali mniej kurtuazji: w Gliwicach związkowcy przynieśli kiedyś na walne zgromadzenie jedynie świński łeb. W Gandawie zakłócono doroczne walne zgromadzenie wielkiego niegdyś banku, ponieważ inwestorzy wdarli się na scenę, gdzie stał stół prezydialny, i obrzucili prezesa butami. W Dublinie na walnym akcjonariusze zachowali się bardziej konwencjonalnie obrzucając prezesa banku jajami. W USA inwestorzy niekiedy korzystają na walnych zgromadzeniach z tub, trąbek i innych przedmiotów zakłócających obrady. Do dzisiaj pamiętają tam przypadek sprzed lat, gdy protestujący usiłowali uniemożliwić akcjonariuszom wstęp na walne niepopularnej korporacji; doszło do zamieszek, wezwano policję konną, aresztowano kilkunastu zadymiarzy. Rany odnieśli demonstranci, policjanci, oraz ich konie, które akcji ani nie miały, ani nie miały nic przeciwko im.

SZANTAŻ. Najbardziej wyrafinowane formy przybierał szantaż spółek przez uczestników walnych zgromadzeń w Japonii. Mafijny gangster (sokaiya) rozgarnięty w prawie i finansach rejestrował się na walne zgromadzenie i – wcześniej opanowawszy dokumenty i materiały spółki – zasypywał zarząd pytaniami, niekiedy związanymi z tematyką obrad, niekiedy nie. Na przykład pytano o koszty utrzymania przez spółkę kochanek prezesa, niekiedy trafiając w punkt. Nic dziwnego, że nawet największe spółki Japonii opłacały się gangsterom, którzy – posmarowani – przeobrażali się w stróżów porządku na zgromadzeniu. W Polsce w pierwszym okresie rozwoju rynku szantażowano spółki głosując przeciwko uchwałom walnego zgromadzenia i zgłaszając sprzeciw, a następnie proponując zarządowi wypłacenie szantażyście okupu w zamian za odstąpienie od zaskarżania uchwał. To już nie działa. Prawdziwi gangsterzy zalęgli się nie w spółkach, a w klubach piłki nożnej – i wokół nich. Za to wprowadzenie telewizyjnych transmisji walnych zgromadzeń zmobilizowało kilku przyjemniaczków do żądania od spółek odszkodowania za naruszenie ich praw do wizerunku…

NIEDOPUSZCZENIE NIEKTÓRYCH AKCJONARIUSZY DO UDZIAŁU W WALNYM ZGROMADZENIU. Powód jest zawsze jeden: konflikt w akcjonariacie. Metody bywają różne. Czasem traktuje się antagonistów w rękawiczkach, odmawiając im prawa do uczestnictwa w walnym z powodu prawdziwych lub wydumanych przeszkód formalnych i na podstawie wniosku komisji zgromadzenia do sprawdzenia listy obecności. Czasem traktuje się akcjonariuszy siłowo, nie dopuszczając ich fizycznie do uczestnictwa w obradach. Dlatego twierdzę, że najważniejszym organem spółki bywa niekiedy firma ochroniarska. Zdarza się, że wypędzeni z walnego zgromadzenia, lub niedopuszczeni do udziału w zgromadzeniu, przewidzieli taki obrót sprawy i mając pod ręką własnego notariusza odbywają swoje konkurencyjne walne na parkingu lub gdziebądź, powołują na nim swoją radę nadzorczą, ta powoła swój zarząd – a konflikt znowu przyjdzie rozstrzygnąć firmie ochroniarskiej, która zdecyduje, który zarząd wpuścić do spółki, a który nie. Głośne przejęcie skromnego polskiego banku przez wielki bank niemiecki zostało udaremnione właśnie przez ochroniarzy, którzy nie wpuścili „agresorów” do siedziby banku.

NIEDOPUSZCZENIE DZIENNIKARZY NA WALNE ZGROMADZENIE. Formalnie rzecz ujmując, na spółce nie ciąży obowiązek dopuszczania dziennikarzy na walne zgromadzenia, lecz wymagają tego dobre praktyki spółek notowanych na GPW, oraz dobre obyczaje. Spółka publiczna nie powinna ukrywać swoich spraw przed akcjonariuszami nieobecnymi na walnym, przed potencjalnymi inwestorami, przed opinią publiczną. Nieprzyjazne traktowanie dziennikarzy świadczy niezbicie, że coś śmierdzi, że spółka pragnie się schronić za kurtyną poufności. Nic z tego!

