Archiwa tagu: spółka akcyjna

O polskiej spółce publicznej dla zagranicznego akcjonariusza

Ryszard Czerniawski: The rights of a shareholder of a Polish public company. Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2013. Stron 265.
Na progu polskiej transformacji gospodarczej Ryszard Czerniawski, ekonomista i prawnik, dziennikarz z poważnym dorobkiem w dziedzinie reportażu społecznego i popularyzacji prawa, a także publicystyki na temat rynków kapitałowych (w tym autor wartościowej książki o statutach giełdy warszawskiej), znalazł się tam, gdzie powinien: zaproszony do współpracy przez Wiesława Rozłuckiego wszedł w skład zespołu organizatorów warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych i przez piętnaście lat (1991-2006) służył giełdzie, najpierw jako dyrektor departamentu prawnego, następnie wiceprezes (od 1994 r.). W tym czasie opracował kilka komentarzy do ustaw związanych z rynkiem kapitałowym.

Po wymianie zarządu GPW Czerniawski szybko odnalazł się po drugiej stronie rynku: nawiązał współpracę z poważną kancelaria prawną, uzyskał wpis na listę radców prawnych, zrobił doktorat, wykłada w szkole wyższej, prowadził też wiele warsztatów Akademii Polskiego Instytutu Dyrektorów, obecnie służy Rzeczypospolitej jako zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich, a przez cały ten czas – pisze. Ogłosił liczne pozycje książkowe o spółce akcyjnej, jej zarządzie, radzie nadzorczej, walnym zgromadzeniu, akcjach, odpowiedzialności karnej akcjonariuszy i członków rad nadzorczych. Szczególne miejsce wśród nich zajmuje „Akcjonariusz” (Wolters Kluwer 2010), okazała, bo licząca 548 stron, synteza praw i obowiązków uczestnika spółki akcyjnej, z należytym uwzględnieniem spółki publicznej. Omawiana tutaj publikacja powstała na gruncie wspomnianej.

Cel publikacji jest jasny. Chodzi o dostarczenie czytelnikowi anglojęzycznemu, a tym językiem najczęściej posługują się inwestorzy na całym świecie, rzetelnego kompendium wiedzy o regulacjach polskiego rynku kapitałowego. Nie było to zadanie proste, dla jego wykonania nie wystarczy przecież biegła znajomość polskiego prawodawstwa wsparta umiejętnością praktycznego posługiwania się językiem angielskim. Rzecz w tym, że polskie prawo, wywodzące się z innych kultur, romańskiej dominującej w cywilistyce i germańskiej kształtującej regulacje dotyczące spółek handlowych, nie jest łatwe do klarownego ujęcia siatką pojęć zakorzenionych w aż nadto odmiennym prawie anglosaskim. Tu nie chodzi o lingwistyczny przekład słownej warstwy przepisów materialnych i proceduralnych, raczej o objaśnienie genezy i sensu tych przepisów przy użyciu aparatu pojęciowego właściwego duchowi anglosaskich rynków. Nie wchodząc tu w szczegóły – wyrażę pogląd, że sygnalizowana książka nie jest mechanicznym tłumaczeniem wybranych partii „Akcjonariusza”, lecz dziełem samoistnym, napisanym po angielsku, i to napisanym wcale nieźle.

Można przyjąć założenie, że zagraniczny czytelnik nie zna historii polskiego rynku i dziejów „spólnictwa” na ziemiach polskich. Najbardziej rozgarnięty wie najwyżej, że warszawska giełda wystartowała w 1991 roku, ale zainteresowanie zagranicznych inwestorów zyskała dopiero później, wraz z postępami prywatyzacji. Czerniawski przedstawia antecedencje tych wydarzeń, co – dzięki zwięzłości wywodu – zapewne pomoże w zrozumieniu fenomenu zadziwiającego rozwoju odrodzonej po wielu latach warszawskiej giełdy. Objaśnia też podstawowe konstrukcje polskiego prawa spółek, omawia spółkę akcyjną w Kodeksie spółek handlowych, pojęcie akcji w polskim prawie, regulacje dotyczące spółki publicznej i dematerializacji akcji, rodzaje rachunków papierów wartościowych. Na tym tle Autor przedstawia prawa akcjonariusza spółki akcyjnej w ogólności i szczególne prawa akcjonariusza w spółce publicznej, poświęcając jeszcze więcej miejsca i uwagi obowiązkom akcjonariusza.

Kolejne partie wykładu zostały poświęcone ustrojowi prawnemu walnego zgromadzenia i wzruszalności jego uchwał oraz pozycji akcjonariusza w postępowaniach szczególnych, jak zabezpieczenie na akcjach i formy egzekucji z akcji, postępowania restrukturyzacyjne, łączenie się spółek, przekształcenie spółki, postępowania naprawcze, upadłościowe i likwidacyjne. Wywód jest szczęśliwie pozbawiony wątków akademickich, wsparty orzecznictwem tam, gdzie jest to rzeczywiście pożyteczne, wolny od odesłań do literatury, w tym do licznych prac własnych Autora, cenionego za umiar i pisarską dyscyplinę.

Zagranicznym inwestorom zawdzięczamy mniej więcej połowę obrotów na GPW. Ten z nich,
który sięgnie po tę książkę, może pomimo wspomnianych jej zalet nie ogarnie w pełni reżimu prawnego polskiego rynku, ale dowie się tego, co mu najbardziej potrzebne i zapewne lektura pomoże mu obdarzyć nasz rynek zaufaniem, bądź utwierdzi go w przekonaniu, że inwestuje we właściwym miejscu. Jeżeli za tym przyrostem zaufania pójdą jego pieniądze zwiększając obrót, wprawiając giełdę w ruch – skorzystamy wszyscy. Lecz tym ciepłym słowom o omawianej książce musi towarzyszyć gorzka refleksja. Niezmiernie pożyteczna publikacja ukazuje się bowiem cichaczem, bez należytej oprawy, nakładem nieznanego mi dotąd wydawnictwa.

