Archiwa tagu: reputacja

Reputacja i prawa człowieka

Prysł mit suwerenności chroniący państwa przed odpowiedzialnością za traktowanie własnych obywateli. Wkrótce pojawiła się świadomość, że podmiot gospodarczy ponosi odpowiedzialność za następstwa swojej działalności i w sferze środowiska i klimatu, i w sferze praw człowieka.

Kiedy w dyskusjach o corporate governace pojawia się temat praw człowieka, bywa on zbywany stwierdzeniami, że zapewne chodzi o sytuacje na plantacji herbaty w Sri Lance, lub o te biedne szwaczki z Bangladeszu szyjące na zamówienia znanych firm odzieżowych. Lecz nas to nie dotyczy: wszak mamy Kodeks pracy, bogate orzecznictwo w sprawach pracowniczych i aktywne związki zawodowe. Takie rozumowanie wypycha prawa człowieka w obszar Trzeciego Świata, przydaje im egzotyki i odziera je z aktualności.

Wspomniane podejście do sprawy jest błędne. Prawa człowieka to najbardziej uniwersalny kanon w dziejach ludzkości, obejmujący wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej, rozpięty ponad podziałami ze względu na przekonania, płeć, kolor skóry, wyznania religijne, orientację seksualną, wykształcenie, itd. Kanon, który zakłada, iż ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw – a zakres i treść ich praw są systematycznie rozszerzane. Początkowo prawa człowieka adresowane były do jednostek, z czasem dotknięto nimi interesów rozmaitych grup, a w końcu – całej ludzkości, jej wspólnego dziedzictwa, jej wspólnej przyszłości na wspólnej planecie – Ziemi.

Kanon praw człowieka bardzo intensywnie rozwijano po drugiej wojnie światowej pod wpływem jej niewiarygodnych okrucieństw. Zaczyn dała już Karta Narodów Zjednoczonych z 1945 r. Lecz pierwsze próby skodyfikowania praw człowieka – Powszechna Deklaracja Praw Człowieka [1948] i mniej powszechna, bowiem regionalna, ale bardziej konkretna Europejska Konwencja Praw Człowieka i Podstawowych Swobód [1950] – zorientowane były ku jednostce. Prace nad Deklaracją przebiegały w ostrych sporach, czy ważniejsza jest wolność jednostki od ingerencji państwa [jak proponował Zachód], czy bezpieczeństwo jej egzystencji [co próbował głosić blok sowiecki]. Pierwsi dawali prymat wolnościom słowa i wyznań, prawu do niezawisłego sądu i uczciwego procesu itd. Drudzy kładli nacisk na prawa do ochrony zdrowia, edukacji, pracy itd. Echa tych sporów do dzisiaj pobrzmiewają  w polskiej polityce…

Z czasem udało się pogodzić obie strony, czego wyrazem Międzynarodowe Pakty Praw Człowieka [1966]. Lecz kanon praw człowieka jest rozwijany nadal, wnikając w coraz nowe obszary ludzkiej działalności. Przed pięćdziesięciu laty głosiłem prawo do środowiska, dzisiaj głosi się prawo do bezpieczeństwa klimatycznego, ochrony warunków życia ludzkości. Zarazem prawa człowieka są coraz ściślej związane z wszelką działalnością gospodarczą. Przykładem niech będzie związek swobody działalności gospodarczej z wolnością słowa, swoboda głoszenia opinii [freedom of expression], wyraziście manifestowany w sprawie Discovery-TVN.

Prawa człowieka w coraz większym stopniu rzutują na powagę i reputację państw. O ocenie rynku decyduje nie tylko produktywność gospodarki, nie tylko corporate governance w podmiotach gospodarczych [nie tylko notowanych!], także reputacja państwa będącego nadbudową tego rynku. Od spółek wymagamy coraz więcej, obecnie musza one sprawozdawać nie tylko liczby składające się na wynik kwartalny lub roczny, także okoliczności towarzyszące temu wynikowi. W tym dane do niedawna mniej istotne na rynkach kapitałowych, jak oddziaływanie działalności spółki na środowisko, równowagę klimatyczną, poszanowanie praw pracowniczych.

To skutki rewolucji zapoczątkowanych jeszcze w ubiegłym stuleciu, w jego latach sześćdziesiątych (świadomość ekologiczna) oraz siedemdziesiątych (świadomość znaczenia praw człowieka). Tę drugą zainspirował niedoceniony jeszcze należycie prezydent USA James (Jimmy) Earl Carter, który postawił prawa człowieka w roli najważniejszego kryterium oceny państw i ich rządów. To właśnie na polu praw człowieka Zachód wygrał zimną wojnę, demonstrując miażdżącą przewagę nad Wschodem. Prysł mit suwerenności chroniący państwa przed odpowiedzialnością za traktowanie własnych obywateli. Wkrótce pojawiła się świadomość, że podmiot gospodarczy ponosi odpowiedzialność za następstwa swojej działalności i w sferze środowiska i klimatu, i w sferze praw człowieka. Na reputację spółek składa się więc nie tylko wynik na działalności gospodarczej, także konsekwencje ich obecności w społeczeństwie i środowisku. Bez poszanowania praw człowieka ani państwa, ani spółki, nie mają wartościowej reputacji.

Tekst ogłoszony 17 sierpnia 2021 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Notowania, polityka, reputacja i półsłówko

Under Armour Inc. (NYSE: UAA) to ambitny producent odzieży sportowej, obuwia i akcesoriów, pogrążony ostatnio w kłopotach, na ogół zawinionych. Notowania dramatycznie słabną. Kurs pędzi na południe, w niespełna rok obsunął się o ponad 50 proc. Po ogłoszeniu dramatycznego raportu za IV kwartał 2016 r. natychmiast stracił 27 proc. Analitycy zwracają uwagę, że marka nie przemówiła do młodych, nie poniosła jej wysoka fala mody, nie sprostała ostrej konkurencji znacznie większych rywali, jak Nike lub Adidas. Owszem, firma zyskała popularność na przedmieściach wschodniego wybrzeża, lecz już nie w bardziej zasobnych śródmieściach, ani na zachodnim wybrzeżu, które jest bardziej jazzy i nadaje ton. A obligacje spółki błąkają się po rubieżach obszarów śmieciowych. Standard & Poor’s ściął ich rating do najniższego poziomu inwestycyjnego, BB+ (poprzednio BBB–) z perspektywą negatywną.