EGZOTYCZNY TERMIN WALNEGO ZGROMADZENIA. Prawo temperuje zapędy do odbywania walnych zgromadzeń w egzotycznych miejscach, lecz zezwala na zwoływanie ich na egzotyczne terminy. Nie masz co robić w sylwestrowy wieczór? Jedną z propozycji może być spędzenie czasu na ciekawym walnym zgromadzeniu jakiejś zabawnej spółki. Zamiast biletu na zabawę wystarczy nabyć jedną akcję i zarejestrować uczestnictwo. Niektóre spółki zwołują walne zgromadzenia w wigilię Bożego Narodzenia.

NIEMOŻNOŚĆ ODBYCIA WALNEGO ZGROMADZENIA WSKUTEK NIEPRAWIDŁOWEGO ZWOŁANIA. Prawo ściśle reguluje tryb i formę zwoływania walnych zgromadzeń, niemniej spółkom zdarza się popełniać błędy, jak zwołanie walnego zgromadzenia do miejscowości, która nie jest wyznaczona w statucie jako miejsce odbywania walnych zgromadzeń. Albo zwołanie walnego tak, by nie wszyscy uprawnieni mogli się o tym dowiedzieć…

NĘKANIE AKCJONARIATU ZWOŁYWANIEM NADZWYCZAJNYCH WALNYCH ZGROMADZEŃ BEZ RZECZYWISTEJ POTRZEBY. Doroczne walne zgromadzenie w celu zatwierdzenia sprawozdań, rozdysponowania wyniku i rozpatrzenia absolutoriów jest obligatoryjne. Nadzwyczajne walne zgromadzenia mogą być zwoływane bez ograniczeń i często są zwoływane bez istotnej potrzeby. Dla przykładu: zwołano nadzwyczajne walne w celu ograniczenia wynagrodzenia przewodniczącego rady nadzorczej, a zarząd utrzymywał, że koszty walnego zwrócą się już po miesiącu. Nie wzięto – i zazwyczaj nie bierze się pod uwagę – kosztów akcjonariuszy, którzy mogliby wziąć udział w zgromadzeniu. Ale zazwyczaj nie biorą, ponieważ nie widzą ani korzyści, ani potrzeby. A później narzekamy na bierność akcjonariuszy – niesłusznie.

NIEODBYWANIE PRZEZ SPÓŁKĘ WALNYCH ZGROMADZEŃ RZEKOMO Z POWODU „braku środków”. Na polskim rynku wszelkie granice przekroczyła pewna spółka z Rybnika, która „zgubiła się” giełdzie, nie przysyłała raportów bieżących lub okresowych, nie odpowiadała na pisma z GPW i nie zwoływała walnych zgromadzeń, ponieważ „nie stać jej na to”.

Kontynuacja przeglądu krytycznych aspektów walnych zgromadzeń – niebawem.

Wesoły autobus

Przed laty nękała polski rynek plaga tzw. parkingowych walnych zgromadzeń. Były one owocem awantur. Albo nie wpuszczano na walne części akcjonariatu, albo do rozłamu dochodziło już podczas zgromadzenia i część akcjonariuszy opuszczała salę obrad. Akcja przenosiła się na parking, gdzie skłóceni z resztą akcjonariusze (teraz portale internetowe nazywają niezadowolonych „protestantami”) konstytuowali się jako jedyne prawidłowe walne zgromadzenie, mieli przecież z sobą sprowadzonego na taką okoliczność swojego notariusza, który skwapliwie protokołował uchwały, odwoływali radę nadzorczą i powoływali swoją, a ta rada niezwłocznie odwoływała zarząd i powoływała swój.

Dalej sytuacja toczyła się pod dyktando ochroniarzy, którzy nie czekając na sąd rejestrowy sami decydowali, którą radę, który zarząd, których akcjonariuszy wpuścić do spółki, a których wypędzić. Istnieje legenda, że po wrogim przejęciu BIG Banku Gdańskiego przez Deutsche Bank prof. Marek Belka pośpiesznie wrócił z Davos, by dyplomatycznie rozwikłać sprawę. W rzeczy samej, nim przyleciał, było już posprzątane. Chwaccy ochroniarze BIG BG pogonili wroga, tym razem nie do Berlina, a hen, aż do Frankfurtu nad Menem.

Historia ponoć lubi się powtarzać – jako komedia. Czytam, że samozwańcze walne jednej ze spółek notowanych na rynku regulowanym przeprowadzono podczas weekendu… w busie zaparkowanym przed siedzibą spółki. Inna sprawa, gdzie owa siedziba: według statutu w K, według regulaminu walnego zgromadzenia – w W., co wyjaśnia sens odbywania walnych w środkach transportu wędrujących między siedzibą rzeczywistą i mniemaną. Nie obyło się bez powołania nowej rady nadzorczej i dokonanych przez tę radę radykalnych zmian zarządu, równie zabawnych, co bezskutecznych.

