Archiwa tagu: rezygnacja

“Czuj się zrezygnowany”

  • W teorii rezygnacja to jednostronne, suwerenne i ostateczne oświadczenie woli piastuna spółki skutkujące złożeniem mandatu;
  • W praktyce bywa różnie. Nierzadko akt rezygnacji bywa dokonywany pod wpływem nacisków płynących od inwestorów lub polityków;
  • Przybierają one często postać propozycji („złóż rezygnację…”) wspartej konkretną groźbą (…jeżeli nie złożysz, to…!);
  • Składający rezygnację nie jest zobowiązany do rzetelnego ujawnienia jej powodów oraz okoliczności, co zakłóca przejrzystość rynku.

Czuj się zrezygnowany” poradził niewygodnemu dlań piastunowi spółki najważniejszy z akcjonariuszy, potocznie zwany panem właścicielem. Uznał, że parodiując treść telegramu Lecha Wałęsy do Henryka Wujca („Czuj się odwołany”) postępuje elegancko i dyskretnie, ponieważ nie wspomaga rady groźbą. Nie musiał: piastun wiedział, że jeżeli się nie zastosuje, nie złoży rezygnacji po dobroci, pozorując działanie z własnej nieprzymuszonej woli – zostanie odwołany, z czym będą wiązać się przykre następstwa.

Jednym z nich może być otwarty konflikt z wpływowym inwestorem, ciążący przez wiele lat na reputacji piastuna. Jeżeli pełni on funkcję prezesa lub członka zarządu, zapewne kontrakt zawiera obietnicę wysokiej odprawy w przypadku przyjaznego rozstania ze spółką. Nad piastunami spółki, członkami zarówno zarządu, jak rady nadzorczej – wisi niebezpieczeństwo pozbawienia ich absolutorium, co utrudni im objęcie funkcji w podmiotach nadzorowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego. Wprawdzie Komisja wie, że absolutorium wcale nie jest uczciwym i wiarygodnym miernikiem oceny menedżera, że rządzi nim kaprys lub przypadek, ale lubi mieć rację.

W takich okolicznościach piastun spółki posłusznie składa rezygnację, oczekując odprawy i absolutorium. Coś zyskuje, ale też coś traci: odwołany członek zarządu lub rady nadzorczej jest m.in. uprawniony do udziału w walnym zgromadzeniu zatwierdzającym sprawozdania za czas pełnienia przezeń funkcji w celu złożenia wyjaśnień (chyba że akt odwołania stanowi inaczej). Natomiast członkowi organu, który złożył rezygnację z funkcji, a nie jest akcjonariuszem lub jego pełnomocnikiem, nie przysługuje uprawnienie do udziału w walnym zgromadzeniu.

Do rezygnacji piastuna spółki akcyjnej stosuje się odpowiednio przepisy Kodeksu cywilnego o wypowiedzeniu zlecenia przez przyjmującego zlecenie. Nie korespondują one z realiami rynku kapitałowego. Przeto, jeżeli piastun pełni funkcję odpłatnie, a za jego rezygnacją z funkcji nie stoją ważne powody, może on ponieść odpowiedzialność odszkodowawczą za  szkodę wywołaną rezygnacją. To fikcja: odpowiedzialność za zaprzestanie posługi dla spółki nie jest egzekwowana. Jakież powody są „ważne”? Dla kogo? Można byłoby wykazywać szkodę, gdyby rezygnujący ujawnił prawdziwe powody swojego postępowania, więc najczęściej nie są one ujawniane. Albo nie wyjaśnia się przyczyny rezygnacji, albo karmi się rynek formułą, że niby powody osobiste lub chęć podjęcia nowego wyzwania. Natomiast kto oświadcza, że właśnie wypełnił misję, naraża się na śmieszność. Rzadko wychodzi na jaw bulwersujący powód rezygnacji, jak „brak możliwości skutecznego pełnienia funkcji (prezesa zarządu – ASN) spowodowany działaniem rady nadzorczej Farmacol SA ingerującej w kompetencje i uprawnienia zarządu oraz prowadzenie działań leżących w kompetencjach zarządu spółki bez jego wiedzy i zgody” (Parkiet 20 VII 2013).

Rezygnacja piastuna spółki akcyjnej budzi wiele nieporozumień, nierzadko komicznych. Często myli się rezygnację z „dymisją” (tej drugiej przełożony może nie przyjąć). Spotyka się rezygnacje, nawet stadne, „z powodu upływu kadencji” lub „wygaśnięcia mandatu”. Jakaś spółka wymaga „przyjęcia rezygnacji” w formie uchwały głosowanej tajnie, inna jest gotowa ją odrzucać. Statut jeszcze innej przewiduje podejmowanie uchwał o odwołaniu z funkcji z powodu złożonej rezygnacji. Ktoś zawiadamia spółkę o zamiarze złożenia rezygnacji, o czym spółka powiadamia rynek raportem bieżącym. Ktoś usiłuje wycofać prawidłowo złożoną (czyli skuteczną!) rezygnację wyjaśniając, że jego decyzja nie była rezygnacją, lecz wnioskiem o rezygnację… Niekiedy na wyścigi powoływany jest na funkcję ktoś, kto kilka godzin wcześniej zrezygnował. Jakaś spółka wymaga składania rezygnacji z 6-tygodniowym wyprzedzeniem. Może powinienem niestrudzenie objaśniać naturę rezygnacji piastuna spółki akcyjnej – ale czuję się zrezygnowany.

Tekst ogłoszony 22 lutego 2021 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

CZYTAJ TAKŻE:

2016.03.29 Rezygnacja piastuna spółki akcyjnej: najczęściej zadawane pytania
oraz przywołane tam teksty

 

 

 

 

Warto odróżnić przypadek Idea Bank SA od sprawy Leszka Czarneckiego

  • Przypadek przejęcia części operacji Idea Bank SA nie jest ani nieoczekiwany, ani przesycony polityką;
  • Wyróżniają go jednak demonstracyjne rezygnacje w zarządzie Banku Pekao SA przejmującego rachunki klientów Idea Bank SA;
  • Inny charakter ma kipiąca polityką sprawa Leszka Czarneckiego, twórcy i inwestora przejętego Idea Bank SA;
  • Jedni komentują, że inwestor „nie dogadywał się z władzą”, więc ma za swoje – inni, że to władza ma dogadywać się z rynkiem.

„Przejęcie Idea Bank SA”, a ściślej – poddanie go tzw. procedurze resolution, nie wywołało emocji w środowisku bankowym. Jego poważni liderzy: Przemek Gdański (BNP Paribas Polska), Brunon Bartkiewicz (ING Bank Ślaski), Cezary Stypułkowski (mBank) potraktowali rzecz profesjonalnie. Padło nawet znamienne słowo „nareszcie”. Natomiast opinia publiczna uległa znacznemu wzburzeniu, miarkowanemu tylko z uwagi na mnogość afer, prawdziwych i rzekomych, wydumanych, wybuchających w polskiej polityce. Pojawiły się zarzuty, że bank został ukradziony, że państwo jest zbójeckie, że sprawa jest polityczna, że inwestor został pokrzywdzony w odwecie za to, iż stawiał się władzy. Dlatego proponuję odróżnić przypadek Idea Bank SA od sprawy Leszka Czarneckiego, znanego inwestora i osoby, wokół której politycy PiS próbują zacisnąć pętlę.

