Archiwa tagu: państwo i rynek

Bez niezależnych mediów nie ma rynku kapitałowego

  • Rynek kapitałowy polega na przepływie pieniędzy i informacji.
  • Strumienie pieniędzy płyną tam i z powrotem między inwestorami i emitentami…
  • … oraz od jednych i drugich do fiskusa.
  • Strumienie informacji płyną tam i z powrotem między mediami i pozostałymi uczestnikami rynku.

Inwestorzy, emitenci, fiskus, są mniej więcej tacy, jacy byli – i jakimi zapewne zostaną w przewidywalnej przyszłości. Natomiast media stale zmieniają swoją naturę. Są one tradycyjnie określane jako „czwarty stan”. Anglojęzyczny termin The Fourth Estate bywa często mylnie przekładany jako „czwarta władza”, chociaż nie koresponduje on wcale z monteskiuszowskim trójpodziałem władzy, a z trzema stanami społeczeństwa u schyłku feudalizmu.

Tradycyjnie „czwartym stanem” była prasa. Rynek kapitałowy dał impuls dla jej rozwoju: najpierw informowano inwestorów o notowaniach, później także o tym, co dzieje się w spółkach i wokół nich. Notowania rozpowszechniano także za pomocą telegrafu. Znaczący postęp przyniosły kolejno radio i telewizja. Na przełomie tysiącleci szczególną pozycję zyskały media internetowe: portale gospodarcze, wortale giełdowe, coraz liczniejsze, coraz bardziej profesjonalne, poczytne, wiarygodne prywatne gniazda informacji o rynku, giełdach (nie tylko GPW!), spółkach, akcjach, obligacjach, ryzyku, obrocie, relacjach inwestorskich, rynkowych obyczajach i kulturze komunikowania. Informacja nie przestała być towarem, lecz towar ów pod wieloma postaciami udostępniany jest powszechnie i nieodpłatnie. Niektóre darmowe gniazda wiedzy o rynku kapitałowym nie ustępują poziomem profesjonalnym mediom, nawet niekiedy przewyższają je liczbą stałych i wiernych odbiorców.

Odcięty od strumieni informacji, rynek kapitałowy nie przetrwa długo, zwiędnie. Muszą być to informacje niezależne – napływające na rynek różnymi kanałami. Nie mogą być one poddane kontroli lub cenzurze. Reżymy totalitarne pragną zawładnąć nie tylko mediami, pragną one regulować także prywatne, niezależne strumienie informacji o rynku i dla rynku. Państwo totalitarne staje się wszechobecne, na rynku bywa nie tylko srogim regulatorem, także osobliwym uczestnikiem stawiającym swoje interesy nad interesy innych inwestorów. Spółki z udziałem państwa działają pod jego dyktando, kierują swoje środki i zasoby ku celom wyznaczonym przez rządzących, a nadto stają się rezerwuarem posad dla sprzymierzeńców kasty panującej. Media publiczne zostały przejęte, prywatnym grozi marginalizacja, a niezależne strony internetu, służące rozpowszechnianiu niewygodnych treści, uwierające władze – mogą zostać wyłączone lub trwale zakłócane przez hackerów w służbie państwa.

W Polsce władza pragnie ingerować w rynek kapitałowy. Jeden polityk powiada: „Musimy mieć pewność, że wszystko, co dzieje się w Polsce, jest kontrolowane przez polskie władze”. Do jego lotu nad kukułczym gniazdem przyłącza się despota: „Media w Polsce powinny być polskie”. Chcieliby „udomowić”, „repolonizować” media, spółki, banki, rynek. „Udomowienie” gazet regionalnych tylko pozornie nie godzi w rynek kapitałowy. Potwierdza ono doktrynę, że spółki z udziałem państwa mają – na niekorzyść innych akcjonariuszy – wspierać pomysły rządu, niekiedy totalitarne, zazwyczaj absurdalne.

Puszczę tu wodze fantazji: pozornie zjednoczone partie władzy mogą zapragnąć ustalania notowań spółek. Kurs Orlenu wyznaczałby prezes. Ziobryści otrzymaliby jedną spółkę z indeksu WIG20, jedną z WIG40, dwie z WIG80, gowinowcy mniej, ponieważ kurs jednej spółki z przyznanej im puli ustalałby pokątnie Bielan. Za upadłości spółek odpowiadać będzie opozycja, jeżeli się uchowa. Wyrzucimy z rdzennie polskiej giełdy zabłąkane na nią spółki zagraniczne. Zakaże się inwestowania przez kapitał zagraniczny, zwłaszcza niemiecki. IPN zadba, by zagraniczne media nie wycierały swoich brudnych pysków polskimi tematami. „Wysoki trybunał” orzeknie, że regulacje unijne są niekonstytucyjne. Publikacje na temat rynku będą zatwierdzane przez Komisję Nadzoru Rynkowego pod kierownictwem dr. Marka Chrzanowskiego. Tu kończę, wstydu oszczędzę…

Każdy zamach na media, jakakolwiek bywa jego postać, jest dotkliwym ciosem w rynek kapitałowy i pieniądze inwestorów. Kto zamierza „udomowić” media, pragnie pozbawić rynek jednego z najważniejszych komponentów. Bez niezależnych mediów emitenci, inwestorzy i regulatorzy nie będą w stanie zdobyć zaufania umożliwiającego pozyskiwanie kapitału. Zaufanie to fundament gospodarki, lecz w systemie totalitarnym władza radzi sobie i bez niego. Zaufania potrzebują także media już bez reszty zawłaszczone przez kastę panującą, jak telewizja „publiczna” i drogie mi Polskie Radio. Żadne koncesje nie wchodzą w rachubę. Wyprowadzenie mediów spod kontroli politycznej dobrze przysłuży się rynkowi kapitałowemu.

Czytaj także:

2005.10.17 Czwarty Stan rynku
2018.02.18 Nowe media to Piąty Stan rynku. Nieokiełznany!

2021.01.18 Dlaczego przejęcie przez Orlen mediów regionalnych zagraża prawdzie i prawu

Dywidenda nie jest rozdawnictwem!

  • Inwestorzy lubią dywidendę, czyli wypłatę zysku spółek przynoszących rzeczywisty zysk i dzielących się nim z akcjonariuszami;
  • Dywidenda służy budżetowi, inwestorom, zaufaniu do rynku i jego dobrodziejstw, oraz rozwojowi gospodarki;
  • Pieniądz traci wartość, oszczędności przegrywają z inflacją, wielu inwestorów nie widzi alternatywy dla akcji, więc rośnie znaczenie dywidendy;
  • Państwo czasami sprzyja dywidendom, czasami upatruje w nich grabież majątku spółki przez spekulantów.

Polskiemu rynkowi potrzeba zdecydowanego przesłania: wypłata dywidendy nie jest czynnością naganną. Nie jest ona kradzieżą mienia spółki, jest dobrym obyczajem, którego należy się trzymać. Skoro spółka przynosi zysk, niech dzieli się nim z akcjonariuszami. Nie rozdaje ona „swoich” środków akcjonariuszom-utracjuszom, którzy w nią przecież zainwestowali, a nadzieje na dochód z inwestycji nie czynią z nich chciwych spekulantów.

Dywidendy coraz bardziej ważą na opłacalności inwestycji w spółki. Coraz więcej spółek definiuje swoją politykę dywidendową – i coraz liczniejsi inwestorzy wybierają do portfeli spółki płacące dywidendy. Lokaty bankowe przestały przynosić realne zyski, sprawiła to inflacja. Przegrywają z nią także obligacje skarbowe, ich bezpieczeństwo jest wprawdzie gwarantowane przez państwo, lecz czy ono, zadłużone, jest bezpieczne? Bank centralny osłabia złotego, straszy ujemną stopą procentową. Dobra opinia obligacji korporacyjnych została zszargana przez Getback z pomocą Idea Banku. Rozsądek radzi trzymać się z daleka od kryptowalut i wszelkich piramid inwestycyjnych. Giełda też nie jest wolna od ryzyka, lecz spółki dywidendowe często są bardziej odporne na kaprysy koniunktury.

