Archiwa tagu: Skarb Państwa

Jak odpartyjnić spółki?

  • Wszechobecność państwa w gospodarce nie jest zjawiskiem korzystnym ani dla gospodarki, ani dla społeczeństwa;
  • Szczególnie szkodliwe jest rozdawanie stanowisk w spółkach z udziałem państwa rodzinom i stronnikom polityków;
  • Pomysły odpartyjnienia stanowisk w spółkach ze znacznym udziałem państwa są, w świetle doświadczeń, niedorzeczne;
  • Odpartyjnić spółki można tylko przez ich prywatyzację: prywatny kapitał nie obsadza stanowisk według klucza partyjnego.

Spytano polityka, dlaczego chce upaństwowić zakłady pogrzebowe. Bo przynoszą dochód, odpowiedział. A kiedy już zostaną upaństwowione – przestaną. Niezaprzeczalnie był to wywód trafny. Własność państwowa nie służy rentowności. Wspomniany polityk był działaczem brytyjskiej Labour Party, jej „czerwonego” skrzydła. W latach siedemdziesiątych XX w. miało ono w partii znaczne wpływy. Grupa radykałów, uważających się , nie wiedzieć czemu, za marksistów, twierdziła, że wszelkie zyski są niemoralne i złe, więc te ze śmierci też, nawet podwójnie. Może kalkulowali, że kiedy pogrzeby przestaną przynosić zyski – ludzie przestaną umierać.

Ci szaleńcy byli idealistami. Chcieli wszystko upaństwowić dla zasady, nie w interesie partii ani swoim. Nie o zyski walczyli, lecz z nimi. Pięćdziesiąt lat później, w Polsce, także rośnie kult własności państwa. Skarb Państwa rozciąga wpływy na spółki ze swoim udziałem, zawłaszcza je – nie bacząc, że w niektórych jest akcjonariuszem zaledwie mniejszościowym. Państwo korzyści z tego nie ma żadnych, im gorzej zarządzane będą spółki, tym mniejsze dadzą wpływy do budżetu. Korzyści przypadają politykom sprawującym władzę: mogą obsadzać posady krewnymi i stronnikami. Bank stanowisk w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa daje rządzącym wpływy i pieniądze. Nominowani nierzadko odpalają  partiom część zarobków. A opanowane przez nich spółki finansują wydarzenia polityczne, wspierają szemrane fundacje, płacą mediom wspierającym rząd za niepotrzebne reklamy. Jest to korupcja instytucjonalna, bezczelna i bezkarna.

Mnożą się różne pomysły, jak ukrócić ten brzydki proceder, zapobiec nadużyciom, wyplenić złe praktyki. Jak odpartyjnić spółki. Niektóre z tych pomysłów bywają na pozór szlachetne: trzeba powołać jakiś organ nominacyjny, który będzie odpowiadał za obsadę zarządów i rad nadzorczych spółek z udziałem państwa. Utworzyć komisję selekcyjną. Kontrolować nominacje i zarobki. Stawiać i egzekwować wysokie wymagania. Uchwalić nową ustawę. I kilka rozporządzeń. Zakazać. Wypalić żelazem! I takie tam ecie-pecie.

Lecz to nie działa i działać nie może. Skutecznym sposobem na odpartyjnienie spółek jest prywatyzacja. Społeczeństwu wprasowano w głowy, że branże strategiczne: energetyka, paliwa, zbrojenia, górnictwo, coś tam jeszcze, muszą, dla naszego bezpieczeństwa, być zarządzane przez państwo. To samo, które poległo w dziedzinach ochrony zdrowia, oświaty, kultury, finansów – nie radzi sobie nawet z więziennictwem. Rozważany jest absurdalny projekt budowy państwowej sieci sklepów spożywczych. Tylko czekać, aż i u nas pojawią się pomysły upaństwowienia firm pogrzebowych. Państwo powinno być sprawnym regulatorem, lecz nie nadaje się na menedżera.

Nie sprawdza się ono także w trzeciej roli – inwestora. Dowodzi tego dramatyczny spadek kapitalizacji notowanych na GPW spółek z jego udziałem. Miliardy ulatniają się bez śladu. Co gorzej: niektóre z tych spółek straciły zdolność pozyskania kapitału w drodze emisji akcji. Najsłabsze można łączyć z silniejszymi, ale i te mogą z czasem nie unieść ogromu strat. Lecz nawet prywatyzacja nie rozwiąże wszystkich problemów.

Przyglądam się pewnemu, od początku na wskroś prywatnemu, konglomeratowi. I widzę, że własność prywatna także ugina się czasem przed państwem, gdyż wprawdzie może ono powstrzymać się od czynienia szkód, wstrętów, nieprzyjemności – ale nad prywatnym przedsiębiorcą stale wisi przecież groźba, że łaska polityków odwróci się odeń, odpłynie. Państwo demokratyczne nie rodzi takich zagrożeń, gdyż jest kontrolowane przez niezawisłe sądy, wolne media, światłą opinię publiczną. Czy Polska jest współcześnie takim państwem?

Na koniec gorzka uwaga: demokracja i własność prywatna wcale nie gwarantują oczekiwanej rentowności spółek, przezwyciężenia plagi nepotyzmu (kwitnie on przecież w najlepsze w wielu spółkach giełdowych z rodzinnym rodowodem), ani nie dają skutecznej ochrony przed aferami, niekiedy ogromnymi. Lecz to już inna historia.

Tekst ogłoszony 26 września 2020 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

 

 

 

Na rynku własność prywatna jest znacznie cenniejsza od państwowej

  • W umysłach wielu Polaków zdołano zakorzenić przekonanie, jakoby prywatyzacja była trawiącą gospodarkę plagą, złodziejstwem i nieszczęściem;
  • Prywatyzacji przeciwstawia się zalety własności państwowej – dziedzictwa zarządzanego uczciwie i kompetentnie we wspólnym interesie społeczeństwa;
  • Wszak państwo wie wszystko lepiej, jest sprawne i sprawiedliwe, o czym świadczy hojny rozdział wspólnych dóbr między potrzebujących;
  • Te brednie rozgłasza się w kraju, który jeszcze niedawno boleśnie doświadczał skutków rzekomo dobroczynnej wszechobecności państwa w gospodarce.

W procesie prywatyzacji nie uniknięto błędów. Zapewne największym z nich był program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, tworzony na przekór wszelkim standardom corporate governance. Współczesna polityka gospodarcza, zmierzająca ku skupieniu w rękach państwa władzy nad licznymi podmiotami działającymi na rynku, także lekceważy podstawowe standardy corporate governance i niczego dobrego nie wróży. Oto kilka jej największych wad.