Spółce szkodzi także polityka. Jej CEO Kevin Plank w wywiadzie dla CNBC wychwalał Donalda Trumpa. Wyraził opinię, że tak probiznesowy prezydent to prawdziwy „asset” dla kraju (czytelnikom Parkietu nie muszę objaśniać znaczenia słowa „asset”; dlaczego wszakże pozostawiam je w oryginale, okaże się niebawem). Na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać. Sam Poser, analityk Susquehanna Financial, brokera z wysoko cenionym zapleczem badawczym, uznał komentarz prezesa za niewłaściwy, kreujący dla spółki ryzyko reputacyjne, wobec czego przy kursie ok. 24 USD obniżył jej cenę docelową do 14 USD i zaliczył spółkę do kategorii negatywnej (na 310 analizowanych przez Susquehannę podmiotów tylko cztery spotkał taki despekt). Jeszcze do 30 stycznia Under Armour klasyfikowana była pozytywnie, jeszcze do 15 lutego neutralnie.

Ryzyko reputacyjne zmaterializowało się natychmiast. Wypowiedź Kevina Planka ostro skrytykowały twarze sportowej mody, ikony stylu, gwiazdy – jak Dwayne „The Rock” Johnson, niegdyś zawodnik NFL, później zapaśnik, dzisiaj aktor, lub Misty Copeland, podziwiana ballerina. Komentarz najczęściej cytowany, najbardziej dotkliwy dla spółki, wygłosił Stephen Curry, osobowość NBA, zawodnik Golden Star Warriors, związany z Under Armour kontraktem do 2024 roku, podobno opiewającym na 4 mln USD rocznie. Zgodził się on z Plankiem, że Trump to „asset” Stanów Zjednoczonych, aliści – pokreślił stanowczo – po obcięciu dwóch ostatnich liter (zostaje „ass”, czego czytelnikom Parkietu objaśniać nie będę, bo się wstydzę). Ze słowa zostało półsłówko, które poszło w świat i zostało przyjęte rechotem.

Czyli: utrata reputacji spółki nie została spowodowana wyłącznie jej wynikami, chociaż inwestorzy są nimi rozczarowani, natomiast doszło do niej, gdy menedżer niepotrzebnie wdał się w politykę. Menedżerów ceni się nie za to, czy kadzą Trumpowi, czy też go nie lubią (w miejsce Trumpa można wstawić nazwisko dowolnego polityka). Są oni oceniani za efekty pracy i jej styl, za wyniki oraz ich aspekty ludzkie i środowiskowe, za etykę i elegancję w działaniu. Panuje przekonanie, że lepiej niech pilnują interesu spółki i własnego nosa, niech nie pchają się do polityki (lecz co zrobić, gdy to polityka pcha się do nich?).

Analitycy i traderzy Susquehanna Financial nie interesują się polskimi spółkami, nie szacują ich perspektyw, reputacji, a także ryzyka jej utraty. Mieliby u nas dużo do roboty. O reputacji spółek myśli się w Polsce niewiele, o reputacji kraju wprawdzie dużo, ale źle. Ktoś zawierzy kraj lub spółkę opiece boskiej, wystawiając na śmieszność i siebie samego, i nas. Brakuje tylko, by do rad nadzorczych (zapewne i do rządu) powoływano świętych. Reputacji spółek, oraz rynku, na którym są one notowane, nie obroną kropidło i woda święcona, ani kibice Legii albo Arki, ani Reduta Dobrego Imienia, ani finansowana z łupów zdobywanych na spółkach z udziałem Skarbu Państwa jakaś fundacja „narodowa”. Tędy wiedzie droga do śmieszności, przez rynki wycenianej bardzo nisko.

Tekst ogłoszony 1 marca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Bal maskowy

Rynek nie powinien tolerować żonglowania nazwami spółek. Prawo dostarcza instrument ochrony przed takimi breweriami.

Firma spółki podlega ochronie, ale nie przed nią samą. Firma to nazwa spółki, jej tożsamość. Jej funkcją jest indywidualizacja spółki i jej identyfikacja w obrocie. Firma jest nośnikiem wartości kreowanej przez reputację spółki, czyli przez zaufanie pokładane w niej przez rynek. Brak zaufania do spółki oznacza, że nie ma ona dobrej reputacji, a jej firma ma znikomą wartość. W takiej sytuacji spółka ma dwa wyjścia. Może ona podjąć żmudne i długotrwałe wysiłki ku pozyskaniu zaufania rynku. Może też ona zmienić swoją nazwę i udawać, że jest innym bytem, za którym nie wlecze się, jak za kometą ogon, odór przeszłych błędów, oszustw lub niepowodzeń. Na polskim rynku kapitałowym wiele spółek wybiera drugie wyjście. Przybierają sobie nową nazwę (najczęściej niedorzeczną), by pod jej osłoną rozpocząć nowe życie, albo uciec i zmylić pogonie.

Specjalista corporate governance rzadko zagląda na New Connect, bo też nie ma po co. Wyjątek uczyniłem dla Veno, spółki budzącej emocje na forach dyskusyjnych. Zwołała ona nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad, dotyczącym zmiany nazwy spółki. Tę kwestię dyskutowano już w lutym 2013 r. na innym nadzwyczajnym zgromadzeniu (im gorzej idzie spółkom prowadzony przez nie biznes, tym chętniej zwołują one nadzwyczajne walne zgromadzenia). Wówczas krewki pełnomocnik zgłosił wniosek, by nazwę Veno S.A. zastąpić bardziej jego zdaniem adekwatną do charakteru prowadzonej działalności nazwą Oszuści i Złodzieje S.A. Projekt uchwały nie został przyjęty. Ciekaw byłem, jak tym razem uzasadniono projekt nowej nazwy, uzasadnienia wszakże nie poznałem. Spółka ma teraz działać pod nazwą Erne Ventures S.A.