Dywidendom dotkliwie brakuje silnego wsparcia państwa. Zarabia ono na nich ściągając wysoki podatek. Wprawdzie mogą go uniknąć posiadacze kont emerytalnych (IKE, IKZE), lecz są ograniczani limitami wpłat. Bywały czasy, że państwo chętnie pobierało dywidendy ze spółek z jego udziałem, uważało je za „dojne krowy” – lecz jego rządy w tych spółkach nie sprzyjają ich dochodowości za sprawą beztroskiego marnotrawstwa pieniędzy obracanych na cele jaskrawo sprzeczne z interesem spółki i jej pozostałych inwestorów.

W ostatnich latach w polityce państwa widzę oznaki niepokojącego odwrotu od sympatii dla dywidend. Polityk I, wyznawca wyższości własności państwowej nad prywatną, widzi w spółkach z udziałem państwa (nawet mniejszościowym!) „dobro narodowe mające służyć całemu społeczeństwu”. Owszem niech wszystkie spółki dbają o swoich interesariuszy, lecz niech przy tym mają na uwadze, że istnieją dzięki inwestorom. Polityk II martwi się, że spółki „zbyt często dzielą się zyskiem z akcjonariuszami”. Zdarzało mu się wyrażać dezaprobatę dla faktu, że z kraju „wypływają” dywidendy wypłacane zagranicznym inwestorom.

Polityk III, już na odwyku od stanowisk, otwarcie manifestował niechęć do dywidendy i sprawił, że spółki w jego gestii znaczniej zmniejszyły zyski. Polityk IV, dziś w drugim szeregu, wolał zablokować podział zysku spółki między akcjonariuszy przenosząc go na kapitał zakładowy, co wzbogaciło fiskusa podatkiem, ale na lata pozbawiło spółkę zdolności emisyjnej. Członkini RPP sugerowała, by dywidendy zasilały budżet, a nie „prywatne kieszenie”.

Niechęć polityków do dywidend, dążenie do ich redukcji, dotkliwie godzi w budżet pasący się podatkiem od dywidend. Godzi w akcjonariuszy inwestujących w spółki w nadziei na udział w zysku. Godzi w efektywność spółek skłanianych do stawiania polityki ponad gospodarką. Godzi w giełdę żyjącą z obrotu akcjami spółek. I w rynek kapitałowy potrzebujący impulsów pobudzających napływ kapitału.

Skoro tak wiele problemów podpina się pod racje narodowe, wskazane byłoby ogłosić Narodowy Program Dywidendy. Parcie na dywidendę ani nie psuje rynku, ani nie krzywdzi spółek, raczej skłania je do troski o wzrost efektywności (nie znam przypadku, by spółka wpadła w kłopoty za sprawą rozsądnych dywidend!). Nie krzywdzi też skarbu państwa zasilanego wpływami z należnych mu dywidend, podatkiem od dywidend płaconych pozostałym inwestorom, oraz podatkiem od zysku coraz bardziej dochodowych spółek. Nie krzywdzi także interesariuszy korzystających z owoców rozwoju gospodarki. Nie przekreśla dobrze przemyślanych zamierzeń inwestycyjnych. Wspierajmy dywidendy!

Artykuł ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 27 stycznia 2021 r.
Czytaj także:
2016.02.06 Przez dywidendę do wartości
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy
2013.05.23 Przez dywidendę do wartości

 

 

Dlaczego przejęcie przez Orlen mediów regionalnych zagraża prawdzie i prawu?

  • PKN Orlen SA rozwija się i pęcznieje: nabywa liczne aktywa i gotów jest nabyć ich więcej;
  • Niemniej niedawny zakup większości polskich mediów regionalnych nie jest zwyczajną transakcją handlową;
  • Ma ona niezaprzeczalne znaczenie polityczne i zagraża szeroko pojętej swobodzie głoszenia opinii;
  • Bulwersującym przykładem zagrożeń wspomnianej swobody jest usunięcie przez Rzeczpospolitą krytycznego wobec tej transakcji tekstu znanego prawnika.

Nie należy dopuścić do zamiecenia tej sprawy pod dywan. Niebawem po ogłoszeniu na rp.pl artykułu krytycznie oceniającego transakcje zakupu przez Polski Koncern Naftowy Orlen większości polskich mediów regionalnych: dzienników, tygodników, lokalnych portali internetowych – doszło do usunięcia wspomnianego tekstu ze strony dziennika. Istnieje przypuszczenie, że koncern (lub sam jego prezes) interweniował w tej sprawie w redakcji, co by mnie nie zdziwiło: został obrazowo porównany do Nikodema Dyzmy, prostaka-karierowicza, a nadto postawiono mu poważny zarzut działania na szkodę zarządzanej przezeń spółki. Znam przypadki takich interwencji; był czas, gdy kierowano je i do mnie, nie stroniąc od pogróżek. Sprawa ma dla mnie dwa wątki, a oba budzą spore wątpliwości: czy prezes Daniel Obajtek powinien kupować media – i czy Rzeczpospolita, czy to za sprawą prezesa Orlenu, czy z własnej inicjatywy, powinna usunąć artykuł?

Biorąc pod uwagę skalę działania koncernu, sprawa wydaje się błaha. Orlen jest wielkim , ogromnie złożonym organizmem. Skupia niezliczone spółki zależne. Prowadzi operacje w kilku krajach. Zdefiniowany w statucie przedmiot działalności spółki obejmuje wydawanie gazet. Statut zezwala spółce na nabywanie innych spółek. Zakres samodzielności finansowej zarządu jest znaczny. Niemniej autor wspomnianego artykułu, prof. Michał Romanowski, praktykujący na rynku kapitałowym znawca prawa spółek, postawił dwa pytania: czy zarząd, który podobno zasięgnął opinii ekspertów (nic o nich nie wiadomo), konsultował zakup mediów także z radą nadzorczą spółki? Oraz, czy zwrócił się do akcjonariuszy o zgodę na ów zakup?

Nie znam stanowiska rady nadzorczej. Nie wiem, czy je zajęła. Zarząd nie zwracał się do akcjonariuszy, zapewne nie widział potrzeby. Zresztą są oni tradycyjnie bierni. Państwo ma w spółce udział mniejszościowy, ale nie liczy się z innymi inwestorami, a oni milcząco przyzwalają na rozmaite ekscesy. Spółka jest (zawsze była!) organizmem upolitycznionym. Grzebią w niej służby specjalne. Kolejne rządy widzą w niej narzędzie mogące służyć ich celom. Celem obecnego rządu jest zawłaszczenia państwa i obezwładnienie społeczeństwa. Niektóre nabytki Orlenu można wyjaśniać (jeśli ktoś wierzy argumentom spółki) poszukiwaniem korzyści natury gospodarczej: temu służy przejęcie Energy, zamierzona fuzja z Lotosem, apetyt na PGNiG. Lecz mediów nie skupiono dla synergii w drukowaniu faktur, bądź dla wspierania Ruchu, ratowanego przez Orlen dla odciążenia Aliora, lekkomyślnie kredytującego tonącego kolportera prasy. Chodzi o możliwość wykorzystania mediów w służbie partii rządzącej.

Nie posłuży to prawdzie. Nie służy jej przecież wcale opanowana przez PiS telewizja. Nie służą jej liczne media wprawdzie prywatne, lecz utrzymywane przez spółki z udziałem państwa. Nie służy jej inwazja na słynną radiową Trójkę, bez skrupułów przemienioną w trujkę. Z mediów kontrolowanych przez trzymających władzę wylewa się zbiór bzdur, szamba i nienawiści. Orlen jako wydawca nie sięgnie po Pulitzery. Nabyte media posłużą celom propagandowym. Promując kłamstwo, wywracając na opak system wartości godziwych, tępiąc prawdę – ogranicza się strefę wolnego słowa. Godzi to w demokrację, w prawa obywatelskie,  w istotę państwa prawa i Konstytucji RP.