Sprawa Idea Bank SA ma swoją bogatą historię. Wspominałem o niej kilkakrotnie na mojej stronie andrzejnartowski.pl poświęconej corporate governance. Były to wzmianki krytyczne. Dwa najważniejsze teksty to: RAPORT NARTOWSKIEGO: sprawa Getback SA w świetle corporate governance (2018) dostępny tutaj: 2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego, oraz
2019.06.10 ALERT: Pod rynkiem tyka bomba: Czy obligacje banków Czarneckiego wysadzą nas w powietrze?

W pierwszym z nich starałem się ukazać ogrom nieprawidłowości w spółce Getback i wokół niej, w działaniach Idea Banku, na rynku kapitałowym, oraz w państwie i jego organach, nie wikłając sprawy w politykę. W drugim wskazałem na konkretne zagrożenia dla przyszłości rynku i wyraziłem nadzieję, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego zdołają rozbroić minę, która tyka pod rynkiem, bowiem czasu zostało niewiele. 

Rezygnacje dwóch członków zarządu Banku Pekao SA zostały ogłoszone bezpośrednio po oświadczeniu p.o. prezesa banku w sprawie przejęcia części operacji i rachunków klientów Idea Banku SA. Co ważne: rezygnacje zostały jednoznacznie umotywowane: chodzi o odmienną wizję rozwoju banku. Piastuni spółek często (zbyt często, moim zdaniem) składają rezygnacje, nie ujawniając prawdziwych motywów tego kroku. Zasłaniają się względami osobistymi, stanem zdrowia, spełnieniem powierzonej im misji, albo nie mówią nic.

W bankach często dochodzi do wymuszenia rezygnacji: odejdź po dobroci, w nagrodę otrzymasz sutą odprawę i absolutorium – bądź zostaniesz odwołany bez odprawy i absolutorium. Przygotowania do operacji włączenia Idea Banku do Banku Pekao trwały kilka miesięcy, było dużo czas na złożenie rezygnacji bez ostentacji i demonstracji. Sprawa jest więc niecodzienna, niektórzy dopatrują się w niej podtekstu politycznego. Sztuki rezygnacji dotyczy zwięzłe kompendium:
2016.03.29 Rezygnacja piastuna spółki akcyjnej. Najczęściej zadawane pytania.

Gdyby pominąć wątek rezygnacji piastunów Banku Pekao, w sprawie Idea Banku nie widzę tajemnicy. Upolityczniona i złożona jest natomiast sprawa inwestora, dr. Leszka Czarneckiego. Osaczyła go gęsta sieć intryg. Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego złożył mu korupcyjną propozycję w stylu: mamy cię na oku, ale damy spokój, jeżeli zatrudnisz naszego człowieka. Wcześniej kandydat do pracy w banku Czarneckiego został niespodziewanie członkiem Rady Giełdy, a to pod pretekstem, że Skarb Państwa chce wzmocnić nad nią nadzór. Lecz nie miał on stosownych kwalifikacji do powierzonej mu misji, a misja była zbędna, wcale nie było potrzeby wzmacniania nadzoru nad giełdą. Ślady tajemniczej nominacji wiodły do Narodowego Banku Polskiego. O czym pisałem w tekście:
2018.11.24 Z kart historii: Tajny radca w radzie giełdy.

 Leszek Czarnecki ujawnił nagranie spotkania z Markiem Chrzanowskim, wobec którego podobno prowadzone jest postępowanie, ale nadzwyczaj niemrawe. Za to inwestor ma liczne kłopoty. Ma zostać aresztowany, jego adwokat został zatrzymany, przeszukano jego kancelarię, zajęto dokumenty, w szpitalu – nieprzytomnemu! – odczytywano zarzuty. Okoliczności sprawy nie świadczą, by Rzeczpospolita była państwem prawa. Gęste opary intryg wymierzonych w inwestora i jego obrońcę mogą obrócić się przeciwko państwu.

Komentarze rozgorączkowanych internautów są wobec państwa nadzwyczaj krytyczne. Wynika to z braku zaufania – zresztą zasłużonego! – do jego instytucji. Spotykam się z opiniami, że istota sprawy nie tkwi w tym, ile zła uczynił Idea Bank rynkowi kapitałowemu oszukańczym misselingiem obligacji Getback SA i potencjalnym zagrożeniem dla systemu bankowego, jaki mogła spowodować jego upadłość – a w tym, że znany inwestor nie dogadywał się z politykami!

Inwestorzy mają działać zgodnie z prawem, a ci, którzy tak czynią, mogą nie oglądać się na państwo. Niestety, państwo niekiedy nasyła na nich ludzi z dziwnymi propozycjami, przeto nie można mu ufać. Nie jest powinnością ludzi rynku dogadywanie się z państwem, to powinnością państwa jest troska o rynek i tych, którzy na nim uczciwie działają.

 

 

Kurier z Warszawy, konwojent, straż pożarna, czyli przypadki prezesów

Przyczyny wygaśnięcia mandatu piastuna spółki (upływ kadencji, odwołanie, rezygnacja, śmierć) to materia prawa. Natomiast okoliczności towarzyszące odwołaniu lub rezygnacji to materia obyczajów i kultury. Często złych obyczajów i braku kultury. Dotyczy to także spółek notowanych na GPW. Oto wybrane przykłady form pożegnania prezesa zarządu.

KURIER Z WARSZAWY. Rada nadzorcza nie zawsze spotyka się w spółce. Niekiedy sprawuje ona nadzór zaoczny, na dystans. Siedziba spółki mieści się gdzieś w Polsce. W skład rady wchodzą osoby wskazane przez inwestorów, w większości zamieszkałe i zatrudnione w Warszawie. Tam przeto, dla ich wygody, rada odbywa swoje posiedzenia. Czasem zaprasza na nie prezesa spółki i członków zarządu, lecz zdarza się niekiedy, że rada zostaje zwołana poufnie, bez wiedzy zarządu, i spotyka się we własnym tylko gronie, by podjąć uchwałę o odwołaniu prezesa spółki i czasowym oddelegowaniu na jego stanowisko kogoś ze składu rady. Uchwałę rady (czyli wyrok na prezesa piastującego funkcję przez wiele lat) dostarcza do spółki kurier z Warszawy. Prezes nie wie o zwołaniu rady, nie spodziewa się niczego złego, uchwała o odwołaniu ze skutkiem natychmiastowym dla niego zaskoczeniem. Zdarzają się jednak sytuacje odwoływania prezesa w okolicznościach bardzie dramatycznych.

KONWOJENT. Rada nadzorcza odkrywa, że zarząd popełnił nadużycie. Zarząd sprawę bagatelizuje, odpiera stawiane mu zarzuty. Rada zbiera się w siedzibie spółki i odwołuje pełny skład zarządu, w trybie dyscyplinarnym rozwiązując umowy o pracę z jego członkami. Przewodniczący rady wydaje prezesowi i jego kolegom z zarządu polecenie opuszczenia siedziby spółki, przyznaje im na to pół godziny i wyznacza członków rady nadzorczej mających konwojować poszczególnych członków zarządu do ich gabinetów, tam nadzorować pakowanie przez zwolnionych przedmiotów osobistych, po czym wyprowadzić byłych już członków zarządu z pomieszczeń spółki. Do nadużycia rzeczywiście doszło, ale sprawa miała jasny podtekst: przewodniczący rady – prezes firmy, która niedawno nabyła większość udziałów w spółce – był zainteresowany zakończeniem współpracy z zarządem, a zarząd mu to wydatnie ułatwił.

