Archiwa tagu: statut

Blokować czy dopuszczać? O swobodach statutowych spółki akcyjnej

Minęło blisko pół wieku, odkąd Newton Minow, amerykański prawnik i szef Federalnej Komisji ds. Komunikowania (FCC) ogłosił wyniki badań porównawczych nad systemami prawa czterech państw europejskich. Ich syntetyczna konkluzja brzmiała jak następuje:

  • W Niemczech w świetle prawa zabronione jest wszystko, co nie jest dozwolone;
  • We Francji w świetle prawa dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione;
  • W Związku Radzieckim zabronione jest wszystko, włącznie z tym, co jest dozwolone;
  • We Włoszech w świetle prawa dozwolone jest wszystko, zwłaszcza jeżeli jest zabronione.

Będąc dzieckiem prawa niemieckiego, polskie prawo spółek z natury skłaniało się ku blokowaniu wszystkiego, co nie jest wyraźnie dozwolone. Owszem, spółki korzystały z przewidzianego prawem marginesu autonomii, ale jedynie w zakresie wyraźnie określonym. Ustawa określała obowiązujący stan prawny niekiedy dopuszczając pewne odstępstwa od niego, aliści pod warunkiem, że zezwala na nie umowa spółki lub statut. Na zmianę stanu rzeczy wpływają – w splocie – cztery zjawiska, trzy trwałe i jedno przejściowe.

Najważniejszym z nich są europejskie regulacje prawa spółek. Rośnie znaczenie anglosaskich standardów corporate governance szturmujących kruszące się mury germańskiej tradycji prawnej. W odniesieniu do spółek publicznych rośnie wpływ dobrych praktyk spółek notowanych na GPW: liczne spółki inkorporują zasady dobrych praktyk do statutów i regulaminów. Zjawiskiem uważanym za przejściowe (chociaż nie potrafimy zakreślić jego ram czasowych) okazała się pandemia COVID-19.

Na polskim rynku w obliczu pandemii podjęto usiłowania ku usprawnieniu procedur organów spółek z o.o. i akcyjnych. Udana nowelizacja Ksh z 2020 r., zwana „covidową”, bowiem wprowadzona w odpowiedzi na wymuszone przez pandemię ograniczenia możliwości działania organów spółek kapitałowych, odeszła od modelu niemieckiego. Domniemanie, że czegoś nie wolno, chyba że dopuszcza to umowa spółki albo statut, zastąpiono  domniemaniem, że wolno, jeżeli umowa spółki lub statut nie stanowi inaczej bądź nie wprowadza surowszych rozwiązań. Wcześniej odstępstwem od reguły było dopuszczenie innego postępowania – teraz reguła je dopuszcza, a  odstępstwem jest zakaz.

Dla polskiego ustawodawcy źródłem inspiracji i przykładów do naśladowania przestaje być niemieckie prawo spółek. Zarządom umożliwiono podejmowanie uchwał w trybie pisemnym lub przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Członkom rad nadzorczych umożliwiono uczestniczenie w posiedzeniach rad przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, co pozwala odstępować od kanon jedności miejsca obrad przy zachowaniu kanonu jedności czasu. W kilku przypadkach zmieniono bieguny odniesienia: w miejsce zasady głoszącej zakaz stosowania określonego rozwiązania, uchylany wyraźnym przyzwoleniem statutu lub umowy spółki – dopuszczono owe rozwiązanie pod warunkiem, że nie jest ono zabronione przez statut albo umowę spółki. Dzięki temu poszerza się zakres autonomii statutu lub umowy spółki względem Ksh.

Oto wymowny przykład: w 2009 r. wprowadzono do Ksh przepisy art. 2341 § 1 i 4065 § 1 głoszące, iż  umowa spółki / statut mogą dopuszczać udział w zgromadzeniu wspólników / walnym zgromadzeniu przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej. Zostały one zastąpione w 2020 r. przepisami o tej samej numeracji, ale odmiennym brzmieniu: udział w zgromadzeniu wspólników / walnym zgromadzeniu można wziąć także / również przy wykorzystaniu środków komunikacji elektronicznej, chyba że umowa spółki / statut spółki stanowi inaczej. Czyli elektroniczne zgromadzenie wspólników / walne zgromadzenie stało się dopuszczone ze swojej natury, jeżeli nie zostało wyłączone ze stosowania przez umowę spółki albo statut.

Kierunek zmian był słuszny, lecz nie są one kontynuowane. Najnowszą nowelizację Ksh, już uchwaloną i oczekującą na wejście w życie, za udaną uważają jej autorzy. Nie poszerzyła ona należycie autonomii spółek w zakresie ich rozwiązań ustrojowych. Szkoda.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 6 czerwca 202 r.

 

Statutowe bicie piany, czyli przedmiot działalności spółki

Nawet uważna lektura statutu nie ułatwia ustalenia, czym naprawdę zajmuje się spółka!

Okocimskie Zakłady Piwowarskie SA, firma znana wszystkim jako po prostu Okocim, w statucie z 1993 r. określiła przedmiot swojej działalności jednym zdaniem: „Przedmiotem przedsiębiorstwa spółki jest działalność produkcyjna, handlowa i usługowa, w tym produkcja i sprzedaż piwa, napojów chłodzących, sodu oraz innych produktów ubocznych z wyżej wymienionej produkcji”. Piwa w zasadzie nie pijam, ale przy pierwszej okazji wychylę szklaneczkę za autora tak treściwej informacji, czym zajmuje się spółka. Niestety, w wielu innych, zwłaszcza współczesnych statutach, określenie przedmiot działalności spółki bywa rozwlekłe, nieczytelne, mało treściwe, za to mnóstwo w nim informacyjnej piany, która bardziej przystoi piwu.

Lubelski Węgiel „Bogdanka” SA zaskoczyła mnie statutowym zestawieniem przedmiotu działalności, w którym na pierwszym miejscu wymieniono rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo. Co wcale nie oznacza, że rybactwo (zachodzę w głowę, w jakiej postaci miałaby spółka je uprawiać) jest w tym przypadku ważniejsze od wymienianych w dalszej kolejności górnictwa i wydobycia, przetwórstwa przemysłowego itd. Otóż spółka przedstawia swoją działalność nie taką, jaką jest ona w istocie, lecz w sposób odpowiadający wykazowi sekcji klasyfikacji PKD. Pierwsza z tych sekcji („A”) dotyczy rzeczonego rybactwa i łowiectwa, druga („B”) górnictwa i wydobywania, po czym spółka wylicza kolejne, aż po „P”, omijając jedynie „O”. Sięgając po statut, akcjonariusz, analityk, komentator nie uzyska rzetelnego obrazu czym spółka się zajmuje, ale przyjęty sposób prezentacji zapewne zadowoli statystyka.

Nie lekceważę korzyści, jakie statystyka przysparza gospodarce, polityce, społeczeństwu. Lecz wprowadzanie jej do spółki handlowej wymaga namysłu. Statut obowiązkowo określa przedmiot działalności, a z tego określenia powinno coś wynikać. Nie wynika nic: spółki, idąc za radami swoich prawników, masowo określają przedmiot działalności na wyrost, by pod wpływem zmieniających się okoliczności, lub kaprysu, zmienić profil. Chodzi o to, by ominąć ustawowe wymogi dotyczące istotnej zmiany przedmiotu działalności spółki: uchwała walnego zgromadzenia w tej materii jest podejmowane większością dwóch trzecich głosów (bez przywilejów i ograniczeń) w głosowaniu jawnym i imiennym, a jej skuteczność zależy od wykupienia akcji tych akcjonariuszy, którzy nie zgadzają się na zmianę. Obszerny, rozlazły wykaz pozycji przedmiotu działalności, pokryty brudną pianą złych intencji, działa na szkodę akcjonariuszy spółki i rynku.