  1. Brak poszanowania akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa w spółkach z jego udziałem. Pojęcie „spółek z udziałem Skarbu Państwa” zostało zastąpione, nie tylko przez polityków, także przez niekompetentne media, wymownym skrótem: „spółki Skarbu Państwa”. Nieważne, że w tych spółkach są, obok państwa, także inni akcjonariusze, zaproszeni do udziału w nich w procesie częściowej prywatyzacji (także pod fałszywym szyldem „Akcjonariatu Obywatelskiego”); nieważne, że w niektórych ważnych spółkach większość udziałów należy do inwestorów innych niż Skarb Państwa – reszta akcjonariatu nie liczy się w praktyce. Państwo nie konsultuje swoich zamierzeń z rynkiem, dla swoich pomazańców zagarnia stanowiska w zarządach i radach nadzorczych, zachęca obsadzone przezeń spółki do kierowania środków i zasobów na cele zgodne z jego polityką.
  2. Brak troski państwa o wycenę spółek z jego udziałem. W naturze akcjonariusza leży dążenie do wzrostu wartości posiadanych walorów. Państwo nie czuje się akcjonariuszem, raczej uważa się za właściciela, ale do tej roli nie dorasta. Państwo nie dba, jak wyceniane są przez rynek akcje spółek z jego udziałem: na X, czy X razy 10. Nie są one przeznaczone do sprzedaży, przeto im niżej spadną notowania, tym łatwiej będzie w przyszłości zniechęcić inwestorów, wykupić ich za bezcen i tryumfalnie ogłosić repolonizację. Za przykład braku dbałości państwa o interes spółki z jego udziałem świadczyć może przypadek PGE SA: przeniesiono część kapitału zapasowego na zakładowy (by pobrać od tego podatek), ale napompowanie wartości nominalnej akcji trwale odebrało spółce zdolność emisyjną. To może się srodze zemścić.
  3. Receptą państwa na kłopoty podmiotów gospodarczych jest ich łączenie. Kopalnie toną w długach, energetyka kuleje – przeto należy połączyć te branże. Powiązać Bank Pekao z PZU, niech z tego mixu powstanie narodowy czempion zdolny do ratowania dychawicznego Aliora (kiedyś dobrze prosperującego, lecz od czasu repolonizacji ledwie wiążącego koniec z końcem). Połączyć Orlen z Lotosem, oraz z upadłym Ruchem, może kiedyś jeszcze z PGNiG, by na tej podstawie tworzyć narodową sieć sklepów spożywczych (teraz wszystko ma być narodowe, by zatrzeć przykre wrażenie, że naród podzielił się trwale). Do czego to prowadzi, wyraźnie ukazuje przykład SKOKów: kasy walące się pod kłopotami przyłączano do radzących sobie lepiej, aż w końcu za tę zabawę podatnik zapłacił miliardy. Eksperymenty rządzących przyniosą taki sam efekt, zapłaci za to podatnik. Ogarnięty wisielczym humorem, niekiedy proponuję państwowym decydentom połączenia górnictwa z LOTEM i przerobienie samolotów na napęd węglowy. To idyotyzm, ale kiedyś dowcipkowano, że Iwan Miczurin połączył kota z węglem, uzyskując z tej syntezy miał węglowy.
  4. Wspomniana „repolonizacja”, czy zagarnianie przez państwo uczestników rynku, nie służy budowaniu ich wartości. Po nabyciu przez państwo znaczącego pakietu akcji Banku Pekao proponowałem zbycie przynajmniej części tych akcji przez giełdę. Takie rozwiązanie ożywiłoby warszawską giełdę, wówczas (2016) łaknącą impulsu wzrostowego, a budżet zarobiłby na tym sporo. Przyjęto inny plan: bank ma służyć polityce państwa, finansować księżycową gospodarkę. Proponuję sprawdzić, jak pod władaniem państwa obniżyła się jego kapitalizacja. Teraz czytam, że „państwowe banki i grupy ubezpieczeniowe” mają wykupywać media od zagranicznych koncernów. Owe „grupy ubezpieczeniowe” to zapewne PZU. Cieszyłem się z odzyskania pakietu akcji tej spółki z rąk międzynarodowego inwestora, który nie budził zaufania, nie dawał rękojmi bezpiecznego prowadzenia biznesu (wpuszczono go do spółki w porywie politycznie motywowanej głupoty). Lecz odzyskawszy kontrolę nad spółką, państwo dowiodło ponad wątpliwości, że nie potrafi sprawnie nią zarządzać.
  5. Spółki z udziałem Skarbu Państwa stają się przytułkami dla osób związanych z partią rządzącą. Kryteria mianowania zarządców są niejasne i budzą wątpliwości. Kryteria powoływania nadzorców są nieuczciwe i budzą oburzenie. Do nadzoru nad spółkami delegowani są działacze, albo członkowie ich rodzin, bez pojęcia o naturze swoich funkcji.  Na tym tle narodziło się hasło #RodzinaNaPaństwowym. Lubię parafrazować legendarne powiedzenie liberalnego para Anglii, lorda Actona: „Władza korumpuje, władza absolutna korumpuje absolutnie”. Wszechwładza państwa nad spółkami z jego udziałem jest tego najlepszym dowodem. Lecz dopowiadam: „Władza korumpuje, władza pozbawiona nadzoru korumpuje nadzór”. Zastęp powoływanych do rad nadzorczych prowincjonalnych radnych i ich pociotów to grupa zdemoralizowana i skorumpowana.
  6. Nieznośna lekkość, z jaką spółki trwonią pieniądze akcjonariuszy na cele bez sensu i związku z przedmiotem ich działalności, służy wspieraniu rządzących. Nie przynosi to korzyści biznesowych ani spółkom, ani inwestorom. Wydaje się miliony na reklamy w pisemkach o niskim nakładzie adresowanych do kręgów, które nie uczestniczą w obrocie gospodarczym. Z pieniędzy spółek utrzymuje się rozzuchwalone związki zawodowe. Funduje się gale, przyjęcia, nagrody, jacht narodowy, propagandę fikcyjnych osiągnięć, oprawę kampanii wyborczych. Spółki nie ujawniają wielkości i struktury tych wydatków, podwiązują je pod inne cele, nadzorcy albo nie wiedzą, którędy wypływają ze spółek strumienie pieniędzy, albo wiedzą i godzą się z tym.
  7. Lekarstwem na te przykre przypadłości spółek z domeny państwa byłaby prywatyzacja. Nie gwarantuje ona, że wszystkie problemy znikną jak od machnięcia czarodziejską różdżką, ale można byłoby uniknąć wielu wspomnianych nieprawidłowości. Państwo gwarantujące swoim obywatelom wolność od ingerencji oraz bezpieczeństwo egzystencji, skuteczny pobór podatków, niezależny wymiar sprawiedliwości, nienaruszalność granic, kompetentną dyplomację, samorząd terytorialny, niezawodną opiekę zdrowotną, powszechną edukację oraz stabilny pieniądz, jest silne zaufaniem, jakim obdarza je ogół. Państwo uwikłane w zarządzanie spółkami ze swoim udziałem, planujące sklepy narodowe, łączące na chybił-trafił branże i przedsiębiorstwa, rozprowadzające totumfackich po ministerstwach i radach nadzorczych bez baczenia na kwalifikacje – chce nadrobić brak autorytetu rozdawnictwem posad i pieniędzy. Posady można mnożyć, pieniędzy wnet zabraknie. Przeto trzeba będzie, pod presją pilnych potrzeb, prywatyzować państwowe aktywa. Tylko czy znajdą się jeszcze nabywcy?

Czytaj także:

2000.04.03 Oparcie fotela

2015.02.17 Widzialna ręka rynku

2016.12.10 A teraz sprzedajcie akcje Banku Pekao SA przez giełdę!

2019-04.07 Smutny powrót w Aleję Akcjonariuszy: rynku mamy dzisiaj w Polsce mniej niż przed laty!

2019.09.23 Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

2019.10.09 Dlaczego „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego i co z tego wynika?

Radosne wyróżnienie i bardzo smutne refleksje o rynku kapitałowym

Spłynęło na mnie wyróżnienie zaszczytne, niespodziewane, nieopisanie radosne. Gazeta Giełdy i Inwestorów Parkiet przyznała mi BYKA I NIEDŹWIEDZIA jako „osobowości rynku kapitałowego”. Dziękuję najserdeczniej jak potrafię!

Przed blisko sześciu laty, gdy opuszczałem Warszawę na zawsze, dla poratowania zdrowia i uroków emerytury, Parkiet – na pierwszej stronie! – ogłosił komunikat: „Kończy się pewna epoka rynku kapitałowego. Andrzej Nartowski odchodzi”. Lecz widać „epoka” trwa, skoro nie zostałem zapomniany. Zasługa to właśnie Parkietu, który pomaga mi utrzymać kontakt z rynkiem, z Czytelnikami. Ogromnie cenię sobie przyjaźń z ulubionym pismem; przyjaźń na miarę ducha naszych czasów, bo całkowicie zdalną. Parkiet drukuje teksty nadsyłane przez mnie pocztą elektroniczną, a ja nawet nie byłem w nowej (?) siedzibie redakcji. Współpracujemy w Sieci.