Nie znalazłem wzmianki o wsparciu przedsięwzięcia lub rekomendowaniu tej pozycji przez którąkolwiek z predestynowanych do tego instytucji: ministerstw Skarbu lub Gospodarki, Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Giełdy Papierów Wartościowych, zagraniczno-polskich izb handlowych, kancelarii prawnej, z która Autor był związany, Izby Domów Maklerskich, Polskiego Instytutu Dyrektorów, który Autorowi wiele zawdzięcza. Mogę wypowiedzieć się jedynie w imieniu ostatniego z wymienionych podmiotów: nie wiedzieliśmy o powstaniu tej książki. Szkoda. Tylko nieoceniony prof. Grzegorz Domański zaopatrzył ją rzeczową notką na tylnej okładce.

Bez prymatu

Organy spółki akcyjnej nie są zbudowane hierarchicznie. Żaden nie sprawuje prymatu nad pozostałymi. W szczególności walne zgromadzenie nie jest organem nadrzędnym względem rady nadzorczej, a rada nie jest nadrzędna względem zarządu. Uczeni autorzy książek na temat corporate governance miewają w tej materii inne zdanie. Rysują pionowe wykresy, na szczycie lokują walne zgromadzenie, spod niego płynie strzałka do umieszczonej poniżej rady nadzorczej, spod rady – strzałka do znajdującego się na dnie zarządu. Dzięki strzałkom sprawia to wrażenie, jakby władztwo spływało w spółce akcyjnej kaskadą, z walnego zgromadzenia, poprzez radę nadzorczą, do zarządu. W istocie jest inaczej. Wspomniane trzy organy spółki akcyjnej (lub dwa, jeżeli miejsce zarządu i rady nadzorczej zajmie rada dyrektorów) są względem siebie równe, żaden nie może wydawać innemu wiążących poleceń dotyczących prowadzenia spraw spółki.

Spółki akcyjnej nie można przyrównywać do państwa, ponieważ ma ona inne cele i funkcje. Niemniej czasem wyrwie się komuś spod pióra myśl odmienna. Zacytuję przykład, ale autora nie ujawnię, wstydu mu oszczędzę: „Wzajemne relacje pomiędzy organami spółki akcyjnej możemy przyrównać per analogiam do konstytucyjnej zasady podziału władz w państwie, co doskonale oddaje istotę corporate governance. W tym znaczeniu, walne zgromadzenie, czyli organ właścicielski, jest ‘władzą ustawodawczą’, która uchwala konstytucje spółki (statut), określa główne kierunki jej działania, powołuje i odwołuje jej organy zarządzające oraz podejmuje decyzje w sprawie zagospodarowania wyniku finansowego (budżetu) spółki, a zarząd i rada nadzorcza (lub łącznie board of directors) są ‘władzą wykonawczą’ spółki”. Zaiste, wielkiej trzeba wyobraźni, by w relacjach między organami spółki akcyjnej doszukać się podobieństwa do konstytucyjnego podziału władz w państwie, a do tego upatrywać w tym podziale istoty corporate governance!

Skąd ludzie czerpią takie pomysły? Z moich obserwacji płynie wniosek, że większość bzdur, z jakimi się spotykam, pochodzi z internetu. Wyguglałem hasło „walne zgromadzenie”. Ciekawość została ukarana. W 0,16 sek. wyszukiwarka znalazła ok. 1 060 000 wyników. Życia nie wystarczy, by je przejrzeć. Lecz te, które przejrzałem, konsekwentnie utrwalają dwa błędy. Po pierwsze, zakładają gradację organów spółki akcyjnej i nadrzędność walnego zgromadzenia nad innymi. Po drugie, krzewią mylne przekonanie, że prawidłowa nazwa tego organu to walne zgromadzenie „akcjonariuszy”. Dodam jeszcze, że autorzy internetowych informatorów często nie aktualizują swoich stron, nie biorą pod uwagę zmian obowiązującego prawa.

Na pierwszym miejscu wyszukiwarka uplasowała Wikipedię: „Walne zgromadzenie – najwyższy z organów spółki akcyjnej albo spółdzielni…” Opis funkcji walnego zgromadzenia budzi wątpliwości: czy poprawne jest twierdzenie, że to WZ „emituje obligacje zamienne, obligacje z prawem pierwszeństwa i warranty subskrypcyjne”? Oraz „posiada prawo nabywania własnych akcji”? Informacje o trybie zwoływania walnego zgromadzenia także są bałamutne, zresztą – nie tylko tam.

Drugie z kolei odesłanie zawiodło mnie do finansopedii forsal.pl. Także tutaj walne zgromadzenie (z dodatkiem „akcjonariuszy”) zostało nazwane najwyższym organem spółki akcyjnej. „Przedmiot obrad walnego zgromadzenia” został potraktowany zdawkowo. Natomiast zdaniem Encyklopedii Zarządzania „Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy (WZA) to naczelny organ spółki akcyjnej…”. Różnicę między organem najwyższym a naczelnym wyjaśniano mi na studiach przed pięćdziesięciu laty: najwyższym organem jest Sejm, a jego „emanacja”, Rada Państwa, jest z kolei organem naczelnym. Także serwis e-prawnik.pl pisze o walnym zgromadzeniu „akcjonariuszy” jako naczelnym organie spółki. Takiej terminologii używa zresztą wiele spółek w swoich dokumentach ustrojowych (statutach, regulaminach).