Reszta jest w sferze domysłów. Bez względu na to, czy Orlen zabiegał o usunięcie niewygodnego dlań tekstu, czy redakcja usunęła go z własnej inicjatywy – rzecz jest wysoce naganna. Nie wiem, czy Orlen kupi Rzeczpospolitą i Parkiet (Parkietu byłoby mi żal, bardzo lubię ten dziennik). Nie wiem, lecz wątpię, czy aby Daniel Obajtek (jak sugeruje Michał Romanowski) ma ambicję zostania premierem – jest utalentowanym samoukiem pozbawionym gruntownego wykształcenia, menedżerem do zadań specjalnych, lecz jeszcze nie politykiem. Nie mam pojęcia, czy Orlen, bądź Daniel Obajtek osobiście, będzie ciągać prof. Romanowskiego po sądach narażając się na śmieszność i porażkę.

Resumując: Orlen zrobiłby lepiej dla siebie i dla dobra publicznego, gdyby mediów lokalnych nie kupił. Rzeczpospolita zrobiłaby lepiej, gdyby nie usunęła wspomnianego tekstu, wszak nie jest pismem szczególnie poczytnym, artykuł nie miałby wielu odsłon. Zabawa w cenzora przyniosła pismu wstyd, a usunięty artykuł uzyskał popularność.

Czytaj także: 

2018.02.10  Czyściciel Obajtek, Orlenino i gra w czaszki (oraz przywołane tam teksty)

GPW nie jest “instytucją państwa”

  • Polityka tak nagina język, by trwale deformował rzeczywistość, stąd termin „spółki Skarbu Państwa” oznacza spółki z jego udziałem;
  • Podobną deformacją rzeczywistości jest określanie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie SA jako „instytucji państwa”;
  • Państwo jest ważnym akcjonariuszem GPW i dysponuje w niej szczególnymi uprawnieniami, lecz w swojej działalności spółka jest niezależna;
  • Obecność państwa w akcjonariacie giełdy nie przydaje jej korzyści i utrudnia możliwości ekspansji zagranicznej.

Twórca polskiego rynku kapitałowego Krzysztof A. Lis powiadał, że państwo nie wtrąca się w warszawską giełdę z uwagi na opiekę roztaczaną nad spółką przez Najświętszą Panienkę. Niestety, w 2005 r. dr Lis zginął w wypadku drogowym, a Panienka wyjechała na wakacje. Państwo wkraczało na giełdę krok po kroku, przez lata poprzestając na budzących niekiedy zdumienie decyzjach personalnych, z czasem jednak umacniając swoje władztwo. Lecz państwo nie decyduje, jak ostatnio zdarzyło się w Chinach, które spółki mogą wejść na parkiet. Nie decyduje też o notowaniach, chociaż kursy spółek z jego udziałem nie zachwycają. Najwyżej próbuje ono dawać impuls ku łączeniu się niektórych spółek, nie pytając o to innych akcjonariuszy. Opinia publiczna bywa jednak karmiona nieprawdziwymi informacjami, że warszawska Giełda jest instytucją państwa, wręcz jego organem.

Przykładem cytat z poważnej gazety: „Na działania spółki (chodzi o Getback SA – ASN) nie reagowały wyznaczone do tego instytucje państwa kierowane przez nominatów PiS: Komisja Nadzoru Finansowego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Giełda Papierów Wartościowych i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Lecz nie powinno się zaliczać giełdy do instytucji państwa, nie jest ona bowiem zarządzana przez państwo i nie służy jego polityce: jest publiczną spółką akcyjną notowaną na rynku papierów wartościowych. Nie do twarzy jej w jednym koszyku ze sprawującą nadzór nad rynkiem kapitałowym – i nad samą giełdą – KNF, bądź z ABW. Są to byty z odmiennych wymiarów: państwa i rynku prywatnego, na którym państwo jest akcjonariuszem niektórych spółek.

Podobny błąd popełniła wcześniej Najwyższa Izba Kontroli w zwięzłym i powierzchownym raporcie o sprawie Getback SA „Bez ochrony państwa”. Izba zwróciła uwagę na bezczynność, lub niedostateczną aktywność „instytucji państwowych”, do których – obok Giełdy Papierów Wartościowych zaliczyła KNF i jej Urząd, UOKiK, Rzecznika Finansowego, Ministerstwo Finansów i Komisję Nadzoru Audytowego. I tym razem uznano notowaną na rynku spółkę akcyjną za „instytucję państwa”. Prawda, że Skarb Państwa jest akcjonariuszem GPW w Warszawie SA, korzystającym w tej spółce z pewnych szczególnych uprawnień, lecz nie jest ona instytucją prawa publicznego, a prawa cywilnego.

W dominacji państwa nad spółką prowadzącą giełdę nie dostrzegam wymiernych korzyści. Na rynku kapitałowym państwo nie ma dobrej reputacji, co negatywnie rzutuje na możliwość ekspansji zagranicznej naszej giełdy. Był czas, kiedy mówiono o możliwości przejęcia którejś z giełd w krajach bałkańskich lub bałtyckich, nawet o możliwości korzystnej fuzji giełd z Warszawy i Wiednia; pozostała tylko szansa związku z giełdą w Armenii. Polski rynek zawdzięczał swój rozwój kolejnym prywatyzacjom, całkowitym lub tylko częściowym, mógł przyciągać zagraniczne spółki, lecz ten korzystny obraz zdecydowanie psuła obecność państwa w akcjonariacie GPW SA. Nawet wejście giełdy do notowań na własnym parkiecie nie zaowocowało wyjściem państwa z akcjonariatu, co może daje kilku urzędnikom złudne przekonanie o ich mocy, lecz negatywnie ciąży nad przyszłością tak warszawskiej giełdy, jak polskiego rynku.

GPW nie tylko nie jest „instytucją państwa”, nie jest też „państwową spółką”. Jest spółką akcyjną z udziałem Skarbu Państwa reprezentowanego obecnie przez Ministerstwo Aktywów Państwowych, co znowu ciąży na obrazie giełdy. W niektórych spółkach ze swoim udziałem państwo jest akcjonariuszem mniejszościowym, z niektórych wyszło (Bogdanka), lecz wraca za sprawą częściowej renacjonalizacji. Dążenie rządu do sklejania spółek, nawet o zgoła innym przedmiocie działalności, podyktowane jest m.in. dążeniem do bezinwestycyjnego zwiększenia udziału państwa w spółkach szczególnie dlań ważnych. Nastąpi to zapewne ze szkodą dla notowań tych podmiotów. Postulat pełnej prywatyzacji warszawskiej giełdy wydaje się obecnie nierealny, ale nadejdzie czas, gdy staniemy przed wyborem: prywatyzacja – lub istnienie giełdy.

Tekst ogłoszony 20 listopada 2020 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

Na rynku własność prywatna jest znacznie cenniejsza od państwowej

  • W umysłach wielu Polaków zdołano zakorzenić przekonanie, jakoby prywatyzacja była trawiącą gospodarkę plagą, złodziejstwem i nieszczęściem;
  • Prywatyzacji przeciwstawia się zalety własności państwowej – dziedzictwa zarządzanego uczciwie i kompetentnie we wspólnym interesie społeczeństwa;
  • Wszak państwo wie wszystko lepiej, jest sprawne i sprawiedliwe, o czym świadczy hojny rozdział wspólnych dóbr między potrzebujących;
  • Te brednie rozgłasza się w kraju, który jeszcze niedawno boleśnie doświadczał skutków rzekomo dobroczynnej wszechobecności państwa w gospodarce.

W procesie prywatyzacji nie uniknięto błędów. Zapewne największym z nich był program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, tworzony na przekór wszelkim standardom corporate governance. Współczesna polityka gospodarcza, zmierzająca ku skupieniu w rękach państwa władzy nad licznymi podmiotami działającymi na rynku, także lekceważy podstawowe standardy corporate governance i niczego dobrego nie wróży. Oto kilka jej największych wad.