Ostatnio dużo piszę o potrzebie wykorzystania Sieci w służbie corporate governance: o pracy rady nadzorczej poza posiedzeniami, o potrzebie wyposażenia zarządów w przywilej podejmowania uchwał poza posiedzeniami, o uczestnictwie w walnych zgromadzeniach przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej. Zamierzam zaproponować korektę Dobrych praktyk spółek publicznych uwzględniającą mechanizmy pracy organów spółki i podejmowania przez nie uchwał w trybie zdalnym. Sam korzystam z internetu prowadząc ten blog o corporate governance; wspiera mnie dzielnie WordPress. W tej uroczystej chwili zdałem sobie właśnie sprawę, że blog gromadzi większość moich tekstów na temat corporate governance z dwudziestu już lat. To niemal kapsuła czasu! Zaglądam więc do tekstów datowanych w roku 2000 na dni najbliższe dacie mojego wyróżnienia (24 marca).

20 marca 2000 r. pisałem: „Rady nadzorcze w wielu polskich spółkach są jak drzwi obrotowe. Stale ktoś do nich wchodzi, ktoś wychodzi. Nie korzystają na tym ani spółki, ani akcjonariusze, ani inni uczestnicy rynku”. Przyczyny tego stanu rzeczy dostrzegłem w polityce i powiązaniach natury biznesowej lub prywatnej, potocznie nazywanych układami. „Polityka i układy szkodzą spółce, a przede wszystkim – rynkowi. Polityka i układy psują rynek. Sprzyjają pladze korupcji i płoszą inwestorów”.

Wiele zmieniło się od tego czasu. Polityki jest na rynku znacznie więcej. W imię walki z układami zbudowano układ oficjalny, mający bez reszty zawłaszczyć spółki z udziałem Skarbu Państwa. Drzwi obrotowe kręcą się coraz szybciej. Nie tylko te prowadzące do rad nadzorczych! Zawłaszczającym rynek politykom układu rządzącego udało się zainstalować drzwi obrotowe także do zarządów spółek. W niektórych wymieniono już prezesów– w niespełna pięć lat – po kilkakroć, a zmian w zarządzie dokonano po kilkadziesiąt razy. Spełniła się moja prognoza: korupcja wzrosła, inwestorów przepłoszono.

27 marca 2000 r. pisałem o przypadku pokrzywdzenia „akcjonariuszy Polifarbu Dębica, którzy de facto zostali zmuszeni do odstąpienia spółce akcji po cenie znacznie niższej od zapłaconej przez spółkę innym akcjonariuszom. Szczególnie bulwersuje, że do wybrańców, których lepiej potraktowano, bez żenady dołączył… Skarb Państwa”. Przy tej okazji przypomniałem podobną sprawę: „Kiedyś Skarb Państwa wykiwał akcjonariuszy BPH SA. Banku już dawno nie będzie, a o tym przypadku wciąż będą wspominać podręczniki”. Chodziło o pozew Raimondo Egginka dotyczący pokrzywdzenia akcjonariuszy. Oraz o przepis art. 414 § 2 Kodeksu handlowego ograniczający prawa drobnych akcjonariuszy: zarzuciłem mu obrazę konstytucji. We wszystkim miałem rację: Eggink sprawę wygrał, choć aż przed Sądem Najwyższym, zakwestionowany przepis niebawem uchylono, a banku BPH już dawno nie ma.

I tutaj zmieniło się wiele. Przed dwudziestu laty wspomniałem o dwóch spółkach z udziałem Skarbu Państwa, w których oszukał on akcjonariuszy. Dzisiaj nie potrafiłbym wymienić dwóch spółek z udziałem Skarbu Państwa, w których NIE oszukał on akcjonariuszy. Ich pieniądze, z inicjatywy Skarbu, płyną szerokim strumieniem na cele nie mające związku z działalnością tych spółek: do zakłamujących rzeczywistość mediów publicznych i prywatnych (ale z tych pieniędzy utrzymywanych przy życiu), oraz do instytucji służących zakłamywaniu historii i uprawianiu antypropagandy.

Radość z zaszczytnego wyróżnienia miesza się przeto ze smutkiem: na rynku dzieje się źle i nie dostrzegam szansy na poprawę.

Czytaj także 

https://www.andrzejnartowski.pl/drzwi-obrotowe

https://www.andrzejnartowski.pl/Bicz-z-piasku

 

 

 

Jakie następstwa dla spółki i rynku spowodowałaby nacjonalizacja mBanku?

  • Gdyby udało się znacjonalizować mBank, doszłoby do zjawisk, które wystąpiły już w Pekao. Posady obsiądą swoi: zasłużeni dla PiS, ich dzieci i pocioty;
  • Na wezwanie szefa partii aktualnie przy władzy nowy prezes banku będzie biegał na Nowogrodzką, by kredytować Kacze Wieże albo przekopanie Małpiej Wyspy;
  • Pieniądze akcjonariuszy i depozytariuszy będą wspierać brudną energetykę, Redutę Kompromitacji, Fundację Antynarodową i inne szemrane instytucje;
  • Bank straci reputację i pieniądze, ucierpi także opinia o polskim rynku kapitałowym zdominowanym przez państwo wrogie prywatnej własności.

Nacjonalizacja mBanku spowodowałaby katastrofalne zderzenie kultur. Bank jest instytucją prywatną o bogatej tradycji, podmiotem wolnorynkowym wyróżniającym się inicjatywą. Państwo w jego dzisiejszej postaci jest tworem przeciwnym rynkowi, dąży do jego marginalizacji, stara się zdominować gospodarkę, nie rozumie prawideł ekonomii, działa nieracjonalnie, kieruje się partykularnym interesem partii będącej chwilowo przy władzy.

Już kiedyś doszło do zderzenia kultur. Bank, jeszcze pod firmą BRE, wespół z Bankiem Handlowym, przygotowały założenia fuzji mającej wzmocnić ich polskie pierwiastki. Plan pomyślany był rozsądnie, przygotowany perfekcyjnie, został na rynku powszechnie uznany jako obiecujący, ale nie zgodził się nań właściwy w tej materii minister Emil Wąsacz. Nie zgodził się, bo nie. Basta! Nie przypominam sobie żadnych sensownych argumentów.

Nie mam zamiaru idealizować mBanku. Wprawdzie ma on bogatą historię i nieprzebrane zasługi dla polskiej transformacji, niemniej ma także spory apetyt na ryzyko, czego dowodem portfel kredytów walutowych. Jako klient banku i domu maklerskiego, także marginalny akcjonariusz, nie mam powodów do pochwał. Przed laty współpracowałem z bankiem w programie NFI. Korzystałem z jego gościny organizując w nim czasem seminaria Polskiego Instytutu Dyrektorów. Gdyby bank szukał rzecznika, nie wybrałby mnie.

Pogrążony w kłopotach Commerzbank będzie chciał sprzedać udziały w mBanku. Nie widać w świecie chętnych do wejścia na rynek, na którym lokalne władze są niechętne własności prywatnej. Nie jest więc wykluczone, że stronami transakcji zostaną podmioty powiązane ze Skarbem Państwa.

Gdyby do tego doszło, zapewne jednym z pierwszych kroków nowego udziałowca byłaby wymiana kierownictwa banku. Niemcy z zarządu i rady nadzorczej złożą po transakcji rezygnacje. Prezes zarządu i przewodniczący rady nadzorczej są wprawdzie fachowcami i znają bank na wylot, lecz byliby przeszkodą dla skoku na pieniądze i posady. Ktokolwiek zostanie ministrem Skarbu Państwa (nawet Jacek Sasin), nie będzie dla nich partnerem. Doświadczenie uczy, że związani z państwem znaczący akcjonariusze bezceremonialnie przeprowadzają desant swoich na dobrze płatne stanowiska. Za kryteria awansu przyjmuje się związki rodzinne z osobami zasłużonymi dla efemerydy zwanej IV RP (w rozkładzie), bądź przydatność w pracy operacyjnej polegającej na utrzymaniu władzy tzw. Zjednoczonej Prawicy. Kompetencje synów, córek, żon itd. nie grają istotnej roli, nikt nie pyta o nie, nikt ich nie ustala. Obowiązuje tu formuła zawarta w skrzydlatych słowach min. Marka Suskiego: Liczy się znajomość programu PiS.