Jeszcze przed kilku laty uważałem, że do najważniejszych zadań corporate governance należy krzewienie wiedzy o odrębności i ochronie domen zarządu i rady nadzorczej, a to ze względu na różnice dotyczące odpowiedzialności członków tych organów. Dzisiaj widzę to inaczej. Wspomniane różnice zwolna ulegają zatarciu. Zresztą najchętniej połączyłbym zarząd i radę nadzorczą w radę dyrektorów. Walne zgromadzenie zostało „doregulowane” licznymi przepisami, w kilku przypadkach nieprzemyślanymi (jak wprowadzenie tylnymi drzwiami głosowania korespondencyjnego lub nadmierne ułatwienia dla zwołania nadzwyczajnego walnego). Wiele z nich wzmocniło pozycję członków zarządu na walnym. Relację między organami spółki akcyjnej warto przemyśleć na nowo.

Czytaj także: 2005.03.14 Dwie domeny 

Złamany grosz

4 stycznia 2013 r. media poinformowały, że Narodowy Bank Polski rozważa zaprzestanie bicia monet o najniższych nominałach, jedno i dwugroszowych, oraz wycofanie ich z obiegu.

Czy decyzje NBP w tej sprawie będą miały związek z corporate governance? Otóż tak.

Wiadomość o odesłaniu jednogroszówek na emeryturę puentuje artykuł, jaki dopiero co wysłałem do redakcji Parkietu. Dotyczy on minimalnej wartości nominalnej akcji. Zgodnie z Kodeksem spółek handlowych (Ksh), wynosi ona obecnie 1 gr. Słownie: jeden grosz.

Grosz, jak każda moneta, ma trzy strony: awers, rewers i kant. Ustanowienie minimalnej wartości nominalnej akcji na tak niskim poziomie, najniższym przecież z możliwych, było swoistym kantem legislatora.

Pierwotnie uchwalony w 2000 r. Ksh przewidywał, podobnie jak poprzednio obowiązujący Kodeks handlowy (Kh), że wartość nominalna akcji, ustalona w statucie każdej spółki akcyjnej, wynosi co najmniej 1 zł (1 PLN). Nowelizacja Ksh z 2003 r. sprowadziła tę wartość do 1 gr. Obniżenie minimalnej wartości nominalnej akcji w stosunku 100:1 uważam za poważny błąd.

Uzasadnienie projektu ustawy zapowiadało „usprawnienie funkcjonowania spółek”, a jego przejawem miało być ułatwienie spółkom obniżania kapitału zakładowego z pominięciem umarzania akcji. Spodziewano się, że praktyka wykorzysta obniżenie wartości nominalnej akcji „jedynie w niezbędnym dla niej zakresie”.

Stało się całkiem inaczej. Obniżanie wartości nominalnej akcji weszło w nawyk marnym spółkom. Wchodziły one do giełdowych notowań po zawyżonych cenach z oferty pierwotnej, kurs ich akcji z czasem mocno spadał, aż stabilizował się na poziomie poniżej ówczesnej minimalnej wartości nominalnej akcji. W rezultacie, spółki te traciły zdolność emisyjną: potrzebowały pilnie kapitału na przetrwanie, nie mogły emitować akcji po cenie niższej od wartości nominalnej, a obejmowanie akcji oferowanych po cenie wyższej od tego progu nie miało ekonomicznego uzasadnienia. Następstwem obniżenia progu jest przedłużanie agonii nieszczęśników, ponuro egzystujących w dolnych stanach tabeli notowań. Przy okazji pojawiły się argumenty, jakoby splity wartości akcji, owocujące wysypem groszówek, miały pobudzić obrót… Zjawiska te występują szczególnie wyraziście na rynku New Connect.

Lekceważenie znaczenia wartości nominalnej akcji dopuszczonych do obrotu skutkuje degeneracją rynku. Jej przejawem znaczący i rosnący udział śmieci na giełdzie.

Grosz ma dzisiaj nikłą wartość, monety o tym nominale występują jeszcze w obiegu głównie jako reszta wydawana przy zakupie towarów, których cena zawiera końcówkę 99 gr.  Gdyby nie akcje niskowartościowych spółek, nie można byłoby w Polsce niczego kupić za grosz. Natomiast akcje za grosz maja swoich amatorów: otóż wiadomo, że nie potanieją, a każdy wzrost ich wartości to co najmniej 100 procent. Na takich fundamentach optymizmu opiera się polska giełda.

A kiedy wreszcie (czy tego dożyję?) walutą polską stanie się euro, napotkamy na problemy związane z przeliczaniem wartości akcji z groszy na centy. Małe są szanse na to, że wymiana walut nastąpi po kursie 1:1. Przyjdzie nam więc przeliczyć minimalną wartość nominalną akcji na, powiedzmy, 0,0024 centa, by poprzestać na czwartym miejscu po przecinku; na szczęście, wartość nominalna akcji nie musi być wyrażana w kwotach okrągłych. Albo przyjdzie nam wymusić na spółkach tzw. odwrotny split, czyli złożenie kilku (kilkunastu, kilkudziesięciu, kilkuset) akcji w jedną. Koszt takiej operacji byłby zapewne wyższy od korzyści uzyskanych w swoim czasie przez rozdrobnienie akcji, nawet jeżeli dało ono jakieś prawdziwe korzyści.

 

Czytaj także:

Grosz z dziurką

Bezwartość nominalna

Pomiędzy winą a karą [2009]

Ryszard Czerniawski: Odpowiedzialność karna akcjonariuszy i członków rad nadzorczych spółek akcyjnych. Wolters Kluwer (w serii: Biblioteka Prawa Handlowego) 2009, s. 245.