Statystyka nie zawsze przedstawia rzeczywistość. Znane jest powiedzenie posiadacza psa, że kiedy idą razem, statystycznie mają po trzy nogi. Disraeli wyróżniał trzy postacie kłamstwa: pospolite kłamstwo, cholerne kłamstwo i statystykę. Powiedzenie: „Wierzę tylko statystykom, które sam sfałszowałem”, przypisywano wielu politykom. Lecz politycy korzystają ze statystyki jak pijany z latarni: szukają w niej oparcia, nie oświecenia. Wiele powiedzonek przeciwstawia fakty prawdzie lub statystyce. Na rynku kapitałowym chodzi jednak nie tylko o prawdę, przede wszystkim o pieniądze. Lektura statutu w kwestii przedmiotu działalności powinna jasno wyjawić, czym spółka się zajmuje. Nie zawsze wyjawia wprost, dotyczy to nawet spółek wysoce cenionych przez rynek, jak Neuca.

Zatem zapraszam do lektury statutów. Mają one niewielu czytelników. Szkoda, ponieważ w statutach często mieszka ryzyko, a przez dziury w statutach wyciekają pieniądze akcjonariuszy. Czasem dostrzegam, że nawet inwestorzy instytucjonalni nie zadają sobie trudu, by wnikliwie poznać statut spółki, do której z rozmachem wnoszą powierzone im pieniądze uczestników funduszy inwestycyjnych i emerytalnych. Nie jestem zwolennikiem mnożenia przepisów, krępowania rynku i jego uczestników nakładanymi na nich rygorami, niemniej chętnie przyjąłbym oświadczenia inwestorów instytucjonalnych o zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować. Łatwiej byłoby wówczas uwierzyć, że nie inwestują oni na oślep, by później naiwnie twierdzić, jakoby „siedem banków nie mogło się mylić”.

Podobnych oświadczeń oczekiwałbym od analityków w ciemno wystawiających spółkom rekomendacje. Nie inwestowałem w Getback SA, nawet nie rozważałem takiego kroku, ale podniosłem alarm na postawie tego, co wyczytałem w statucie tej spółki na temat przedmiotu jej działalności. W tym czasie rekomendacje analityków śmigały w górę. Skończyło się katastrofą nadzwyczaj szkodliwą dla rynku.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 10 maja 2022 r.

Czytaj także, bo ciekawe:

2021.11.10 Na wielbłądach w kosmos, czyli swawole statutowe

2018.06.08 Jeżeli taka spółka jest w porządku, to rynek nie jest

2014.10.15 Wesoły autobus

2004.04.05 Ryzyko mieszka w statucie

 

O sporze Agory SA z redakcją Gazety Wyborczej w świetle corporate governance

Rozrywka przynosi więcej dochodów, wymaga mniej nakładów, rodzi mniejsze ryzyko niż służba prawdzie i prawom człowieka. W profilu Agory SA Wyborcza zeszła na dalszy plan.

  • Jeżeli chcesz poznać spółkę, uważnie przestudiuj jej statut;
  • Zwróć szczególną uwagę na przedmiot działalności spółki;
  • Przejrzyj ewentualne zabezpieczenia przed wrogim przejęciem;
  • W przypadku spółki notowanej na GPW przeglądnij jej witrynę www.

Główny grzbiet Wyborczej otwieram codziennie. To wartościowy dziennik na europejskim poziomie. Zespół dziennikarski szanuje prawdę i wartości demokratyczne, broni praworządności mocno sponiewieranej przez aktualny rząd, obnaża kłamstwa polityków – chociaż nie wszystkie, gdyż jest ich zbyt wiele, by pomieściły je łamy, by znieśli je zmęczeni czytelnicy. Pismo jest wyraziste.

Witrynę Agora SA otwieram co pewien czas. Posiadane niegdyś akcje już sprzedałem, lecz nadal jestem ciekawy, jak Agora stosuje dobre praktyki spółek notowanych na GPW, czy wprowadziła zmiany do statutu, czy zmienił się skład jej organów (nazywanych przez spółkę „władzami”). Spółka jest dochodowa, przejrzysta i stabilna.

Źródło sporu Agory z redakcją Gazety Wyborczej widzę w następstwach przemian, jakie dotknęły spółkę w ostatnich dziesięcioleciach. Została ona zawiązana jako zaplecze dziennika, ale z czasem odeszła od tego powołania podejmując działalność na wielu innych niwach. Witryna Agory głosi, że jest to „Polska grupa rozrywkowo-medialna”. Widać rozrywka przynosi więcej dochodów, wymaga mniej nakładów, rodzi mniejsze ryzyko, niż służba prawdzie i prawom człowieka. W profilu Agory SA Wyborcza zeszła na dalszy plan. Inne segmenty to kino i film, wydawnictwo, reklama zewnętrzna, internet, radio, kultura – edukacja – rozrywka, na koniec gastronomia. Niemniej Grupa Agora deklaruje: „Kierujemy się wartościami, które leżą u podstaw naszej firmy, i którym pozostajemy wierni mimo zmieniających się warunków rynkowych oraz rozwoju naszej grupy. Są nimi prawda, tolerancja, poszanowanie praw człowieka i pomoc potrzebującym”. Jestem za.

Agora weszła na warszawski parkiet w 1999 roku. Niebawem, w październiku 2001 roku, uporządkowała przedmiot swojej działalności ujęty w 42 pozycjach Polskiej Klasyfikacji Działalności; po 10 latach było ich już 77, obecnie 150. Na pierwszym miejscu nadal jest wydawanie gazet, ale spółka gotowa jest zająć się także sprzedażą statków lub samolotów, bądź pośrednictwem w obrocie nieruchomościami. Zmiana przedmiotu działalności może nastąpić bez obowiązku wykupu akcji od akcjonariuszy, którzy nie godzą się na taką zmianę.

Trzeba przyznać, że z czasem znikały ze statutu przepisy kontrowersyjne, jak ten o wyborze biegłego rewidenta de facto przez zarząd spółki, rada nadzorcza miała jedynie akceptować wybór, a i to nie zawsze. Przetrwało natomiast uprawnienie zarządu do uczestnictwa w posiedzeniach rady nadzorczej z głosem doradczym (nie wiadomo, co to znaczy!); złośliwi komentują, iż zarząd doradza radzie jak ma go nadzorować. Zniknął wymóg „większości bezwzględnej ¾ głosów”. Niemniej uchwała o podziale spółki, na przykład poprzez wydzielenie z niej podmiotu odpowiedzialnego za Gazetę Wyborczą, wymagałaby ¾ głosów oddanych na walnym zgromadzeniu, co trudno sobie wyobrazić. Otóż charakterystycznym rysem ustroju Agory SA jest silne opancerzenie spółki na wypadek (skazanej z góry na niepowodzenie) próby wrogiego przejęcia. Walory posiadane przez Agora Holding sp. z o.o. dają 5 głosów na 1 akcję, przy czym statut nie określa terminu wygaśnięcia tego przywileju (sunset clause). W zestawieniu z obowiązującym w spółce ograniczeniem siły głosów  inwestorów na walnym zgromadzeniu do 20% (voting cap) daje to Agorze Holding sp. z o.o. kontrolę nad Agorą SA.