  1. Brak poszanowania akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa w spółkach z jego udziałem. Pojęcie „spółek z udziałem Skarbu Państwa” zostało zastąpione, nie tylko przez polityków, także przez niekompetentne media, wymownym skrótem: „spółki Skarbu Państwa”. Nieważne, że w tych spółkach są, obok państwa, także inni akcjonariusze, zaproszeni do udziału w nich w procesie częściowej prywatyzacji (także pod fałszywym szyldem „Akcjonariatu Obywatelskiego”); nieważne, że w niektórych ważnych spółkach większość udziałów należy do inwestorów innych niż Skarb Państwa – reszta akcjonariatu nie liczy się w praktyce. Państwo nie konsultuje swoich zamierzeń z rynkiem, dla swoich pomazańców zagarnia stanowiska w zarządach i radach nadzorczych, zachęca obsadzone przezeń spółki do kierowania środków i zasobów na cele zgodne z jego polityką.
  2. Brak troski państwa o wycenę spółek z jego udziałem. W naturze akcjonariusza leży dążenie do wzrostu wartości posiadanych walorów. Państwo nie czuje się akcjonariuszem, raczej uważa się za właściciela, ale do tej roli nie dorasta. Państwo nie dba, jak wyceniane są przez rynek akcje spółek z jego udziałem: na X, czy X razy 10. Nie są one przeznaczone do sprzedaży, przeto im niżej spadną notowania, tym łatwiej będzie w przyszłości zniechęcić inwestorów, wykupić ich za bezcen i tryumfalnie ogłosić repolonizację. Za przykład braku dbałości państwa o interes spółki z jego udziałem świadczyć może przypadek PGE SA: przeniesiono część kapitału zapasowego na zakładowy (by pobrać od tego podatek), ale napompowanie wartości nominalnej akcji trwale odebrało spółce zdolność emisyjną. To może się srodze zemścić.
  3. Receptą państwa na kłopoty podmiotów gospodarczych jest ich łączenie. Kopalnie toną w długach, energetyka kuleje – przeto należy połączyć te branże. Powiązać Bank Pekao z PZU, niech z tego mixu powstanie narodowy czempion zdolny do ratowania dychawicznego Aliora (kiedyś dobrze prosperującego, lecz od czasu repolonizacji ledwie wiążącego koniec z końcem). Połączyć Orlen z Lotosem, oraz z upadłym Ruchem, może kiedyś jeszcze z PGNiG, by na tej podstawie tworzyć narodową sieć sklepów spożywczych (teraz wszystko ma być narodowe, by zatrzeć przykre wrażenie, że naród podzielił się trwale). Do czego to prowadzi, wyraźnie ukazuje przykład SKOKów: kasy walące się pod kłopotami przyłączano do radzących sobie lepiej, aż w końcu za tę zabawę podatnik zapłacił miliardy. Eksperymenty rządzących przyniosą taki sam efekt, zapłaci za to podatnik. Ogarnięty wisielczym humorem, niekiedy proponuję państwowym decydentom połączenia górnictwa z LOTEM i przerobienie samolotów na napęd węglowy. To idyotyzm, ale kiedyś dowcipkowano, że Iwan Miczurin połączył kota z węglem, uzyskując z tej syntezy miał węglowy.
  4. Wspomniana „repolonizacja”, czy zagarnianie przez państwo uczestników rynku, nie służy budowaniu ich wartości. Po nabyciu przez państwo znaczącego pakietu akcji Banku Pekao proponowałem zbycie przynajmniej części tych akcji przez giełdę. Takie rozwiązanie ożywiłoby warszawską giełdę, wówczas (2016) łaknącą impulsu wzrostowego, a budżet zarobiłby na tym sporo. Przyjęto inny plan: bank ma służyć polityce państwa, finansować księżycową gospodarkę. Proponuję sprawdzić, jak pod władaniem państwa obniżyła się jego kapitalizacja. Teraz czytam, że „państwowe banki i grupy ubezpieczeniowe” mają wykupywać media od zagranicznych koncernów. Owe „grupy ubezpieczeniowe” to zapewne PZU. Cieszyłem się z odzyskania pakietu akcji tej spółki z rąk międzynarodowego inwestora, który nie budził zaufania, nie dawał rękojmi bezpiecznego prowadzenia biznesu (wpuszczono go do spółki w porywie politycznie motywowanej głupoty). Lecz odzyskawszy kontrolę nad spółką, państwo dowiodło ponad wątpliwości, że nie potrafi sprawnie nią zarządzać.
  5. Spółki z udziałem Skarbu Państwa stają się przytułkami dla osób związanych z partią rządzącą. Kryteria mianowania zarządców są niejasne i budzą wątpliwości. Kryteria powoływania nadzorców są nieuczciwe i budzą oburzenie. Do nadzoru nad spółkami delegowani są działacze, albo członkowie ich rodzin, bez pojęcia o naturze swoich funkcji.  Na tym tle narodziło się hasło #RodzinaNaPaństwowym. Lubię parafrazować legendarne powiedzenie liberalnego para Anglii, lorda Actona: „Władza korumpuje, władza absolutna korumpuje absolutnie”. Wszechwładza państwa nad spółkami z jego udziałem jest tego najlepszym dowodem. Lecz dopowiadam: „Władza korumpuje, władza pozbawiona nadzoru korumpuje nadzór”. Zastęp powoływanych do rad nadzorczych prowincjonalnych radnych i ich pociotów to grupa zdemoralizowana i skorumpowana.
  6. Nieznośna lekkość, z jaką spółki trwonią pieniądze akcjonariuszy na cele bez sensu i związku z przedmiotem ich działalności, służy wspieraniu rządzących. Nie przynosi to korzyści biznesowych ani spółkom, ani inwestorom. Wydaje się miliony na reklamy w pisemkach o niskim nakładzie adresowanych do kręgów, które nie uczestniczą w obrocie gospodarczym. Z pieniędzy spółek utrzymuje się rozzuchwalone związki zawodowe. Funduje się gale, przyjęcia, nagrody, jacht narodowy, propagandę fikcyjnych osiągnięć, oprawę kampanii wyborczych. Spółki nie ujawniają wielkości i struktury tych wydatków, podwiązują je pod inne cele, nadzorcy albo nie wiedzą, którędy wypływają ze spółek strumienie pieniędzy, albo wiedzą i godzą się z tym.
  7. Lekarstwem na te przykre przypadłości spółek z domeny państwa byłaby prywatyzacja. Nie gwarantuje ona, że wszystkie problemy znikną jak od machnięcia czarodziejską różdżką, ale można byłoby uniknąć wielu wspomnianych nieprawidłowości. Państwo gwarantujące swoim obywatelom wolność od ingerencji oraz bezpieczeństwo egzystencji, skuteczny pobór podatków, niezależny wymiar sprawiedliwości, nienaruszalność granic, kompetentną dyplomację, samorząd terytorialny, niezawodną opiekę zdrowotną, powszechną edukację oraz stabilny pieniądz, jest silne zaufaniem, jakim obdarza je ogół. Państwo uwikłane w zarządzanie spółkami ze swoim udziałem, planujące sklepy narodowe, łączące na chybił-trafił branże i przedsiębiorstwa, rozprowadzające totumfackich po ministerstwach i radach nadzorczych bez baczenia na kwalifikacje – chce nadrobić brak autorytetu rozdawnictwem posad i pieniędzy. Posady można mnożyć, pieniędzy wnet zabraknie. Przeto trzeba będzie, pod presją pilnych potrzeb, prywatyzować państwowe aktywa. Tylko czy znajdą się jeszcze nabywcy?

Czytaj także:

2000.04.03 Oparcie fotela

2015.02.17 Widzialna ręka rynku

2016.12.10 A teraz sprzedajcie akcje Banku Pekao SA przez giełdę!

2019-04.07 Smutny powrót w Aleję Akcjonariuszy: rynku mamy dzisiaj w Polsce mniej niż przed laty!

