Archiwa tagu: Sarbanes-Oxley Act

Na krawędzi ryzyka [2003]

Warto oddzielić ryzyko jako aspekt działalności gospodarczej od wywoływania wilka z lasu.

Wprawdzie wyniki spółek nie rosną imponująco, lecz jest dziedzina, w której linia wzrostu pionowo pnie się ku niebu. Chodzi o stawki ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej członków zarządów i rad nadzorczych (Directors & Officers, w skrócie D&O). Na wielu rynkach Europy wznowienie polisy w roku 2003 kosztuje już o 50% więcej. Jeżeli jednak na spółce ciąży zwiększone ryzyko z uwagi na jej niebezpieczne związki z rynkiem amerykańskim (gdy jest tam notowana lub ma silnych inwestorów stamtąd) – wysokość składki ubezpieczeniowej mogła ostatnio wzrosnąć nawet o 200%. Co wcale nie oznacza, że towarzystwa ubezpieczeniowe odniosą z tego jakąkolwiek korzyść! Niewykluczone, że jeszcze dopłacą do interesu.

Dlaczego stawki rosną? Ponieważ rośnie ryzyko. Dlaczego rośnie ryzyko? Paradoksalnie, z dwóch przyczyn. Jedną jest tendencja zmierzająca do poprawy corporate governance. Drugą jest niedostatek usiłowań zmierzających w tym kierunku. Jest bowiem na tej niwie tak wiele do zrobienia, że nie da się od razu przeprowadzić wszystkich koniecznych reform. Porządek korporacyjny buduje się powoli. Szybko można za to ścigać tych, którzy w tym przeszkadzają. Amerykanie przyjęli Sarbanes – Oxley Act. Niemcy szykują przepisy dające akcjonariuszom możliwość zbiorowego pozywania członków zarządów i rad nadzorczych za spowodowane przez nich szkody. Oliver Stieg, prawnik specjalizujący się w problematyce D&O w kancelarii Noerr Stiefenhofer Lutz w Dusseldorfie, przewiduje następstwa tego kroku: albo składki za ubezpieczenie D&O wzrosną zasadniczo, albo odpowiedzialność cywilna członków zarządów i rad zostanie wyłączona z zakresu ochrony świadczonej przez towarzystwa ubezpieczeniowe (przytaczam za ‘CFO Europe’, elitarnym pismem finansistów).

Wspominany tutaj często raport Higgsa zaleca brytyjskim spółkom, by ubezpieczały odpowiedzialność cywilną nie tylko etatowych funkcjonariuszy, lecz nadto ‘non–executive directors’, których przed powołaniem do rady należy instruować na temat charakteru i zakresu takiego ubezpieczenia. Skoro wzrośnie zapotrzebowanie na polisy D&O, zapewne wzrosną też stawki. W Holandii stawki już wzrosły, od 20 do 500 (!) procent: w dolnych granicach dla spółek solidnie traktujących potrzebę doskonalenia porządku korporacyjnego, w górnych dla spółek marnotrawnych. Corporate governance jest przeto kolejną płaszczyzną, na której spółki konkurują. Nie dowiedziono jeszcze, by inwestorzy płacili więcej za akcje spółek mających lepszy porządek korporacyjny, lecz przynajmniej mamy dowód, że od spółek pozbawionych owego porządku więcej żądają ubezpieczyciele. A skoro zarządy i rady takich właśnie spółek są bardziej narażone na ryzyko – potrzebują one polis D&O bardziej niż organy innych spółek.

