Archiwa tagu: ONZ

Ekologia i rozwój

,Współcześnie Polska stała się pariasem zatruwającym planetę. Dotkliwie brakuje nam masowego ruchu społecznego dążącego do wykorzystania ekologii na rzecz rozwoju

Zdarza się, że nie zwraca się uwagi na pozornie błahe wydarzenia, które uruchamiają wielkie procesy dziejowe. 3 grudnia 1968 r. Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję 2398 (XXIII) dotyczącą związku między sytuacją biosfery a warunkami życia ludzkiego. Prawdą jest, że Zgromadzenie Ogólne podejmuje wiele rezolucji, że często kończy się na pięknych słowach, dobrych chęciach i rozczarowaniu – tym razem wszakże sprawy potoczyły się szybko i znacznie dalej, niż się spodziewano. Projekt zgłosiła Szwecja, poparły ją 54 państwa, rezolucję przyjęto bez sprzeciwu. Przewidywała ona m.in., że Sekretarz Generalny przedłoży niebawem raport na temat możliwości rozwoju współpracy międzynarodowej w dziedzinie ochrony środowiska.

Sekretarz Generalny ONZ często bywa wzywany do przedkładania rozmaitych raportów. Dysponuje on aparatem administracyjnym, powołuje zespoły ekspertów, powierza im zadania i ogłasza efekty ich prac. Często zanim zamówiony raport ujrzy światło dzienne, społeczność międzynarodowa zapomni już o sprawie. Lecz dokument pod nazwą „Raport o problemach środowiska człowieka” (potocznie nazwany „Raportem U Thanta”), ogłoszony 26 maja 1969 r., natychmiast przykuł uwagę światowej opinii. Prawdopodobnie niewielu przeczytało to opracowanie, lecz media zręcznie wyłowiły zeń smaczne fragmenty i poniosły je w świat. Oświecona część ludzkości rychło uległa romantyce Statku Kosmicznego Ziemia – samotnego błękitnego punkciku we Wszechświecie, wymagającego wspólnego wysiłku na rzecz ocalenia przed zagładą.

Przed pięćdziesięciu laty sporo pisałem na temat potrzeby ochrony środowiska traktowanej jako jedno z podstawowych praw człowieka. Nie wywołało to szerszego echa. Inicjatywy na temat środowiska rozwijane były poza Polską, bez jej udziału, wkładu, zainteresowania. Lecz społeczność międzynarodowa zmierzała, krok po kroku, do utrwalenia powszechnej świadomości, że bez poszanowania środowiska nie dojdzie do postępu społecznego i rozwoju. Współcześnie Polska stała się pariasem zatruwającym planetę. Dotkliwie brakuje nam masowego ruchu społecznego dążącego do wykorzystania ekologii na rzecz rozwoju. Świat nabył wystarczającą świadomość ekologiczną, by wznieść się ponad słuszne slogany. Jesteśmy w stanie obliczyć, w jakim stopniu kraje, branże, nawet indywidualne podmioty gospodarcze, wpływają na środowisko, oraz jakie są konsekwencje tego wpływu w biosferze i w sferze finansów.

Odchodzimy od słów w stronę liczb. Świat wprowadza surowe rygory sprawozdawania o oddziaływaniu na środowisko. Finansiści blokują kredyty na inwestycje antyekologiczne. Fundusze inwestycyjne odstępują od inwestowania w brudne dziedziny gospodarki i brudne spółki. My konsekwentnie zmierzamy na przekór. Następstwa będą dwojakie. Koszty niszczenia biosfery z czasem przerosną nasze możliwości. Jako kraj niechętny środowisku stracimy dostęp do finansowania. Nie zdajemy sobie sprawy, że ekologia staje się motorem rozwoju gospodarczego.