Jakiekolwiek argumenty przemawiają za rozdzieleniem skłóconych stron i wyodrębnieniem Gazety Wyborczej ze spółki, która powstała w celu wspierania pisma – są one bez znaczenia w obliczu ustroju spółki. Zarząd Agory SA jest silnie umocowany i w pewnej mierze niezależny od tradycyjnie zaprzężonej w jego rydwan rady nadzorczej. Gazeta ma swoje racje, jej właściciel ma swoje prawa. Nie mogę jednak powstrzymać się od stwierdzenia, iż corporate governance nie jest materią zastygłą, bowiem ewoluuje od prymatu dla porządku korporacyjnego ku prymatowi dla wartości. Gaśnie przekonanie, iż celem biznesu jest zarabianie pieniędzy. Dochodzi do głosu pogląd, iż na biznesie ciążą także powinności społeczne, ekologiczne, etyczne.

Moje stare, schorowane serce bije po stronie gazety. Rozsądek przemawia za tezą, iż ustrój Agory SA umacnia stanowisko zarządu, choćby nikt tam nie czytał Wyborczej. Warto obserwować przeobrażenia spółek zanim pójdą one za daleko. Sam przeżyłem to w piśmie, któremu służyłem przez lata…

Czytaj także:

2019.06.24 Czy rządząca większość już przystępuje do zapowiedzianej repolonizacji mediów?

2003.03.03 Cox wie lepiej

Na wielbłądach w kosmos, czyli swawole statutowe

Założyciele bywają gotowi porzucić materię, dla której powołano spółkę, by znienacka zająć się czymś innym bez konieczności zmiany statutu. Takie statuty są nośnikami ryzyka.

  • Ważnym obszarem potencjalnych manipulacji spółką kapitałową jest definicja przedmiotu jej działalności;
  • Istotna zmiana przedmiotu działalności jest utrudniona z uwagi na szczególne wymogi stawiane uchwałom w tej sprawie;
  • Wobec tego założyciele spółki często określają przedmiot jej działalności z fantazją i rozmachem, na wyrost;
  • Szerokie określanie przedmiotu działalności spółki nie leży w interesie inwestorów, gdyż spółka może bez ich zgody zmienić profil.

Przed kilku laty zbadałem spółkę szykującą się do IPO. Była ona (i jest) manifestacyjnie nieświadoma czym jest corporate governance. Ponadto określony w statucie przedmiot jej działalności liczył 156 pozycji, w tym badania i analizy związane z jakością żywności, działalność portali internetowych, działalność w zakresie nagrań dźwiękowych i muzycznych, zagospodarowanie terenów zieleni. Oraz produkcję miedzi i odzieży: dzianej, skórzanej, wierzchniej, a także zegarów, zegarków i mydła (o powidle nie wspomniano). Oraz budowę dróg, autostrad, dróg szynowych, kolei podziemnej. Oszołomiony skalą przedsięwzięcia, nie dowiedziałem się jednak, czym w istocie spółka się zajmuje. Zrezygnowałem z zapisu na akcje, ale spółka zadebiutowała, jej notowania rosną, weszła do indeksu sWIG80. Wniosek: inwestorzy, w tym instytucjonalni, nie biorą pod uwagę ryzyka przedmiotu działalności, zapewne nie czytają statutów, inwestują w ciemno.

Sprawa nie jest błaha. Prawo wymaga, by statut spółki akcyjnej, umowa prostej spółki akcyjnej i spółki z ograniczoną odpowiedzialnością określały przedmiot jej działalności zgłaszany do sądu rejestrowego. Istotna zmiana przedmiotu działalności wymaga uchwały walnego zgromadzenia powziętej większością kwalifikowaną. Dodatkowo w spółce akcyjnej wymaga się głosowania jawnego i imiennego, w którym każdej akcji przysługuje jeden głos bez przywilejów i ograniczeń, a skuteczność uchwały zależy od wykupienia akcjonariuszy, którzy nie zgadzają się na zmianę. Dlatego prawnicy zalecają spółkom określanie, na wszelki wypadek, przedmiotu ich działalności poprzez wpisywanie do statutu / umowy spółki możliwie licznych pozycji Polskiej Klasyfikacji Działalności. Wynika z tego, że założyciele bywają gotowi porzucić materię, dla której powołano spółkę, by znienacka zająć się czymś innym bez konieczności zmiany statutu. Takie statuty są nośnikami ryzyka.

Przed laty wykpiłem Optimus SA, gdzie przedmiot działalności obejmował ze 180 pozycji, ogromnie egzotycznych, jak produkcja cementu, wapna, gipsu itd., szklenie, chów, hodowlę i gospodarkę łowiecką, wykonywanie wykopów, oraz produkcję pasz dla zwierząt domowych. Odpisali mi gniewnie, że takie rzeczy wpisuje się do statutu na rybkę, a oni są poważną spółką. Jak poważną, okazało się, kiedy okradziono głównego inwestora.

Inna spółka, PMPG SA, ma w statucie 101 pozycji przedmiotu działalności (niedawno przybyło 3), w tym wytwarzanie i przetwarzanie koksu, sprzedaż samochodów osobowych i furgonetek, mebli, dywanów, zegarów, biżuterii, drewna, wyposażenia sanitarnego lub nieruchomości. Spółka gotowa nawet prowadzić badania naukowe. Najbardziej poruszający przykład podesłał mi ekspert rynku kapitałowego Mariusz Kanicki: PCZ SA, nienotowana spółka holdingowa pretendująca do miana medycznej miała w przedmiocie działalności i hodowlę wielbłądów, i produkcję rakiet kosmicznych. Nie dziwi, że spółka i jej interesariusze nie ujechali na wielbłądach w kosmos, ale skończyli źle.

Wielu spółkom obfitość przedmiotu działalności nie przeszkadza. Ambra SA zajmuje się także m.in. produkcją gier i zabawek (zapewne nie chodzi o grę w butelkę), sprzedażą hurtową skór, odpadów i złomu, działalnością usługową związaną z przeprowadzkami, bądź działalnością wspomagającą wystawianie przedstawień artystycznych. Statut Maxcom SA zawiera 80 pozycji przedmiotu działalności, w tym sprzedaż hurtową napojów alkoholowych, wyrobów tytoniowych, kawy, herbaty, kakao i przypraw. Energa SA może m.in. prowadzić działalność usługową związaną z poprawą kondycji fizycznej. Oraz doradztwo podatkowe. Na szczęście spółka zapewnia, że nie jest zobowiązana do wszystkiego, co objęto statutowym przedmiotem działalności.

Radzę inwestorom indywidualnym i instytucjonalnym, oraz analitykom, badanie statutów pod kątem przedmiotu działalności. Odkryją, że są też spółki traktujące materię z powagą. Dom Development ma 9 pozycji przedmiotu działalności, Grupa Polsat Plus ma 13 – i wystarczy. Natomiast po przejęciu przez PKN Orlen licznych gazet i portali komentatorzy sprawdzali, czy przedmiot działalności koncernu dopuszcza taką ekstrawagancję. Tak, dopuszcza w pozycji 67. przedmiotu działalności, chociaż przed laty nie było o tym mowy.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów Parkiet 26 października 2021 r.