Biorą to pod uwagę inwestorzy instytucjonalni. Dla nich liczy się nie tylko kwota, którą menedżer zabiera do domu, lecz wszystkie koszty jego zatrudnienia, w tym koszty ubezpieczenia OC. Stąd inwestorzy instytucjonalni coraz częściej kwestionują koszty generowane przez organy spółek. W Wielkiej Brytanii na cenzurowanym znalazły się ostatnio m.in. Reuters, Shell i EMI, w USA General Electric i Hewlett–Packard. Wzrost stawek D&O to nie sezonowy kaprys, to tendencja. Zarządcy i nadzorcy spółek z natury rzeczy działają na granicy ryzyka. Odpowiedzialność ich rośnie, a na Zachodzie bywa ona przy tym coraz częściej egzekwowana. Czym innym jest jednak ryzyko, które nieuchronnie wszelkiej działalności gospodarczej, czym innym rozmyślne mnożenie zagrożeń wokół spółki, wywoływanie wilka z lasu. Celują w tym polskie spółki. Ponieważ przedmiot działalności jest określany w statucie, przeto jego zmiana wymaga zwołania walnego zgromadzenia dla dokonania zmiany statutu. Aby oszczędzić fatygi akcjonariuszom i sobie, spółki błyskają sprytem: wpisują do statutu – w rubryce ‘przedmiot działalności spółki’ – co bądź, jak najwięcej. Jest to postępowanie nacechowane obłudą, bowiem te same spółki, które pragną uniknąć zwoływania zgromadzeń w celu dokonania zmian w statucie, zwołują je ochoczo, by dokonywać zmian w radzie nadzorczej.

Przedmiot działalności polskich spółek bywa więc bardzo często zdefiniowany na wyrost, daleko poza granice rozsądku. Na przykład pewna spółka z moich rodzinnych stron, o której przypuszczałem, że grzecznie składa sobie komputery, kreśli w statucie zgoła imperialny przedmiot działalności, powołując przy tym ponad 170 pozycji PKD. Spółka może w każdej chwili prysnąć w inną branżę, bo jej akcjonariusze z góry udzielili na to zgodę. Lecz kiedy przyjdzie ubezpieczyć OC członków zarządu i rady, wysokość stawki zapewne dorówna tkwiącemu w spółce ryzyku. Skoro akcjonariusze nie potrafią zakorzenić w spółkach porządku korporacyjnego, niechaj zrobią to za nich towarzystwa ubezpieczeniowe.

Tekst ogłoszony 12 maja 2003 r. w tygodniku Gazeta Bankowa

Czytaj także:
2014.11.04 Paradoks D&O
2003.02.24 O dobrą praktykę D&O

Między Davos a City [2003]

Niezależność członków rad jest jak lekarstwo: stosowana z umiarem pomaga, przedawkowana może zaszkodzić.

W Davos dyskutowano nie tylko o wojnie z Irakiem i jej możliwym wpływie na gospodarkę światową. Gorącym tematem stał się także porządek korporacyjny. Pierwszą osią sporu była kwestia, czy to spółki mają decydować o dobrowolnym poddawaniu się zasadom dobrej praktyki, bądź odrzucaniu ich – czy też ustawodawca odbierze im ową swobodę i sam narzuci spółkom kanon postępowania. Druga oś sporu to kwestia zastosowania ustawy przyjętej przez jedno państwo wobec spółek pochodzących z innych państw. Europa ma opory przeciwko rozciąganiu na jej spółki regulacji obcego prawa (warunkiem notowania na giełdach amerykańskich jest przestrzeganie przez ościenne spółki licznych przepisów Sarbanes – Oxley Act, 2002).

Szczególnie Brytyjczycy nie widzą miejsca dla ustawodawcy. Ich zdaniem, spółki same powinny wypracować zasady dobrej praktyki, a za naruszanie owych zasad odpowiadać przed akcjonariatem. W Europie uważa się także, że to Amerykanie powinni uczyć się od nas, bowiem po tamtej stronie Atlantyku hołduje się ślepo literze standardów rachunkowości, a po tej stosuje się je z poszanowaniem ich ducha. Zresztą i w USA nie brak krytycznych ocen przyjętych tam rozwiązań. Jedni twierdzą, że rada (the board) złożona, oprócz prezesa zarządu, wyłącznie z niezależnych, bywa oderwana od spraw spółki. Inni, w tym grupa robocza powołana przez opiniotwórczą Conference Board, są za rozdziałem przewodnictwa w radzie (chairperson) od funkcji prezesa zarządu (president, CEO). W Stanach Zjednoczonych do tej pory odsunięcie prezesa zarządu od przewodnictwa rady bywa odczytywane jako oznaka słabości: spółki, gdy taką sytuację uznaję się za przejściową, bądź prezesa, gdy taka sytuacja nosi znamiona trwałości.