STRAŻ POŻARNA. Spółka od lat ma trudności, regularnie ponosi znaczne straty, utrzymuje się ze sprzedaży składników majątku. W radzie nadzorczej panuje różnica zdań na temat przyszłości spółki, w tym racji jej istnienia. W dniu, w którym zbiera się rada, dochodzi do niej wiadomość, że zarząd obiecał załodze podwyżki wynagrodzeń (umotywowane argumentem, że „podwyżek dawno nie było”). Pracownicy obawiają się, że rada będzie chciała wymóc na zarządzie odwołanie obietnicy, bądź odsunięcie terminu jej spełnienia w nieokreśloną przyszłość, wobec czego ogłaszają pogotowie strajkowe i zbierają się tłumnie na majdanie pośród fabrycznych zabudowań; rzecz działa się w wielkiej rzeźni, załoga uzbroiła się w topory i paralizatory. Rada zgodnie odwołuje zarząd i deleguje przewodniczącego do czasowego pełnienia funkcji prezesa zarządu. Jedyne wyjście z budynku wiedzie na majdan; członkowie zarządu obawiają się kontaktu z pracownikami rozjuszonymi wiadomością, że podwyżek nie będzie, wobec czego uchodzą po drabinie podstawionej z ulicy przez straż pożarną. Byłem tam, ale nie wiem, jak nakłoniono straż do pomocy w ewakuacji zarządu…

NIESPODZIEWANA WIZYTA. Wiele wskazuje, że spółka odnosi na polskim rynku oszołamiający sukces. Prezes wraca z Londynu, gdzie składał w centrali grupy kapitałowej rutynową wizytę „ad limina apostolorum”. Nazajutrz prowadzi posiedzenie zarządu; ku jego zdumieniu zjawia się na nim jego przełożony, z którym pożegnał się dopiero co, popołudniem poprzedniego dnia. Londyńczyk przyleciał do Warszawy porannym samolotem, do spółki zajechał taksówką (zazwyczaj był odbierany firmową limuzyną) i grzecznie poprosił prezesa o pilne złożenie rezygnacji „z powodów osobistych”. Który to prezes tak uczynił, by nie ryzykować utraty odprawy. Do dzisiaj nie wiem, co poszło nie tak. Wspomniany prezes też nie wie.

TRAMWAJ ZWANY POŻEGNANIEM. Nie ma wymogu uzasadniania decyzji o odwołaniu członka zarządu lub rady nadzorczej. Nie ma także wymogu ujawniania prawdziwych powodów rezygnacji (acz jeżeli rezygnacja narazi spółkę na szkodę, składający ją może ponieść odpowiedzialność). Dlatego najczęściej rezygnacje motywowane są tajemniczymi powodami osobistymi. Ambitni menedżerowie wolą jednak ogłaszać rynkowi, że odchodzą, gdyż spełnili swoją misję. Zamiast dojechać do walnego zgromadzenia, które zakończy kadencję, by na nim poddać się ocenie akcjonariuszy, wyskakują ze spółki (najczęściej pod presją dominującego akcjonariusza) w przypadkowym momencie, byle zachować odprawę – bo twarz już niekoniecznie. Bądź po prostu są ze spółki wypychani. Misji nie spełnia się przecież w dowolną środę w południe.
Była piosenka o cysorzu. Nikt nie śpiewa „Dobrze, dobrze być prezesem”. Albowiem czasem wcale nie jest dobrze…

Czytaj także (między innymi):
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji
2001.12.03 Odwołanie na puszczy
2004.11.08 Tramwaj zwany pożegnaniem
2013.03.15 Prezesi odchodzą znienacka
2015.05.31 Czuj się odwołany!

REZYGNACJA PIASTUNA SPÓŁKI AKCYJNEJ: NAJCZĘŚCIEJ ZADAWANE PYTANIA (PYTAQ VI)