Jeszcze o nieporozumieniach wokół porządku obrad rady nadzorczej

  • W statutach i regulaminach spółek notowanych tkwi wiele niejasności lub błędów na temat porządku obrad rady nadzorczej;
  • Dotyczą one kwestii, skąd bierze się porządek obrad rady: czy ustala go zwołujący radę na posiedzenie, czy sama rada już na posiedzeniu?
  • A także kwestii, czy na posiedzeniu rada może zmienić lub uzupełnić porządek obrad, a jeżeli tak – to po spełnieniu jakich warunków?
  • Uważam, że żaden interes nie przemawia za betonowaniem porządku obrad rady, utrudnianiem jego aktualizacji na posiedzeniu.

Teoretycznie można obradować bez porządku. Do czego to prowadzi, widzieliśmy w świątyni prawa – Sądzie Najwyższym. Porządek służy racjonalizacji obrad, sprzyja efektywności prac organu, ułatwia podejmowanie uchwał.

Porządkowi obrad rady nadzorczej spółki akcyjnej Ksh poświęca niewiele uwagi. Przyjmuje się milczące założenie, że radę zwołuje jej przewodniczący. Według art. 389 § 1 Ksh zarząd lub członek rady mogą żądać zwołania rady, podając proponowany porządek obrad. Przewodniczący zwołuje posiedzenie w terminie dwóch tygodni od dnia otrzymania wniosku. Przepis ten bywa rozmaicie rozumiany przez spółki. W statutach spółek notowanych spotyka się błędne postanowienia, że nie członek rady, ale dopiero dwóch lub trzech członków mogą żądać zwołania rady. Można także spotkać statutowy przywilej żądania zwołania rady przez posiadacza określonego udziału procentowego w kapitale spółki.

Ponieważ uważa się, że termin dwóch tygodni dotyczy czynności zwołania posiedzenia, nie daty jego odbycia, liczne statuty wymagają odbycia posiedzenia rady na wniosek zarządu lub członka rady nie później niż w określonym terminie liczonym od dnia złożenia wniosku. To zapobiega obstrukcji na wypadek bezczynności przewodniczącego.

Mniej wątpliwości budzi przepis art. 389 § 2 Ksh: Jeżeli przewodniczący nie zwoła posiedzenia zgodnie z § 1, wnioskodawca może zwołać je samodzielnie, podając datę, miejsce i proponowany porządek obrad. W obu przypadkach jest mowa o proponowanym porządku obrad, z czego można wnioskować, że ostateczny porządek powstaje na posiedzeniu rady, po odniesieniu się przez nią do propozycji zwołującego radę.

O porządku obrad rady nadzorczej spółki akcyjnej wspomina incydentalnie także art. 388 § 2, dotyczący oddawania przez członka rady nieobecnego na posiedzeniu głosu na piśmie za pośrednictwem innego członka rady. Głos taki nie może dotyczyć spraw wprowadzonych do porządku obrad na posiedzeniu rady.

Jeden z komentatorów idzie w tej sprawie daleko: „Jeżeli statut spółki przewiduje oddanie głosu na piśmie za pośrednictwem innego członka rady nadzorczej, konieczne jest także podanie w zaproszeniu porządku obrad (…). Poza tym porządek obrad musi zostać podany w razie zwołania posiedzenia rady nadzorczej w trybie art. 389 § 1 i 2. Obowiązek ten może także wynikać z postanowień statutu lub regulaminu rady” (wytłuściłem, z czym się nie zgadzam – ASN).

Rzeczywiście, niektóre statuty wymagają podania przed posiedzeniem szczegółowego porządku obrad. Ponieważ zadaniem porządku jest określenie spraw, które powinny zostać omówione, a zazwyczaj i zamknięte uchwałą, powierzenie przewodniczącemu samodzielnego ustalania porządku obrad rady przed posiedzeniem daje mu odczuwalną przewagę nad jej innymi członkami.

Niezależnie od tego, czy porządek obrad został podany podczas zwołania rady (Ksh używa archaicznego pojęcia „zaproszenia” na radę; miało ono sens wówczas, gdy obecność członków rady na posiedzeniu nie była wymagana), statuty spółek seryjnie, jeden za drugim, przyjmują rozwiązanie, że porządek obrad nie powinien być zmieniany lub rozszerzany już na posiedzeniu. Wyjątki dopuszczalne są w sytuacji, gdy wszyscy członkowie rady są obecni i nikt nie zgłasza sprzeciwu wobec proponowanych zmian. Przywilej zamrożenia porządku obrad (bez względu na to, czy został on ustalony przed posiedzeniem!) przysługuje przeto nie tylko każdemu z obecnych na posiedzeniu członków rady, także nieobecnemu, z czym trudno mi się pogodzić.

Wiele spółek powtarza w statutach lub regulaminach niefortunną formułę dopuszczającą zmianę porządku obrad na posiedzeniu także w sytuacjach, gdy  „podjęcie określonych działań przez radę nadzorcza jest konieczne dla uchronienia spółki przed szkodą jak również w przypadku uchwały, której przedmiotem jest ocena, czy istnieje konflikt interesów między członkiem rady nadzorczej a spółką”. Owszem, należy chronić nadzorowaną spółkę przed szkodą. Natomiast drugi z wyjątków dotyczy konfliktu interesów między członkiem rady a spółką, przy czym chodzi o każdego członka rady, nie tylko tego, którego wiąże zakaz prowadzenia działalności konkurencyjnej. A przecież konflikt interesów w radzie – naturalnym środowisku takich konfliktów! – bywa częsty, jest w świetle prawa dopuszczalny i najwyżej rzutuje na status niezależności członka rady.

Przewodnicząc radom zachęcałem zarząd i członków rady do zgłaszania propozycji dotyczących spraw do omówienia i uchwał do podjęcia, a zwołując radę przedkładałem jej członkom niewiążącą, lecz należycie dopracowaną, propozycję porządku uchwalanego przez radę już na posiedzeniu. Pozwalało to uniknąć wszelkich kłopotów z porządkiem obrad.

Nieporozumienia związane z porządkiem obrad mogą mieć duże znaczenie praktyczne. Jest to jeden z rozlicznych aspektów nieprawidłowości w statutach i regulaminach. Temat omówię szerzej podczas webinaru planowanego na 6 czerwca o 10:00. Szczegóły na stronie www.Personalities.pl. Zapraszam!

Czytaj także, m.in.:

2017.01.09 Czy i kiedy może rada nadzorcza zmienić porządek obrad?
2015.04.25 Nieobecny nie ma racji
2013.08.16 Wszystko w porządku
2001.12.10 Od porządku do obrad
2001.11.19 Między sztuką a sztuczkami

Natomiast w sprawie głosowania przez nieobecnego za pośrednictwem innego członka rady polecam krytyczną analizę:

2020.04.26 Jak wepchnięto spółki na rozdroże między nowymi i dawnymi czasy

Zarząd spółki w areszcie firmowym

  • Należy mocą ustawy przyznać zarządom spółek akcyjnych możliwość podejmowania uchwał poza posiedzeniami;
  • Ustawa pozwala, by statut spółki dopuścił taką możliwość w przypadku rady nadzorczej, ale przemilcza zarząd;
  • Ze względów praktycznych statuty licznych spółek wyposażają zarząd w takie uprawnienie, co jednak bywa niekiedy kwestionowane przez sąd;
  • Niemożność podejmowania uchwał poza posiedzeniem oznaczałaby internowanie zarządu w spółce dla zapewnienia jego stałej gotowości do posiedzeń.