Książka ważna i potrzebna. Problematykę indywidualnej odpowiedzialności karnej akcjonariuszy i członków rad nadzorczych – czyli członków organów zbiorowych spółki akcyjnej – polskie piśmiennictwo podejmowało do tej pory fragmentarycznie, incydentalnie, na marginesie rozważań na temat odpowiedzialności karnej członków zarządu, założycieli spółki lub jej likwidatorów – a więc podmiotów indywidualnych. Jeszcze mniej na omawiany tu temat ma do powiedzenia orzecznictwo: „podczas przeprowadzonej kwerendy nie spotkano orzeczenia wprost dotyczącego odpowiedzialności karnej akcjonariusza lub członka rady nadzorczej” (s. 14). Nic w tym dziwnego, zważywszy anegdotyczną wypowiedź przedstawiciela aparatu ścigania: „Dokonaliśmy u podejrzanego przeszukania mieszkania i garażu. Akcji nie znaleziono” (!!!).

„Chodzi o ustalenie zasad prawnokarnej oceny zarówno np. zachowania członka rady nadzorczej, który głosując w określony sposób powoduje brak zgody rady nadzorczej na zawarcie korzystnej dla spółki umowy, a przez to powstanie szkody, jak i rozważenie odpowiedzialności karnej członków rady nadzorczej, która np. nie dokonała przez rok wyboru prezesa zarządu. Czy w takim przypadku można mówić o należytym wykonywaniu przez członków rady nadzorczej ich obowiązków, czy mogą oni ponieść odpowiedzialność karną z tego tytułu, a jeżeli tak, to na podstawie jakich przepisów i czy te przepisy karne spełniają swoją funkcję?” – deklaruje swoje intencje badawcze Ryszard Czerniawski (s. 15) i podejmuje próbę odpowiedzi na te pytania. Autor wskazuje na konieczność rozpatrywania analizowanej problematyki w zmieniających się uwarunkowaniach, także prawnych, działania spółek akcyjnych. Świadczy o tym zwiększająca się rola organów zbiorowych, w tym rady nadzorczej, w kształtowaniu strategii spółki, czego wyrazem jest rozszerzanie się zakresu jej odpowiedzialności; dotyczy to także, acz w mniejszym stopniu, zmiany pozycji walnego zgromadzenia i uczestniczących w nim akcjonariuszy.

Wywód został podzielony na cztery rozdziały. Pierwszy omawia spółkę akcyjną jako osobę prawną i zawiera ogólną charakterystykę spółki akcyjnej (wzbogaconą kilkoma interesującymi przypadkami z historii tej formy prawnej działalności gospodarczej), organy spółki akcyjnej, status akcjonariusza jako uczestnika walnego zgromadzenia, relację między rada nadzorczą a jej członkami, oraz ich obowiązki. Rozdział drugi, „Udział w działalności organu spółki akcyjnej a zasada odpowiedzialności indywidualnej i osobistej”, podejmuje zagadnienia uczestnictwa akcjonariusza i członka rady nadzorczej w podejmowaniu uchwał oraz inne formy działania uczestnika organu i zaniechania działania.

Rozdział trzeci, „Odpowiedzialność karna członka rady nadzorczej”, dotyczy działania na szkodę spółki (art. 585 Ksh), w tym: przedmiotu ochrony, znamion strony przedmiotowej, podmiotu, znamion strony podmiotowej, okoliczności wyłączających bezprawność lub winę, form popełnienia czynu, zbiegu przepisów i zagrożenia karnego. Następnie Autor omawia, w tym samym układzie, przestępstwo podawania nieprawdziwych danych (art. 587 Ksh), przestępstwo niegospodarności „menadżera” (art. 296 Kk) – z uwzględnieniem odmian czynu zabronionego i czynnego żalu, oraz przekupstwo „menadżerskie” (art. 296a Kk) – z uwzględnieniem, w toku rozważań o znamionach strony przedmiotowej, przekupstwa biernego i czynnego, a nadto wypadku mniejszej wagi, typu kwalifikowanego przekupstwa „menadżerskiego” biernego i uchylenia karania. Najskromniejszy jest rozdział czwarty, „Odpowiedzialność karna akcjonariusza”. Nic w tym dziwnego, skoro Ksh nie zawiera przepisu traktującego o odpowiedzialności karnej akcjonariusza. Sednem tej partii wywodu są rozważania na temat przestępstwa niegospodarności „menadżera” (art. 296 Kk) odniesione do sytuacji, w której podmiotem czynu jest akcjonariusz.

Książka została przygotowana starannie, w oparciu o aktualny stan prawny (z uwzględnieniem przepisów Ksh wchodzących w życie 3 sierpnia 2009 r.) i bogatą literaturę, obszernie cytowaną, nierzadko w tonacji polemicznej. Zasługuje ona na pełną, pogłębioną recenzję specjalisty; niniejsza notka osoby nieobeznanej należycie z teorią i praktyką prawa karnego jedynie sygnalizuje tę interesującą pozycję. Lecz skorzystać z niej powinni nie tylko specjaliści, także wielotysięczna rzesza członków rad nadzorczych i wielosettysięczna rzesza akcjonariuszy i ich pełnomocników na walnych zgromadzeniach. Już sama informacja o ukazaniu się rozprawy dr. Ryszarda Czerniawskiego, wieloletniego wiceprezesa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie i poczytnego popularyzatora wiedzy o spółce akcyjnej, na temat odpowiedzialności karnej akcjonariuszy i członków rad nadzorczych, może pobudzić ich czujność i przyczynić się do wzmożenia ich świadomości prawnej.