Kodeks spółek handlowych daje spółkom szeroki zakres dowolności w ustalaniu brzmienia firmy spółki akcyjnej. Przyjmuje się, że dowolność obejmuje nie tylko spółki zawiązywane, także już działające, przeto zmiana przez nie brzmienia firmy nie są niedozwolona. Lecz z owej dowolności niektóre spółki korzystają bez opamiętania. Ciekawym przykładem jest Hardex z Krosna Odrzańskiego, spółka działająca w branży drzewnej, która poszła w ciąg i w dwa lata zdążyła przeobrazić się kolejno w Librę, Global Energy, a później Starhedge, zmieniając także branżę i siedzibę. Taka maskarada godzi w powagę rynku kapitałowego, w autorytet giełdy. Giełdę dotykają różne plagi, jak masakra Otwartych Funduszy Emerytalnych, bessy, oszustwa – lecz najbardziej dolegliwa jest śmieszność. GPW energicznie podjęła wyzwanie rzucone jej przez spółki groszowe: które nie scalą akcji – zostaną wyrzucone z parkietu. Pora podjąć wyzwanie rzucone przez spółki traktujące obecność na parkiecie jak zabawę na balu maskowym, gdzie tożsamość zmienia się bezkarnie. Kiedyś zażartowałem, że warszawska giełda powinna uruchomić infolinię o aktualnych nazwach spółek–przecht. Lecz maskarada przestała mnie śmieszyć.

Uważam, że przyznana przez Kodeks spółek handlowych założycielom swoboda wyboru firmy zawiązywanej spółki nie jest absolutem. Rynek nie powinien tolerować żonglowania nazwami spółek. Prawo dostarcza instrument ochrony przed takimi breweriami. Jest nim możliwość uchylenia przez sąd uchwały walnego zgromadzenia o zmianie nazwy spółki, jeżeli jest ona sprzeczna z dobrymi obyczajami lub ma na celu pokrzywdzenie akcjonariusza. Zmiana firmy, za która nie stoją względy merytoryczne, może być uznana za mającą na celu pokrzywdzenie akcjonariusza, który pokryje koszty operacji i poniesie jej konsekwencje, jak podważenie pewności obrotu. Zmiana firmy co pół roku lub rok jest moim zdaniem sprzeczna z dobrymi obyczajami.

Akcjonariusze wszystkich spółek łączcie się! Nie wahajcie się skarżyć takich uchwał w drodze wytoczonego przeciwko spółce powództwa o ich uchylenie. Natomiast GPW ma w ręku inny instrument: za zmianę nazwy notowanej spółki może pobierać opłatę, której wysokość otrzeźwi inicjatorów zmiany.

Tekst ukazał się 26 stycznia 2015 r. w Gazecie Giełdy PARKIET

Czytaj także:
2013.07.26 Przechrzty
2013.01.21 A przedtem Radziwiłł

O kulturę konkursów

Co do zasady nie jestem przeciwnikiem konkursów na stanowiska w zarządach i radach nadzorczych. Lecz stawiam ważny warunek: po rozstrzygnięciu konkursu niech ludzkość pozna nazwiska zwycięzców, natomiast nigdy – przenigdy! – niech nie wyciekną nazwiska przegranych pretendentów. Ani tych, którzy wprawdzie stanęli do konkursu, lecz zostali już na wstępie odrzuceni. Ani tych, którzy zostali zakwalifikowani do jakiegoś etapu, lecz jeszcze nie przyznano im stanowisk. Zwycięzca niech święci swój sukces, pokonanych niech szczelnie otulą gęste obłoki dyskrecji. Hałas wokół konkursów przekreśla ich sens. Przejrzystość jest wielką wartością, lecz akurat tutaj jest przekleństwem. Zniechęca ona wielu, w tym kandydatów nierzadko najlepszych, od stawania w konkursowe szranki.

W obecnym stanie rzeczy zanim kandydat przystąpi do konkursu, rozważy różne postacie ryzyka, na jakie się wystawi. Wymienię tutaj zwłaszcza ryzyko reputacyjne, ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, ryzyko negatywnego odbioru medialnego. W tym świetle nie może dziwić, że o stanowiska w organach spółek z domeny Skarbu Państwa nierzadko zabiegają kandydaci aktualnie bezrobotni. Oraz desperaci.

Ryzyko reputacyjne polega na tym, że porażka ciąży na przegranym, szkodzi jego pozycji na rynku, zmniejsza jego wartość przetargową. Nie ma znaczenia, czy konkurs był prowadzony uczciwie, czy ustawiony pod szwagra. Nie ma znaczenia, czy warunki konkursowe zostały sformułowane jasno, czy może tak mętnie, że najlepsi kandydaci nie wiedzieli, iż to nie oni są poszukiwani. Wiedza o tym dotrze do niektórych, a wiedzą o przegranej chętnie pożywią się wszyscy. Często nie liczy się, kto wygrał, lecz kto przegrał. Często pierwszy mniej zyska, niż drugi straci. Pryśnie nimb powszechnie uznanego menedżera, spadnie jego cena, dotkliwie poranione zostanie ego, a bywa ono często nadmiernie rozrośnięte.

Ryzyko utraty zaufania aktualnego pracodawcy, poniesienia przykrych konsekwencji w obecnym miejscu pracy, odstręcza wielu kandydatów nie tylko dlatego, że porażka – zwłaszcza z byle kim, co przecież bywa możliwe – będzie przez nich odebrana jako publiczne upokorzenie. Kandydat, który bez wiedzy pracodawcy bierze udział w konkursie na stanowisko w innej instytucji, naraża się na przykrości. Jeżeli wygra, mogą one zostać odroczone w czasie, do chwili gdy pojawi się sposobność wzięcia na nim odwetu. Jeżeli przegra, odczuje je niebawem. Jego udział w konkursie zostanie odczytany jako wyzwanie: „jeszcze pracuję dla ciebie, lecz szukam czegoś lepszego – a kiedy tylko coś znajdę, wystawię cię do wiatru”. Nic dziwnego więc, że zatrudnieni wolą uniknąć ryzyka utraty stanowiska, nawet jeżeli uważają, że nie dorasta ono do ich aspiracji lub talentu.