Opisana tu spółka nie istnieje, została wymyślona na użytek niniejszego tekstu, ale reprezentuje wiele cech spotykanych w innych spółkach notowanych na GPW. Jej siedziba mieści poza stolicą – przyjmijmy, że na Podkarpaciu, w miejscowości Niż. Spółka zajmuje się wydobyciem rud metali w okolicy oraz zagranicą. Jej zarząd jest z konieczności wieloosobowy. Jeden z jego członków przebywa stale w siedzibie spółki, by mieć baczenie na eksploatację pobliskich złóż. Prezes zarządu urzęduje w Warszawie, gdzie krzyżują się liczne interesy spółki. Trzeci z członków zarządu najczęściej przebywa w Londynie i pozyskuje tam finansowanie dla ambitnych zamierzeń inwestycyjnych; nie bez znaczenia jest, że spółka rozważa dual listing na LSE, a jej pomyślność zależy w znacznym stopniu od notowań na tamtejszej giełdzie metali. Czwarty z członków zarządu przebywa stale w Singapurze doglądając zakładów spółki w Malezji i na Filipinach. Piąty urządza właśnie biuro w Luandzie, ponieważ spółka nabywa przedsiębiorstwa w Angoli i w państwach ościennych.

Zarząd spółki odbywa systematyczne, najczęściej raz w tygodniu, posiedzenia online, a nadto, w sytuacjach nadzwyczajnych, podejmuje uchwały poza posiedzeniami, oczywiście przy użyciu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość. Natura interesów prowadzonych przez spółkę wymaga stałej obecności członków zarządu we wspomnianych miejscach.  Dla podkreślenia ich pozycji w firmie ci zamiejscowi noszą tytuły Executive Vice-President & CCO; gdyż lokalne obyczaje wymagają od zagranicznych menedżerów pozycji wysokiej i stabilnej, czego nie zapewnia stanowisko prokurenta. Fizyczne spotkania zarządu w komplecie udaje się zorganizować najwyżej dwakroć do roku. Nikomu nie wpadło do głowy preparować wówczas protokoły zawierające powzięte na łączach uchwały i przedkładać je członkom zarządu do podpisu (podpisywanie hurtem zaległych przez wiele miesięcy protokołów rady nadzorczej praktykowano w znanej spółce windykacyjnej, co jej nie wyszło na dobre…).

Większość prawników obsługujących interesy spółki przymyka oko na fakt, że Kodeks spółek handlowych owszem, otwiera możliwość podejmowania uchwał poza posiedzeniami, acz tylko przez radę nadzorczą. Regulacje dotyczące zarządu przemilczają tę kwestię. Jeden z radców prawnych wyszperał nawet w piśmiennictwie, że współautor Ksh, ceniony profesor, uważa, iż wystarczy dopuścić takie rozwiązanie w… regulaminie zarządu (!). Istnieje jednak ryzyko, że sąd zająłby inne stanowisko. Znane są przecież takie orzeczenia.

Niedawno snułem przypuszczenie, skąd wzięła się różnica w ustroju zarządu i rady nadzorczej. Moja teza: współczesne polskie prawo spółek jest silnie zakorzenione w tradycji regulacji wykuwanych w Niemczech gdzieś w połowie XIX wieku. Spółki akcyjne prowadziły wtedy przedsiębiorstwa w niewielkim rozmiarze, członkowie zarządu przebywali stale w siedzibie firmy, skrupulatnie przestrzegając godzin pracy. Wyjątek należało zrobić dla rady nadzorczej, gdyż jej członkowie zazwyczaj bywali rozproszeni terytorialnie. Nie było wówczas środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość, praktykowano głosowanie per curendam (składanie podpisów na krążącym między członkami rady egzemplarzu uchwały) lub przez pocztę. Dzisiaj członkowie zarządów wielu spółek wykonują posługę w różnych miejscach, miejscowościach, krajach.

Postulat uprawnienia zarządu do zdalnego podejmowania uchwał sformułowałem niedawno przy okazji omawiania możliwych reakcji spółek na pandemię COVID-19. Do żywych reakcji na ten wpis dołączył, podzielając mój pogląd, dr Radosław Kwaśnicki, członek zespołu pracującego nad uwspółcześnieniem Ksh – z zapewnieniem, że zespół zmierza ku takiemu rozwiązaniu. To dobrze, uwspółcześni ono Ksh. Zarządom spółek akcyjnych doraźnie może grozić kwarantanna, lecz gdyby przyjęto stanowisko, że jednak nie mogą one podejmować uchwał poza posiedzeniami – należałoby je skoszarować, internować, zamknąć bezterminowo w aresztach firmowych.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 marca 2020 r.

CZYTAJ TAKŻE:

2020.03.13 COVID-19 a technika pracy rady nadzorczej i zarządu spółki publicznej

2020.03.16 COVID-19 a organizacja walnego zgromadzenia

 

 

Jak notowane spółki tracą zdolność do przeprowadzenia wtórnej oferty publicznej?

  • O zdolności emisyjnej świadczy przede wszystkim stosunek wartości nominalnej akcji do kursu, po jakim akcje są notowane w obrocie;
  • Spółka nie może bowiem wydawać akcji po cenie niższej od wartości nominalnej;
  • Wzrostowi notowań do poziomu dorównującego wartości nominalnej mogą sprzyjać osiągnięcia spółki i pokładane w niej przez rynek zaufanie;
  • Odnosi się jednak wrażenie, że niektórym spółkom nie zależy na zaufaniu inwestorów.

Wiele spółek notowanych na warszawskim parkiecie jest niezdolnych do przeprowadzenia kolejnej emisji akcji. Powód jest oczywisty: nie mogą one oferować akcji poniżej ich wartości nominalnej, a notowania kształtują się znacznie poniżej tej wartości. W takiej sytuacji znajduje się PMPG Polskie Media SA. Wartość nominalna jest akcji, po obniżeniu z 10 zł, wynosi obecnie 7 zł, a kurs kształtuje się w okolicach 1,71 (notowania z piątku 26 IV). Wcześniej spółka skupowała swoje akcje po znacząco wyższej cenie (2,67 zł).

Chociaż, z formalnego punktu widzenia, o zdolności emisyjnej spółki decyduje możliwość uzyskania przez akcje nowej emisji ceny równej lub wyższej od wartości nominalnej, o gotowości rynku do nabywania akcji decydują także inne względy, w tym zaufanie pokładane w spółce. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że PMPG Polskie Media SA o zaufanie wcale nie zabiega. Świadczy o tym niedbały stosunek spółki do jej dokumentów ustrojowych. Utarło się wprawdzie przekonanie, że statutów i regulaminów nie czyta żaden inwestor, zwłaszcza inwestor instytucjonalny, lecz przecież bywają wyjątki.

W statucie spółki może zniechęcić inwestorów nazbyt szerokie ujęcie przedmiotu działalności, obejmującego aż 98 pozycji. Na stronie spółki czytam, że do grupy kapitałowej PMPG należą m.in. wydawca „najbardziej opiniotwórczego polskiego tygodnika” (nie wiedziałem tego, prawda?) Wprost, oraz wydawca Do Rzeczy i Historia Do Rzeczy (tytuły dokumentują pierwotny związek pism z dziennikiem Rzeczpospolita, który otrząsnął się z tych wydawnictw), a strategia spółki zakłada jej rozwój w nowych mediach.