Joseph de Vega napisał w wydanych w roku 1688 „Wyznaniach”: „Kto raz stanie się właścicielem akcji, ten będzie je już ciągle kupował i sprzedawał. Obojętnie gdzie ci ludzie się znajdują. Myślą i rozmawiają tylko o nich. Nawet we śnie o tym marzą. […] Jest to źródło wszelkich oszustw, pogrzebywania pożytecznych spraw i źródło niezdrowia” (cytat na s. 27). Przeto niechaj im się czasem przyśni odpowiedzialność karna! Oni sami może zdrowsi od tego nie będą, ale rynek kapitałowy – owszem.

Notatka ukazała się w nr 2/18/2009 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Niezbędnik członka zarządu spółki akcyjnej [2008]

Ryszard Czerniawski, Zarząd spółki akcyjnej. Wolters Kluwer 2008, seria Biblioteka Prawa Handlowego, s. 340.

Najnowszą książkę Ryszarda Czerniawskiego omawiam ze świadomością, że sam nie należę do grona jej adresatów. Jest to pozycja w założeniu kierowana poza krąg prawników, do praktyków w zarządach, biurach zarządów, radach nadzorczych spółek akcyjnych, oraz do inwestorów potrzebujących przejrzystej „’ściągawki’, ukazującej pozycję zarządu i członka zarządu spółki akcyjnej od jej powstania aż do likwidacji” (s. 17). Tak zakreślone zadanie zostało przez Autora wypełnione. Wywód jest zwięzły, rzeczowy; każdą jego partię wzbogaca odesłanie do podstawy prawnej omawianych rozwiązań, wskazanie rekomendowanej literatury i przytoczenie sentencji orzeczeń. Uzupełniają go, jako materiały dydaktyczne, przytoczone w całości lub w postaci wyciągów, regulaminy organów spółek (walnego zgromadzenia, rady nadzorczej, zarządu, komitetu audytu, komitetu wynagrodzeń), ogłoszenie o zwołaniu walnego zgromadzenia oraz zalecenie Komisji WE w sprawie wynagrodzeń dyrektorów spółek notowanych na giełdzie z 2004 r. Nie chodzi przy tym o rzekome „wzory” regulaminów, ale o dokumenty konkretnych spółek. Sam ich wybór był zadaniem trudnym: akty wewnętrzne polskich spółek zawierają przecież wiele błędnych rozwiązań.

WYWÓD KLAROWNY I KOMPLETNY. Kolejne rozdziały zostały poświęcone charakterystyce poszczególnych typów spółek, organów spółki akcyjnej, zarządowi w szczególności, zarządowi wobec (a) walnego zgromadzenia, (b) akcjonariuszy, (c) rady nadzorczej i jej komitetów, (d) prokurentów i pełnomocników, (e) biegłego rewidenta i rewidenta do spraw szczególnych, a następnie: relacji zarząd a członek zarządu, członkowi zarządu, udziałowi w pracach zarządu osób niebedących członkami zarządu, zarządowi w postępowaniach szczególnych (restrukturyzacyjnym, związanych z niewypłacalnością spółki i likwidacyjnym), zarządowi i członkowi zarządu spółki europejskiej, odpowiedzialności członka zarządu (organizacyjnej, cywilnej, karnej i za zaległości podatkowe). Wywód jest klarowny. Jasno zostały wyjaśnione kwestie budzące w praktyce najwięcej nieporozumień (kurator spółki, bezwzględna większość głosów, rejestracja głosów na WZ za pomocą urządzeń elektronicznych, mandat i kadencja, w tym kadencja wspólna i indywidualna). Wywód jest także kompletny; zabrakło mi jedynie, związanej z odpowiedzialnością cywilną członków zarządu, wzmianki o możliwości zawarcia przez spółkę ubezpieczenia Directors & Officers.

Szczególnie wartościowe jest obszerne omówienie podstawowych zasad wykonywania mandatu w zarządzie spółki akcyjnej. Autor zalicza do nich zasadę staranności zawodowej, zasadę lojalności wobec spółki, zasadę przestrzegania przepisów prawa i postanowień statutu oraz zasadę zachowania tajemnicy.

NIE TYLKO DYDAKTYKA. Jakkolwiek książka Ryszarda Czerniawskiego została pomyślana jako „ściągawka” (chociaż zasługuje ona na miano „niezbędnika członka zarządu”), przecież w kilku miejscach Autor odchodzi od dydaktyki i prezentuje stanowisko mogące budzić kontrowersje.

Autor niebezpodstawnie opowiada się za legalnością podejmowania uchwał przez zarząd, jeżeli statut przewiduje taką możliwość, przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Ustawa przemilcza tę kwestię „z przyczyn zresztą nieznanych” (s. 96). Mam jednak zastrzeżenie do uwagi, iż „Jeżeli statut przewiduje możliwość podejmowania uchwał w tzw. trybie obiegowym, protokołu się nie sporządza, gdyż z tego, kto podpisał taką uchwałę wynika, czy została ona przyjęta, czy nie” (tamże). Otóż zgodnie z art. 376 Ksh wszystkie uchwały są protokołowane bez względu na to, w jakim trybie zostały powzięte. Podpisy pod uchwałą składają wszyscy członkowie zarządu uczestniczący w głosowaniu, bez względu na to, czy oddali głosy „za”, czy nie. Jedynie protokół pozwala stwierdzić, czy i kto złożył zdania odrębne. Ponadto nie zgadzam się, iż „Jak najbardziej dopuszczalne jest żądanie zamieszczenia w protokole albo jako załącznika zdania odrębnego” (s. 94). W protokole – tak, jako załącznika – nie.