W Wielkiej Brytanii radzie najczęściej przewodniczy osoba spoza zarządu, z natury będąca zwornikiem spółki z akcjonariatem. I chociaż w składzie rady znajdują się nie tylko osoby spoza zarządu (czyli non–executive directors, w skrócie NEDs), przecież i tutaj ich pozycja rośnie. W styczniu w Londynie ogłoszono kolejny z serii raportów na temat corporate governance. Jego autorem jest Derek Higgs – bankowiec, któremu rząd powierzył przegląd pozycji zajmowanej w radzie przez tych jej członków, którzy nie zasiadają w zarządzie (NEDs).

Higgs zaleca utrzymanie praktykowanego w City rozdziału stanowisk prezesa zarządu i przewodniczącego rady. Co więcej: przewodnictwa w radzie nie należy też powierzać byłemu szefowi zarządu. Należy utrzymać zasadę, że rada składa się w większości, acz nie wyłącznie, z osób spoza zarządu (NEDs). Powinni oni być godziwie opłacani. Przynajmniej połowa członków rady powinna spełniać warunki niezależności od zarządu. Przynajmniej jeden z członków wyłanianej przez radę z jej składu komisji do spraw audytu powinien reprezentować ‘odpowiednie, znaczące i świeże’ doświadczenie w dziedzinie finansów. Niezależni członkowie rady powinni systematycznie spotykać się w swoim gronie i wyłonić spośród siebie lidera, który będzie ich rzecznikiem w radzie i łącznikiem z akcjonariuszami. Przewodniczący winien poprzestać na piastowaniu tego stanowiska w radzie jednej poważnej spółki.

Wiele spośród zaleceń zawartych w raporcie Higgsa traktuje o rozwiązaniach ugruntowanych już mocno w brytyjskim porządku korporacyjnym. Nacisk na fachowość i niezależność członków rady pomoże ją odmłodzić; pozwoli wyjść poza krąg ‘mężczyzn rasy białej w wielu zbliżonym do emerytalnego’. Co przecież jest znacznym postępem, skoro jeszcze do niedawna City apelowała o wyjście poza znacznie węższy krąg emerytowanych oficerów elitarnych pułków gwardii i absolwentów prestiżowych uniwersytetów.

Życie pokaże, które z rekomendacji Higgsa ostaną się w dobrej praktyce. Wyrażane są rozliczne wątpliwości w kwestii statusu owego lidera, który ma przewodzić niezależnym. Czy nie będzie on w radzie biegunem przeciwległym przewodniczącemu i trzecim, po tym ostatnim oraz prezesie zarządu, pretendentem do przywództwa w spółce? Czy – kontaktując się na własną rękę z akcjonariatem spółki – nie stanie się on rzecznikiem grupy najbardziej niezadowolonych? Czy nie wystarczy, by starym zwyczajem niezależni spotykali się raz w roku? Ich regularne spotkania mogą zaowocować wyprowadzeniem władzy w spółce z rady w jej statutowym składzie do węższego grona niezależnych (i mniej odpowiedzialnych, jak twierdzą przeciwnicy takiego rozwiązania).

Lecz sam schemat organizacyjny niczego nie przesądza. Wszystko zależy od ludzi, od ich kultury, od umiejętności znoszenia się nawzajem. Z pewnością z raportu Higgsa cieszą się łowcy głów. Przypadną im liczne zlecenia wynalezienia odpowiednich osób na funkcje niezależnych członków rad, a zakaz łączenia przewodnictwa w radach rad zwiększy także zapotrzebowanie na przewodniczących.

Czytaj także:
2003.06.09 Ile dywizji ma Higgs?