Istnieje wreszcie obawa przed medialnym odbiorem udziału kandydata w staraniach o stanowisko. Osoby rozpoznawalne bywają narażone na ryzyko szczególnego traktowania ich przez media, ośmieszania albo wyszydzania. Ofiarą złośliwości albo żartów często pada nie ten, kto ubiega się o stanowisko nie dysponując kwalifikacjami do jego sprawowania, lecz ten, kto owszem, ma kwalifikacje, lecz przy tym jest nosicielem akustycznego nazwiska.

Nawet jeżeli konkurs formalnie nie będzie jawny, istnieje niebezpieczeństwo wycieku danych osobowych kandydatów. Dyskrecja nie jest cechą właściwą współczesnym Polakom. Zaufać można bezwzględnie tylko uznanym agencjom executive search. Urzędnicy, a zwłaszcza członkowie przeprowadzających konkursy rad nadzorczych, wielokrotnie dopuszczali się karygodnych niedyskrecji. Fatalny przykład dają politycy, karmiący dziennikarzy przeciekami tajemnic państwowych. Potrzeba nam kultury konkursów: kultury wzlatującej ponad pomówienia o stronniczość, podejrzenia o korupcję, plotki i niedyskrecje.

Jakiś czas temu ogłoszono składy wyłonionych w konkursie rad nadzorczych TVP i rozgłośni radiowych. Temat to dla mnie interesujący, przepracowałem lata w Polskim Radiu, liczyłem na publiczną dyskusję o wynikach konkursu. Zamiast tego na stronie internetowej poważnego dziennika znalazłem notatkę „Telewizja nie dla Sobolewskiego”. Dowiedziałem się, że były prezes GPW aspirował do „posady” w radzie nadzorczej telewizji publicznej, został przez KRRiT zakwalifikowany do szerokiego finału i zaproszony na przesłuchania, ale ostatecznie do rady nie został powołany. Nie on jeden został pominięty, lecz jemu właśnie poświęcono uwagę, bo jest osobą znaną, której powodzenie, względnie niepowodzenie, niektórych może zainteresować, a wielu to nawet ucieszyć. W tym przypadku nie liczyli się wygrani, w tytule znalazł się ten, kto jest najbardziej znany.
Artykuł został ogłoszony 9 września 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2014.01.26 Wyższa szkoła demoralizacji – oraz przywołane tam teksty

Między wynikiem a reputacją [2001]

Spółka powinna odsłonić nie tylko wynik, czyli przeszłość – także strategię, czyli przyszłość.

W raporcie rocznym spółki liczy się zwłaszcza jej wynik i jego wiarygodność, stąd zasłużona Fundacja Rozwoju Rachunkowości nagradza spółki publiczne za jakość sprawozdań finansowych. Niedawno ogłoszono trzecią edycję nagród. Prasa w większości przemilczała temat, a przecież werdykt jury jest ważną informacją, skoro z jakości sprawozdań można wnioskować o jakości rynku. Wśród banków nagrodzono (po raz drugi z rzędu) Bank Pekao, przed BRE i Bankiem Śląskim. Wśród spółek produkcyjnych, handlowych i usługowych nagrodzono PKN Orlen, KGHM i Impexmetal. Laureatom szczerze gratuluję. Animatorom nagród zazdroszczę świetnego pomysłu. Na marginesie poruszę trzy sprawy: dostępność raportów spółek, zawartość tych raportów i wiarygodność opinii biegłego rewidenta.

Otóż raporty roczne polskich spółek nie są powszechnie dostępne. Nie mamy jeszcze klubów inwestora, rozsyłających raporty (w postaci broszur lub dysków) zainteresowanym. Dzięki takim klubom otrzymuję raporty kilkuset spółek z pierwszej światowej ligi. Raporty polskich spółek można zdobyć uczestnicząc w walnych zgromadzeniach lub wymiatając kąty u maklera: w stosach makulatury w punktach obsługi klienta czasem wygrzebie się raport nawet sprzed kilku lat. Niestety, nie wszystkie spółki publiczne wydają raporty roczne. Te, które żałują pieniędzy na publikację raportu, zostaną zapomniane i mogą wypaść z rynku. Nie utarł się też jeszcze w Polsce zwyczaj ogłaszania przez spółki raportów na witrynie www. O tym, jak można wykorzystać witrynę internetową zarówno w interesie klientów, jak inwestorów, dobrze świadczy przykład PZU. Klient zyskuje przez witrynę dostęp nawet do tekstów ogólnych warunków ubezpieczeń; inwestor może korzystać z raportów za lata 1997 – 2000. Brawo!

Rdzeniem raportu rocznego jest sprawozdanie finansowe spółki. Raport niesie także inne treści. Nierzadko są one miałkie. List prezesa zarządu do akcjonariuszy z zasady nie zawiera niczego konkretnego. Rady nadzorcze w raportach najczęściej nie występują. Nawet z raportu giełdy nie wynika, co rada myśli, jeżeli w ogóle. Jest to zły przykład dla rynku. Na wielu rynkach ocenia się spółki m.in. po klasie posłania, z jakim przewodniczący rady występuje do akcjonariatu. Wszędzie liczą się przejrzyste informacje na temat strategii spółki.

Na rynkach, które przyjęły zasady dobrej praktyki, spółka spowiada się w raporcie rocznym, jakie zasady zaakceptowała i czy kieruje się nimi, bądź czy – w niektórych dziedzinach – odstąpiła od dobrej praktyki, a jeżeli odstąpiła, to dlaczego. Spółki wolą postępować należycie, niż stracić reputację, ponieważ od reputacji w oczach opinii publicznej zależy wartość spółki. Na rozwiniętych rynkach reputacja liczy się nie mniej, niż wynik. Wynik jest tylko przeszłością, a reputacja – projekcją przyszłych wyników spółki.

Jesteśmy zapóźnieni. Polskie spółki jeszcze nie potrafią komunikować się ze swoim otoczeniem. Zamiast informować – mydlą oczy. Nie ułatwiamy im zresztą zadania, bo prace nad zasadami dobrej praktyki spółek ślimaczą się niesłychanie. Ujawnię, że powszechną aprobatę zyskały projekty zasad, iż każda spółka publiczna ogłasza raport roczny, a raport zawiera zwięzłą, firmowaną przez radę nadzorczą, przeto niezależną od zarządu, ocenę sytuacji spółki. Liczby nie pokażą całej prawdy o położeniu spółki. Ważniejsze jest odsłonięcie założeń jej strategii.