Niechęć do środowiska jest w Polsce wszechobecna. Jak Don Quixote, rząd podjął szaleńczą walkę z wiatrakami. Lasy Państwowe tną drzewostan na potęgę dla krótkoterminowych korzyści finansowych. Polska nie tylko uporczywie trwa przy górnictwie węgla kamiennego i brunatnego, także ślepo wierzy w jego przyszłość: górnikom obiecano zatrudnienie do 2049 r. kontrowersyjnej Kopalni Turów przedłużono koncesję do 2044 r., co wpędziło Polskę w beznadziejny spór z Czechami – tym groźniejszy, że rozpędzono zawodowych dyplomatów i naszymi interesami zajmują się prostaccy amatorzy. Energetyka działa na granicy wydolności, kosztuje sporo, wymaga reform, których nie ma kto opracować, sfinansować, przeprowadzić. Bezsporne argumenty ekologów w sprawach górnictwa i energetyki przegrywają z uporem związkowców broniących wygodnego dla nich stanu rzeczy. Wszak ekolodzy nie pójdą z łomami na Warszawę. Szkoda.

Zamiast podejmować racjonalne działania, rząd snuje absurdalne wizje wyprodukowania w Polsce miliona samochodów elektrycznych; zanim (jeżeli w ogóle!) pierwszy z nich zjedzie z taśmy, udusimy się spalinami: wszak corocznie sprowadzamy z Zachodu milion starych diesli, wielu z nich tam odmówiono już przedłużenia rejestracji. Lokalne samorządy walczą z LGBT zamiast z trującymi wyziewami skorodowanych rur. Nie mamy racjonalnej gospodarki odpadami, nie istnieją systemu skupu opakowań szklanych i plastikowych. Energia rządzących została skierowana na  Narodowy Przekop Mierzei Wiślanej. Przekop kosztowny, dla rozwoju bezużyteczny, dla ekologii (w najlepszym razie!) neutralny.

Tekst ogłoszony 13 lipca 2021 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET,

Nie struktura, a kultura [2006]

Nie wystarczy zakorzenić whistleblowing w strukturze korporacji, trzeba budować w niej właściwą kulturę.

Organizacja Narodów Zjednoczonych nie jest wzorem efektywności. W istocie rzeczy, nie może nim być. Wśród państw członkowskich występują liczne sprzeczności interesów. Pierwotnie organizacja zrzeszała 51 państw; przez 60 lat przybyło ich 140. Przybywa także zadań; sztywna struktura organizacji nie może za nimi nadążyć. Lecz słabość ONZ nie tylko odzwierciedla konflikty i napięcia społeczności międzynarodowej. Nareszcie dostrzeżono, że płynie ona także z samej organizacji, rozbudowanej struktury, braku decyzyjności, nadmiernej biurokracji i skostnienia wielonarodowego personelu. Dowodzi tego afera programu „Ropa za żywność”. Wiele pomniejszych afer nie przedostaje się na światło dzienne, bo albo nikt nich nie tropi, albo prasa nie nadaje im rozgłosu. Z drugiej strony – niełatwo zarządzać rozdętym personelem, w którym o karierze decydują nie tylko kwalifikacje, lecz nadto wymóg „sprawiedliwej dystrybucji geograficznej” stanowisk.

Godzi się wszak odnotować, że ONZ (podobno jako pierwsza organizacja międzyrządowa) wprowadziła procedurę whistleblowing. Chodzi w niej o gwarancje ochrony pracowników ujawniających nieprawidłowości, nadużycia, oszustwa, kradzieże. Korupcja sięga coraz wyższych szczebli. Nie można jej opanować bez wsparcia personelu. Sekretarz generalny zachęca pracowników do przyjmowania postawy „Nie będę kłamał, kradł i oszukiwał. Nie będę także tolerował tych, którzy tak postępują!”