Wspomnianej Zjednoczonej Prawicy niełatwo będzie znaleźć kandydatów na obsadzane stanowiska. Niewiele tam cudownych dzieci. Ławka kandydatów jest pusta, wszystkich branych pod uwagę już obsadzono. Efekt zatrutej aury działa obecnie silniej niż przed czterema laty: przystając na ofertę pracy dla PiS trzeba się liczyć z tym, że to zaciąży na przyszłej karierze. Przykład radnego Kałuży, który zyskał krajową rozpoznawalność, może odstraszyć innych od wiązania się z formacją, która raczej wraca już z jarmarku, niż na ten jarmark zmierza.

Kadry będą zatem coraz słabsze. Pójdą za nimi słabsze wyniki, a także spadki kapitalizacji. Wejście państwa do Pekao i Aliora konsekwentnie odzwierciedlają notowania. Nominaci Prawa i Sprawiedliwości, prócz zarabiania godziwych pieniędzy, zajmą się gorliwie realizacją pomysłów rzucanych na wiatr przez partyjnych liderów. Bywają to pomysły zgoła nieprzemyślane, jak drony, promy, milion samochodów elektrycznych, ileś tam mieszkań, albo mocno ugruntowane w ideologii partii: rozwój górnictwa węglowego, energetyka węglowa, reindustrializacja, itp. Pociągnie to za sobą zmianę polityki kredytowej. Bank może być nakłaniany do kredytowania nieopłacalnych przedsięwzięć.

W mBanku zaszyte jest ogromne ryzyko dotyczące udzielonych kredytów walutowych. Kadra banku da sobie z tym radę, są to ludzie dobrze przygotowani do swoich obowiązków. Nominaci z zewnątrz mogą nie podołać wyzwaniom związanym z zarządzaniem ryzykiem. Akcje kredytowa na potrzeby reindustrializacji, gdyby została na banku wymuszona, może przynieść straty, a ponadto ograniczyć kredytowanie związanych z bankiem od lat przedsiębiorców i przedsiębiorstw.

Notowania mBanku nie zachwycają. Po silnym wejściu państwa do akcjonariatu należy się liczyć z ich znaczącym spadkiem. Przykładem Bank Pekao. Po przejęciu włoskich udziałów przez państwowe podmioty, proponowałem w tym miejscu sprzedaż ich przed giełdę. Przejmujący zarobiłby sporo, zarobiłaby giełda, zyskałby polski rynek, zyskaliby inwestorzy. Dzisiaj te udziału są warte znacznie mniej. Należy je traktować jak dobra martwej ręki: nie wejdą na rynek, póki rządzi PiS – zwolennik twardej własności państwowej, przeciwnik prywatyzacji, rzecznik dogmatu o wyższości gospodarki państwowej nad prywatną.

Czytam o planach przejęcia mBanku przez PZU i Alior. Gdyby taki pomysł narodził się rzeczywiście, nazwałbym go niedorzecznym. PZU już przystąpił do realizacji zadań politycznych nabywając pakiet akcji Aliora – dzisiaj są one warte ok. 1/3 zapłaconej ceny. Zakład ubezpieczeń musi starannie miarkować apetyt na ryzyko. W mBanku jest go wiele, obecne kierownictwo potrafi nim zarządzać, PZU ma odmienne standardy.

Natomiast Alior to bank osobliwy. Poważna spółka giełdowa nie traci w toku jednej sesji 15% kapitalizacji – chyba, że wybuchła wojna lub niebotyczny kryzys. Kurs Aliora jest w trendzie spadkowym od chwili nacjonalizacji udziałów banku. Do czego jest zdolny zarząd, dowiódł na przykładzie inwestycji w Ruch SA. Wcześniej Alior miał się łączyć z Bankiem Pekao, agencje prasowe zachłystywały się zgodą, jaką na fuzję banków miał wyrazić Jarosław Kaczyński. Nie sądziłem, że ten poseł zna się na bankowości, że do niego należą decyzje w przedmiocie łączenia się banków. Na szczęście do fuzji nie doszło.

Na koniec o giełdzie. Spółki ze znaczącym udziałem państwa w akcjonariacie nie pobudzają należycie rozwoju rynku kapitałowego. Najlepiej handlować dużymi spółkami prywatnymi wyróżniającymi się pod kątem corporate governance i pokaźnego free float, niepodatnymi na kaprysy polityki. Takich spółek w Warszawie ubywa. Nie chodzi o to, by państwo ogłaszało ambitne strategie rozwoju rynku kapitałowego, ale by w tym rozwoju jak najmniej przeszkadzało.

 

 

 

 

Dlaczego “Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego i co z tego wynika?

  • Rynek jest żywiołem, którego nie można wziąć w karby, narzucać mu decyzji politycznych, wymuszać na nim procesy korzystne dla rządzących;
  • Rynek ma charakter twórczy, kreuje wartości materialne i niematerialne pobudzając rozwój gospodarczy;
  • Im mniej dotkliwa jest obecność państwa w gospodarce, im bardziej roztropne regulacje, tym bardziej korzystne warunki inwestowania na rynku;
  • Rynek rozwija się dzięki silnej własności prywatnej, preferencje dla własności państwa dotkliwie ograniczają swobodną przedsiębiorczość.

Stawką w wyborach jest nie tylko demokracja, także rynek, przedsiębiorczość, inwestycje. Partia nosząca nazwę „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, nie rozumie natury przedsiębiorczości, nie sprzyja inwestycjom zagranicznym. Dyskurs publiczny pomija te kwestie, toczy się głownie wokół wydarzeń politycznych, lekceważy sprawy gospodarki, zwłaszcza coraz trudniejsze problemy rynku kapitałowego. A ten więdnie, nie rozwija się, ubywa na nim spółek i pieniędzy, ubywa poszanowania dla zasad corporate governance, bez których kapitał nie napłynie.

Polska transformacja gospodarcza wiele zawdzięcza prywatyzacji niektórych składników majątku państwowego. Objęła ona głównie udziały w przedsiębiorstwach państwowych przekształconych w spółki handlowe. Prywatyzowano ostrożnie i odpłatnie. Ostrożność polegała na udostępnieniu zaledwie części udziałów w większych spółkach wprowadzanych na giełdę; jeszcze po latach Skarb Państwa jest w wielu z nich największym akcjonariuszem. Odpłatność, nie zawsze pełna, co było zrozumiałe w świetle okoliczności, była zaprzeczeniem powszechnego rozdawnictwa, którym objęto uprawnionych pracowników. Czarna propaganda o „złodziejskiej prywatyzacji” wyraża nie tylko brak zrozumienia realiów rynku, także – przede wszystkim – złą wolę, zaślepienie.

Rzecz charakterystyczna: o rzekomo złodziejskim charakterze prywatyzacji głośno mówią na przykład panowie Kaczyński i Jędraszewski – reprezentanci środowisk, które najwięcej uwłaszczyły się na państwowym majątku: Porozumienia Centrum sięgającego po składniki RSW Prasa Książka Ruch (z niego wylęgła się partia „Prawo i Sprawiedliwość”), oraz kościoła rzymsko-katolickiego sięgającego z rozmachem po dobra różnorodne i wszelakie. Przeto prywatyzacja byłaby naganna wtedy, gdy nie ubogaca wspomnianych podmiotów

Z czasem prywatyzacja gasła nie dlatego, że już „nie było czego prywatyzować”, jak głosili politycy różnych orientacji, lecz dlatego, że brakło odwagi stawiania czoło potrzebom rynku kapitałowego i gospodarki w ogóle. Wybitny liberał, gorzko doświadczony posługą w polskim banku należącym podówczas do obcego inwestora, rzucił hasło „udomowienia banków”. Wspomniany bank został z czasem „udomowiony” pod rządami PiS. Dla porządku zaproponowałem sprzedanie udziałów państwa w tym banku przez giełdę, można było uzyskać za nie znacznie więcej, niż wyniosły koszty ich nabycia. Propozycja była nierealna, partii rządzącej chodziło nie o zysk wcale, ale o schronienie dla swoich protegowanych obejmujących, często bez należytych kompetencji, wysoko opłacane stanowiska. Dzisiaj kapitalizacja banku jest znacznie niższa niż w chwili przejęcia, ale za to bank jest polski, narodowy, tromtadrata.