Niemniej statutowy przedmiot działalności wylicza m.in. wytwarzanie i przetwarzanie koksu, produkcję chemikaliów organicznych, sprzedaż hurtową i detaliczną samochodów osobowych i furgonetek, działalność agentów zajmujących się sprzedażą paliw, rud, metali i chemikaliów przemysłowych, statków i samolotów, wyrobów tekstylnych, futrzarskich, obuwia, artykułów skórzanych, mebli, dywanów, zegarków, nawet badania naukowe i prace rozwojowe w dziedzinie biotechnologii. Wiem, że spółka nie musi zajmować się wszystkim, o czym plecie w statucie, ale też dostrzegam ryzyko, że może ona znienacka zarzucić ów najbardziej opiniotwórczy tygodnik i zająć się wytwarzaniem koksu. Byłoby to legalne, ale czy eleganckie?

Mam zastrzeżenia do § 16 statutu, dopuszczającego, by walne zgromadzenia odbywały się „w Warszawie albo w miejscu wskazanym w ogłoszeniu o zwołaniu lub pisemnym zawiadomieniu”. PMPG ma siedzibę w Warszawie, jest notowana na warszawskiej giełdzie, przeto może odbywać walne zgromadzenia wyłącznie w Warszawie, a zwołuje je w trybie przewidzianym w art. 4021 Ksh i żadne „pisemne zawiadomienie” nie wchodzi w rachubę. Śmieszy mnie powtarzanie w statutach spółek publicznych (w tym przypadku w § 12.4) dyspozycji Ksh o uchwałach podejmowanych przez walne zgromadzenie bez formalnego zwołania: spółka publiczna musi formalnie zwoływać walne zgromadzenia, a reprezentacja całego kapitału bez formalnego zwołania zgromadzenia jest w praktyce nieprawdopodobna.

Wypada natomiast pochwalić PMPG za jasną dyspozycję § 25 statutu.  Ksh wprawdzie stanowi (art. 389 § 1), że przewodniczący rady nadzorczej zwołuje posiedzenie rady w terminie dwóch tygodni od dnia otrzymania wniosku zarządu lub członka rady, lecz nie określa, w jakim terminie należy odbyć zwołane w tym trybie posiedzenie. Wiele statutów spółek publicznych bezmyślnie powtarza dyspozycję Ksh (nazywam to efektem kaskady) i na tym poprzestaje, milcząco dopuszczając nieokreśloną zwłokę przewodniczącego. Statut PMPG stanowi, że wspomniane „posiedzenie powinno zostać zwołane […] na dzień przypadający nie później niż przed upływem trzech tygodni od dnia otrzymania takiego wniosku”. Takie rozwiązanie wyklucza możliwość obstrukcji wniosku przez przewodniczącego.

Inna sprawa, że regulamin rady nadzorczej rozszerza krąg upoważnionych przez Ksh do żądania zwołania posiedzenia rady o akcjonariusza lub akcjonariuszy reprezentujących co najmniej 10% kapitału zakładowego. Otóż takie uprawnienie nie może płynąć z regulaminu rady. Nadto nie rozumiem sensu osobliwego postanowienia  9 in fine regulaminu rady: „Korzystając ze swoich uprawnień, Przewodniczący rady nadzorczej powinien stosować się do uchwał i opinii rady, a także – w razie potrzeby – uzgadniać swe decyzje z Wiceprzewodniczącym”.

Udostępniony na stronie internetowej spółki regulamin walnego zgromadzenia to istny zbiór bzdur sprzecznych z wprowadzoną w 2008 r. daleko idącą reformą walnego zgromadzenia spółki publicznej. Przeto PMPG SA miałaby zwoływać zgromadzenia przez ogłoszenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym oraz w swojej siedzibie. Członek zarządu i pracownik spółki nadal nie mogliby być pełnomocnikami na walnym zgromadzeniu, zaś akcjonariusz mógłby głosować akcjami tylko w sposób jednolity. Czyżby spółka podróżowała w czasie?

O regulaminie zarządu nie piszę, ponieważ sytuacja zmienia się zasadniczo. Dotychczas zarząd był jednoosobowy, jego członek niebawem przejdzie do rady nadzorczej, powołano do zarządu trzy kompetentne osoby, ale jego kształt nie został jeszcze ustalony (na stanowisku prezesa jest vacat). Ważne, że rysują się korzystne perspektywy wyrównania chociaż części strat spowodowanych skandalicznym upadkiem Ruch SA; że sytuacja założyciela spółki może wyklarować się dlań korzystnie; że ostatni wynik finansowy jest dodatni.

Niemniej zaufania do spółki nie przybywa. Jej oświadczenie o stosowaniu zasad ładu korporacyjnego dotyczy roku… 2015. Oznacza to zlekceważenie akcjonariuszy i rynku.  

O niewzruszalność przewodniczącego walnego zgromadzenia

Jestem za przyjęciem zasady niewzruszalności przewodniczącego walnego zgromadzenia. Z sal obrad walnych zgromadzeń znikną wtedy wnioski o odwołanie przewodniczącego – ich celem najczęściej bywa zakłócenie przebiegu obrad, obstrukcja walnego zgromadzenia. Z sądów znikną pozwy o uchylenie uchwały o wyborze przewodniczącego walnego zgromadzenia – intencją takiego powództwa jest w istocie zaskarżenie wszystkich uchwał zgromadzenia. Podważanie pozycji przewodniczącego WZ przywodzi na myśl praktyki lat dziewięćdziesiątych, kiedy walne zgromadzenie bywało przeobrażane w walne zwyrodnienie; kiedy usiłowano odwoływać przewodniczącego, albo on sam ustępował by unieważnić zgromadzenie, bądź dla takiego skutku odmawiał podpisania protokołu walnego zgromadzenia; kiedy wreszcie, pośród tumultu, zgromadzenie obierało przewodniczącym kogoś z sali, kto nawet nie był uprawniony do uczestnictwa w walnym (w czym nawet upatrywano gwarancję bezstronności delikwenta).

Obserwowałem takie przypadki w młodzieńczych latach polskiego rynku kapitałowego. Na podstawie tych obserwacji opracowałem pierwszy polski projekt dobrych praktyk: „Dobre praktyki walnego zgromadzenia” (2001). Na ich kanwie powstały „Dobre praktyki spółek giełdowych w 2002 roku”. Przewodniczącego walnego zgromadzenia dotyczyły bezpośrednio dwie moje zasady, wspominały o nim jeszcze dwie – z piętnastu ogółem.

Zasada VI: Walne zgromadzenie wybiera przewodniczącego biorąc pod uwagę fachowe kwalifikacje kandydata. Walne zgromadzenie nie dokonuje wyboru zastępcy lub zastępców przewodniczącego. Jeżeli zarząd zgłasza kandydaturę przewodniczącego – daje tym rękojmię, iż kandydat reprezentuje nie tylko wysokie kwalifikacje, lecz także znajomość statutu i spraw spółki, w tym spraw objętych porządkiem obrad, oraz projektów uchwał.

Dzisiaj poszedłbym dalej: zobowiązałbym zarząd do przedkładania walnemu zgromadzeniu kandydatury przewodniczącego. Wiadomo przecież, że przewodniczący nie jest królikiem niespodzianie wyciąganym z cylindra, że jego kandydatura została zawczasu uzgodniona, że jest on przygotowany do powierzanego mu zlecenia.