I. DLACZEGO INSTYTUCJA REZYGNACJI PIASTUNA SPÓŁKI AKCYJNEJ BUDZI WĄTPLIWOŚCI?
Odpowiedź jest prosta: Kodeks spółek handlowych (Ksh) nie zawiera szczegółowej regulacji instytucji rezygnacji piastuna (członka zarządu lub rady nadzorczej) spółki akcyjnej, odsyłając w tej kwestii do Kodeksu cywilnego (Kc), a konkretnie – do przepisów o wypowiedzeniu zlecenia przez przyjmującego zlecenie (art. 746 §§ 2 i 3 Kc). Nic w tym dziwnego. Przepisy o spółkach handlowych są częścią systemu prawa cywilnego. Lecz dla wielu dwie ustawy to zbyt wiele, więc piszą do mnie.
II. KOMU NALEŻY ZŁOŻYĆ REZYGNACJĘ?
Ta kwestia budzi w praktyce rozterki. Rezygnację należy złożyć spółce. W praktyce jedynym organem urzędującym stale jest zarząd, rezygnacja powinna więc zostać doręczona zarządowi. Oczekuje się, że piastun spółki (członek zarządu bądź rady nadzorczej) niezwłocznie zawiadomi o swojej rezygnacji zarówno zarząd, jak– w sposób przyjęty w danej organizacji – radę nadzorczą.
III. KIEDY REZYGNACJA WCHODZI W ŻYCIE?
Rezygnacja staje się skuteczna w terminie określonym przez składającego rezygnację, czyli niezwłocznie, z chwilą należytego doręczenie spółce, bądź w oznaczonej w rezygnacji dacie. W żadnym wypadku rezygnacja nie wchodzi w życie w terminie przyjęcia jej przez spółkę, ponieważ jest ona czynnością jednostronną.
IV. CZY MOŻNA ODRZUCIĆ REZYGNACJĘ?
Rezygnacja jako przyczyna wygaśnięcia mandatu piastuna spółki wymieniona jest w art. 369 § 5 Ksh (zob. także art. 386 § 2) na równi ze śmiercią i odwołaniem z funkcji. Odwołanie można cofnąć, śmierci już nie. Rezygnacji nie można odrzucić, gdyż pełnienie funkcji w organie spółki nie polega na przymusie. Nie ma zatem sensu głosować nad przyjęciem rezygnacji, co się niestety zdarza nawet w poważnych spółkach – w przypadku negatywnego wyniku takiego głosowania należałoby przyspawać rezygnującego do krzesła. Zwoływanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia w sprawie przyjęcia rezygnacji (były takie ekscesy) jest nieporozumieniem.
Czytaj: 2001.12.03 Odwołanie na puszczy
V. CZY MOŻNA WYCOFAĆ REZYGNACJĘ?
Można (chociaż wygląda to niepoważnie) wycofać złożoną spółce zapowiedź rezygnacji z ponownego ubiegania się o wybór do zarządu lub rady nadzorczej, ponieważ jest to deklaracja intencji, nie zaś wiążące oświadczenie woli. Zgodnie z Kc, odwołanie rezygnacji byłoby skuteczne, gdyby dotarło do spółki jednocześnie z oświadczeniem o rezygnacji, lub wcześniej.
Czytaj: 2001.12.17 Samozwaniec
VI. CZY NALEŻY UJAWNIAĆ POWÓD REZYGNACJI?
Nie jest to wymagane. Gdyby ujawnienie powodu rezygnacji naraziło spółkę na szkodę, rezygnujący mógłby ponieść odpowiedzialność, więc powód nie bywa ujawniany, bądź zastępuje się go ogólnikami („względy osobiste”, „stan zdrowia”, „wypełnienie misji”). Spółka mogłaby określić w statucie karę za złożenie rezygnacji bez ważnego powodu, ale nie jest to praktykowane.
Czytaj: 2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji
VII. CZY TRZEBA DOWIEŚĆ NALEŻYTEGO ZŁOŻENIA REZYGNACJI?
Dobrze być przygotowanym, że ktoś zakwestionuje skuteczne złożenie rezygnacji, bo spółka zaniedba niezwłocznej aktualizacji składu jej organów w rejestrze. Na wszelki wypadek należy zadbać o potwierdzenie doręczenia spółce rezygnacji. Niby nie musi być ona złożona na piśmie, praktykowane bywa także składanie rezygnacji w formie elektronicznej, lecz w każdym przypadku wskazane jest, ze względów dowodowych, uzyskanie potwierdzenia doręczenia rezygnacji. Rezygnacja ustna zgłoszona do protokołu walnego zgromadzenia jest uwiarygodniona protokołem w formie aktu notarialnego.
VIII. CZY REZYGNACJA MOŻE ZOSTAĆ ODROCZONA?
W większości przypadków rezygnacja wchodzi w życie z chwilą jej złożenia, ale rezygnujący może określić inny termin wejścia swojej rezygnacji w życie (na przykład z końcem miesiąca, bądź po najbliższym posiedzeniu organu, którego jest członkiem). Spółka może zabezpieczyć się przed skutkami nagłej rezygnacji, ustalając w statucie czas między doręczeniem rezygnacji a wygaśnięciem mandatu. Kiedyś wyśmiewałem spółkę, która przyjęła, że rezygnacja wchodzi w życie sześć tygodni po jej doręczeniu, mnie natomiast wyśmiewał prawnik tej spółki. Pozostałem przy swojej opinii.
Czytaj: 2004.12.13 Dziurawy statut, pełna kieszeń
IX. CZY, OBEJMUJĄC MANDAT W ZARZĄDZIE LUB RADZIE NADZORCZEJ, NALEŻY ZŁOŻYĆ SPÓŁCE REZYGNACJĘ BEZ DATY?
Nie! Oczekiwanie, że piastun spółki złoży rezygnację in blanco, bez daty, jest przejawem zdziczenia obyczajów. Składając taki dokument, piastun spółki staje się podatny na szantaż i manipulacje. Uczciwy człowiek tak nie postąpi.
Czytaj: 2015.05.31 Czuj się odwołany!
X. CZY ZŁOŻENIE REZYGNACJI ZWALNIA OD ODPOWIEDZIALNOŚCI?
Nie! Odpowiedzialność ponosi się z tytułu działań lub zaniechań, złożenie rezygnacji nie daje immunitetu przed odpowiedzialnością.
XI. CZY REZYGNACJA MOŻE SPOWODOWAĆ SZKODĘ?
Jak najbardziej. Najczęstszy przypadek to stadne rezygnacje członków rady nadzorczej, mające na celu zdekompletowanie tego organu w celu odroczenia odwołania (przez następny skład rady) zarządu spółki. Praktykowano to w PZU Życie w epoce „Lekarzy bez granic”. Do szkody może dojść także, kiedy rezygnujący ogłosi powody rezygnacji dyskredytujące spółkę; otwiera to jednak drogę do postępowania mającego na celu pociągnięcie go do odpowiedzialności.
Czytaj: 2001.03.19 Panika szalonych pudli
XII. CZY WŁAŚCIWE JEST SKŁADANIE REZYGNACJI PRZEZ CZŁONKA RADY NADZORCZEJ REPREZENTUJĄCEGO INWESTORA, KTÓRY WYSZEDŁ ZE SPÓŁKI?
W teorii członkowie rady nadzorczej nie są reprezentantami inwestorów, którym zawdzięczają wybór do rady. Uważam, że członek rady reprezentuje w niej cały kapitał spółki, nie jego ułamek przypadający na swojego mocodawcę. W praktyce członkowie rady zachowują się jak przedstawiciele poszczególnych inwestorów, więc kiedy inwestorzy wychodzą ze spółki, oni składają rezygnacje. Rynki godzą się z takim obyczajem, niemniej jest naganne, gdy rezygnacje powodują zdekompletowanie rady nadzorczej.
Czytaj: 2002.01.14 Hinduska wdowa

PYTAQ to odpowiedzi na często zadawane pytania.

Czuj się odwołany!

Nie znają dnia ni godziny. Codziennie czują się odwoływani. Powodem stresu nie jest dla nich praca, odpowiedzialna i trudna, ale ryzyko jej nagłej utraty. Nie jest to – jak się uważa – fatum ciążące wyłącznie na menedżerach spółek z udziałem Skarbu Państwa, prezesi innych spółek także tracą stanowiska nagle i z niewiadomych przyczyn – czasem równie niewiadomych, jak przyczyny powołania ich na funkcję. Jak mamy uwierzyć w rynek, w notowane na nim spółki, w sens powierzania im naszych pieniędzy, skoro nominacje menedżerów i ich denominacje spowite są mrocznymi sekretami?

Nastrój niepokoju jest podsycany przez media. Wiadomo: odwołanie menedżera lub jego rezygnacja to zawsze chwytliwy temat, można go pociągnąć nawet przez kilka dni. Menedżerowie długo trwający na posadzie budzą zniecierpliwienie. Po zmianie koalicji dysponującej większością parlamentarną często dzwonili do mnie dziennikarze z pytaniem, którzy prezesi zostaną „odstrzeleni” jako pierwsi. Menedżer budujący wartość spółki to temat mniej atrakcyjny niż menedżer do odstrzału. A właśnie zanosi się na wielkie polowanie, medialna nagonka już rusza.

Ostatnio nieoczekiwanie zdenominowano (czyli odwołano) prezesa jednego z banków. Do niedawna uważano banki za instytucje zaufania publicznego… Pechowy Bank Ochrony Środowiska często padał ofiarą niewłaściwych praktyk corporate governance. Tracił na inicjowanych przez jednego z menedżerów (później wpływowego polityka) niejasnych operacjach z wierzytelnościami. Niesławnej pamięci minister środowiska przepchnął do rady banku, a później do zarządu, swoją totumfacką z administracji domów mieszkalnych. Kredyt Bank próbował przejąć BOŚ nieeleganckimi metodami, ten zaś bronił się podobnie. Bank repolonizowano wyganiając zeń szwedzkiego inwestora; co na tym zyskaliśmy? Sergiusza Najara wyrzucono z fotela prezesa i – bez jasnych ku temu powodów – pozbawiono absolutorium, by utrudnić mu powrót do bankowości. Później o banku przycichło. Do teraz.

Przed kilkunastu laty ukazało się w Polsce tłumaczenie książki napisanej jeszcze dziesięć lat wcześniej, jednej z pierwszych na naszym rynku traktujących o corporate governance. Napisałem notkę recenzyjną, książkę umiarkowanie pochwaliłem, zganiłem tłumacza i wydawnictwo – za to, że odgrzało nieświeży już kotlet, bo książka była i z innej epoki, i z innego świata. Nie wspomniałem o drobiazgu, który mnie niezmiernie zirytował – cytowanej w książce wypowiedzi jednego z niezarządzających członków rady dyrektorów: „Kiedy wchodzisz do rady, wręczasz prezesowi niedatowany, podpisany wniosek o dymisję”.