Dobra praktyka powinna objąć nie tylko spółki, także ich rewidentów. Tym więcej od nich zależy, im bardziej nalegamy na przejrzystość spółek, czystość rynku. Czy są oni rzetelni, bezstronni? Standardy rzetelności rewidenta są niemniej ważne od stosowanych przez spółkę standardów rachunkowości. Przeciwko domniemaniu bezstronności biegłych rewidentów przemawiają awantury dotyczące wyboru rewidenta do spraw szczególnych. Jeżeli między zarządem a grupą inwestorów dochodzi do sporu w kwestii, kto ma dokonać rewizji – rodzi się supozycja, że od tego, kto ją przeprowadzi, zależy wynik rewizji. Kiedy strona w konflikcie zabiega o powierzenie rewizji swojemu kandydatowi, naznacza kandydata niezmywalnym piętnem stronniczości.

Biegły rewident porusza się między wynikiem a reputacją badanej przezeń spółki. Ręcząc przed rynkiem za wynik, za jego prawidłowe wyliczenie, współtworzy jej reputację. Wcześniej powinien zarobić na swoją. Jeżeli biegły rewident zostanie naznaczony piętnem stronniczości w jednej sprawie, czy w innej sprawie może uchodzić za bezstronnego? Szef takiej firmy audytorskiej żąda w tytule artykułu na temat raportów rocznych: „Raport musi być użyteczny dla audytora”. Myślałem, że raport ma być użyteczny dla rynku, zaś audytor i dla rynku, i dla spółki. Tabakiera jest przecież dla nosa, nie na odwrót.

Tekst ogłoszony 22 X 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:
2013.09.15 Mniejszość w spółce, czyli kłopot
2003.07.21 Kultura raportu rocznego

Indeks Dobrej Reputacji [2001]

Im mniej porządku korporacyjnego, tym większe prawdopodobieństwo nagłego odpływu kapitału!

Z Polski może odpłynąć kapitał. Nie tylko zagraniczny. Także rodzimy. Świadczą o tym sukcesy funduszy inwestujących za granicą, rosnąca skłonność spółek i inwestorów do zagranicznych giełd, oferty zarządzających aktywami, zainteresowanie lokowaniem pieniędzy offshore. Odpływ może być gwałtowny. ‘Gdzie nie ma dobrego porządku korporacyjnego (good corporate governance), kapitał opuści rynek za jednym kliknięciem myszki’. Autorem tej sentencji jest Mervyn King, przewodniczący południowoafrykańskiej komisji do spraw corporate governance. Takie komisje działają w dziesiątkach państw świata. Ich zadaniem jest formułowanie kanonów postępowania na rynku kapitałowych, ujętych w formę zasad dobrej praktyki spółek. Zbiorów takich zasad dopracowały się nie tylko państwa najbardziej rozwinięte, zrzeszone w OECD – także liczne kraje latynoskie, azjatyckie, afrykańskie.

O politycznej wiarygodności państwa świadczy poszanowanie praw człowieka. O wiarygodności jego gospodarki świadczy przestrzeganie porządku korporacyjnego, utkanego z dobrej praktyki spółek. Nikt już nie lekceważy organizacji pozarządowych klasyfikujących państwa miarą ich stosunku do praw człowieka. Wkrótce będzie się oceniać rynki miarą ich stosunku do kanonów porządku korporacyjnego. Współcześnie zrównuje się znaczenie różnych form należytego władztwa (proper governance): nad spółkami, nad rynkami, na których działają owe spółki, jak wreszcie nad państwami, w których owe rynki funkcjonują. Już teraz na wielu rynkach podejmowane są próby tworzenia ratingu spółek pod kątem nasycenia ich praktyki porządkiem korporacyjnym. Najświeższe przykłady: Australia (gdzie powstał Indeks Dobrej Reputacji), Indie, Korea Południowa, Tajlandia, USA (gdzie teraz spółkom mierzy się iloraz porządku korporacyjnego, jak ludziom mierzy się iloraz inteligencji).

Opiniotwórczy, wpływowy tygodnik The Economist używa na określenie polskiego porządku korporacyjnego dosadnego słowa ‘shoddy’ – bubel, tandeta. Niestety, epitet jest trafny. Polska transformacja nadal omija ten coraz ważniejszy aspekt wiarygodności rynku. Nasz rynek kapitałowy jest dzisiaj znacznie bliżej Stadionu Dziesięciolecia niż Indeksu Dobrej Reputacji. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że dobra praktyka spółek wydanie pomnaża ich wartość, a wyższa kultura rynku zwielokrotnia jego atrakcyjność.

O tym, że dzisiaj kapitał potrafi opuszczać rynki za jednym kliknięciem myszki, świat przekonał się już wielokrotnie. Lecz kapitał nie ucieka z rynku, gdzie ukształtował się dobry porządek korporacyjny. Tam czuje się bezpiecznie. Brak porządku oczywiście nie oznacza, że kapitał nie przynosi zysku, ale że podział zysku często nie odpowiada udziałom kapitałowym. Mniejszość ponosi większe ryzyko inwestycyjne i czerpie mniejsze korzyści. Zamiast budować na rynku porządek korporacyjny, w Polsce usiłuje się zapobiec odpływowi rodzimego kapitału (skoro nad zagranicznym nie mamy jurysdykcji) rygorami administracyjnymi. Przeto rodzimy kapitał niby korzysta ze swobód, lecz tylko w ciasnych enklawach. Przykładem są fundusze emerytalne. Wolno im wyprowadzać na zagraniczne rynki tylko 5% środków. Resztę – muszą inwestować w Polsce. Rzecz w tym, że w Polsce nie przybywa spółek przyjaznych wobec mniejszościowych inwestorów finansowych. Fundusze emerytalne, fundusze inwestycyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe dysponują sporymi środkami, ale rodzimy rynek nie ma dla nich ciekawej oferty. Jej jakość pogarsza się. Coraz więcej spółek publicznych dopuszcza lub wprowadza, wbrew stanowisku giełdy, trzyosobowe rady nadzorcze. W troje można skutecznie sprawować nadzór nad spółką, ale inwestorzy mniejszościowi nie zostaną dopuszczeni do nadzoru. Mogą wnosić do spółek pieniądze, ale nie będą mieli ich na oku. Inwestowanie w akcje takich spółek jest bardziej ryzykowne od gry w totka.