Nie podam nazwy tej spółki, nie ujawnię nawet, na jaki parkiet udało się jej wejść. Nie napiszę także, po co ów mutant jest notowany, skoro jego obecność na giełdzie przynosi jej spory wstyd. Spółka zajmuje się głównie zwoływaniem, odwoływaniem i przenoszeniem na inne terminy nadzwyczajnych walnych zgromadzeń oraz prostowaniem swoich raportów bieżących. Ponadto spółka produkuje akcje. Ma jednak ambitne plany: według statutu przedmiot jej działalności liczy aż 100 pozycji PKD, od działalności holdingów, trustów, funduszów i podobnych instytucji finansowych, poprzez roboty związane z budową kolei podziemnych oraz rurociągów przesyłowych i sieci rozdzielczych, po chów organizmów wodnych.

Fiskusowi podsuwam śmiały pomysł opodatkowania spółek od nadmiaru przedmiotów działalności wpisywanych do statutu na rybkę (lub inne organizmy wodne). Być może wtedy wyszedłby na swoje, skoro sens istnienia takich spółek sprowadza się do tego, by wykorzystać podatkowo straty poniesione na inwestowaniu w ich papiery. I dać komuś fuchę w radzie nadzorczej; nie bez powodu wspomniana tu spółka zyskała kiedyś rozgłos jako stowarzyszenie umarłych polityków.

Polska jest krajem ludzi przedsiębiorczych, więc tylko czekać, aż ktoś przystąpi do produkcji autobusów przystosowanych do obrad walnych zgromadzeń, wyposażonych zamiast kasowników w czytniki do elektronicznego zliczania głosów. Zapewne inżynier pokładowy urządzi stanowiska przewodniczącego WZ i rejenta. Dzięki temu możliwe będą mobilne walne zgromadzenia, tym bardziej pożądane, że elektroniczne zgromadzenia przyjmują się z oporami.

Ilekroć na polskim rynku wydarzy się cokolwiek, rzecznik KNF zapewnia, że Komisja przygląda się sprawie. W tym celu za autobusowym walnym zgromadzeniem mógłby podążać jeep nadzorczy, a przestrzeń powietrzna byłaby patrolowana przez nadzorcze drony. Terminów militarnych używam nieprzypadkowo: kiedy Urząd KNF zakupił biurowiec przy ul. Jasnej i adaptował go swoje potrzeby, wysoki rangą członek Komisji mówił mi, że powstaje tam bunkier nadzorczy, do którego nie wślizgnie się nikt z rynku. Jeepy i drony pasują do takiej filozofii. Na szczęście, nadzorcy wyszli z bunkra, przeszli do natarcia, zabierają się za aferzystów. Jeszcze dużo roboty przed nimi. Trzymajmy kciuki.

Tekst ukazał się 15 października 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Powaga dobrej wiary [2003]

W zasadach dobrej praktyki tkwi tylko jedna nowość. Resztą wskazówek przyzwoite spółki kierują się od zawsze.

W odpowiedzi na życzenie giełdy, spółki złożyły oświadczenia w kwestii zamiaru stosowania uchwalonych przez nią zasad dobrej praktyki. Kilka spółek uchyliło się od zadeklarowania swojego zamiaru w tej kwestii, ale o niektórych nie wiadomo, czy jeszcze prowadzą działalność, a byt innych ogranicza się do obecności w cedule giełdowej. Do połowy roku, kiedy przyjdzie oświadczyć się ponownie, już nie na temat zamiaru, ale rzeczywistego kierowania się dobrą praktyką, znowu ubędzie notowanych spółek. Tym wszystkim, które przetrwają, zasady dobrej praktyki nie powinny nastręczać trudności. Aczkolwiek nie są one dostatecznie przyjazne dla spółek, ani też dostatecznie przydatne dla inwestorów, przecież nie wnoszą one rewolucyjnych nowości. Większością nich dobre spółki kierują się od zawsze. Jedyna licząca się zmiana polega na tym, że odtąd rada nadzorcza powinna corocznie ogłaszać własną, w pełni niezależną od zarządu, ocenę sytuacji spółki.

Nie budzi wątpliwości przyjęta przez giełdę formuła, że spółki powinny albo kierować się dobrą praktyką, albo publicznie wyjaśniać, dlaczego ją odrzucają (comply or explain). Na straży dobrej praktyki nie stoi przymus instytucjonalny. Zasady dobrej praktyki nie są obwarowane innymi powinnościami, jak tylko obowiązki sprawozdawcze. Jeżeli któraś ze spółek odrzuci te zasady w całości albo w części, odpowie za to przed inwestorami, (bowiem zapewne już nigdy nie będzie w stanie zebrać na rynku kapitału, a jej akcje stracą powodzenie), lecz nie poniesie odpowiedzialności przed organami państwa, ani przed samą giełdą. Giełda ma natomiast dopilnować, by spółka terminowo i klarownie objaśniała swoją politykę. Objaśniała ją nie tylko giełdzie, ale całemu rynkowi.