OGRANICZENIE ZARZĄDU? Szczególnie krytycznie została oceniona instytucja delegowania przez każdą grupę wybierającą członków rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami jednego spośród wybranych przez siebie członków rady do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych (art. 390 § 2 Ksh). Członkowie ci mają prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu z głosem doradczym. Zarząd obowiązany jest zawiadomić ich uprzednio o każdym swoim posiedzeniu. Autor uważa, iż „Przepis ten umożliwia bezpośredni nadzór członków rady nad pracami zarządu, dając im możliwość wygłaszania swoich opinii co do kwestii będących przedmiotem obrad zarządu, wprowadzając instytucję ‘przymusowych doradców’. Jeżeli zaś do tego dołączyć obowiązek zawiadamiania osób delegowanych o każdym posiedzeniu zarządu, to jest to skuteczny sposób, aby jeżeli nie wyeliminować, to bardzo istotnie ograniczyć możliwość funkcjonowania zarządu” (s. 248-249).

Jest to pogląd idący zbyt daleko. Wybór rady nadzorczej w drodze głosowania oddzielnymi grupami i możliwość delegowania przez każdą grupę „swojego człowieka” do, między innymi, obserwowania z bliska prac zarządu – to instrumenty mające w założeniu służyć ochronie interesów mniejszości w spółce akcyjnej. Przyznaję, że w praktyce mogą one w istocie służyć także większości, de facto wbrew interesom mniejszości. Dodam, że budzi moje wątpliwości znaczenie użytego przez ustawodawcę (za Kh) pojęcia „głos doradczy”. Niemniej nie zgadzam się, że omawiane rozwiązania mogłyby „bardzo istotnie ograniczyć możliwość funkcjonowania zarządu”. Autor idzie jeszcze dalej w krytyce art. 390 § 2 Ksh: „Celowość wprowadzenia takiego przepisu zastanawia zwłaszcza w kontekście możliwości podejmowania przez zarząd uchwał poza posiedzeniami zarządu, jak również spotykania się członków zarządu poza formalnymi posiedzeniami” (s. 249). Rozumowanie to polega na przeciwstawieniu prawa obowiązującego domniemanej (acz niebezpodstawnie) możliwości podejmowania przez zarząd uchwał w trybie innym niż na posiedzeniu. Domniemanie to wywodzi się z formuły, iż co nie jest expressis verbis zakazane – jest dozwolone, zwłaszcza iż za dopuszczeniem takiej procedury przemawiają względy praktyczne. Natomiast możliwość odbywania przez członków zarządu nieformalnych spotkań, konsultacji – podczas których nie są podejmowane uchwały – nie jest ograniczona ani obwarowana koniecznością zapraszania na nie członka rady wybranego w trybie art. 390 § 2 Ksh.

RÓŻNE POSTACIE DELEGOWANIA. Brak także uzasadnienia dla wyrażanych przez Autora wątpliwości: „Poza tym trudno znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego członkowie rady nadzorczej wybrani grupami i delegowani do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych mają prawo uczestniczenia w posiedzeniach zarządu, a członkom rady – też delegowanym, ale nie wybranym grupami – takie uprawnienie nie przysługuje” (s. 249). Otóż racja takiego rozwiązania tkwi w tym, że pierwsi zostali delegowani bezpośrednio przez grupę akcjonariuszy, drudzy – przez radę nadzorczą, pierwsi na stałe, drudzy ad hoc, mandat pierwszych obejmuje „czynności nadzorcze”, drugich – „określone czynności nadzorcze”; jakkolwiek prawo nie określa obszarów znaczeniowych obu pojęć, zakres pierwszego jest niezaprzeczalnie szerszy. Autor sam stwierdza, iż „jeżeli rada nadzorcza do wykonywania pewnych czynności nadzorczych delegowała swojego członka, to nie może sama ich wykonywać” (s. 149). Nie ulega natomiast wątpliwości, że jeżeli członek rady został delegowany przez grupę do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych, nie ma to wpływu na kolegialne sprawowanie przez radę nadzorczą stałego nadzoru nad działalnością spółki.

Sygnalizuję tu wątpliwości wobec niektórych opinii Ryszarda Czerniawskiego z nadzieją, iż owe opinie zostaną szerzej rozwinięte i poddane pod dyskusję środowiska (najlepiej na tych właśnie łamach). Natomiast „ściągawka” dla szerokiego kręgu praktyków nie jest dla nich odpowiednim miejscem.

Przed rokiem („Przegląd Corporate Governance” nr 3/11/2007) recenzowałem książkę Ryszarda Czerniawskiego i Anny Rapackiej „Pomiędzy prawem a finansami. Poradnik członka rady nadzorczej spółki akcyjnej”. Użyłem wtedy przymiotników: „dobry” (przewodnik), „pożyteczne” (wydawnictwo). Omawianej dzisiaj książce należą się przymiotniki o pół stopnia wyższe. Dlatego o pół stopnia, że wyższe o cały stopień wolę zachować w rezerwie. Wszak Autor pracuje już nad poradnikiem akcjonariusza…

Recenzja została ogłoszona w nr 3/15/2008 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Podręcznik akcjonariusza [2007]

Komisja Nadzoru Finansowego: Prawa i obowiązki akcjonariuszy spółek publicznych. Stan prawny na dzień 19 września 2006 r. Opracowanie: Beata Binek, Paweł Heciak, Michał Stępniewski, Dominika Waltz-Komierowska. Warszawa 2007, s. 219

Niesposób przecenić znaczenie wpływu powszechnej edukacji na rozwój rynku giełdowego. Z jednej strony, pogłębia ona i porządkuje wiedzę inwestorów o mechanizmach działania giełdy i jej otoczenia. Z drugiej, umiejętnie prowadzona – jest ona w stanie pobudzić zainteresowanie tym rynkiem u osób do tej pory z nim nieobznajomionych. Podręcznik traktujący o prawach i obowiązkach akcjonariuszy spółek publicznych, którego trzecie wydanie ukazało się niedawno, tym razem już firmowane przez Komisję Nadzoru Finansowego, jest wydawnictwem adresowanym do pierwszej z wspomnianych tu grup. Jest to pozycja wartościowa, starannie opracowana, rzetelna, aktualna.