The Economist przypomina, że rząd (chodzi o UNFE) sprzeciwia się zwiększeniu zagranicznego zaangażowania funduszy emerytalnych, co może ma coś wspólnego z patriotyzmem, ale z ekonomią raczej nie. Żyję dość długo, by z goryczą stwierdzić, że w sferze ekonomii argument patriotyczny wytaczany bywa tylko wtedy, gdy ktoś próbuje kogoś oszukać na pieniądzach. W imię patriotyzmu dzisiaj usiłuje się tamować odpływ rodzimego kapitału za granicę, a jutro może wezwie się emerytów, by rezygnowali z emerytur.

Nie miałbym wiele przeciwko podniesieniu dopuszczalnego pułapu zaangażowania kapitału funduszy emerytalnych na zagranicznych rynkach, lecz chodzi mi głównie o to, by na rodzimym rynku nie brakowało spółek budzących zaufanie, a przy tym stwarzających inwestorom realne perspektywy zarobkowe. Ile spółek zasługuje na pozycję w polskim Indeksie Dobrej Reputacji?

Tekst ogłoszony 1 X 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także:

2016.06.27 Rating, czyli dawkowanie zaufania
2015.02.17 Widzialna ręka rynku
2005.10.05 Więcej rynku!

Nadzór krzepi [2001]

UNFE usiłuje upośledzić prawa korporacyjne funduszy emerytalnych, wystawić je na ryzyko.

O sile rynku kapitałowego decyduje zaangażowanie inwestorów instytucjonalnych. Dysponują oni wartościami najbardziej pożądanymi: pieniędzmi, czasem i umiejętnością sprawowania twórczego nadzoru nad działalnością spółek. Najpierw starannie wybrali te spółki jako obiecujące, potem systematycznie inwestowali w nie, w końcu rozumnie uczestniczą w nich poprzez udział w walnych zgromadzeniach i obsadzanie miejsc w radach nadzorczych swoimi kandydatami.

Inwestorzy instytucjonalni (fundusze emerytalne, fundusze inwestycyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe, banki zarządzające aktywami klientów) nie łudzą się, że starczy inwestować długoterminowo, a wartość ich portfeli sama zwiększy się z upływem czasu. Takie podejście do inwestowania byłoby lekkomyślne. Rodziłoby ogromne ryzyko, na jakie poważny inwestor nie może sobie pozwolić. Sprowadza się ono do tego, że spółka, spuszczona z oka, nie spełni oczekiwań, będzie przynosić straty, a jej majątek rozpłynie się gdzieś. Często tak bywa w spółkach źle strzeżonych.

Inwestycje nie są niedźwiedziami, które zapadają w sen zimowy. Należy je pielęgnować. Inwestorzy instytucjonalni wzbogacają rynek dzięki temu, że przyczyniają się do wzrostu wartości spółek wybranych do swoich portfeli. Należycie sprawowany nadzór nad działalnością tych spółek jest działalnością twórczą, gdyż krzepi je, umacnia fundamenty, otwiera perspektywy rozwojowe. Ryzyko inwestycji jest tym mniejsze, im pilniej inwestor dogląda, jak jego pieniądze pracują. Jest więc sytuacją korzystną dla spółki i dla rynku, że inwestor długoterminowy zasiada w radzie nadzorczej, skąd lepiej widzi spółkę i swoje w niej interesy.

Stąd oczywisty wniosek: inwestorzy instytucjonalni winni zabiegać o miejsca w radach nadzorczych spółek, których akcje nabyli na dłużej. Ich udział w radach sprawi, że rady będą lepiej odzwierciedlać strukturę akcjonariatu, a także, że składy rad staną się bardziej stabilne, co wzmocni jakość nadzoru, zaś to z kolei zwiększy wartość spółki. Jeżeli inwestorem jest fundusz emerytalny, jego udział w nadzorze nad spółką jest niewątpliwie korzystny dla uczestników funduszu, ponieważ służy zmniejszeniu ryzyka inwestycji. Bywa także korzystny dla spółek: fundusze są zmuszone do nadrabiania innowacyjnością przyrodzonego wstrętu do ryzyka. Wymuszają też na spółkach przestrzeganie zasad porządku korporacyjnego. Kreują dobrą reputację spółek. Obecność funduszy w radzie jest dla rynku czytelnym sygnałem, że w spółce nie dzieje się źle.

Tak jest w świecie, lecz jeszcze nie w Polsce. Rodzime fundusze jeszcze nie otrzymały należnych składek. Dopiero zaczynają inwestować. Zaledwie w kilku spółkach zgromadziły już takie pakiety, by myśleć o miejscach w radach. Przeciwko uczestnictwu funduszy emerytalnych w radach nadzorczych spółek z ich portfela wypowiada się jednak stanowczo Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi (UNFE). Uważa on, że fundusze powinny biernie inwestować środki, rezygnując z kontroli nad nimi. Udział towarzystw zarządzających funduszami w koncercie inwestorów może bowiem (w opinii urzędu) prowadzić do sytuacji, że będą one grały tak samo, jak ich akcjonariusze, co nie leży w interesie uczestników – przyszłych emerytów.

UNFE obawia się też, że pracownicy towarzystw, które zarządzają funduszami, będą pilnować swoich posad w radach, a nie interesu uczestników. Oraz, że za ich członkostwo w radach nadzorczych spółek portfelowych w ostateczności zapłacą uczestnicy funduszu. Bardzo ciekawe, jak. Swoją drogą: urzędniczy lęk przed wydaniem grosza bywa irracjonalny, czasem przekreśla milionowe zyski. Sroga postawa UNFE byłaby zrozumiała, gdyby służyła zmniejszeniu ryzyka inwestycji. Skutek jest wręcz odwrotny. Ryzyko znacznie wzrasta. Ustawa ogranicza funduszom emerytalnym swobodę inwestowania. Dla bezpieczeństwa, nie dla widzimisię. UNFE usiłuje upośledzić ich prawa korporacyjne, nie mając do tego podstaw. Straci na tym rynek, stracą spółki i uczestnicy funduszy.