Słyszę, że spółki mają wypełniać jakiś formularz, klecony obecnie przez giełdę. Sądzę, że mniej kłopotu nastręczy im dobra praktyka, niż wypełnianie rubryk – acz przyznaję, że moja opinia nie opiera się na znajomości owego formularza, którego jeszcze nie ma, a tylko na odczuciu, że giełda postępuje rutynowo i biurokratycznie, wbrew rzeczywistym potrzebom tak inwestorów, jak spółek. Wywodzę to odczucie ze smutnej rzeczywistości polskiego rynku kapitałowego, na którym niepokojąco dziczeją obyczaje. Giełda nie umie doliczyć się spółek, które zapadają się pod parkiet, by umknąć wierzycielom. Chociaż niektórych już właściwie nie ma, wciąż handluje się ich papierami. System Emitent bywał bezkarnie bombardowany bzdurnymi oświadczeniami o pomyślnej restrukturyzacji koncernu 4Media bądź o sukcesach sklepów Artisti Italiani. Pod wpływem tych wydarzeń tryumfalnie powróciło do polszczyzny starozakonne określenie ‘hucpa’. Na Wall Street mówią ‘chutzpah!’, koniecznie z wykrzyknikiem, bo do czego my już przywykliśmy, tam wciąż budzi żywe oburzenie.

Dobra praktyka wyniknie ze swoistej umowy społecznej między spółkami a inwestorami. Umowy przewidującej, że inwestorzy dostarczą kapitał, a spółki go pomnożą, a w każdym razie uczynią w tym kierunku wszystko, co możliwe. W naszej rzeczywistości taka umowa nie działa. Inwestor często bywa tylko ‘prostym dawcą kapitału’(od kiedy Artur Sierant ukuł to określenie, krąży ono nad rynkiem jak sęp), ponoszącym nadmierne ryzyko, gdyż jego interesów i pieniędzy nikt poważnie nie bierze w ochronę. Jeżeli przeto spółki nie przyjmą dobrej praktyki, nie pozyskają pieniędzy na rynku. Przepaść dzielącą dzisiaj spółki od inwestorów można wypełnić tylko dobrą wiarą.

Czy oświadczenia spółek w przedmiocie dobrej praktyki okażą się probierzem dobrej wiary? W wielu wypadkach tak. Kierują się nią spółki deklarujące szacunek dla zasad dobrej praktyki i szanujące ją. Niektóre spółki negują potrzebę dobrej praktyki lub poszczególnych jej zasad, ale jeżeli czynią to otwarcie, nie postępują nagannie. Inne spółki składają ostrożne deklaracje w takiej formie, by zyskać na czasie. Zarząd stwierdza, że przedstawi sprawę radzie nadzorczej i walnemu zgromadzeniu w celu uzyskania ich opinii, a do połowy roku oświadczy się ostatecznie. Wszystko to mieści się w granicach dobrej wiary.

Trudniej uwierzyć deklaracjom spółek, które właśnie uwikłane są w ekscesy wynikłe na tle sporów o skład zarządu lub rady nadzorczej. Fruwają w nich inwektywy; ochroniarze grodzą komuś drogę do jego gabinetu; tylko czekać, kiedy inwestorzy i ich doradcy prawni (a coraz częściej są nimi zacietrzewieni kłótnicy) urządzą oponentom operetkową defenestrację – lecz spółka idzie w zaparte i oświadcza przestrzeganie dobrych praktyk. Jest to postępowanie godzące w moralność rynku, urągające świętej powadze dobrej wiary. Jeżeli nadto w takiej nieprzyzwoitej spółce znajdzie się kancelista, który poprawnie wypełni rubryki giełdowego formularza, jeszcze gotowa ona zyskać pochlebną ocenę. Ocenę urzędników, bo nie akcjonariuszy, których spółka wystawia do wiatru.

Tekst ogłoszony 13 stycznia 2003 r. w tygodniku GAZETA BANKOWA

POST SCRIPTUM: zwracano mi uwagę, że nowością Dobrych praktyk 2002 był przede wszystkim wymóg, by przynajmniej połowę składu rady nadzorczej stanowili niezależni, co przecież zlekceważyłem jako głupotę – i miałem rację. Natomiast zgrzeszyłem głupotą zakładając, że rynek odmówi pieniędzy spółkom, które nie stosują dobrych praktyk. Nie odmawia. Ale, dzięki Bogu, na tym traci.