Przyczyną, dla której „Prawo i Sprawiedliwość” nie lubi rynku kapitałowego, jest przekonanie kierownictwa partii o wyższości własności państwowej nad prywatną. Własność  państwowa czyni partię rządzącą gospodarzem wielu tysięcy posad dla swoich popleczników, oraz dysponentem środków spółek z udziałem państwa na cele polityczne, choćby gospodarczo niedorzeczne, jak Polska Fundacja Narodowa. Własnością państwową można dowolnie sterować, łączyć Orlen z Lotosem i na dodatek z Ruchem, łączyć studia filmowe, by je tym sposobem upaństwowić, łączyć Bank Pekao z Aliorem (taki był zamiar prezesa PiS), aż w rozpaczy zakpiłem, że jeszcze połączą LOT ze spółkami górniczymi, a samoloty przerobią na węgiel.

W notowanych na GPW spółkach z udziałem państwa (mylnie nazywanych przez media „spółkami Skarbu Państwa”) są wprawdzie także inni akcjonariusze, krajowi i zagraniczni, instytucjonalni i prywatni, niekiedy reprezentują oni łącznie przewagę udziałów, czyniąc Skarb Państwa akcjonariuszem mniejszościowym, lecz ich głos „i tak nic nie znaczy”, zły wspólnik ich lekceważy, zniechęca do współwłasności, narusza ich interesy i dobre obyczaje. Nie widzę powodu, by Skarb Państwa korzystał w spółkach ze swoim udziałem z przywilejów nieproporcjonalnych do jego współwłasności, gdyż ze współwłasności tej korzysta niezgodnie z interesami i owych spółek, i ich pozostałych akcjonariuszy.

Konsekwentnie upominam się o dobre praktyki spółek notowanych na GPW. Przygotowałem pierwszy projekt dobrych praktyk (2001), opracowałem podręczniki stosowania kolejnych edycji dobrych praktyk (2008, 2016), starałem się inspirować rynek w kierunku poszanowania dobrych praktyk. Lecz często słyszą argument, że nie rozumiem specyfiki spółek z udziałem Skarbu Państwa, dla których dobre praktyki są nazbyt wymagające. Oraz że dobrze byłoby opracować odrębny zbiór dobrych praktyk dla spółek z udziałem państwa, któremu trzeba pozwolić na więcej. Odpowiadam na to, że jeżeli dobre praktyki są dla państwa krępujące, niewygodne – niech sprzeda ono swoje udziały w spółkach notowanych, co wyjdzie tym spółkom na dobre. Lub niech ogłosi wezwania na akcje owych spółek, skupi je i wycofa z giełdy, niech z czasem upadną w ciszy. Ewentualnie niech państwo otworzy osobną giełdę dla spółek ze swoim udziałem. Wtedy liderzy partii rządzącej będą mogli nawet wyznaczać kursy walorów spółek, jeżeli dowiedzą się, co to akcja, kwotowanie itd.

Można naśmiewać się z polityka usiłującego rządzić państwem w XXI wieku, który nie odróżnia akcji od obligacji. Lecz PiS nie dlatego nie lubi rynku, że go nie rozumie. Nie lubi rynku, bo wie, że rynek jest żywiołem swobody, którym politycy nie zdołają bez reszty zawładnąć. Z tego wynika dążenie ku minimalizacji rynku kapitałowego, ku systematycznemu osłabianiu giełdy, do skierowaniu jej do handlu innymi walorami, niż papiery spółek. Akcjonariuszy ubywa, więc ich potencjał wyborczy jest w sumie niewielki, niestety. Szkoda: nie tak miało być!

Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

  • W Polsce trwa kampania wyborcza. Żadne z ugrupowań ubiegających się o miejsca w parlamencie nie poświęca należytej troski sprawom rynku kapitałowego;
  • Ostatnie cztery lata upłynęły w polskiej polityce pod znakiem całkowitego braku zainteresowania tematyką corporate governance;
  • Politycy są przerażająco krótkowzroczni: interesują ich wyłącznie wyniki sondaży i władza, brak im szerszego spojrzenia na interesy państwa i społeczeństwa;
  • Państwo demoluje wolny rynek, zawłaszcza spółki ze swoim udziałem, zniechęca inwestycje zagraniczne, staje się Poletkiem Pana Prezesa.

Jedna z partii politycznych zapowiada ogłoszenie Aktu Przywrócenia Demokracji. Chciałbym wzbogacić tę piękną inicjatywę Aktem Ustanowienia w Polsce Ładu Korporacyjnego (czyli corporate governance). Ustanowienia, nie przywrócenia, bo nie wystarczy przywrócić sytuację na rynku kapitałowym do stanu z wybranego okresu lub roku, ponieważ nigdy nie był to stan należyty. Polska transformacja gospodarcza zakładała prywatyzację znacznej części przedsiębiorstw państwowych, w oparciu o własność prywatną uruchomiono giełdę, dzięki giełdzie kapitał zaczął napływać na rynek, sprawy szły w dobrym kierunku. Niebawem jednak opadł zapał reformatorski, prywatyzacja zaczęła wygasać, pojawiły się hasła głoszące potrzebę „udomowienia” banków zdominowanych przez obcy kapitał. A nadto odkrywcze stwierdzenia, że kapitał ma narodowość. Zaczęto głosić potrzebę pielęgnowania „narodowych czempionów” (jedynym prawdziwym czempionem, wiernie wspieranym przez państwo, jest kościół katolicki). Rozpoczęto pełzającą inwazję polityki na Giełdę Papierów Wartościowych. Jej współtwórca, Krzysztof Lis, powiadał, że “giełda zawdzięcza immunitet od polityki opiece Najświętszej Panienki“, lecz Panienka wyjechała na wakacje, a dzisiaj nie ma już do czego wracać.

Nigdzie na świecie temat corporate governance nie dominuje w debatach politycznych ani w kampaniach wyborczych. „Przypadkowy elektorat” (mimo wszystko, wolę ten nieszczęsny epitet od „ciemnego ludu”) nie dba o porządek na rynku kapitałowym, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że od owego porządku zależy pomyślność pokoleń: wzrost gospodarczy, inwestycje, emerytury. Niemniej są politycy, którzy w ostatnich latach sprawom corporate governance poświęcili niemało uwagi.

W Wielkiej Brytanii premier Theresa May nie spełniła pokładanych w niej nadziei, ale pobudziła świadomość potrzeby doskonalenia corporate governance jako paszportu gospodarki w przyszłość: Brytyjczycy pragną zwiększyć konkurencyjność kraju po opuszczeniu Unii poprzez wprowadzenie na swój rynek najwyższych standardów władztwa w korporacjach. Za czasów Theresy May przyjęto nowoczesny 2018 UK Corporate Governance Code, podjęto starania na rzecz wprowadzania pracowników do rad dyrektorów i analizy rozpiętości płac prezesów i pracowników.

W Stanach Zjednoczonych sprawom corporate governance wiele uwagi poświęcają liczne stany zabiegające o zwiększenie udziału kobiet w radach dyrektorów, a na szczeblu federalnym – senator Elizabeth Warren (demokratka z Massachusetts), zabiegająca o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich 2020 r. Wprawdzie jej najpoważniejszy rywal twierdzi, że senator jest „niewybieralna”, lecz iluż pretendentów do prezydentury głosiło to samo w 1975 r. na temat Jimmy’ego Cartera, gubernatora Georgii, który wzbogacił zwycięską kampanię prezydencką ideą międzynarodowej ochrony praw człowieka? Politycy najczęściej dbają o słupki poparcia, lecz gdy pomiędzy nich wkracza rzecznik prawdziwych wartości, ma szansę rozgonić konkurentów.

W Polsce ostatnich lat nikt dostatecznie stanowczo nie zabiega o wartości. Cisza na temat corporate governance trwa od lat, bez względu na kolejne kampanie wyborcze. Populizm i rozdawnictwo skutecznie przemawiają do bezideowych mas. Lecz takie postępowanie prowadzi do upadku. Politycy nie są pomni faktu, że rozdawanie pieniędzy jednym wymaga zabierania ich wszystkim, lecz kiedyś, zapewne już wkrótce, skończą się możliwości zabierania pieniędzy społeczeństwu, więc skończy się władza łaskawców. Zapewne pozostanie po nich susza, moc rozczarowań, inflacja i kryzys zadłużenia.