Zasada VII: Przewodniczący sprawuje funkcje w sposób bezstronny, z należytą fachowością i starannością, mając na względzie sprawny przebieg obrad i poszanowanie praw mniejszości. Przewodniczący nie uczestniczy w poczynaniach zmierzających do utrudnienia albo opóźnienia przebiegu walnego zgromadzenia, ani nie sprzyja im. Ponadto przewodniczący
• nie uczestniczy w pracach komisji zgromadzenia, w tym komisji dla sprawdzenia listy obecności;
• nie składa bez ważnych powodów rezygnacji ze swojej funkcji;
• nie opóźnia podpisania aktu notarialnego – protokołu walnego zgromadzenia.

Od chwili przedłożenia tamtego projekty rynkowi (w maju 2001 r., podczas konferencji Corporate Governance V) upłynęło w Rudawie wiele wody, lecz sprawa jest nadal aktualna. Oto PGNiG SA oświadcza 13 grudnia, że uczestnik walnego zgromadzenia z 13 września wniósł do warszawskiego Sądu Okręgowego o stwierdzenie nieważności / uchylenie uchwały walnego o wyborze przewodniczącego. W systemie common law wnioskodawca mógłby zostać ukarany za obrazę sądu (contempt of court) – u nas wolno bezkarnie zawracać sądom głowę takimi fantazjami. Uchwała została powzięta 4 695 507 848 głosami, przeciw oddano 11 głosów, głosów wstrzymujących się nie oddano. Jestem pełen szacunku dla jedenastu głosów w proporcji do czterech miliardów sześciuset dziewięćdziesięciu pięciu milionów i jeszcze pięciuset tysięcy z okładem; mniejszość zawsze zasługuje na szacunek. Lecz po cóż łamać krzesła, względnie uchylać uchwałę? Przewodniczącym wybrano znanego prawnika z bogatą praktyką w przewodniczeniu walnym zgromadzeniom, obeznanego dobrze ze spółką i jej sprawami. Dochowano przy tym prawa i dobrych obyczajów.

Gdybym uczestniczył w owym zgromadzeniu, oprotestowałbym raczej uchwałę o usprawiedliwieniu nieobecności na walnym zgromadzeniu sześciorga członków zarządu spółki (!!) i ośmiu panów członków rady nadzorczej (!!). Ich nieobecność jest jawną obrazą uczestników walnego zgromadzenia, dobrych obyczajów i Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW. Lecz ewentualne uchylenie tej uchwały nie spełniłoby ukrytego celu omawianego powództwa: udaremnienia innych uchwał walnego zgromadzenia. Dotyczyły one zmian statutu, wyrażenia przez zgromadzenie zgód na nabycie środków trwałych oraz – i tutaj pies został pogrzebany! – zgody walnego zgromadzenia na dochodzenie od (wybranych) byłych członków zarządu spółki odszkodowania za wyrządzone jej szkody. Nie wiem, czy słuszne są zarzuty, iż roszczenia o odszkodowanie są gierką polityczną – na szczęście nie ja o tym wyrokuję.

PGNiG SA to spółka o bogatym życiu wewnętrznym. W ciągu dwunastu miesięcy odbyła sobie cztery walne zgromadzenia, w tym trzy nadzwyczajne (24 XI 2016, 13 IX 2017 i 21 X 2017). Wszystkie dokonały zmian statutu, aż spółka nie nadąża z ogłaszaniem jego tekstów jednolitych. Od zmian w składzie organów może zakręcić się w głowie. W tle toczy się spór z wytypowanymi przez spółkę byłymi członkami zarządu. Stąd osobliwy pozew w sprawie uchwały o wyborze przewodniczącego walnego zgromadzenia. Podpowiem: szkoda zachodu. Sąd Najwyższy już uznał, iż nawet wadliwy wybór przewodniczącego nie skutkuje wadliwością uchwał walnego zgromadzenia. Przyjęcie postulatu niewzruszalności przewodniczącego pomoże oczyścić atmosferę na walnych zgromadzeniach.

Czytaj także:
2000.10.30 Czarne chmury
2000.11.20 Festiwal złych obyczajów
2001.06.11 Walne zgromadzenie: o dobrą praktykę
2001.06.15 Zasady dobrej praktyki walnego zgromadzenia (II redakcja projektu)

“Pański głos i tak nic nie znaczy” w spółce z udziałem Skarbu Państwa

PGNiG SA, notowana na GPW spółka z udziałem Skarbu Państwa, mająca niezaprzeczalnie znaczenie strategiczne, zwołuje na 21 października b.r. nadzwyczajne walne zgromadzenie z jednym merytorycznym punktem porządku obrad. Jest nim zmiana statutu spółki polegająca na dodaniu doń jednego słowa i kosmetyczną zmianę drugiego. Chodzi o postanowienia § 17 ust. 2 pkt 2 statutu, przewidujące iż akcjonariusz Skarb Państwa … wyraża, w formie pisemnej, zgodę … „na realizację strategicznych przedsięwzięć inwestycyjnych lub udział Spółki w przedsięwzięciach inwestycyjnych trwale lub przejściowo pogarszających efektywność ekonomicznej działalności Spółki, ale koniecznych dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski” (podkreślenie moje – ASN). Proponowana zmiana polega jedynie na zastąpieniu podkreślonych słów sformułowaniem „mogących trwale lub przejściowo pogorszyć” – i dalej jak poprzednio.

Projekt uchwały w tej kwestii został uzupełniony lakonicznym uzasadnieniem o treści: „Proponowana zmiana Statutu Spółki ma charakter doprecyzowujący. Celem jej wprowadzenia jest usprawnienie funkcjonowania Spółki oraz sprawowania nadzoru przez Ministerstwo Energii”. Uważam, że nie ma potrzeby dokonywania tu wykładni noweli statutu ani uzasadnienia. Czytelnik może wszystko sam sobie dopowiedzieć.

Wątpliwości może budzić kwestia podejmowania przez spółkę publiczną, z udziałem akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, przedsięwzięć inwestycyjnych mogących trwale lub przejściowo pogorszyć efektywność spółki. Dlaczego akcjonariusze mieliby uczestniczyć w finansowaniu takich przedsięwzięć? Zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polski jest zadaniem państwa, nie drobnych akcjonariuszy spółki publicznej. Nie brak opinii, że Skarb Państwa powinien na godziwych zasadach spłacić pozostałych akcjonariuszy i wycofać spółkę z obrotu. Spotkałem się wszakże z twierdzeniem, iż Skarb Państwa nie czyni tego w obawie przed spadkiem kapitalizacji GPW. Osobliwy to pogląd, wszak gdyby państwu zależało na kapitalizacji warszawskiej giełdy, mogłoby ją wielokrotnie zwiększyć poprzez prywatyzację należącego doń majątku.

Sprawa nie jest nowa. Poprawiany obecnie przepis został wprowadzony do statutu PGNiG w październiku 2006 r. Dziennik Rzeczpospolita alarmował wówczas, że spółka „będzie mogła wydawać setki milionów złotych na nierentowne inwestycje”. Prawnicy, z którymi gazeta rozmawiała, krytykowali takie rozwiązanie („to horror, rażące naruszenie przepisów kodeksu spółek handlowych i reguł prawa unijnego”), ale nie pod nazwiskiem. „Nawet były szef giełdy Wiesław Rozłucki i obecny szef Ludwik Sobolewski odmówili skomentowania sprawy, choć dotyczy jednej z największych polskich firm notowanych na warszawskim parkiecie” – ujawniła gazeta. Dzisiaj prawnikom łatwiej o odwagę.