Oczywiście członek rady dyrektorów (a także rady nadzorczej) nie składa „wniosku o dymisję”. Składa on rezygnację. Wniosek można przyjąć lub odrzucić, rezygnacja skutkuje tak samo jak odwołanie lub śmierć. Lecz to tylko nieporozumienie. Mnie zirytowało założenie, że o członkostwie dyrektora w radzie miałby decydować szef zarządu. To rozwiązanie niezgodne z prawem, przy tym niemoralne: nie po to akcjonariusze wybierają radę, by los jej członków zawisł na prezesie. Stabilizacja członkostwa jest szczególnie ważna w przypadku członków niezależnych. Byłby to także archaizm, takich rozwiązań zapewne już nikt nie stosuje. Wręczenie komukolwiek podpisanego, niedatowanego oświadczenia o rezygnacji spowoduje, że składający takie oświadczenie musiałby liczyć się z tym, iż w każdej chwili jego rezygnacja może wejść w życie, o czym nieszczęśnik zapewne dowie się po fakcie. Z gazet.

Przypominam tę niefortunną wypowiedź, ponieważ szykujący się do władzy (już jest w ogródku, już wita się z gąską) szef jednej z dużych partii politycznych złożył zaskakujące oświadczenie: „Premier powinien złożyć u prezydenta dymisję bez daty”. Propozycja jest niekonstytucyjna i również niemoralna. W tym przypadku nie chodzi o corporate governance, a o governance w państwie, o sposób sprawowania w nim władztwa. Od tego władztwa zależy też jakość rynku kapitałowego, a od rynku – pomyślność pokoleń. Przeto o tym prezesie także napiszę, że jest on przeżytkiem z innej epoki, z innego świata. Zasłużył już na status praprezesa, może czas by poczuł się odwołany?

Czytaj także:
2001.06.29 Zadania i wyzwania rad nadzorczych i ich członków w świecie i w Polsce

Prezesi odchodzą znienacka

Często bywa tak: na pasku płynącym przez ekran telewizora pojawia się pilna wiadomość, że odchodzi prezes ważnej spółki. Odchodzi nieoczekiwanie, wszak gdyby było inaczej, nie byłby to „hot news”, informacja elektryzująca. Powód nie zostaje ujawniony. Nie pozna go opinia publiczna, czyli postronni. Nie poznają go akcjonariusze, którzy wnieśli do spółki kapitał, czyli zainteresowani. Niekiedy podana wieczorem wiadomość nazajutrz wywrze negatywny wpływ na notowania spółki. Oficjalnie spółka powiadomi, że prezes złożył rezygnację. Niekiedy prezes szybko opuszcza stanowisko, niekiedy przez jakiś czas jeszcze sprawuje je, przynajmniej czysto formalnie. Wówczas ma jeszcze czas na przygotowanie trzech kopert dla następcy. On sam wyjaśnia mediom, że właśnie wypełnił swoją misję, że myśli o nowych wyzwaniach. Sytuacja nie jest przejrzysta, co szkodzi spółce, a nawet rynkowi.

Idealna sytuacja jest inna. Prezes, a wraz z nim zarząd, pracuje do końca kadencji. Przed jej upływem spółka ogłasza, którzy z członków zarządu powiadomili ją o zamiarze nieubiegania się o ponowny wybór. Ustępują oni na walnym zgromadzeniu. Wcześniej ujawnia się, kto w spółce kogo zastąpi. Poważne spółki (raczej zagraniczne) komunikują rynkowi w raportach rocznych, że prezes, lub dyrektor finansowy, będą pełnić funkcję jeszcze przez rok lub dwa, często do osiągnięcia określonego wieku, a na ich miejsca sposobieni są imiennie wskazani menedżerowie, zazwyczaj wywodzący się ze spółki. Pod pióro cisną się tu słowa wyrażające wartość: przejrzystość, zaufanie, ciągłość przywództwa.

O braku przejrzystości, zaufania, ciągłości przywództwa decydują w Polsce różne względy. Jeszcze przed kilku laty na pierwszym miejscu stawiałbym politykę: do władzy doszła nowa ekipa, wymiata starych liderów, ich stanowiska obsadza swoimi totumfackimi. Lecz dzisiaj jest już inaczej. Polityka kadrowa Skarbu Państwa cywilizuje się. Także związki zawodowe nie wywożą już prezesów na taczkach, chociaż niejednemu wciąż obrzydzają funkcję, czasem niestety skutecznie. Najwięcej zła czynią w Polsce międzynarodowe korporacje, które traktują menedżerów swoich spółek zależnych jak meble w gabinetach. Ni stąd, ni zowąd robią przemeblowanie…

Przed laty umówiłem się na długą, ciekawą rozmowę z prezesem znaczącej w Polsce spółki działającej w ramach międzynarodowej grupy. Opowiadał pasjonująco o bieżących dokonaniach i trudnościach. Opowiadał też porywająco o ambitnych planach biznesowych.

Z aktualnych wątków skomponowałem artykuł do tygodnika, wątki wybiegające śmiało w przyszłość planowałem poruszyć w kolejnym tekście. Mój rozmówca rzucił na pożegnanie, że właśnie wyjeżdża na rozmowy do centrali. Z podróży wrócił zadowolony. Nazajutrz po powrocie został odwołany. Pierwszego artykułu nie zdążyłem już wstrzymać, ukazał się w najbliższym wydaniu tygodnika z fotografią rozmówcy na okładce. Tekst cieszył się znaczną poczytnością. Nie dlatego, że był dobrze napisany, lecz z uwagi na nieoczekiwaną dymisję…

Czytaj także: Tramwaj zwany pożegnaniem, 2004.11.08 

Stacja przesiadkowa [2006]

Okoliczności, w jakich odchodzą menedżerowie, to ważne kryterium oceny jakości i kultury rynku.

Jacek Kseń, prezes Banku Zachodniego WBK, ogłosił o zamiarze złożenia stanowiska. Uczyni to w kwietniu 2007 roku, w związku z upływem kadencji zarządu, podczas walnego zgromadzenia, któremu zostanie przedstawiony następca. Taka praktyka czyni w pełni zadość porządkowi korporacyjnemu. Szkoda, że w Polsce nadal jest rzadkością. Spośród prezesów dużych polskich banków chyba tylko Krzysztof Szwarc i Cezary Stypułkowski zawczasu uprzedzili, że rezygnują z posad. I że będą wypełniali obowiązki do walnego zgromadzenia.

Wielu prezesów składało rezygnacje nieoczekiwanie, acz z pełną aprobatą inwestora strategicznego. Nie mogli (nie chcieli?) doczekać, aż spółka dojedzie na stację przesiadkową, jaką bywa walne zgromadzenie. Wyskakiwali z niej pomiędzy przystankami. Albo, prawdopodobnie, bywali wypychani siłą. Rynkowi opowiadano zwyczajowe androny, że menedżer właśnie spełnił swoją misję (spełnił ją we wtorek przed południem, czy może w nocy ze środy na czwartek?) i czekają go nowe wyzwania. Czas na ocenę, czy misja rzeczywiście została spełniona, nastaje z upływem kadencji, na walnym zgromadzeniu. Wprawdzie za andronami na temat spełnionej misji i pragnienia zmierzenia się z nowymi wyzwaniami nie zawsze muszą się kryć mroczne jakieś powody dymisji, lecz piętnowałem takie zachowania. Pisałem: instytucje finansowe powinny być obliczalne. Nie powinny zaskakiwać rynku ani nagłymi stratami, ani nagłymi zmianami na ważnych stanowiskach.