Przez lata usiłowałem walczyć z określeniem „spółki Skarbu Państwa”; są to przecież spółki z udziałem państwa, niekiedy mniejszościowym, ale świadomość tego systematycznie gaśnie, ponieważ państwo nie liczy się ze wspólnikami, lekceważy ich interesy, pozbawia ich prawa współdecydowania o spółkach i ich pieniądzach. Krzyczącym przykładem jest Polska Fundacja Narodowa. Nawet nie chodzi o to, że marnotrawi ona pieniądze, lecz przede wszystkim o to, że pieniądze płyną do niej ze spółek z udziałem Skarbu Państwa bez pytania ich akcjonariuszy o zgodę na takie wydatki. Państwo, które lekceważy swoich wspólników, oszukuje ich na pieniądzach, traci zaufanie.

W państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma miejsca na prywatyzację, na silny rynek kapitałowy, giełdę, corporate governance. Wspomniane zjawiska dałyby Polsce i jej gospodarce rzeczywisty impuls do rozwoju. Gospodarki nie należy zaklinać w slajdach pełnych niedorzecznych założeń. Prezes ma wielką władzę, potrafi łamać prawa, ale praw ekonomii nie zmieni, nie pokona. Tu kończy się jego poletko.

Czytaj także:                                                                                                                                Nie napisałem tu niczego, czego nie głoszę w tym miejscu od blisko 20 lat. Musiałbym przywołać kilkaset tekstów…

 

Jak się dzisiaj zostaje prezesem spółki z udziałem Skarbu Państwa?

  • Nominacje piastunów spółek z udziałem Skarbu Państwa zawsze miały posmak polityczny – współcześnie to już nie posmak, lecz niesmak;
  • Nie są brane pod uwagę interesy spółek i ich akcjonariuszy, liczy się wyłącznie brudny interes polityczny koterii będącej przy władzy;
  • Kiedyś ukułem termin „alotaż”, który nie przebił się – przyćmiło go brutalnie szczere hasło „Teraz, K…wa, My!”;
  • Komu służy udział państwa w spółkach: gospodarce, społeczeństwu, inwestorom, czy grupie trzymającej władzę?

 

 

Dobry dziennikarz poczytnego pisma poprosił mnie kiedyś o wypowiedź na temat, jak można zostać prezesem Orlenu. Wyjaśniłem, że nigdy tego nie wiedziałem (zresztą do dzisiaj nie wiem), ponieważ gdybym wiedział, ubiegałbym się o tę posadę: imponujące zarobki, spora władza, niewielka odpowiedzialność. Oczywiście nie nadaję się na takie stanowisko, lecz nie ma to znaczenia: mogę wymienić kilku, którzy zostawali prezesami, chociaż także nie mieli po temu właściwych kwalifikacji. Przed kilkunastu laty kandydowałem do rady nadzorczej PKN Orlen, zgłosił mnie poważny akcjonariusz, jedna z największych instytucji finansowych. Skarb Państwa uciął moją kandydaturę, ponieważ – jak miał powiedzieć ówczesny szef resortu Wojciech Jasiński – owszem, niech już w radzie będzie niezależny, ale “nasz” niezależny. Nie byłem świadkiem tej wypowiedzi, ale pasuje ona do pana Jasińskiego. W tym czasie inna poważna instytucja finansowa zgłosiła moją kandydaturę do rady nadzorczej PKO Banku Polskiego, a resort Skarbu wystąpił z kandydaturą swojego niezależnego. Wybrano swojego.

Historia PKN Orlen tak bardzo nabrzmiała polityką, że ukułem określenie „Orlenino”, nie bez związku z potworną i zbędną masakrą pod Lenino. Walki o władzę nad spółką przybierały rozmaitą postać. Kiedyś policja polityczna zwinęła prezesa koncernu dzień przed ważnym posiedzeniem rady nadzorczej, co rada odczytała jako zaproszenie do jego odwołania. Innym razem, przez nieuwagę, przewodniczącym rady nadzorczej wybrano Jana Wagę z Kulczyk Holding, firmy będącej podówczas największym po Skarbie Państwa akcjonariuszem spółki. Podobało mi się, że w spółce notowanej to wpływowe stanowisko przypadło inwestorowi innemu niż Skarb Państwa (co nie znaczy, podobał mi się akurat Jan Waga). Niemniej zrobiła się z tego afera, Wagę odwołano, wybrano swojego.

O prezesurze koncernu decyduje polityka. Formalnie prezesa wybiera rada nadzorcza, ona też ustala mu wynagrodzenie (niekiedy czyni to w formie niezgodnej z prawem, co później daje zajęcie prawnikom). Ale skład rady jest stale przedmiotem rozgrywek politycznych. Kiedyś plotkowano, że prezydent Aleksander Kwaśniewski i Jan Kulczyk między sobą uzgodnili skład rady Orlenu w taki sposób, że każdy spisał na kartce swoich kandydatów, po czym zamienili się kartkami. Dzisiaj wiem, iż tak było rzeczywiście. Na walnym zgromadzeniu rząd posłusznie zgłosił kulczykowych, a Kulczyk lojalnie rządowych.  Brzydka sprawa. Lecz przynajmniej wtedy biznes miał, w osobie Jana Kulczyka, znaczący wpływ na spółkę. Dzisiaj nie ma żadnego.

Często podkreślam, że Skarb Państwa ma w Orlenie bezpośrednio mniej niż 30 procent udziału w kapitale, ale przypisał sobie 330 procent władzy nad nim. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest systematyczne oszukiwanie pozostałych akcjonariuszy. Zyski spółki, zamiast do nich, płyną na obce im cele: obrzydliwą kampanię dyskredytowania sądów i sędziów, wspieranie wątpliwych fundacji, finansowanie – poprzez ogłoszenia – wielkimi pieniędzmi zdychających pism. Finansowanie kongresów, rzekomo gospodarczych, w istocie służących propagandzie. Zaciera się różnica między wydatkami z budżetu państwa, a tymi wymuszanymi na spółkach z udziałem państwa. Budżet nie finansuje jachtu mającego sławić Niepodległą, ani Różańca do granic. Czynią to spółki z udziałem państwa, nie pytając akcjonariuszy o zgodę.

Trudno określić zakres kwalifikacji, jakie należy posiadać na stanowisku prezesa. Najlepiej świadczy o nich, gdy po odejściu z funkcji były prezes znajduje dobrą pracę w sektorze prywatnym. Przykładem Igor Chalupec – chociaż z Ruchem mu nie wyszło. Dał sobie radę mec. Jacek Walczykowski, wybrany w akcie rozpaczy, kiedy rada nadzorcza nie potrafiła dojść do porozumienia, został zdyskwalifikowany przez ministra Jacka Sochę, któremu nie spodobało się wybieranie prezesa o 5. nad ranem. Walczykowski zdobył sławę w Elektrimie, spółce głośnej z afer, ale akurat za nim ten smród się nie ciągnął. Lecz Socha był nie tylko dobrym ministrem Skarbu, także jednym z twórców rynku i dobrze go rozumiał.

Piotr Kownacki zawdzięczał prezesurę Orlenu współpracy z Lechem Kaczyńskim, Wojciech Jasiński zawdzięczał ją współpracy z Jarosławem Kaczyńskim. U obu trudno było dostrzec dostateczne kwalifikacje do zarządzania firmą o europejskich aspiracjach. Ostatnio Bianka Mikołajewska wyliczyła, że Jasiński zarobił w Orlenie 4 973 000 zł, co dało, w przeliczeniu na miesiące, wynagrodzenie w kwocie 191 000 zł. Także nominacja Daniela Obajtka miała charakter polityczny. Przyszedł on do koncernu z gotową listą osób, których należy wyrzucić. Nie znając spółki, sam jej nie sporządził, dostał ją od kogoś, kto go wynajął do brudnej roboty.

Państwo jako widzialna ręka rynki czyni więcej szkód, niż pożytków. Jego udział w podmiotach gospodarczych ma więcej wad, niż zalet. Niekoniecznie służy gospodarce, społeczeństwu, inwestorom. Obecnie najbardziej służy grupie trzymającej władzę.