Nie odczuwam przemożnej potrzeby krytykowania przepisu uchwalonego przed 11 laty, a obecnie poddawanego kosmetycznej, raczej zbędnej, zmianie. Pragnę zwrócić uwagę na dwa niepokojące zjawiska:

* Po pierwsze, PGNiG SA źle czuje się w skórze swojego statutu, skoro tak często ulega on zmianom;
* Po drugie, spółka lekceważy swoich akcjonariuszy innych niż Skarb Państwa, skoro tak często, bez przemożnej potrzeby, zwołuje nadzwyczajne walne zgromadzenia, także w sprawie zmian statutu.

Kilka faktów na poparcie moich tez. Ostatnio statut PGNiG zmieniany był kilkakrotnie. Zmian dokonało zwyczajne walne zgromadzenie 28 czerwca 2016 r., po czym 12 września 2016 r. rada nadzorcza ustaliła jednolity tekst statutu. Wyjątkowo zmian nie dokonało nadzwyczajne walne obradujące 25 sierpnia i 9 września, ale już kolejne NWZ 24 listopada wprowadziło zmiany do statutu. 15 marca 2017 r. rada nadzorcza ustaliła tekst jednolity, acz nie na długo, ponieważ 28 czerwca 2017 r. zwyczajne walne zgromadzenie dokonało głębokich zmian w tekście statutu. 1 września b.r. rada nadzorcza po raz kolejny ustaliła tekst jednolity, aliści niespełna dwa tygodnie później, 13 września, kolejne nadzwyczajne walne dokonało kolejnych głębokich zmian statutu. Nie ma znaczenia, że nadchodząca zmiana będzie w istocie nieznaczna: dominujący akcjonariusz nie szanuje spółki ani jej statutu.

Nadzwyczajnych walnych zgromadzeń nie należy zwoływać bez istotnej po temu potrzeby. Spółki nie biorą pod uwagę sytuacji akcjonariuszy: ile razy w roku musiałby indywidualny akcjonariusz przyjeżdżać na obrady? Ponosić związane z tym trudy i koszty? Przeto udział indywidualnych akcjonariuszy w nadzwyczajnych walnych zgromadzeniach jest znikomy. Dźwięczą im pewnie w uszach słowa niesławnego prokuratora Piotrowicza wypowiedziane w parlamencie do posła opozycji: „Pański głos i tak nic nie znaczy”. Akcjonariusz mógłby wnieść skuteczny sprzeciw względem uchwały o finansowaniu przez spółkę niedorzecznej oszczerczej kampanii mającej siać nienawiść do sędziów orzekających w imieniu Rzeczypospolitej – lecz takich uchwał walne zgromadzenia nie podejmują, pieniądze wyciekają cicho, wstydliwie.

Na koniec ciekawostka: w październiku 2006 r., kiedy do statutu wprowadzono wspomniany przepis, kurs spółki wynosił 3,35 zł. Wczoraj notowania zamknęły się na poziomie 6,65 zł. Jak widać, inwestorzy nie przejmują się moją pisaniną…

Czytaj także inne wpisy z wzmiankami na temat PGNiG:

2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa
2014.05.12 Outsourcing głupoty
2006.02.13 Tsunami

Gorszący przypadek Farmacolu

Koniec przygody Farmacolu z giełdą podpowiada kilka smutnych wniosków. Pierwszy: spółka nie powinna zostać wpuszczona na warszawski parkiet, jej statut obrażał prawo, otwierał kanał służący wyprowadzaniu pieniędzy ze spółki do kieszeni jej założycieli. Drugi: akcjonariusze nie zwracali uwagi na statut, inwestowali w spółkę w przeświadczeniu, że skoro prowadzony przez nią biznes przynosi niemałe dochody, będą w tych dochodach uczestniczyć. Trzeci: skoro spółka ani nie płaciła dywidendy, ani płacić jej nie zamierzała, nie dbała o komunikację z rynkiem, nie miała corporate governance, nie stosowała wielu dobrych praktyk, w radzie nadzorczej zasiadali tłumnie członkowie rodziny panującej – rodzą się pytania, co w takiej spółce robili inwestorzy instytucjonalni, oraz na co liczyli wnosząc do Farmacolu pieniądze uczestników? Jesienią ogłosiłem analizę „O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem”, wytykając spółce liczne nieprawidłowości. Teraz pora zastosować naming & shaming (wytykanie i zawstydzanie) wobec funduszy emerytalnych, które wspierały nieprawidłowości lekkomyślnie inwestując w spółkę. Należały do nich otwarte fundusze emerytalne ING, Aviva, Metlife, PZU, PKO BP – instytucje pretendujące w swoim czasie do miana zwolenników corporate governance.

Uważam, że inwestorzy instytucjonalni powinni składać oświadczenia o wnikliwym zapoznaniu się ze statutami spółek, w które zamierzają inwestować pieniądze uczestników. W statutach tkwią bowiem dziury, przez które wyciekają pieniądze akcjonariuszy.

Kolejne wnioski maja charakter ogólny. Nie widzę racji obecności na parkiecie spółek, które nie będą już w stanie pozyskać przez giełdę kapitału. Farmacol miał marną reputację, nie budził zaufania, nie byłby w stanie przeprowadzić podniesienia kapitału. Niestety, takich spółek mamy na giełdzie sporo. Pozyskiwały pieniądze w pierwotnej ofercie publicznej przeprowadzonej w sprzyjającej chwili, ale o inwestorów nie zamierzały dbać. Niepokoi mnie także obyczaj, jaskrawo obecny w Farmacolu, wypełniania rad nadzorczych familiadą. Czasy nie sprzyjają niezależnym, boi się ich panicznie Skarb Państwa, niektóre spółki wolą nasycić skład rady nadzorczej rodziną założyciela lub jego przyjaciółmi. Niekoniecznie jestem przeciwnikiem instytucji małżeństwa, ale brzydzi mnie żona prezesa jako osoba mająca sprawować stały nadzór nad działalnością spółki. Alma niedawno upadła, ambitny Integer przeszarżował, złapał zadyszkę; jak żony cezarów powinny pozostawać poza podejrzeniami, tak żony założycieli spółek powinny pozostawać poza radami nadzorczymi. W Farmacolu do rady nadzorczej wpakowały się cztery osoby o takim samym nazwisku, co podważa istotę nadzoru.

Rodzina panująca w Farmacolu sama sobie określała wynagrodzenia za pracę (pracę? – mam wątpliwości, czy tu użyłem właściwego słowa) w radzie nadzorczej. Chodzi o wynagrodzenia wypłacane nie z prywatnych szkatuł, ale ze środków spółki należących nie do „państwa właścicieli”, a do akcjonariatu. Andrzejowi i Zycie Olszewskim wypłacono zatem spore kwoty bez podstawy w uchwałach walnego zgromadzenia, wbrew interesom akcjonariuszy, a także fiskusa, który nie powinien uznawać tych kwot za koszty uzyskania przez spółkę przychodu. Lecz to już inna historia.
Czytaj także:

2016.11.06 O co skarżyłbym Farmacol gdybym był akcjonariuszem
2017.02.15 „Pan Właściciel”, ornamentariusze, oraz kwestia odpowiedzialności