Fundusze emerytalne potrzebne są rynkowi, jak rynek potrzebny jest im. Lecz rynek potrzebuje nie tylko ich pieniędzy. Także ich cierpliwości. Także ich wysiłków zmierzających do powiększania z czasem wartości inwestycji. Także ich wkładu w ochronę praw akcjonariuszy mniejszościowych. UNFE obawia się współdziałania funduszy, lecz takie współdziałanie leży w naszym i ich interesie, nie urągając czystej konkurencji. Jak do tej pory, fundusze zachowują się bardzo dojrzale, nad podziw odpowiedzialnie, zręcznie łącząc własne interesy z interesami rynku i drobnych akcjonariuszy. Zapewne jedną z przyczyn takiego poprawnego zachowania jest bojaźń funduszy przed UNFE. Czy trzeba kolejnych dowodów na pożytki płynące z nadzoru?

Tekst ogłoszony 2 stycznia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Oblężenie Czestochowy [2000]

Reputację spółki kreują nie tylko wyniki. Liczy się także jej środowisko, akcjonariat, styl działania. Klasa!

Doszło do szturmu na kasy Banku Częstochowa. Panikę wywołała cytowana przez prasę wypowiedź (anonimowa, ale przypisana członkowi rady banku), że bank przestanie istnieć jeszcze przed końcem roku. Jest to perfidna i zdradziecka plotka, ale spółek o wzorowej reputacji takie plotki nie imają się. Bankowi plotka szkodzi, gdyż jego reputacja była już nadwątlona. Nie chodzi tu jedynie nie wyniki, chociaż wcale nie jest bez znaczenia, że bank ponosi straty. Liczy się także klasa prezentowana przez organy banku i jego akcjonariat. Liczy się wreszcie opinia o otoczeniu banku. W tym przypadku – liczy się na minus.

W telewizji pokazano tłum przed siedzibą Banku Częstochowa. Trudno oprzeć się skojarzeniu z obrazem klienteli tzw. kasy Lecha Grobelnego. Ale porównania kończą się na reporterskiej migawce. Tam mieliśmy przecież do czynienia z nieogolonym aferzystą w brudnym podkoszulku. Tutaj – ze spółką publiczną. Notowaną na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Działającą pod okiem Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Z bankiem. Działającym pod okiem Komisji Nadzoru Bankowego. Pod opiekuńczym skrzydłem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. To powinno zmienić postać rzeczy, skoro wymienione instytucje są najbardziej dorodnymi owocami przeobrażeń lat dziewięćdziesiątych. Lecz jak przekonać o tym spanikowaną klientelę banku?

Do paniki dochodzi nie wtedy, kiedy ludzie stadnie tracą rozum, lecz wtedy, kiedy odzyskują go, uświadamiając sobie, co zrobili. Z końcem maja wybuchła panika w Rumunii, kiedy tłumy runęły na kasy Narodowego Funduszu Inwestycyjnego (FNI) – piramidy, której milion osób powierzył oszczędności na obiecane 200 % p.a. Gdy fundusz zawiesił wypłaty, tłumy runęły na banki. W Albanii upadek piramid wywołał wojnę domową. Bank Częstochowa nie ma (powtarzam: nie ma!) niczego wspólnego z jakąkolwiek oszukańczą piramidą, lecz atmosfera w Polsce przypomina tę z Rumunii i Albanii. W społeczeństwie tli się przeświadczenie, że skoro do tej pory upadło tak wiele banków i towarzystw ubezpieczeniowych, to i następne mogą łatwo upaść. Zresztą – jednego dnia można przeczytać w gazetach o Banku Staropolskim, sprawie FOZZ, zdrowiu prezesa Westy, procesie byłego senatora, który nacinał ludzi na Prywatną Kasę Lokacyjną, radosnej działalności inwestora oskarżonego o działalność na szkodę Banku Handlowo-Kredytowego, Polskiej Grupie Kapitałowej Kredyt, marnotrawstwie w kasach chorych, aferze korupcyjnej w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Na tym tle wzeszła jeszcze sprawa siedziby Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Dość!

Bankowi Częstochowa nie pomagają też spory w gronie akcjonariatu, a nawet jego struktura. W oczach znacznej części klienteli bank utożsamiany jest (niekoniecznie słusznie) z miejscową hutą, która ma kłopoty – jak wiele innych hut. Wiadomo, że z inwestycji w akcje Banku Częstochowa rezygnowały inne, większe banki. Za to wspominano o jednym z wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, inwestorze dość kontrowersyjnym, który w dodatku planował przeniesienie banku do Łodzi.

Bankowi zaszkodziły i niekorzystna atmosfera w kraju, i brak jasności wokół akcjonariatu, lecz nie jest też bez znaczenia, co w banku wyczyniano. Zawieszono prezes banku, kierującą nim od początku, przez wiele lat. O co poszło – do dzisiaj nie wiemy. Bank woli słać do prasy sprostowania, niż samemu cokolwiek ujawnić. Zmieniono zarząd banku, a połowie dawnego zarządu odmówiono absolutorium. O co poszło? W lipcu „Rada Banku podjęła uchwałę w sprawie złożenia zawiadomienia do prokuratury w związku z uzasadnionym podejrzeniem popełnienia przestępstwa przez członków Zarządu Banku”. Sprawy nie wyjaśniono. Może nawet rada miała rację, ale postępowała nad wyraz nieudolnie, kreując wokół banku otoczkę niedomówień i pomówień.

W tej sytuacji fatalna wypowiedź anonimowego członka rady to tylko kamyk, który wyzwolił lawinę. Wypowiadanie się w imieniu spółki jest zresztą domeną zarządu. Klitusie bajdusie z rady powinni siedzieć cicho. Nie ustalono, który z nich zawinił, więc walne zgromadzenie wymieniło aż sześcioro członków rady. Zaś co potrafi zarząd – zobaczyliśmy, kiedy wybuchł kryzys. Nie udzielano informacji. Na walne zgromadzenie nie dopuszczono prasy. Jedna ze stacji telewizyjnych przeprowadziła sprzed siedziby banku ciekawy program za żywo. Mówiono w nim głównie o tym, że prezes banku odmówił wzięcia udziału w programie i udzielenia wyjaśnień. Pisałem już w tym miejscu: rzetelna informacja buduje wizerunek spółki, wizerunek – reputację, reputacja – wartość. Na niekorzystny wizerunek w oczach rzesz depozytariuszy bank zapracował solidnie.