Czytaj także: odstępując do rekomendowania poszczególnych tekstów, zalecam wpisywanie do okienka wyszukiwarki haseł Orlen i alotaż. Wysypie się kilkadziesiąt tytułów.

 

Dywidendy TAK, ale może z pominięciem Skarbu Państwa?

Kto nie potrafi podzielić się władzą w państwie, nie będzie dzielił się nią i w spółkach kapitałowych. Idzie za tym niechęć do dzielenia się zyskami spółek mających także innych akcjonariuszy. Ja dopatruję się nawet niechęci do osiągania przez te spółki zysków. Pieniądze można z nich przecież wyciągnąć innymi kanałami, niedostępnymi dla akcjonariuszy:
• Nakładając na spółkę zadania mogące przynosić straty – vide statut PGNiG;
• Skłaniając spółki do inwestycji służących bezpieczeństwu energetycznemu, z których inny niż Skarb Państwa akcjonariusz pożytków nie odniesie – przykładem spółki energetyczne;
• Posługując się podatkiem od kopalin – przykładem KGHM Polska Miedź; podatek nie objął natomiast górnictwa węglowego, za czym stanęły racje polityczne;
• Pobierając daninę z tytułu przeniesienia części środków spółki z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy – przykładem PGE; towarzyszyły temu durne zapewnienia o korzyści akcjonariatu, a efektem jest groźba utraty przez spółkę zdolności emisyjnej.

Dlatego nie ma sensu uczestniczenie w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Nieważne, czy państwo ma w spółce większość, czy mniejszość udziałów; ono z reguły zignoruje przecież wspólników i ich prawa. Skarb Państwa posiada bezpośrednio po ok. 30% kapitału KGHM Polska Miedź lub PKN Orlen, lecz zachowuje się, jak gdyby posiadał aż 330%. W spółkach energetycznych Skarb Państwa dysponuje udziałami większościowymi, przeto tym bardziej nie lubi dzielić się zyskami z resztą akcjonariatu.

O podziale wypracowanego przez spółkę akcyjną zysku netto decydują jej akcjonariusze na walnym zgromadzeniu. Nie ciąży na nich obowiązek przeznaczenia zysku, w całości lub części, na wypłatę dywidendy. Mogą oni bowiem obrócić go na inne cele, jak inwestycje lub przejęcie innej spółki. Wobec tego nie wymaga się od spółek corocznej wypłaty dywidendy, wymaga się natomiast jasnej polityki dywidendowej. Przewidywalności zachowań organów spółki i akcjonariatu w kwestii gospodarowania zyskiem.

Zwiększeniu przewidywalności spółek z udziałem Skarbu Państwa służą oświadczenia min. Krzysztofa Tchórzewskiego o konieczności „trzymania się niskich dywidend” ze spółek energetycznych. W latach 2015–2017 dało to, zdaniem ministra, prawie 18 mld zł „oszczędności”. Tak samo ma być w następnych latach. Nie podoba się to „spekulantom”, ale niektórym inwestorom – owszem (być może chodzi o inne spółki z udziałem Skarbu Państwa).

Niełatwo znaleźć dobre wyjście z sytuacji, gdy kapitały wielu inwestorów pracują w spółkach, które zapowiadają działanie wbrew dobrym obyczajom (a dobrym obyczajem jest bezsprzecznie wypłata dywidendy), mające na celu pokrzywdzenie akcjonariuszy. Obecnie państwa nie stać na wykupienie akcji tych inwestorów. Może ono odczekać, aż wartość tych akcji spadnie, co przy takim zarządzaniu, takimi kadrami, wydaje się całkiem możliwe – i wtedy skupować akcje po znacznie niższych cenach, bliskich przyszłej wartości godziwej. Może ono także ograniczyć wydatki spółek na wypłatę dywidend, wyłączając Skarb Państwa z grona akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy. W ten sposób pozostali udziałowcy otrzymaliby częściową przynajmniej rekompensatę z tytułu zaangażowania środków spółek na cele inne niż najbardziej uzasadnione ekonomicznie.

Zdaję sobie sprawę, że taka koncepcja dywidendy wyrównawczej, rekompensującej utratę korzyści akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, nie zmieści się w wielu głowach. Pieniądze wypłacane przez spółki tytułem dywidend trafiłyby do kieszeni inwestorów, a przecież państwo woli, żeby trafiły do biednych, dokładając zresztą wielu starań, by liczbę biednych pomnożyć.

Czytaj także, m.in.
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2016.02.06 Przez dywidendę do wartości
2016.02.23 Spółki pod trzema dopustami
2013.07.03 Dobry obyczaj: wypłata dywidendy
2013.05.23 Parcie na dywidendę

“Pański głos i tak nic nie znaczy” w spółce z udziałem Skarbu Państwa

PGNiG SA, notowana na GPW spółka z udziałem Skarbu Państwa, mająca niezaprzeczalnie znaczenie strategiczne, zwołuje na 21 października b.r. nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad. Jest nim zmiana statutu spółki polegająca na dodaniu doń jednego słowa i kosmetyczną zmianę drugiego. Chodzi o postanowienia § 17 ust. 2 pkt 2 statutu, przewidujące iż akcjonariusz Skarb Państwa … wyraża, w formie pisemnej, zgodę … „na realizację strategicznych przedsięwzięć inwestycyjnych lub udział Spółki w przedsięwzięciach inwestycyjnych trwale lub przejściowo pogarszających efektywność ekonomicznej działalności Spółki, ale koniecznych dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski” (podkreślenie moje – ASN). Proponowana zmiana polega jedynie na zastąpieniu podkreślonych słów sformułowaniem „mogących trwale lub przejściowo pogorszyć” – i dalej jak poprzednio.

Projekt uchwały w tej kwestii został uzupełniony lakonicznym uzasadnieniem o treści: „Proponowana zmiana Statutu Spółki ma charakter doprecyzowujący. Celem jej wprowadzenia jest usprawnienie funkcjonowania Spółki oraz sprawowania nadzoru przez Ministerstwo Energii”. Uważam, że nie ma potrzeby dokonywania tu wykładni noweli statutu ani uzasadnienia. Czytelnik może wszystko sam sobie dopowiedzieć.

Wątpliwości może budzić kwestia podejmowania przez spółkę publiczną, z udziałem akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, przedsięwzięć inwestycyjnych mogących trwale lub przejściowo pogorszyć efektywność spółki. Dlaczego akcjonariusze mieliby uczestniczyć w finansowaniu takich przedsięwzięć? Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polski jest zadaniem państwa, nie drobnych akcjonariuszy spółki publicznej. Nie brak opinii, że Skarb Państwa powinien na godziwych zasadach spłacić pozostałych akcjonariuszy i wycofać spółkę z obrotu. Spotkałem się wszakże z twierdzeniem, iż Skarb Państwa nie czyni tego w obawie przed spadkiem kapitalizacji GPW. Osobliwy to pogląd, wszak gdyby państwu zależało na kapitalizacji warszawskiej giełdy, mogłoby ją wielokrotnie zwiększyć poprzez prywatyzację należącego doń majątku.

Sprawa nie jest nowa. Poprawiany obecnie przepis został wprowadzony do statutu PGNiG w październiku 2006 r. Dziennik Rzeczpospolita alarmował wówczas, że spółka „będzie mogła wydawać setki milionów złotych na nierentowne inwestycje”. Prawnicy, z którymi gazeta rozmawiała, krytykowali takie rozwiązanie („to horror, rażące naruszenie przepisów kodeksu spółek handlowych i reguł prawa unijnego”), ale nie pod nazwiskiem. „Nawet były szef giełdy Wiesław Rozłucki i obecny szef Ludwik Sobolewski odmówili skomentowania sprawy, choć dotyczy jednej z największych polskich firm notowanych na warszawskim parkiecie” – ujawniła gazeta. Dzisiaj prawnikom łatwiej o odwagę.

Nie odczuwam przemożnej potrzeby krytykowania przepisu uchwalonego przed 11 laty, a obecnie poddawanego kosmetycznej, raczej zbędnej, zmianie. Pragnę zwrócić uwagę na dwa niepokojące zjawiska:

* Po pierwsze, PGNiG SA źle czuje się w skórze swojego statutu, skoro tak często ulega on zmianom;
* Po drugie, spółka lekceważy swoich akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, skoro tak często, bez przemożnej potrzeby, zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenia, także w sprawie zmian statutu.