Gdyby personelowi Narodów Zjednoczonych wcześniej ułatwiono ujawnianie nieprawidłowości, zapewniono rzetelne rozpatrywanie napływających od nich sygnałów i zagwarantowano informatorom ochronę, może udałoby się uniknąć niektórych przynajmniej afer. Ostatnio sekretariat ONZ trapiony jest plagą listów elektro, anonimowo rozpowszechnianych wśród personelu, pomawiających wszystkich o wszelkie niegodziwości; coś może bywa na rzeczy, lecz i tak zginie w powodzi kalumni. Ważne, że wreszcie zdano sobie sprawę, iż sukces administracji Narodów Zjednoczonych zależy nie tyle od doskonalenia jej struktury (co często jest niewykonalna z uwagi na rozbieżności wśród państw członkowskich), co od zaszczepionej w niej kultury.

Whistleblowing (czyli informowanie o nieprawidłowościach, dosłownie „dęcie w gwizdek”) jest zjawiskiem różnie postrzeganym w różnych kręgach cywilizacyjnych. Demaskowanie nieprawidłowości to w jednych kulturach czyn chwalebny, godny szacunku i naśladowania, w innych – postawa haniebna, niekoleżeńska, warta potępienia; to kolaboracja z pracodawcą, donosicielstwo, ciężkie naruszenie kanonu solidarności, pospolite karierowiczostwo. Polska jest bliska drugiemu podejściu, jest nawet jego biegunem. Kładziemy silny nacisk na doskonalenie struktur biznesu, nie doceniamy jednak dostatecznie potrzeby wzmacniania przejrzystości korporacji i krzewienia w niej kultury opartej na nietolerancji pracowników dla niekorzystnych dla firmy działań koleżanek i kolegów.

Niedawno uczestniczyłem w kilku konferencjach na temat kontroli wewnętrznej. Mówiono o płynących z niej korzyściach. O jej organizacji, o mechanizmach działania, o kreowanej przez nią wartości dla korporacji. Uważam, że w polskich warunkach mechanizmy kontroli wewnętrznej nie spełnią swoich zadań, dopóki nie wesprze ich kultura korporacyjna, w której sygnalizowanie nieprawidłowości będzie cnotą, nie występkiem donosicielstwa i nadgorliwości. Wypada przyjąć, że spółki wykorzystały już proste rezerwy płynące z zastosowania nowoczesnych metod zarządzania i mechanizmów kontroli wewnętrznej. Jeżeli pragną rozwijać się nadal, powinny krzewić pośród personelu kulturę korporacyjną budowaną wespół z pracownikami w interesie i dla dobra korporacji.

Służą temu procedury whistleblowing. Z jednej strony chodzi o ułatwienie pracownikom spółki sygnalizowania nieprawidłowości, bądź osobie odpowiadającej w spółce za compliance, bądź przewodniczącemu rady nadzorczej, bądź wreszcie, do wyboru, członkowi rady nadzorczej wybranemu przez pracowników. Z drugiej strony chodzi o ochronę pracowników korzystających z tych procedur przed nieprzyjemnościami spowodowanymi ujawnianiem nieprawidłowości. Z trzeciej wreszcie, chodzi o tworzenie wśród pracowników przekonania, że osoba korzystająca z procedur whistleblowing działa w najlepszym interesie spółki, więc także w interesie jej interesariuszy, w tym samych pracowników.

Potępianie tak pojętego donosicielstwa to wspieranie wynosicielstwa i wielu innych występków niższego lub wyższego personelu przeciwko spółce i akcjonariuszom. Zarządy rzadko bywają rozliczane z ustanowienia procedur whistleblowing i z efektywności tych procedur. Czas uświadomić sobie, że kontrola wewnętrzna bez udziału pracowników bywa przez nich postrzegana jako kontrola przeciw pracownikom.

Tekst ogłoszony w tygodniku Gazeta Bankowa 9 stycznia 2006 r.
Czytaj także:
2003.05.19 Whistleblowing tworzy wartość
2014.12.17 Trąd w parlamencie