Tekst ogłoszony 18 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Rekomendacja: kreuj [2000]

Rzetelna informacja buduje wizerunek spółki, wizerunek – reputację, reputacja – wartość.

„Niektórzy członkowie zarządów chcą być gwiazdami mediów i bardziej dbają o swój wizerunek niż o interesy firmy” – pisze miesięcznik „Press” w nagłówku ciekawego artykułu na temat wizerunku polskich spółek. Bywa także postawa przeciwna: zarządy uważają, że komunikować się nie muszą. Co na to rady nadzorcze?

Przestrzeń pomiędzy spółką a jej otoczeniem: rynkiem, akcjonariatem, konkurencją, analitykami – wypełniona jest informacjami. Zarządy wielu spółek zakładają, że jeżeli nie ujawnią informacji, to przestrzeń wokół spółki będzie czysta. Otóż nic podobnego! Brak informacji też jest informacją. Fatalnie wróży akcjonariatowi. Za to krzepi serca konkurencji. Opinie, fakty, liczby mogą być różnie interpretowane. Milczenie jest przesłaniem jednoznacznym.

Korzystne informacje zwiększają wartość spółki. Niekorzystne natomiast, rzetelne i w porę ujawnione, też mają swoją wartość. Sposób ich prezentacji może wywrzeć wrażenie na rynku. Jest to domena zarządu. Zarazem jest to jedna z gałęzi przedsiębiorstwa, w których rada jest obowiązana wykonywać stały nadzór. Za terminowe, rzetelne informowanie o spółce odpowiedzialny jest zarząd. Za jego politykę, lub brak tej polityki, odpowiedzialna jest rada nadzorcza. Lecz chociaż radzie często zdaje się, że zna się na tym lepiej od zarządu, nie wolno jej go wyręczać. Niedobrze, kiedy rada zabiega o rozgłos w mediach, konkuruje z zarządem o sławę. Bardzo niedobrze, kiedy przewodniczący rady próbuje zaćmić prezesa, traktuje spółkę jako trampolinę do wielkiej polityki. Lepiej, gdy w spółce bije tylko jedno źródło informacji. Najlepiej, gdy jest nim zarząd. Rada nie uprawia polityki informacyjnej, relacji inwestorskich lub public relations spółki, jakkolwiek to nazwać. Bacznie nadzoruje tę dziedzinę, ale sama w niej nie uczestniczy.

Spółka publiczna powinna rzetelnie i terminowo ujawniać informacje wymagane przez prawo. Ale kształtowanie wizerunku to znacznie więcej, niż komunikaty słane do inwestorów pod rygorami prawa. To mozolne budowanie reputacji. To przekonywanie inwestorów, że postąpili słusznie, wnosząc do spółki kapitał. To zjednywanie dla spółki rzesz przyszłych inwestorów.

Nie sprzyja temu gwiazdorstwo prezesów, pojawiających się niekiedy w mediach nie w interesie spółki, lecz dla prywatnej sławy. Na koszt spółki. Skąpanych w deszczu nagród. Na koszt spółki. Aktywnych w opiniotwórczych (może ująć to słowo w cudzysłów?) organizacjach biznesu. Na koszt spółki. Ale to rada nadzorcza ma zadbać, żeby prezes informował nie o sobie, a o spółce. Ma też pilnować kosztów. I na odwrót: to rada nadzorcza ma dać impuls leniwym zarządom, które nie lubią się komunikować. Wiele zarządów uważa, że do kontaktów z opinią publiczną wystarczy rzecznik prasowy. Lecz rzecznik, który nie ma dostępu do zarządu, jest zgoła bezużyteczny. Duża spółka giełdowa z Krakowa ma rzecznika wyłącznie w Warszawie. To zniechęca do kontaktów z nią.

Niekiedy spółka posługuje się agencją public relations. Jeżeli zadaniem agencji jest szkolenie personelu spółki do współpracy z opinią publiczną i budowanie kanałów przepływu informacji wewnątrz spółki i w kontaktach z jej rynkowym otoczeniem – może to przynieść pożytek. Jeżeli zaś agencję wynajęto, żeby spacyfikować opinię publiczną i utrzymać ją z daleka od zarządu zajętego innymi sprawami – szkoda pieniędzy na taką działalność! Bodaj najlepsza agencja public relations w Polsce pracuje na rzecz spółki wytrwale atakowanej przez wielkich akcjonariuszy, a to za ukrywanie istotnych informacji, a to za brak klarownej wizji rozwoju. Jeżeli spółka sama nie zadba o reputację, nikt jej w tym nie wyręczy. Agencja public relations może najwyżej skrapiać dobrymi perfumami ukryte w szafach trupy.

Wszystko zaczyna się od informacji. Niech płynie wartkim strumieniem na rynek. Z obłoków informacji wyłoni się z biegiem czasu należyty wizerunek spółki. Właściwie pielęgnowany, wydatnie wspomoże on spółkę w budowaniu dobrej reputacji. A reputacja – powiadają znawcy – to przecież jedna trzecia rynkowej wartości spółki. Wynika z tego wniosek ogromnie pomyślny dla rynku. Taki, że polskie spółki są niedowartościowane. Aż o 33 procent! Przeciętnie, bo Ocean to chyba znacznie więcej, skoro ma fatalną reputację.

Wynika z tego także doniosły wniosek dla spółek. Bieżący zysk przestaje wystarczać akcjonariuszom. Liczy się przyszłość spółki. Im lepsza jej reputacja, tym większe szanse na zyski w przyszłości. Wynika z tego na koniec wniosek dla rad nadzorczych. Należy rozciągnąć nadzór na politykę spółki w dziedzinie informacji i mieć na względzie wizerunek spółki w oczach opinii i rynku. Stała rekomendacja: kreuj reputację. To popłaca.

Artykuł ogłoszony 2000.08.07 w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Czytaj także: 2013.07.18 Przejrzystość i jej ramy