2019.09.23 Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

2019.10.09 Dlaczego „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego i co z tego wynika?

Opowieść o Bogdance, ofierze polityki prowadzonej na przekór ekonomii

  • Bywały w historii okresy, kiedy polityka zyskiwała prymat nad ekonomią; w moich czasach wymownym przykładem była chińska rewolucja kulturalna;
  • Chodziło w niej o to, by obalić i zniszczyć ugruntowane wartości i stojące na ich straży instytucje, a wszystko urządzić na opak;
  • Niestety, podobne dążenia dostrzegam współcześnie w Polsce, bowiem odrzuca się zdrowy rozsądek i prawa ekonomii, zwycięża niewiedza i chciejstwo;
  • Do czego to prowadzi, świadczą losy Bogdanki SA, spółki niegdyś darzonej zasłużonym zaufaniem inwestorów.

Lubelski Węgiel Bogdanka SA była przez pewien czas modelową spółką prywatną. Jej pierwotna oferta publiczna wzbudziła zainteresowanie rynku. Cena emisyjna w IPO wyniosła 48 zł, co dało spore wpływy do budżetu. W gronie akcjonariuszy znaleźli się przewidywalni, stabilni, odpowiedzialni krajowi inwestorzy instytucjonalni, zwłaszcza Otwarte Fundusze Emerytalne. Dzięki temu notowania rosły, w porywie osiągając nawet (na zamknięciu 20 grudnia 2012 r.) 140,4 zł. Wtedy bajano jeszcze o Akcjonariacie Obywatelskim, wierzono w sens partnerstwa z państwem – wbrew wielu świadectwom, że kto wdaje się z nim w interesy, często traci. Chyba, że jest związkowcem – wtedy tracą wszyscy dokoła: państwo, podatnicy, inwestorzy.

Szczególnie trudny był dla spółki rok 2015. Wciąż była – i jest – rentowna, lecz warunki gospodarowania stale ulegały pogorszeniu. Państwo wspierało nierentowne śląskie kopalnie, wkładało je do portfeli spółkom energetycznym, powodując kryzys całej branży, przeto związkowcy z Bogdanki zatęsknili za jego opieką, by uniknąć konkurencji i praw rynku. Oświadczyli: „Chcemy wrócić do Skarbu Państwa, bo nie opłaca się być w Polsce spółką prywatną”. Niezaprzeczalnie byłoby im lepiej, gorzej byłoby za to podatnikom.

W 2015 r. Enea SA ogłosiła wezwanie na Bogdankę. Była to – udana – próba częściowej renacjonalizacji spółki w pełni prywatnej przez spółkę z dominującym udziałem Skarbu Państwa. Wezwanie zostało poprzedzone mocnym ciosem w notowania Bogdanki spowodowanej wypowiedzeniem przez Eneę umowy o dostawach węgla. Wbrew moim oczekiwaniom rynek ze spokojem przyjął odwrócenie prywatyzacji jednej z najlepszych notowanych spółek. Wcześniej fundusze odrzuciły korzystniejszą ofertę New World Resources – dlaczego więc przystały na mniej korzystną ofertę Enei? Odpowiedź: nasz rynek jest bardzo mały, inwestorzy Bogdanki okazali się zarazem inwestorami Enei, kombinowali więc, że na przejęciu tej pierwszej przez drugą jakoś nie stracą. Lecz spadki dotknęły obu spółek. Ekonomii nie udało się oszukać.

Kurs Bogdanki przybrał trwale kierunek zniżkowy, czasem falował już znacznie poniżej przywołanego maksimum, by w ostatnim roku – od 21 lutego 2019 do 20 lutego 2020 spadać systematycznie, w sumie o 58,74 proc., osiągając dziejowe minimum 21,0 zł. Bezpośredni impuls do ostatniej zniżki dała informacja o przejściowym ograniczeniu wydobycia o 25 proc. Słowo „przejściowe” przypomina mi „przejściowe braki w zaopatrzeniu” w epoce PRL.   Prezes spółki wyjawił powody tej decyzji: zbytowi węgla szkodzi lekka zima, a ponadto wiatry napędzające energię z wiatraków. Nie wspomniano, że spółce – najbardziej rentownej w polskim górnictwie węglowym – szkodzi przede wszystkim postawiona na głowie polityka państwa.

Świat wokół nas zmienia się. Społeczeństwa i rządy uświadomiły sobie niebezpieczeństwa powodowane kryzysem klimatycznym. Rynki żądają od spółek odpowiedzialności klimatycznej, podejmowania intensywnych działań na rzecz zmniejszenia negatywnego oddziaływania spółek na środowisko. Inwestorzy odwracają się od brudnych spółek. Polska podąża na przekór tym prądom, trwa przy węglu ryzykując izolację, z czasem zacznie dotykać nas bojkot. Klimat i prawa ekonomii są dla rządu mniej istotne niż chwiejny spokój społeczny. Rząd znowu przekupił górników obietnicą podwyżek w feralnej Polskiej Grupie Górniczej, by uniknąć zapowiedzianego najazdu górników na stolicę. Mówiono, że zabrakło autobusów dla chętnych do udziału w manifestacji 28 lutego. Zakontraktowane na tę okoliczność autobusy nie należą do górniczych związków, ale do pracodawców, którzy nie mają odwagi odmówić ich udostępnienia.

W Polsce odwrócono system wartości. Prawdę zastępuje kłamstwo, praworządność gnie się pod naciskiem prawniczych hunwejbinów, prawa ekonomii są w pogardzie, spalanie węgla stało się ważniejsze od walki ze smogiem i ochrony klimatu. Ale nie winię Bogdanki, jej zarządu, pracowników i związkowców. Wszyscy są ofiarami polityki: katastrofalnej, nieodpowiedzialnej.

Zastrzeżenie: notowania spółek wahają się, przywołany kurs minimalny 21,0 zł zapewne nie będzie aktualny w czasie lektury tego tekstu…

Czytaj także:

http://2015.07.25 Powrót do macierzy

http://2015.09.18 Bogdanko, trzymaj się!

http://2015.10.23 Milczące trąbki pocztowe

 

 

 

Dwa raporty, jedna prawda, ale wciąż niepełna – czyli znowu o Getback SA

  • Raport Najwyższej Izby Kontroli trafnie podkreśla, że w sprawie Getback SA zawiodło państwo;
  • Akcjonariusze i obligatariusze spółki zostali oszukani, a państwo nie zrobiło wszystkiego, by temu zapobiec, by sprawę rozpoznać, rozwikłać, rozwiązać;
  • NIK nie zajrzała do wnętrza spółki, ani do wnętrza rynku, natomiast wskazała na pęknięcia na jednej z jego fasad, za którą nie zadziałały instytucje państwowe;
  • Wbrew oczekiwaniom, lub obawom, NIK przedstawiła temat wstrzemięźliwie, unikając politycznych konotacji.

Z uwagą przestudiowałem raport „Bez ochrony państwa” prezentujący ocenę sprawy Getback SA dokonaną przez Najwyższą Izbę Kontroli. Jest to tekst zwięzły, gęsty od ocen, skupiony wokół ważnego, acz jednego tylko, aspektu problemu: do kryzysowej sytuacji walnie przyczyniło się państwo. Zaniedbało sprawę – i zawiodło!

To prawda, ale niepełna. Zawiodło nie tylko państwo. Pozwolę sobie przypomnieć moje opracowanie: RAPORT NARTOWSKIEGO. Sprawa Getback SA w świetle corporate governance (2018) ogłoszone z początkiem ub. r. Tytuł materiału świadczy, że i on nie podejmował wszystkich aspektów sprawy. Lecz konkluzja idzie dalej, niż sięga Najwyższa Izba Kontroli. Brzmi ona: Zawiódł system. Zawiódł na całej linii.

Z całym szacunkiem dla NIK i jej opracowania, pragnę podkreślić odmienność punktów widzenia sprawy Getback SA. W oczach Izby zawiodło państwo, w moich – cały system rynku kapitałowego. Państwo jest tylko jednym z jego elementów. Ważnym, lecz nie jedynym, ale czy najważniejszym? Dla urzędnika – niewątpliwie tak. Dla ludzi rynku (mienię się być jednym z nich) wcale niekoniecznie.

