Archiwa tagu: smaczny cytat

O psie, panu i złodzieju

Pies szczekał na złodzieja, całą noc się trudził;
Obili go nazajutrz, że pana obudził
.

Ignacy Krasicki, bp

Po pracowitym tygodniu nadrabiam przez weekend prasówkę. W kilku tytułach mocno wyeksponowano wydarzenie: Ministerstwo Finansów zrugało Komisję Nadzoru Finansowego jak burą sukę. „Niezwykle ostre w tonie pismo wiceministra finansów” przypomina, że nadzór nie może tworzyć prawa, a wydawane przezeń rekomendacje winny mieć oparcie w obowiązujących przepisach. Zastrzeżenia MinFin dotyczą działań KNF wobec rynku ubezpieczeniowego.

Może i racja. Po ogłoszeniu w styczniu przez KNF projektu zasad ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych też wystąpiłem do przewodniczącego Andrzeja Jakubiaka z dyskretną, acz wielce krytyczną oceną tego pomysłu, wzbogaconą spostrzeżeniami w stylu „KNF nie stoi ponad prawem”. Ale kiedy MinFin traktuje Komisję z buta w sprawie rynku ubezpieczeniowego, przecież weźmy pod uwagę, że PIES SZCZEKA NA ZŁODZIEJA.

Hrabia słup

Kazimierz Chłędowski (1843 – 1920), pisarz, publicysta, urzędnik, nawet epizodyczny minister ds. Galicji, autor ciekawych pamiętników z czasów lwowskich i wiedeńskich, opisywał obyczaj obsadzania w Galicji naczelnych stanowisk w przeróżnych instytucjach:
„Prezesem zawsze musiał być jakiś hrabia […], bo dotąd utrzymuje się w Polsce i w Austrii tradycja, że naczelnikiem każdej większej instytucji, każdego większego finansowego towarzystwa musi być hrabia lub książe, choćby ten hrabia i książe przez większą część swego życia tylko tańcował, tylko długi robił i myśl rozumna rzadko zabłądziła do jego głowy. ‘Publiczność potrzebuje nazwiska, potrzebuje firmy’ – tak zwykle mówią; ale publiczności na tej często bardzo sponiewieranej firmie daleko mniej zależy, aniżeli tym osobistościom, które kryjąc się za jakiegoś hrabiego i wodząc go za nos mogą swoją wolę przeprowadzić w danej instytucji, nie narażając swego nazwiska. I tak by tylko kilka wyliczyć przykładów: miał Kierzkowski swojego Wodzickiego albo Potockiego przez długie lata w instytucjach krakowskich, miał Marchwicki swojego Sapiehę, dyrektor Simon swego ks. Ponińskiego w filii Anglobanku we Lwowie, miał wreszcie słynny dziś jeszcze Rappaport swojego pana Ludwika Wodzickiego w Laenderbanku wiedeńskim. Każdy z tych panów robił, co mu się żywnie podobało, za swoim herbowym parawanem, a im większy bywał parawan, tym więcej musiał zasłaniać nadużyć”.

Kukułka

W maju 2013 r. uczestniczyłem w konferencji KIBR „Audyt dla bezpieczeństwa i rozwoju biznesu”. Wystąpiłem w panelu „Biegły rewident dla zarządu”, w którym brał także udział Jan Wyrwiński, prezes Aiton Caldwell, spółki z New Connect, obiecującego lidera nowych technologii. Zapisał on później na ścianie firmowego blogu wrażenia z konferencji, w tym:

„Na koniec ciekawa anegdota opowiedziane podczas panelu przez Andrzeja S. Nartowskiego, szefa Polskiego Instytutu Dyrektorów. Otóż na początku lat 90-tych zapytał w londyńskim City, czym tak naprawdę jest audyt. Dostał taką odpowiedź: wyobraź sobie klasyczny zegar stojący przy ścianie: akcjonariusze, wkładając do spółki kapitał, pociągają za łańcuch napinając sprężynę, więc zegar zaczyna pracować; trybiki wewnątrz zegara to top management; godzina pokazywana na tarczy zegara to raporty bieżące i komunikacja dla rynku, a BIEGŁY REWIDENT to kukułka, która wyskakuje raz na jakiś czas z zegara potwierdzając to, co przedstawił na tarczy zegara zarząd”.

I tylko bibuł żal…

Jedna z postaci wydanej w 1927 roku powieści Agaty Christie, The Seven Dials Mystery, opowiada: – Coote wsadził mnie do rady czegoś tam. Świetny interes dla mnie, nic do roboty, tylko iść do City raz albo dwa razy do roku, do któregoś z tych hoteli przy Cannon Street czy Liverpool Street, i posiedzieć przy stole gdzie oni mają takie bardzo fajne bibuły. Tam Coote albo jakiś spryciarz Jasiu wygłasza mowę wprost najeżoną liczbami, ale na szczęście nie musi się tego słuchać. I powiem ci, często można się przy takiej okazji załapać na bajeczny lunch.