Kilka faktów na poparcie moich tez. Ostatnio statut PGNiG zmieniany był kilkakrotnie. Zmian dokonało zwyczajne walne zgromadzenie 28 czerwca 2016 r., po czym 12 września 2016 r. rada nadzorcza ustaliła jednolity tekst statutu. Wyjątkowo zmian nie dokonało nadzwyczajne walne obradujące 25 sierpnia i 9 września, ale już kolejne NWZ 24 listopada wprowadziło zmiany do statutu. 15 marca 2017 r. rada nadzorcza ustaliła tekst jednolity, acz nie na długo, ponieważ 28 czerwca 2017 r. zwyczajne walne zgromadzenie dokonało głębokich zmian w tekście statutu. 1 września b.r. rada nadzorcza po raz kolejny ustaliła tekst jednolity, aliści niespełna dwa tygodnie później, 13 września, kolejne nadzwyczajne walne dokonało kolejnych głębokich zmian statutu. Nie ma znaczenia, że nadchodząca zmiana będzie w istocie nieznaczna: dominujący akcjonariusz nie szanuje spółki ani jej statutu.

Nadzwyczajnych walnych zgromadzeń nie należy zwoływać bez istotnej po temu potrzeby. Spółki nie biorą pod uwagę sytuacji akcjonariuszy: ile razy w roku musiałby indywidualny akcjonariusz przyjeżdżać na obrady? Ponosić związane z tym trudy i koszty? Przeto udział indywidualnych akcjonariuszy w nadzwyczajnych walnych zgromadzeniach jest znikomy. Dźwięczą im pewnie w uszach słowa niesławnego prokuratora Piotrowicza wypowiedziane w parlamencie do posła opozycji: „Pański głos i tak nic nie znaczy”. Akcjonariusz mógłby wnieść skuteczny sprzeciw względem uchwały o finansowaniu przez spółkę niedorzecznej oszczerczej kampanii mającej siać nienawiść do sędziów orzekających w imieniu Rzeczypospolitej – lecz takich uchwał walne zgromadzenia nie podejmują, pieniądze wyciekają cicho, wstydliwie.

Na koniec ciekawostka: w październiku 2006 r., kiedy do statutu wprowadzono wspomniany przepis, kurs spółki wynosił 3,35 zł. Wczoraj notowania zamknęły się na poziomie 6,65 zł. Jak widać, inwestorzy nie przejmują się moją pisaniną…

Czytaj także inne wpisy z wzmiankami na temat PGNiG:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2006.02.13 Tsunami

Inwestowanie w czasach zarazy

Od zarania transformacji gospodarczej interesuję się spółkami z udziałem Skarbu Państwa, od kilkunastu lat piszę o nich często, podpisuję swoje teksty mianem eksperta corporate governance, ale nie potrafiłem udzielić prawidłowych odpowiedzi na wszystkie pytania quizu ogłoszonego niedawno przez portal Bankier.pl i pb.pl (Puls Biznesu). Quiz dotyczył kwestii, kto kieruje „spółkami Skarbu Państwa” – w istocie chodziło o spółki z udziałem Skarbu Państwa, pytano o dziesięć spółek tylko, co ośmieliło mnie do podjęcia próby odpowiedzenia na pytania, mimo iż ostrzegano, że quiz jest wyjątkowo trudny. Należało wybierać jedną z czterech podpowiedzi. Każdy bez trudu wskaże, że PKO Bankiem Polskim kieruje Zbigniew Jagiełło, na polskim rynku poniekąd jest on jak Noe, bo jeszcze przedpotopowy. Nie sprawiło mi trudności wskazanie prezesa Orlenu, pisałem o nim z niemałym zdziwieniem, że dostał tę posadę w obliczu skromnych kwalifikacji i doświadczeń. Na osiem pozostałych pytań odpowiedziałem poprawnie w siedmiu przypadkach, za każdym razem wysilając pamięć, czy prezes powołany na stanowisko przed kilku zaledwie miesiącami pełni aby ową funkcję nadal. Podpowiadane do wyboru nazwiska byłego prezesa, jeszcze bardziej byłego, oraz – oczywiście – obecnego nic mi nie mówiły, ich nosiciele nie wyróżniają się na rynku jakimiś przymiotami godnymi zapamiętania. I zanim dadzą się poznać, są gorączkowo zwalniani.

Przywykłem nazywać to zjawisko drzwiami obrotowymi: ktoś wchodzi do zarządu lub rady nadzorczej spółki, pokręci się przez chwilę – i wychodzi, za sprawą odwołania lub rezygnacji. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa praktyka drzwi obrotowych przybiera w ostatnim okresie zatrważające rozmiary. Media usiłują objaśniać przyczyny ważniejszych ruchów kadrowych tarciami wśród rządzących, podobno zwalczają się partyjne koterie, a Mordor z Nowogrodzkiej już traci nad wszystkim kontrolę. Lecz nie przyczyny się liczą, a skutki. Menedżerowie sadzani na karuzeli kadrowej i brutalnie z niej strąceni zanim zdążyli pokazać co potrafią, są traktowani podle, nawet po dwakroć podle. Raz, że objęli posady w zatrutej aurze „dobrej zmiany”, bez racjonalnych powodów przemawiających za ich powoływaniem na ważne stanowiska, dwa – że wkrótce zostali zmieceni z tych stanowisk bez jasnych po temu powodów, często także bez absolutorium. Za kompetentnych uważano ich przez chwilę, ale rychło ich zdemaskowano.

Zbyt wiele dokonuje się zmian, zapewne przypadkowych, w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Najbardziej pokrzywdzonymi są nie menedżerowie, a inwestorzy oraz ich pieniądze. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem, lecz tu napotykamy ryzyko niepojęte: nie ma sensownych racji dla awanturniczej polityki kadrowej Skarbu Państwa, nie przemawiają za nią żadne argumenty. Kraj ogarnęła zaraza. W kręceniu drzwiami obrotowymi dostrzegam tę samą paranoję, która przenika obronność, politykę zagraniczną, niszczenie konstytucji i niezawisłego sądownictwa, wycinkę drzew, deformę oświaty. I tak dalej, dalej, dalej. W obliczu powagi tych spraw blednie znaczenie tej, o którą się dopominam, czyli corporate governance. Odnoszę wrażenie, że nie czas żałować dobrych praktyk, gdy dochodzi do dewastacji państwa, obrazy demokracji, wywracania na opak etyki, promowania zakłamania w życiu publicznym. Niemniej poczuwam się do obowiązku głoszenia wartości płynących dla rynku z poszanowania interesów spółek, ich piastunów i akcjonariuszy.

Te wartości są dzisiaj deptane. Przywódca partii rządzącej oświadcza, że rozwój gospodarczy kraju liczy się mniej niż dążenia do przebudowy państwa w duchu narodowego populizmu i na szkodę społeczeństwa. Wielu ludzi deklaruje poparcie dla tej mrocznej ideologii. Widoczna ręka rynku, czyli państwo, działa nieporadnie i na oślep. Pieniądz nie lubi takiej atmosfery. Prędzej lub później odpłynie na zdrowsze, bardziej bezpieczne rynki. Nasz był obiecujący, lecz polityka wydziera mu serce. Pozbawionym corporate governance spółkom z udziałem Skarbu Państwa nieuchronnie przyjdzie mierzyć się z kłopotami. Stracą zaufanie inwestorów. Z nich zaraza braku zaufania może rozlać się szeroko. Inwestorzy – nie tylko zagraniczni, także krajowi, którzy uzyskują możliwości lokowania kapitału w innych krajach – zadają sobie pytania: Czy polski rynek nadal należy do wschodzących? Czy jest obiecujący? Czy budzi zaufanie? Czy brak praworządności nie rodzi nadmiernego zagrożenia dla inwestycji? Dlaczego Polska przestała być krajem obliczalnym, przewidywalnym, odpowiedzialnym?
Czytaj także, między innymi:
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2015.02.17 Widoczna ręka rynku