Regulacje tworzące ramy prawne polskiego rynku giełdowego znajdują się w kodeksie spółek handlowych, w trzech ustawach z 29 lipca 2005 roku (potocznie nazywanych ustawami o obrocie, o ofercie, oraz o nadzorze), licznych rozporządzeniach wykonawczych do tych ustaw, a nadto w innych aktach prawnych, w tym w kodeksie cywilnym. Można przyjąć, że przeciętny akcjonariusz czerpie wiedzę o tych regulacjach nie bezpośrednio z właściwych aktów prawnych, lecz przede wszystkim z gazet, mających przecież naturalną skłonność do upraszczania omawianych spraw. Nawet gdyby akcjonariusz sięgał wprost do źródeł prawa, przecież niekoniecznie dysponuje on kwalifikacjami pozwalającymi wynieść pożytek z ich lektury. Podręcznik jego praw i obowiązków, przybrany w formę przystępnego przewodnika po najważniejszych spośród obowiązujących regulacji, może spełnić kilka zadań naraz. Po pierwsze – zorientować akcjonariuszy spółek publicznych w stanie obowiązujących przepisów. Po drugie – oświecić ich, jak mogą postępować z korzyścią dla swoich interesów. I po trzecie – uzmysłowić im, że polski rynek giełdowy jest sprawny i bezpieczny.

Rozdział 1 traktuje o spółce publicznej i jej akcjonariuszach w świetle postanowień kodeksu spółek handlowych. Rozdział 2 prezentuje prawa i obowiązki akcjonariusza wynikające z ustaw regulujących rynek kapitałowy. Rozdział 3 dotyczy polskiej redakcji standardów corporate governance. Na koniec, rozdział 4 jest poświęcony zasadom dochodzenia roszczeń przed sądami. Taka kompozycja wywodu wywodzi się jeszcze z I wydania podręcznika (2003). Zmienia się przeto stan prawny, układ materii trwa. Słusznie.

Z tego, że podręcznik został wydany przez Komisję Nadzoru Finansowego, a jego autorzy legitymują się wieloletnimi związkami z organami nadzoru nad rynkiem, bynajmniej nie wynika, iż miałby on być kompendium urzędowej wykładni przepisów lub zbiorem oficjalnych wskazówek zachowań na rynku. W przedmowie do I wydania ówczesny prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, Rafał Chwast, słusznie zwracał uwagę, że „ilość interpretacji przepisów prawa bywa czasem równa ilości prawników obecnych na sali obrad walnego zgromadzenia” (zapomniał o paraprawnikach – ci dopiero potrafią dokazywać!), a „wielu akcjonariuszy i członków władz spółek przekonało się na własnej skórze, że dla niektórych graczy giełdowych nie istnieją granice interpretacji prawa”. Niestety, cytowane tu opinie nic nie tracą na aktualności. Edukacja uczestników rynku jest procesem, który przecież nigdy nie spełni się do końca. Będzie trwał zawsze. Będzie przybierał różne formy. Lecz w Polsce już z pewnością nie będzie się mógł obyć bez kolejnych, aktualizowanych, wydań omawianego podręcznika.

Lecz na tym koniec pochwał. Są bowiem i drobne przygany. Podręcznik ze swojej natury powinien starannie systematyzować terminologię. Tego akurat brakuje. Nośnikiem normy prawnej jest oczywiście przepis, chociaż współcześnie media powszechnie używają słowa „zapis”, a za nimi i autorzy podręcznika wielokrotnie powtarzają ów błąd. Jednak w tym miejscu razi on szczególnie, ponieważ akcjonariusz często spotyka się także z zapisem: na akcje, na sąd polubowny, na rachunku papierów wartościowych, czy wreszcie w depozycie – a zapis pod żadnym z tych znaczeń nie ma nic wspólnego z przepisem. O przewadze w książce języka potocznego nad językiem prawniczym (i prawnym) świadczy operowanie pojęciami „walne zgromadzenie akcjonariuszy” (poprawnie: „walne zgromadzenie”) i „kodeks” dobrych praktyk (otóż zbioru zasad dobrych praktyk nie należy nazywać „kodeksem”, bowiem ów termin w polskiej praktyce legislacyjnej ma bardzo ścisłe znaczenie).

Nie brak też drobnych, znacznie mniej istotnych, uproszczeń i nieścisłości. „Szczególnie za Atlantykiem dywidenda stanowi dla akcjonariuszy podstawowe źródło dochodu” (s. 19). Zbyt kategoryczne to stwierdzenie. Wreszcie, autorzy powołują się na materiały konferencji Corporate Governance (s. 127), lecz chyba na jakieś zleżałe, gdyż konferencje te od kilku lat odbywają się pod auspicjami Polskiego Instytutu Dyrektorów, a nie wspomnianej w książce innej firmy… Jednak to tylko rysy na lakierze! Recenzent dostrzegł je, bo jest wnikliwy; wspomniał tu o nich, ponieważ miewa mentorskie skłonności – ale docenia wysiłek autorów i gorąco zaleca lekturę.