W Polsce państwo jest zwornikiem, ale i psujem rynku. Zwornikiem, ponieważ stanowi prawo i kontroluje jego przestrzeganie. Psujem, gdyż w naszych warunkach jest ono także uczestnikiem obrotu uzurpującym sobie przywileje niedostępne innym uczestnikom. Pełniąc na przemian te role, państwo pogrąża się w konflikcie interesów. Nie wspomaga ono zaufania na rynku i do rynku, nie tworzy trwałych wartości, nie jest sumieniem rynku kreującym należyte wzorce postępowania na nim. Jest częścią systemu, który zawiódł.

„Kryzys Getback SA boleśnie dotknął rynek, ale niezaprzeczalnie także kryzys rynku dotknął spółkę. Objawił się on tym, że w niej i wokół niej nie zadziałał żaden z bezpieczników mających chronić przed nadużyciami”(wytłuszczone cytaty pochodzą z mojego raportu – ten ze strony 11). Raport NIK nie obejmuje tych bezpieczników, natomiast dotyczy działań „instytucji państwowych”, a konkretnie kolejno: Komisji Nadzoru Finansowego i jej Urzędu, Giełdy Papierów Wartościowych, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznika Finansowego, Ministerstwa Finansów i Komisji Nadzoru Audytowego. Jest to zbiór niezborny: obok organów administracji powołanych do ochrony rynku znalazła się w nim giełda powołana do organizowania obrotu. Kontroler zapewne uznaje ją za instytucję państwową, skoro państwo ma w niej znaczące udziały oraz decyduje (w istocie z pominięciem pozostałych akcjonariuszy) o obsadzie jej organów. Lecz GPW jest instytucją rynku, spółką akcyjną notowaną na prowadzonym przez nią parkiecie. Byłoby lepiej dla niej, dla jej udziałowców i dla rynku, gdyby państwo ograniczyło swój zgubny wpływ na giełdę i na rynek. Przyznanie przez GPW pamiętnej nagrody spółce Getback (tuż przed jej katastrofą) nie było gestem przyjętym na rynku, nie wszyscy widzą za nim inicjatywę giełdy.

„Kiedy Getback SA zakopywała się w pułapce braku płynności, źle działo się w Komisji Nadzoru Finansowego. (…) Odpryski sprawy korupcji w KNF ugodziły w powagę Narodowego Banku Polskiego (NBP) i jego prezesa (…) Znaki zapytania postawiono nad prezesem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.” (s. 11-12). Wspomniane zjawiska wspomogły atmosferę braku zaufania do państwa i jego struktur. Zdiagnozowałem przeto kryzys rynku, kryzys państwa i kryzys systemu (s.11-13).

Wśród symptomów kryzysu państwa wymieniam opieszałość jego organów w działaniach na rzecz ustalenia prawdy o aferze KNF i jej pobocznych wątkach, zatrzymanie Andrzeja Jakubiaka i Wojciecha Kwaśniaka i niezwykły komentarz ministra sprawiedliwości, polityczne wzmożenie komisji do sprawy Amber Gold (teraz wiemy, że nie wniosła ona wiele do sprawy), komisji do sprawy podatku VAT (jak wyżej), oraz komisji ds. reprywatyzacji warszawskich nieruchomości (jak wyżej), ślimaczące się śledztwo w sprawie SKOK Wołomin… Nie są to sprawy powiązane z Getback SA, ale w swoim splocie ukazują one słabość państwa.

„Za spółką emitująca akcje i obligacje przemawiał system. Wszak nieprawidłowości dotknęły jego rdzenia. Prócz piastunów spółki objęły one także środowisko towarzystw funduszy inwestycyjnych, banki, domy maklerskie, analityków giełdowych, agencje ratingowe, audytora.” (s. 12). Wiele wskazuje, że niektórych sprawców lub współsprawców owych nieprawidłowości sprawiedliwość już dotknęła lub dotyka, natomiast innych ominie. Nikt nie pozwie analityków lub agencje ratingowe wysoko windujące oceny i wyceny spółki, kary ominą media robiące klakę spółce i jej prezesowi.

„Znaki zapytania dotyczą Deloitte, audytora badającego księgi Getback SA” (s. 30). W postępowaniu audytora wielu upatruje oznaki niedbalstwa i braku profesjonalnej staranności, lecz nie jest pewne, czy zostanie ono przykładnie rozliczone.

Najwyższa Izba Kontroli podjęła i rozwinęła przede wszystkim wątek KNF – UKNF, wskazując na liczne nieprawidłowości w pracy Urzędu Komisji. Lecz ogłaszając swoje opracowanie niemal pełny rok po moim, Izba dysponowała pełniejszymi informacjami o wydarzeniach. Niemniej materiał NIK jest cennym przyczynkiem do sprawy Getback SA, ponieważ rzetelnie wskazuje na niedoskonałość pracy Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego. Nie podejmuje natomiast rzutującej na ocenę KNF i UKNF afery Marka Chrzanowskiego.

Na marginesie materiału KNF: po ogłoszeniu mojego raportu na temat Getback SA wpłynęło jedno jedynie sprostowanie. Dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej KNF zakwestionował sformułowanie, że NIK wykryła wiele nieprawidłowości w działaniach Komisji (s. 38). Zwrócił on uwagę, że kontrola NIK dotycząca Getback SA nie została jeszcze zakończona. Za nieścisłość przeprosiłem. Lecz teraz kontrola została zakończona, a NIK wskazała na tak wiele nieprawidłowości, że aż wstyd je wspominać.

„W procesie dystrybucji obligacji występowało więc zjawisko missellingu polegające na oferowaniu przez niewłaściwe podmioty, niewłaściwym nabywcom, w niewłaściwy sposób, niewłaściwych walorów” (s. 37). Nazwałem to „czarnym procederem” (tamże). Raport NIK zawiera krytyczne oceny dystrybucji obligacji Getback SA i zwraca uwagę, że temu procederowi można było wcześniej położyć kres, gdyby nie ogrom zaniedbań ze strony UKNF.

Najwyższa Izba Kontroli sformułowała praktyczne wnioski końcowe zmierzające do ułatwienia dochodzenia roszczeń przez osoby poszkodowane, oraz do wzmocnienia pozycji inwestora na rynku finansowym. Oby tych wniosków nie spotkał smutny los zaleceń mojego raportu, czyli brak reakcji adresatów.

Po ogłoszeniu mojego raportu i post scriptum spotkałem się z zarzutami, że pominąłem polityczne wątki sprawy. Nie widziałem powodu do ich rozdmuchiwania. Także Najwyższa Izba Kontroli okazała w tej materii wstrzemięźliwość. To pole dla badaczy polityki.

 

 

Smutny powrót w Aleję Akcjonariuszy: rynku mamy dzisiaj w Polsce mniej niż przed laty!

  • Performance akcjonariuszy Elektrimu na ulicach Warszawy: nie doszło do ekscesów, więc większość mediów nie poświęciła zjawisku należnej mu uwagi;   
  • Czy akcjonariuszy Elektrimu chwalić za wytrwałość i nadzieję, czy ganić za lekkomyślność, z jaka wnosili pieniądze do spółki niegodnej zaufania?                    
  • Przed kilkunastu laty biadałem nad trudnym losem akcjonariuszy na polskim rynku, wzywałem do zawarcia umowy społecznej z biznesem;                                   
  • Dzisiaj jest jeszcze gorzej.                                                                    

Na podstawie zapowiedzi w mediach społecznościowych można było oczekiwać wydarzenia nieco większej skali. Ostatecznie w marszu akcjonariuszy Elektrimu wzięło udział ok. 150 osób. Nie rzucali mutrami, nie palili opon, więc nie wywołali większego zainteresowania mediów; świadczy to dobrze o akcjonariuszach i bardzo źle o mediach, które w większości przegapiły wydarzenie wzbogacające obyczajowość polskiego rynku kapitałowego. Pochwały należą się turzędnikom kancelarii prezydenta i premiera, którzy przyjęli od demonstrujących petycje dotyczące ochrony praw akcjonariuszy. Marcel Zatoński z Pulsu Biznesu podsumował wydarzenie na Twitterze: „To chyba jest ten akcjonariat obywatelski :)” Rozgoryczeni posiadacze akcji dawnego cesarza spekulacji domagali się powrotu spółki na giełdę, żądali „STOP giełdowym oszustwom!”, biadali „Z Elektrimu wyparowały miliardy pod nadzorem KNF i GPW”. Nic to, że GPW nie nadzoruje spółek, a miliony znikały na długo przed powstaniem KNF…

Elektrim miał na giełdzie dobre chwile, akcje drożały w oczach, lecz to, co działo się w firmie musiało budzić niepokój. Nie darzyłem tej spółki sympatią, w 2002 roku wróżyłem jej marny koniec. Rozszyfrujmy tytuł artykułu „ELE mele dutki”: ELE to kod giełdowy Elektrimu, mele to synteza komunikacji spółki z otoczeniem, a dutki – wiadomo, zniknęły. Niemniej grono niepoprawnych entuzjastów nabyło akcje spółki i zatrzymało je, gdy spółka schodziła z giełdy. Nie jestem zdecydowany, czy powinniśmy chwalić optymistów za wytrwałość i nadzieję na sukces w sporze z Zygmuntem Solorzem, czy ganić ich lekkomyślność. Lecz wiem, że to lekkomyślni optymiści dają rynkowi napęd. Oraz, że inwestorom przysługują określone prawa.

Przed laty inwestorzy nie organizowali ulicznych marszów w obronie swoich praw. Niemniej w 2003 roku wykreowałem alegorię takiej sytuacji („W Alei Akcjonariuszy”). Już wówczas można było zauważyć, że polskie spółki zaczynają poważnie traktować swoje powinności wobec społeczeństwa. I już wówczas rzucało się w oczy, że społeczeństwo jeszcze nie dostrzega swoich powinności wobec spółek, wobec rynku kapitałowego, wobec gospodarki. Przez krótką chwilę rozbłysła nad rynkiem jutrzenka Akcjonariatu Obywatelskiego: rząd miał uczciwie prywatyzować gospodarkę, społeczeństwo miało uzyskać bezpośredni dostęp do dobrodziejstw rynku kapitałowego, inwestować w akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw, bogacić się. Nie była to utopia: proces prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych został z powodzeniem przeprowadzony w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher (jakże brakuje dzisiejszym brytyjskim „politykom” charakteru i rozumu Żelaznej Damy!). W akcje przedsiębiorstw komunikacyjnych i firm użyteczności publicznej z sukcesem inwestowały miliony Brytyjczyków, a ich dobrobyt niepomiernie wzrósł. Niestety, nasz rząd przestraszył się utraty kontroli nad firmami, w których mógł obsadzać stanowiska swoimi stronnikami. Thatcher wygrywała wybory, ponieważ dbała o wyborców, nie popleczników.

W Polsce nie było tak łatwo. Prywatyzacja miała wielu wrogów. Jesteśmy społeczeństwem podatnym na populizm, więc szybko zrobiły karierę oszukańcze slogany o „złodziejskiej prywatyzacji”, „liberałach aferałach”, „wyprzedaży za bezcen majątku narodowego”. Opinią społeczna zawładnęli nieudacznicy, pozbawieni elementarnej wiedzy o gospodarce. To zjawisko trwa do dzisiaj. Opinia społeczna nie protestowała, gdy rząd lekką ręką przepłacał setki milionów za odzyskanie kolejek linowych. Nie ma żadnych argumentów na poparcie tezy, że rząd powinien administrować kolejką na Górę Parkową, na Gubałówkę lub Kasprowy Wierch. Rząd, który nikczemnie zaniedbał obronę narodową, zlekceważył politykę zagraniczną, ochronę zdrowia, zdeformował oświatę, miałby być akurat na tym polu lepszym gospodarzem niż prywatny właściciel?

Zapędy do wywyższania własności państwa nad własność prywatną tłumią energię rynku. Mamy go coraz mniej. Jest wprawdzie ministerstwo mające zająć się przedsiębiorczością, lecz nie przynosi ono rynkowi żadnych korzyści. Kiedy jeszcze powołają Ministerstwo Inicjatywy Prywatnej, trzeba będzie zamknąć rynek, zgasić światło i ogłosić sukces.

Czytaj także:

2002.09.24 ELE mele dutki

2003.10.20 W Alei Akcjonariuszy

 

 

 

 

Rynek za klimatem, polityka przeciw

www.personalities.plRynek nie zawsze podąża w tym samym kierunku, co państwo. Wypowiadając paryskie porozumienie klimatyczne prezydent USA stanął przeciwko rynkowi. Akcjonariusze usiłują wymuszać na spółkach przejrzystą politykę informowania o szacunkowych kosztach ryzyka płynącego z oddziaływania ich działalności na klimat, a także o podejmowanym na tym polu lobbingu. Aktywni inwestorzy, szczególnie finansowi, dają wyraz społecznej odpowiedzialności dążąc do wprowadzania w życie uzgodnionych w Paryżu standardów. Doroczne walne zgromadzenia coraz częściej podejmują uchwały w tym przedmiocie, często wbrew opozycji rady dyrektorów.

Oświadczenie prezydenta Trumpa o odstąpieniu przez Stany Zjednoczone od paryskiego porozumienia klimatycznego wisiało już w powietrzu, gdy walne zgromadzenie Exxon Mobil, jednej z flagowych korporacji Ameryki, powzięło ważną uchwałę o sprawozdawaniu przez spółkę na temat długoterminowego ryzyka ciążącego na jej działalności w następstwie zmian technologicznych i klimatycznych w świetle paryskich postanowień. Przeciwko projektowi opowiedziała się rada dyrektorów, za projektem głosowała doraźnie skomponowana koalicja inwestorów finansowych, w tym globalny fundusz inwestycyjny Black Rock, fundusz emerytalny pracowników stanu Nowy Jork i fundusz inwestycyjny Kościoła Anglii. W ubiegłym roku ta sama propozycja zyskała 38,1% głosów, więc uchwała nie została przyjęta; obecnie została powzięta większością 62% głosów i chociaż nie ma charakteru wiążącego, spółka nie może jej po prostu zignorować. Zwłaszcza, że SEC oraz stany Nowy Jork i Massachusetts prowadzą wymierzone w nią postępowania.

Wobec tego CEO Darren Woods, unikając formalnego zobowiązania do stosowania uchwały zapewnił, że rada dyrektorów przemyśli model komunikowania z interesariuszami na temat, jak paryskie limity wpływają na wartość pól naftowych, rafinerii i ropociągów. Jego zdaniem spółka jest gotowa do kierowania się paryskimi metodami i celami, ale porozumienie nie zmieni faktu, że popyt na ropę będzie rósł w najbliższych dekadach, zwłaszcza w regionach słabiej rozwiniętych. Zapotrzebowanie na energię wynika z demografii i standardów życia. Celem jest ograniczanie emisji gazów cieplarnianych najniższym kosztem dla społeczeństwa. Woods kieruje koncernem od 1 stycznia b.r.; w podobnym duchu wypowiadał się jego poprzednik Rex Tillerson, obecnie sekretarz stanu w administracji Trumpa.

Nie wszędzie głosowania w sprawie ryzyka zmian klimatycznych doprowadzały do powzięcia uchwał. Wielu inwestorów instytucjonalnych zwyczajowo głosuje na walnych zgromadzeniach zgodnie ze stanowiskiem rady dyrektorów. Brak jedności funduszy emerytalnych zważył na odrzuceniu projektu przez walne zgromadzenia Verizon Communications Inc. oraz First Energy Corp. Podobnie zdecydowało walne Chevron Corp., natomiast uchwały klimatyczne udało się funduszom przeforsować na walnych zgromadzeniach PPL Corp., a także Occidental Petroleum Corp., gdzie uchwała została powzięta większością 65,7% głosów z inicjatywy funduszu emerytalnego California Public Employees’ Retirement System (CalPERS) dzięki poparciu jej przez Black Rock. największego akcjonariusza spółki. Ten przypadek jest znamienny z trzech powodów: Occidental ma mroczną historię szkodnika politycznego i środowiskowego, przeciwko uchwale wypowiedziała się rada dyrektorów, a jeszcze w ubiegłym roku taki sam projekt nie zyskał większości głosów. Nie poparł go wówczas Black Rock, który obecnie zmienił stanowisko stwierdzając brak postępu w dostosowaniu polityki klimatycznej Occidental do porozumienia paryskiego z 2015 r.

Kompanie naftowe spoza Stanów Zjednoczonych już wcześniej podejmowały podobne uchwały: Royal Dutch Shell Plc, British Petroleum Plc oraz Statoil ASA raportują na temat polityki klimatycznej od roku 2015. Akcjonariusze, kiedy się jednoczą, potrafią oddziaływać na politykę spółek. Czy także potrafią wymusić zmianę polityki państwa? Za poszanowaniem paryskiego porozumienia opowiadają się liczne spółki, amerykańskie i obce, ale prowadzące działalność w USA, m.in. Adidas, Adobe, Allianz, Apple, Dow Chemical, Dupont, eBay, Gap, General Mills, Google – by poprzestać na pierwszych literach alfabetu…

Można oczekiwać rosnącego zaangażowania inwestorów na rzecz zwiększenia przejrzystości polityki klimatycznej spółek. Niechętne porozumieniu paryskiemu stanowisko prezydenta USA nie zatrzyma tej tendencji. Odpowiedzialność klimatyczna staje się jednym z ważnych kryteriów oceny spółek i tkwiącego w nich ryzyka. Natomiast tam, gdzie państwo jest obecne na rynku, ma silną pozycję w akcjonariacie spółek, jest w stanie narzucić im swoją politykę – należy spodziewać się trudności w realizacji standardów paryskich, co w może przyszłości owocować reakcją społeczności międzynarodowej. Nieprędko do tego dojdzie – ale zapewne dojdzie…

Tekst ogłoszony 20 czerwca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także:
2000.07.24 Zysk z plusem

Spółki pod specjalnym nadzorem, czyli pogarda dla rynku

Czy można sobie wyobrazić depeszę Deutsche Presse Agentur „Kanclerz federalna Angela Merkel ogłosiła, że przejęła nadzór nad Volkswagen AG”? Albo info na pasku w BBC World Service: „PILNE: PM Theresa May przejęła kontrolę nad Barclays”? Zakładam, że wyobraźnia nie sięga tak daleko. Lecz w Polsce bywa inaczej. Wicepremier Mateusz Morawiecki ogłosił kiedyś, że… przejął kontrolę nad PKO Bankiem Polskim. To znaczy: nie dokonał przejęcia spółki akcyjnej w trybie przewidzianym przez prawo, natomiast zagarnął ów bank do swojej domeny władzy. Co zresztą uchroniło bank przed nieprzemyślanymi zmianami personalnymi… Niedawno, na kanwie nagłego, do tego bezsensownego, odwołania prezesa PZU SA, rozpisywały się media, jak o wpływy w spółce rywalizują panowie Ziobro i Morawiecki. Aż sprawę spróbowała wyciszyć premier Beata Szydło informując, iż to ona osobiście „sprawuje nadzór” nad ubezpieczycielem.

W internecie pojawiły się urągliwe komentarze, co też pani premier, etnograf, wie o ubezpieczeniach. Dzięki temu dowiedziałem się, że ma ona dyplom wydziału, gdzie i ja studiowałem. Lecz profil wykształcenia nie ma tu nic do rzeczy. Nie chodzi przecież o nadzór w rozumieniu Ksh (art. 382 § 1: „Rada nadzorcza sprawuje stały nadzór nad działalnością spółki we wszystkich dziedzinach jej działalności”). Jedyną dziedziną, nad którą premier, względnie wicepremier, względnie wspomniany minister, pragną sprawować „kontrolę” lub „nadzór” nad spółkami, jest selekcja kandydatów do korzyści czerpanych z owych spółek. Czyli najpierw dobór rad nadzorczych posłusznych dyrektywom politycznym, następnie wybór przez posłuszną radę prezesa i członków zarządu. Wtedy można już swobodnie rozprowadzać swoich po posadach. Nazywa się to repolonizacją, odzyskiwaniem, wymianą elit, dobrą zmianą – każdy z tych terminów zawiera większy ładunek nonsensu, niż bomba termobaryczna.

Ta zbójecka w gruncie rzeczy polityka nie budzi powszechnych sprzeciwów. Akcjonariuszy jakoś nie obchodzi, czy spółce prezesuje prawdziwy menedżer, czy Szydlak, Ziobrak lub Morawiak. Nie o zasady im chodzi, ani o Dobre praktyki, jedynie o pieniądze. A te obecnie płyną do udziałowców spółek pod specjalnym nadzorem. „W zaledwie 7 miesięcy wartość spółek Skarbu Państwa wzrosła o 90 mld zł. To jest tyle, ile wynosi kap. (kapitalizacja – ASN) PKN+PZU” tweetuje Piotr Kwestarz, ceniony analityk portalu Strefa Inwestorów. Twitter wymaga zwięzłości, liczy się każdy znak, stąd mylący skrót o spółkach Skarbu Państwa. W rzeczy samej są to spółki z udziałem Skarbu Państwa, niekiedy mniejszościowym; nie ma to wszelako nic do rzeczy, bowiem państwo zawłaszcza te spółki, uznaje je za swoje, tylko swoje; nie szanuje, nawet nie dostrzega, interesów innych udziałowców. Czas zrozumieć, że obecny rząd nie uświadamia sobie, jakich korzyści może rynek kapitałowy przysporzyć gospodarce, obywatelom i państwu, więc wkracza na niego z maczugą i wali nią na oślep.

Działania na szkodę demokratycznego państwa prawa, gwałt na Trybunale Konstytucyjnym, deforma systemu edukacji, masakrowanie Służby Cywilnej, zamach na niezawisłość sądów, lekkomyślne zadłużanie państwa, nieuczciwa procedura uchwalania budżetu, osłabianie zdolności obronnych Polski, a zatem i NATO, ubezwłasnowolnianie organizacji pozarządowych, ekscesy dyplomacji, rzeź samorządności – spotykają się z ostrą krytyką w kraju i na świecie. Lecz mało kto występuje w obronie rynku kapitałowego. Bank Światowy, Unia Europejska, opiniotwórcze media – nie angażują się w przeciwdziałanie krokom zmierzającym do unicestwienia zasad corporate governance. Być może jest tak dlatego, że wspomniane wartości demokratyczne wspierane były przez Zachód od czasu transformacji dobrym słowem, szkoleniami, pomocą techniczną i merytoryczną, pieniędzmi wreszcie, a nasze usiłowania ku wprowadzeniu na rynek zasad corporate governance nikogo nie obchodziły, nie skłaniały do udzielania wparcia merytorycznego lub finansowego.

Doskonale pamiętam pierwsze inicjatywy na rzecz sformułowania dla polskiego rynku Dobrych praktyk spółek publicznych. Inspirował je dr Krzysztof A. Lis, koordynował niedawno zmarły prof. Grzegorz Domański. Zaowocowały one m.in. powołaniem Polskiego Instytutu Dyrektorów, którym miałem zaszczyt przez lata kierować. Na tym polu nasza transformacja była zdana wyłącznie na siebie. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że Zachodowi wcale nie zależy na doskonaleniu polskiego rynku. Owszem, napływały inwestycje, jak niegdyś napływały do kolonii. Później kolonie odłączały się, jak dzisiaj Polska próbuje odłączyć się od świata, wejść w alternatywną rzeczywistość. Kiedyś zagraniczni inwestorzy mogą wycofać kapitał. Przyjdzie nam jeszcze zatęsknić za rynkiem, ale rząd już zgasi na nim światło.
Czytaj także, m.in.:
2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa?
2017.03.29 Inwestowanie w czasach zarazy
2015.02.17 Widoczna ręka rynku