Pomijając sploty nieprzewidzianych okoliczności, czyli sytuacje nadzwyczajne i z natury rzeczy niekorzystne, do zmiany prezesa powinno dochodzić jak omawianym przypadku: w związku z upływem kadencji, na walnym zgromadzeniu. Nazywam je stacją przesiadkową, co nie oznacza, bym rekomendował przesadzanie ustępującego prezesa do rady nadzorczej. Takie rozwiązanie miewa wielu zwolenników, lecz i przeciwników. Dobrze byłoby, by obie strony wyłożyły swoje argumenty. W Polsce uciera się także fatalna praktyka przesiadania się członków rady nadzorczej do zarządu. Lecz to tematy na odrębne szkice. Dzisiaj chodzi o to, by prezesi zmieniali się na stacji, zgodnie ze znanym zawczasu rozkładem, a nie w biegu, nieoczekiwanie.

Kultura odejścia prezesa to tylko jedna strona zagadnienia. Drugą stroną jest płynność sukcesji. W Banku Zachodnim WBK wyłania się możliwość przeprowadzenia całej operacji w sposób przejrzysty i przewidywalny. Wprawdzie prezes Kseń nie wyhodował sobie sukcesora, lecz kalendarium jego rezygnacji daje dość czasu, aby go wyłonić, czy to z grona pracowników banku, wśród których nie brakuje uzdolnionych menedżerów i potencjalnych liderów, czy z pocztu menedżerów konkurencyjnych banków, czy z otwartego konkursu. Wszak jest na rynku zastęp specjalistów zwolnionych z instytucji finansowych, bynajmniej nie z powodu braku kwalifikacji, a raczej z ich nadmiaru, ponieważ zagraniczni inwestorzy przenoszą kompetencje do centrali, a tu, w koloniach, potrzebują głównie prostej siły roboczej.

Na wielu dojrzałych rynkach praktykuje się informowanie z niemałym wyprzedzeniem, kiedy prezes planuje przejście na emeryturę, oraz kto go zastąpi. Przy czym sukcesora nie namaszcza ustępujący prezes, ale akcjonariusze, chociaż nierzadko na wniosek prezesa. Informacje o przyszłej sukcesji bywają ogłaszane w raporcie rocznym. W Polsce w raporcie rocznym zwyczajowo nie ogłasza się niczego, co nie jest już znane inwestorom… Rzecznik BZ WBK oznajmił prasie, że prezes odejdzie z posady z powodów osobistych (imponują mi mężczyźni, którzy w tym wieku miewają sprawy osobiste…). Sam prezes wyjaśnia to inaczej, bardziej przekonująco: jest dobrym menedżerem, stanowisko piastuje od lat, sprawdził się, w tym czasie wartość akcji wzrosła dwudziestokrotnie, a przy tym „w grupie AIB panuje zwyczaj, że prezesi odchodzą przed 60. rokiem życia”. Zresztą – najlepiej odejść, kiedy sytuacja jest bardzo pomyślna. Jacek Kseń dodał jeszcze, że z pewnością będzie miał wpływ na wybór następcy i postara się przekazać mu swoją wiedzę dotyczącą banku.

Na szczęście dla czystości obyczajów, Bank Zachodni WBK jest instytucją prywatną, więc politycy nie będą mieli wpływu na decyzje kadrowe. Nie wepchną do zarządu partyjnego stronnika. Bank też od polityków niczego nie potrzebuje, więc nie stanie się podatny na ich ewentualne naciski. Trzyma się zresztą, wręcz ostentacyjnie, daleko od stolicy: jako jedyny z dużych polskich banków ulokował się poza Warszawą. Przy czym nie chodzi tutaj o formalny przepis statutu, ale o rzeczywistą siedzibę zarządu. Ów dystans do stolicy bardzo pomógł w staraniach o przejęcie przez dawny WBK rozrywanego wówczas Banku Zachodniego. Co nie oznacza, że poznaniacy powstrzymali się od innych argumentów. Dość, że swoją sprawę załatwili dyskretnie i skutecznie.

Tekst ogłoszony 6 lutego 2006 r. w tygodniku Gazeta Bankowa
Czytaj także:
2014.07.07 Sukcesja, siostra kadencji
2003.12.29 Następstwo tronu

Tramwaj zwany pożegnaniem [2004]

Czy dobrze świadczy o spółce, jeżeli prezes nie potrafi doczekać przystanku i wyskakuje w biegu?

Kolejny prezes ważnej polskiej instytucji finansowej opuszcza fotel znienacka. Po Marii Wiśniewskiej, Jarosławie Myjaku, Agenorze Gawrzyale, Marianie Czakańskim, nieoczekiwaną rezygnację złożył Wojciech Kostrzewa. Podobnie jak w tamtych przypadkach, spotkało się to z życzliwą reakcją inwestora strategicznego. Rozstanie spółki z prezesem przebiegło w sposób przyjazny. Złożono podziękowania. Przypomniano zasługi. Lecz kultura pożegnania nie przesłoni znaku zapytania. Dotyczy on kwestii porządku korporacyjnego. Mianowicie instytucje finansowe powinny być obliczalne. Nie powinny zaskakiwać rynku ani nagłymi stratami, ani nagłymi zmianami na ważnych stanowiskach.

W podróży w przyszłość, spółki – jak tramwaje – zatrzymują się na wyznaczonych przystankach. Są nimi walne zgromadzenia. Funkcje w zarządach nie są dożywotnie. Walne zgromadzenie jest okazją do opuszczenia spółki. Niedobrze, jeżeli prezes nie potrafi doczekać przystanku i wyskakuje w biegu. Powstaje wtedy wrażenie, że został wypchnięty siłą. Lub nakłoniony do skoku. Lepiej, by zawczasu ogłosił o zamiarze odejścia ze stanowiska z odbyciem walnego zgromadzenia, a wcześniej zadbał o płynną sukcesję.

Rzadko zdarza się, by oba te wymogi zostały spełnione naraz. Najłatwiej o to w sytuacji, gdy prezes przechodzi na emeryturę w ustalonym zawczasu terminie, a upatrzył już sobie następcę, przysposobił go do stanowiska i zjednał mu poparcie inwestorów. Tak było tylko w BRE Banku, gdy Krzysztof Szwarc złożył funkcję w ręce właśnie Wojciecha Kostrzewy.

W innych przypadkach prezes, który zawczasu ogłasza, że z walnym zgromadzeniem ustąpi ze stanowiska, już w chwili ujawnienia tej intencji pozbawia się istotnej porcji swojego mandatu. Doświadczyli tego Jarosław Myjak, Agenor Gawrzyał i Marian Czakański. Łatwiej donieść do walnego zgromadzenia tytuły i gabinety, niż związane z nimi uprawnienia. Które zresztą zmieniają swoją postać w miarę, jak spółka jest konsekwentnie wchłaniana przez macierzystą grupę. W takim przypadku ogromne znaczenie mają dyplomatyczne umiejętności osób reprezentujących inwestora strategicznego w zarządzie i radzie nadzorczej polskiej spółki zależnej. Lub, odpowiednio, brak tych umiejętności. Niekiedy właśnie zmiana owych reprezentantów prowadzi do zmiany prezesa.

Spotkałem się z wyjaśnieniem, płynącym z bardzo poważnego źródła, że rezygnacja Wojciecha Kostrzewy nie została zapowiedziana zawczasu, ponieważ inwestor strategiczny przywiązuje ogromne znaczenie do przestrzegania zasad prawa o publicznym obrocie, a szczególnie obawia się przecieków informacji cenotwórczych. Dlatego sprawę trzymano pod korcem. Nie przyjmuję tego argumentu. Prezesi niemieckich banków nie zmieniają się z godziny na godzinę. Dlaczego zatem w Polsce ma być inaczej niż w Niemczech?

Wojciech Kostrzewa ustąpił nie tylko z funkcji prezesa BRE Banku, lecz nadto, co dyskretnie przecież przemilczano w pierwszych komunikatach, ze stanowisk w grupie Commerzbanku i z rad nadzorczych, w których reprezentował grupę. Nie stało to wszelako na przeszkodzie wcześniejszemu ujawnieniu rezygnacji. Świadczy o tym przypadek Cezarego Stypułkowskiego, który zapowiedział rezygnację z odpowiednim wyprzedzeniem, chociaż Bank Handlowy w Warszawie jest jeszcze mocniej wprasowany w struktury Citibanku, niż BRE Bank w struktury Commerzbanku. Inna opinia głosi, że prezesi Stypułkowski i Kostrzewa działali w zgoła odmiennych okolicznościach, ponieważ pierwszy z nich nie pozostawiał następcy i musiał dać inwestorowi czas na jego wyłonienie, a drugi miał obok siebie, w zarządzie, wyrazistego kandydata do przywództwa w banku.

Pora na wnioski. Obsada stanowisk prezesów instytucji finansowych jest sprawą delikatną. Każdy przypadek jest szczególny, niepowtarzalny. Do tej materii należy podchodzić bardzo ostrożnie. Nie można ująć jej w imadło sztywnych zasad. Jak nie ma jednolitej procedury powoływania prezesów, tak nie ma i nie będzie szczegółowych regulacji dotyczących opuszczania przez nich posad. Porządek korporacyjny jest bardziej kwestią smaku, niż skodyfikowanych zasad postępowania. A smaki są rozmaite.

Nie można oczekiwać, że spółki będą ujawniać wszystkie okoliczności odwoływania prezesów lub składania przez nich rezygnacji. Za ogólnikową deklaracją, że piastun stanowiska wypełnił swoją misję, a teraz pragnie podjąć nowe wyzwania – nie zawsze trzeba dopatrywać się jakiegoś mrocznego powodu. Niekiedy pożegnania będą szorstkie, jak w przypadku Stanisława Pacuka, niekiedy aksamitne. Prezesi będą wyskakiwać w biegu lub wysiadać na przystankach na żądanie. Ważne, by tramwaj jeździł zgodnie z rozkładem jazdy. Wprawdzie akcjonariuszom przychodzi zmagać się z niepokojem, co naprawdę zdarzyło się w spółce, do której wnieśli pieniądze, lecz taki już ich los.

Tekst ukazał się w Gazecie Bankowej 8 listopada 2004 r. Zobacz także „Prezesi odchodzą znienacka” 2013.03.15

Samozwaniec [2001]

Praktyka dowodzi, że łatwiej złożyć rezygnację, niż pojąć znaczenie i skutki prawne tego kroku.

Z rynku publicznego dobiegają niepokojące sygnały dotyczące rezygnacji członków organów spółek. Rezygnacje składane są licznie. Nie są ujawniane ich powody. Rynkowi powszechnie doskwiera brak świadomości skutków złożenia rezygnacji. Prowadzi to do zwyrodnień. Na przykład radzie nadzorczej jednej ze spółek publicznych przewodniczy samozwaniec nie będący już w ogóle członkiem rady. Za sprawą takich praktyk, ryzyko inwestowania w spółki publiczne jest w Polsce wręcz niewyobrażalne!

Rezygnacje są liczne. Z komunikatów ogłoszonych w systemie Emitent w pierwszym tygodniu (od 3 do 9) grudnia wyłowiłem przypadki złożenia rezygnacji przez prezesa jednej i członka zarządu innej spółki giełdowej. Wiceprezes trzeciej i członek zarządu czwartej spółki zostali w tym czasie odwołani przez rady nadzorcze ‘w związku ze złożoną rezygnacją’. Wyłowiłem też osiem przypadków rezygnacji z rad nadzorczych. Ściśle biorąc, rezygnacje z członkostwa w radach pięciu innych spółek złożyło siedem osób. Z jednej z rad w ciągu tygodnia zrezygnowały aż cztery osoby. Jedna osoba złożyła rezygnację z członkostwa w dwóch radach. Dwanaście rezygnacji z pracy w organach spółek w ciągu zaledwie pięciu dni roboczych to zjawisko niepokojące. Źle świadczy ono o rynku.

Często przyrównuję polskie rady nadzorcze do drzwi obrotowych: stale ktoś wychodzi albo wchodzi. Do rad, a nawet zarządów, wybierane są osoby niepoważne, które nie potrafią dosłużyć końca kadencji. Kiedyś zwracałem uwagę na masowe rezygnacje członków rad nadzorczych w trójkącie bermudzkim PZU – PZU Życie – Totalizator Sportowy. ‘Wielkiego Szu’ już nie ma, ale przetrwały stadne rezygnacje z rad nadzorczych.

Nie są ujawniane powody rezygnacji. Konkretny i ważny powód został ujawniony tylko przez jedną osobę, rezygnującą z członkostwa w dwóch radach. Kilka rezygnacji zostało umotywowanych względami osobistymi, kilka innych nie zostało umotywowanych. Nie chodzi o ciekawość, lecz o odpowiedzialność. Kto składa rezygnację z zarządu lub rady nadzorczej bez ‘ważnego powodu’ – jest odpowiedzialny za szkodę. Czy rezygnacja może spowodować szkodę? Otóż tak, jeżeli skutkuje na przykład zdekompletowaniem organu. Czy ‘względy osobiste’ to ‘ważny powód’, zwalniający od odpowiedzialności? Otóż niekoniecznie. Ktoś może kiedyś odpowie za skutki niefrasobliwej rezygnacji.

Rynkowi powszechnie doskwiera brak świadomości skutków złożenia rezygnacji. Spółki nie rozumieją, że rezygnacja jest takim samym powodem wygaśnięcia mandatu, jak upływ kadencji, śmierć lub odwołanie. Nie ma zwyczaju odwoływania kogoś z powodu śmierci. Nie ma też potrzeby odwoływania ‘w związku ze złożoną rezygnacją’. Członkostwo organu spółki ustaje zatem w chwili skutecznego złożenia rezygnacji i nie ma już znaczenia, czy składający rezygnację zostanie w jej następstwie odwołany, czy przeciwnie – jego rezygnacja zostanie odrzucona. Znam taki przypadek!

Skuteczność rezygnacji zależy od tego, czy oświadczenie woli, którego treścią jest rezygnacja, doszło do spółki w taki sposób, że mogła ona zapoznać się z jego treścią. Polskie prawo dopuszcza swobodę formy oświadczenia woli, przeto nie jest konieczne składanie rezygnacji w formie pisemnej. Można ją także złożyć ustnie do protokołu (tak było 3 grudnia na jednym z walnych zgromadzeń). Odwołanie oświadczenia woli w przedmiocie rezygnacji jest skuteczne, jeżeli doszło do adresata jednocześnie z tym oświadczeniem lub wcześniej. W innym przypadku – rezygnacja staje się ostateczna, mandat wygasa, członkostwo ustaje, basta.

Niefrasobliwość członków rad oraz powszechna nieznajomość prawa w spółkach i wokół nich prowadzi do zwyrodnień. W radzie nadzorczej Szeptelu wybuchła epidemia rezygnacji. 3 grudnia rezygnuje przewodniczący rady, powołując ‘względy osobiste’. Spółka informuje o tym tego samego dnia w raporcie bieżącym. Nazajutrz spółka ogłasza, że 3 grudnia rezygnacje złożyli także dwaj członkowie rady, oczywiście ze względów osobistych. 5 grudnia Szeptel informuje, że przewodniczący rady 4 grudnia ‘odwołał ze względów formalnych swoje oświadczenie woli z 3 grudnia’ w przedmiocie rezygnacji z rady, przeto ‘tym samym’ pełni funkcję przewodniczącego rady. O jakie ‘względy formalne’ tu chodzi? 6 grudnia Szeptel informuje, że z rady ustąpił jeszcze jeden członek. Podał on ważny powód rezygnacji, przeto jego sytuacja jest czysta.

Szeptel ma więc burzliwe życie wewnętrzne. Były przewodniczący rady odwołał swoją rezygnację, ale z równym skutkiem mógłby odwołać królową brytyjską. Twierdzi, że nadal pełni funkcję, ale z równym skutkiem mógłby utrzymywać, że zasiada na brytyjskim tronie. Współcześnie samozwańca czeka nie kat, lecz śmieszność.

Tekst ogłoszony 17 grudnia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka
Czytaj także:

Odwołanie na puszczy [2001]

Nieważne, z jakiego powodu dochodzi do odwołania. Liczy się tylko powód rezygnacji.

O zmianach w radzie nadzorczej najczęściej decydują zmiany struktury własnościowej spółki, o zmianach w zarządzie – wyniki, ale nie zawsze zachodzi potrzeba ujawniania tych powodów. Ostatnio jeden z dzienników ogłosił, że z foteli prezesów spółek giełdowych odeszło tylko w tym roku 69 osób, a kilku innych prezesów pakuje już manatki. Nic w tym dziwnego. Kryzys odsłonił wartość zarządów. Wokół tych zmian dochodzi do mnóstwa nieporozumień. Korygowanie ich przypomina wołanie na puszczy. Nikt nie słyszy, nikt nie reaguje. Wołam więc wszem i wobec: nie ma potrzeby publicznego ogłaszania powodu odwołania, nawet jeżeli może dojść do niego wyłącznie z „ważnych” powodów. W zasadzie rada nadzorcza nie jest obowiązania komunikować powodu (lub powodów) odwołania odwołanemu członkowi zarządu. Walne zgromadzenie nie jest obowiązane komunikować powodu odwołania odwołanemu członkowi rady.

Z odwoływaniem z zarządu i rady jest jak z biciem żony przez górala: już tam ona sama dobrze wie, za co obrywa. Uczestniczyłem w podejmowaniu wielu trudnych decyzji kadrowych i wiem, że odsłonięcie ich podłoża może wyrządzić spółce wiele szkody. Milczenie bywa złotem także dla odwołanych. Niekiedy spółka wyjaśnia powód odwołania mimochodem, przekazując do publicznej wiadomości, że sprawę byłego prezesa (albo całego zarządu) skierowano do prokuratury. Niekiedy spółka publicznie rozgłasza powód, a nawet powody, rozstania się z członkiem zarządu. W jednej ze spółek giełdowych ostatni (najmniej ważny?) spośród pięciu ogłoszonych powodów odwołania członka zarządu–dyrektora finansowego dotyczył „nieprawidłowości w zarządzaniu finansami spółki”. Mimo takich komunikatów, a także równie tragicznych wyników, spółka jeszcze istnieje.

Wołam też wszem i wobec: niech odwołani nie podnoszą wrzasku. Nikt jakoś nie protestuje, kiedy go powołują. Dlatego wątpię, czy wypada protestować z powodu odwołania. Kiedyś Andrzej Olechowski surowo skarcił ministra, że odwołanie go z rady nadzorczej to „decyzja nieuzasadniona i dla banku szkodliwa”. Otóż minister nie musiał decyzji uzasadniać, jak nie musiał reagować na publiczne połajanki zainteresowanego. W odróżnieniu od członka zarządu, członek rady nadzorczej nie ma umowy o pracę lub zarządzanie.

Wołam na puszczy, że rada nadzorcza może odwołać prezesa lub członka zarządu (chyba że statut stanowi inaczej), może zawiesić go (z ważnych powodów) i na jego miejsce czasowo delegować kogoś ze swojego grona, lecz nie może delegować członka rady, nawet na krótko, na miejsce wakujące z powodu odwołania, śmierci lub rezygnacji. Byłoby to naruszeniem prawa skutkującym nieważnością czynności podjętych przez zarząd z udziałem kaduka – bo tylko tak można nazwać członka rady delegowanego na miejsce kogoś, kogo nie ma. Takiego numeru nie było nawet w Elektromisie (nie mylić z Elektrimem).

Wołam na puszczy: nie można odwołać kogoś, kto nie pełni funkcji! Odwoływanie kogoś „z powodu zakończenia kadencji” lub „złożenia rezygnacji” to proceder niebezpieczny: co stanie się, gdyby taka uchwała nie została przyjęta? Może ktoś jeszcze wpadnie na pomysł odwoływania „z powodu śmierci”? Większością ¾ głosów… Podobnie jak odwołanie i śmierć, rezygnacja skutkuje wygaśnięciem mandatu. Podobnie jak śmierci, nie można jej cofnąć. Odmiennie niż śmierć, warto ją uzasadniać. Gdyby bowiem rezygnacja z zarządu lub rady nadzorczej naraziła spółkę na szkodę, składający rezygnację może ponieść odpowiedzialność za tę szkodę.

Od odpowiedzialności można się uchylić tylko dwojako. Albo pełniąc funkcję w nieodpłatnie, albo motywując rezygnację „ważnym” powodem. Jestem przeciwko nieodpłatnemu sprawowaniu funkcji. Po pierwsze, bez wynagrodzenia trudno należycie przyłożyć się do pracy. Po drugie – źle, jeżeli członek zarządu lub rady nadzorczej może czmychnąć z funkcji, kiedy mu się spodoba, nawet kosztem szkody wyrządzonej spółce. Spółka nie musi ogłaszać powodu rezygnacji. Nawet nie powinna go ogłaszać, jeżeli składający rezygnację poprosi o dyskrecję. Szkodę najłatwiej wyrządzić nie samą rezygnacją (bo któż jest niezastąpiony?), ale zatajeniem jej powodu. Wtedy opinia publiczna może powziąć podejrzenie, że w spółce dzieje się źle; natomiast jeżeli wie o tym, może przypuszczać, że w spółce dzieje się jeszcze gorzej, niż dzieje się naprawdę.

Utarło się w wielu krajach, że osoba powołana w skład zarządu lub rady nadzorczej z góry wręcza prezesowi (lub przewodniczącemu) niedatowany dokument zawierający rezygnację ze stanowiska. Jak ów ktoś przestanie się podobać, wpisze się datę, ogłosi jego rezygnację i już. Ponieważ w Polsce brak umotywowania rezygnacji „ważnym” powodem rodzi odpowiedzialność, przeto przestrzegam przed taką praktyką.

Tekst ogłoszony 3 grudnia 2001 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Czytaj także:
2004.11.08 Tramwaj zwany pożegnaniem
2001.01.22 Mroczny powód rezygnacji