Recenzja ukazała się w numerze 1/9/2007 kwartalnika Przegląd Corporate Governance

Dwie domeny [2005]

Współpraca zarządu i rady nadzorczej nie może skutkować wkraczaniem przez jeden organ w domenę drugiego. W jednym z paneli podczas konferencji Corporate Governance XIX (marzec 2005) Maria Wiśniewska przedstawiła kilka wymownych „scen z życia” rad nadzorczych. Oto jedna z nich. Zbiera się rada, wysłuchuje (lub nie) bieżącej informacji zarządu, po czym przewodniczący rady wygłasza zwyczajową formułę: „To my już zarządowi pięknie dziękujemy, chcemy pozostać sami…”. Kiedy zamkną się drzwi za zarządem, rada przystępuje do debaty na temat sytuacji spółki. A skąd rada zna ową sytuację? Z urzędu.

Tak bywa! Relacje pomiędzy nadzorem i zarządem pozostawiają wiele do życzenia. Rada nadzorcza i zarząd to odrębne organy; mają one odmienne zadania, inne kompetencje, specyficzne procedury, własne regulaminy, pracują w różnych rytmach, ale działają dla dobra tej samej spółki, tych samych akcjonariuszy. Stosunki między nimi wywierają wpływ na wartość spółki. Dlatego ważne, by rada współpracowała z zarządem, nie poprzestając na lekturze dokumentów dostarczanych jej przez zarząd, na zamówienie rady lub z własnej inicjatywy.

Sprawa ma trzy aspekty. Pierwszy dotyczy potrzeby krzewienia obyczaju zapraszania zarządu do systematycznego udziału w pracach rady nadzorczej. Drugi to potrzeba ochrony domeny rady nadzorczej przed ingerencją zarządu. Trzeci to potrzeba ochrony domeny zarządu przed ingerencją nadzoru. Tylko pierwszy z tych aspektów wynika z przyjętego w polskim prawie ustroju spółki akcyjnej, opartego na zasadzie odrębności zarządu i rady nadzorczej. Dwa pozostałe mają zastosowanie także, aczkolwiek w innym zakresie, do jednolitej rady dyrektorów, skupiającej funkcje zarządcze i nadzorcze.

W Polsce utarł się już pogląd, że rada nadzorcza powinna zapraszać zarząd do udziału w swoich posiedzeniach, to znaczy – do udziału w tych punktach porządku obrad, które nie dotyczą wewnętrznych spraw rady, oceny zarządu, ustalania jego wynagrodzeń, itp. Często zaprasza się zarząd w pełnym składzie, niekiedy także osoby spoza zarządu, ale pełniące ważne stanowiska.

Obecnie w radach nadzorczych kształtuje się praktyka korzystania z komisji problemowych, przeto wyłania się kwestia współpracy komisji z zarządem. Zapewne komisje audytu będą, w miarę potrzeby, dopraszać do swoich prac prezesa zarządu (CEO), i/lub członka zarządu odpowiadającego za finanse (CFO), pracowników pionów finansów, audytu wewnętrznego itd., a także – w miarę potrzeb – specjalistów spoza spółki. Z kolei komisje do spraw nominacji i wynagrodzeń zapewne będą na niektóre posiedzenia dopraszać prezesa spółki, szefa kadr, specjalistów z firmy doradczej. Im bardziej upowszechnią się komisje, im więcej zbiorą doświadczeń, tym lepiej ułoży się współpraca rad z zarządami.

Przed laty rada nadzorcza jednego z dużych banków uzasadniała nieoczekiwane odwołanie prezesa zarządu zarzutem, iż nie udostępniał on zarządowi opinii i zaleceń rady. Co stało na przeszkodzie, by rada sama czytelnie wyjaśniała swoje stanowisko zarządowi in pleno? Zresztą ów prezes miał ponoć znać stanowisko rady głównie dzięki zainstalowanemu w sali jej posiedzeń podsłuchowi.

Za mało mówi się w Polsce o potrzebie ochrony domeny rad nadzorczych przed ingerencją zarządów. Prawo poniekąd wynosi radę nadzorczą ponad zarząd, więc nie dostrzega niebezpieczeństwa uzależnienia rady od zarządu. W praktyce bywa różnie. Niekiedy zarząd miarkuje radzie nadzorczej dostęp do informacji o spółce. Jeżeli rada pogodzi się z tym, nie będzie ona w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków (rady godzą się z taką praktyką, jeżeli nie są świadome, że zarząd selekcjonuje dostarczane im informacje).

W statutach niektórych spółek straszy nadto osobliwy przepis, iż członkowie zarządu mogą uczestniczyć, z głosem doradczym, w posiedzeniach rady nadzorczej. Owszem, mogą, acz tylko jeżeli zostaną zaproszeni; bez zaproszenia – wara im od rady! Pojęcie „głos doradczy” nie oznacza niczego mądrego. Zasady dobrej praktyki wymagają, by rada nadzorcza przedstawiała akcjonariatowi własną, niezależną od zarządu, ocenę sytuacji spółki. Aby ją wypracować, rada nadzorcza powinna przynajmniej co pewien czas spotkać się w swoim gronie, nawet poza siedzibą spółki.

Prawo dostrzega natomiast potrzebę ochrony domeny zarządu przed ingerencją rady. Stąd rada nie może wydawać zarządowi wiążących poleceń dotyczących prowadzenia spraw spółki. Stąd w posiedzeniach zarządu mogą bez zaproszenia stale uczestniczyć (też ze wspomnianym już „głosem doradczym”) tylko członkowie rady wybrani do niej w drodze głosowania oddzielnymi grupami i delegowani przez macierzyste grupy do stałego indywidualnego wykonywania czynności nadzorczych. Innych członków rady zarząd może zapraszać na swoje posiedzenia tylko pod warunkiem, że zaprosi wszystkich. Rada może więc wybierać zapraszanych, zarząd – nie.
Tekst został ogłoszony 14 III 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa