Archiwa tagu: szklany sufit

Statystyka, gender i parytet absolutny

Znam sposób prowadzący do zwiększenia efektywności polskich rad nadzorczych, ich kompetencji i różnorodności, a także, przy okazji, do zwiększanie liczby kobiet w radach. Temat jest bardzo na czasie. Obecnie najgorętszym zagadnieniem związanym z corporate governance jest w świecie anglosaskim udział kobiet w radach dyrektorów. Dyskusje na ten temat są bardzo emocjonalne. Wyróżniam w nich dwa nurty. Pierwszy to statystyka: twarde dane mające wykazać, że udział kobiet w radach zwiększa się nazbyt powoli, co odsuwa perspektywę osiągnięcia pożądanego parytetu płci w nieokreśloną przyszłość. Drugi to wytykanie i zawstydzanie spółek (ang. naming & shaming), które w swojej radzie dyrektorów kobiet w ogóle nie mają.

Ktoś wyliczył, że w radach spółek badanej próby kobietom przypada zaledwie 20,2 proc. miejsc. Ktoś wyliczył, w obliczu obecnego tempa przyrostu kobiet w radach parytet 50:50 zostanie osiągnięty za kilkadziesiąt, bądź nawet sto lat. W spółkach z indeksu Russell 3000, przy zachowaniu obecnego tempa przyrostu liczby kobiet w radach, równowaga zostałaby osiągnięta ok. roku 2055: do tej pory uzyskało ją zaledwie 21 spółek, natomiast 738 nie ma jeszcze kobiet w składzie rady. Nawet prestiżowy indeks Fortune 500 liczy 19 takich spółek.

Lecz spółki, które nie mają piastunek, zaczynają się z tego tłumaczyć i przed opinią publiczną, i przed inwestorami. Serwisy informacyjne rozpowszechniają depesze o powołaniu kobiety do rady kolejnej spółki. Akademicy i firmy konsultingowe ogłaszają wnikliwe analizy korzyści płynących z bogactwa różnorodności w radzie dyrektorów. Najnowsze badania PwC wskazują wiarygodnie, że spółki mające znaczący i trwały udział kobiet w radzie osiągają lepsze wyniki pod kątem zwrotu z kapitału. Co więcej: w owych spółkach rzadziej dochodzi do przypadków korupcji. Podobno niektóre fundusze rozglądają się za możliwościami inwestowania w spółki prowadzone przez kobiety lub z ich poważnym udziałem.

Wyrażane są jednak obawy, że na przeszkodzie zwiększaniu udziału kobiet w radach dyrektorów stoi brak odpowiednich kandydatek. Oraz, że odpowiednie kandydatki bywają powoływane do kilku rad dyrektorów, w następstwie czego mogą one stać się ornamentariuszkami (termin własny, nieprzekładalny, ukuty na wzór akcjonariuszek i interesariuszek). Łatwiej osiągnąć zgodę w kwestii pożytku z parytetu kobiet w radach, niż uzgodnić konkretny parytet. Ponad 40 proc. respondentów biorących udział w badaniach w USA postuluje udział kobiet w radach w wysokości 41 – 50 proc. Mniej więcej tyle samo ankietowanych opowiada się za parytetem w przedziale 21 – 40 proc. Wypowiadając się, od kilkunastu lat, intensywnie i emocjonalnie, na rzecz potrzeby zwiększania udziału kobiet w radach, zwłaszcza w radach nadzorczych polskich spółek, nie wyrażam entuzjazmu dla parytetu. Jakiż miałby on być? Udział kobiet w naszym społeczeństwie jest przecież wyższy niż mężczyzn, więc może ustanowić ów parytet na pułapie 52 proc? A może 60 proc., ponieważ chyba taki jest udział kobiet wśród osób mających wykształcenie?

W tej sprawie statystyka nie jest skutecznym orężem. Parytety, niestety, też nie. Są kwestie ważniejsze od tego, czy mamy w radach nadzorczych 20 proc., czy 40 proc kobiet. W polskich realiach jedynym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie parytetu absolutnego: 100 proc. – i nic mniej. Otóż 100 proc. członków rad nadzorczych, przynajmniej w spółkach notowanych na GPW, powinno – zgodnie z przyjętymi przez Giełdę dobrymi praktykami –reprezentować wysokie kwalifikacje i doświadczenie. To aspekty ważniejsze niż płeć. Gdyby te wymogi stosowano, udział kobiet w radach nadzorczych wzrósłby znacznie.

Kładąc nacisk na wspomniane cechy, łatwiej byłoby osiągnąć pożądaną wszechstronność i różnorodność rad nadzorczych. Dotyczy to w szczególności spółek z udziałem Skarbu Państwa, gdzie rządzi polityka, partyjniactwo; kwalifikacje i doświadczenie nie są należycie brane pod uwagę, a różnorodność nie jest pożądana. Pora przystąpić do wytykania i zawstydzania spółek, w których rady nadzorcze obsadzone są wyłącznie mężczyznami. Niestety, dotknie to w pierwszej kolejności Giełdę Papierów Wartościowych. Chyba, co nawet możliwe, że skład Rady Giełdy ulegnie zmianom jeszcze zanim ten tekst ukaże się drukiem…
Tekst ogłoszony 31 marca 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET
Czytaj także (m.in.):
2000.12.04 Szklany sufit
2003.02.17 Kruszenie szklanego sufitu
2003.03.10 Szklany sufit po polsku
2003.11.10 Przystanek tuż pod szczytem
2004.02.16 Sposób na kobiety
2005.10.10 Norweska specyfika
2006.01.16 Rady pod parytetem
2010.05.27 Moda na poprawność
2011.10.22 Podwójny szklany sufit
2013.11.20 Nie chodzi o kobiety
2015.11.16 Szklane urwisko
2016.06.22 Ile kosztują kobiety?

Szklane urwisko

Szklany sufit nie jest absolutem. Rozpostarta nad głowami kobiet (chociaż, po prawdzie, nie tylko) niedostrzegalna bariera grodząca dostęp do najwyższych stanowisk rozstępuje się w czasie kryzysu. Miewają one wówczas szansę wkroczyć, albo są wypychane, na szklane urwisko. Szklane, gdyż niewidoczne, a przy tym śliskie, zdradliwe; urwisko – gdyż każdy krok grozi upadkiem w przepaść. Im bardziej prawdopodobne bywa niepowodzenie, tym większe są szanse kobiet na miejsca na samej górze.

Termin “szklane urwisko” (glass cliff) nie jest nowy. Ukuli go w 2004 r. Michelle K. Ryan i Alex Haslam, profesorowie uniwersytetu w Exeter, zbadawszy zachowanie spółek z indeksu FTSE 100 przed i po powołaniu nowych członków rady dyrektorów. Wyszło, że spółki, które powołały do rady kobiety, częściej niż inne przechodziły kłopoty w pięciu miesiącach poprzedzających nominacje. Inne badania nie potwierdziły tego wniosku, co mu nie zaszkodziło. Badania nie wspierają także tezy, że spółki z kobietami w składzie rady notują lepsze wyniki, ale i ona jest poprawna politycznie.

Trudno odnieść ten problem do polskiego rynku, ponieważ liczba kobiet na szczytach korporacji jest niepokojąco skromna. Jeżeli teza o szklanym urwisku jest chociaż w części prawdziwa, dowodziłoby to, że polskiej gospodarki nie ima się żaden kryzys. W przeszłości kobiety obsiadły najwyższe stanowiska w polskim sektorze bankowym, kierowały Narodowym Bankiem Polskim, PKO, Bankiem Pekao, Pomorskim Bankiem Kredytowym w Szczecinie, Powszechnym Bankiem Kredytowym w Warszawie, Bankiem BPH w Krakowie. Kiedy Włosi wchodzili do Banku Pekao, prezes Maria Wiśniewska oprowadziła szefa Unicredito, Alessandro Profumo, po najważniejszych osobach w branży. Odwiedzili Hannę Gronkiewicz-Waltz (prezes NBP) Ewę Śleszyńską-Charewicz (szefową nadzoru bankowego), Ewę Kawecką-Włodarczak (prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego) oraz min. Alicję Kornasiewicz odpowiedzialną za prywatyzację Banku. Profumo pytał: – Marija, czy w Polsce są tylko kobiety?

W tamtym czasie objaśniałem ten fenomen otwartością polskiej bankowości na dobre światowe wzory. W świetle teorii szklanego urwiska należałoby uznać, że Polski system bankowy był wówczas nieokrzepły, więc ryzykowne posady chętnie obsadzano kobietami. A dzisiaj jest stabilny i bezpieczny, więc kobiety (z wyjątkiem szefowej ING Banku Śląskiego) można było odesłać do domu… Lepiej jednak potraktować rzecz poważnie.

Na polskim rynku dotkliwie brakuje kobiet na szczytach, są za to obecne w polityce. Czy samodzielnie zdobyły wysokie stanowiska, czy raczej zostały wypchnięte na krawędź szklanego urwiska? Czy zawdzięczają awanse osobistym przymiotom, czy kalkulacji partyjnych kolegów, nieskłonnych do mierzenia się z ryzykiem porażki? Mają szansę wybić się na Goldę, Indirę, Margaret, Angelę. Mogą też ześlizgnąć się z urwiska w otchłań zapomnienia. W każdym razie – potwierdza się założenie, że kobiety płyną w górę na fali kryzysu. W tym przypadku jest to kryzys zaufania do polityków i polityki. Wprawdzie wytłumaczalny, niemniej niepokojący.

Tekst ogłoszony 4 listopada 2015 r. w dzienniku Rzeczpospolita.
Czytaj także:
2015.07.15 Różnorodność krzepi
2013.11.22 Nie chodzi o kobiety

Podwójny szklany sufit [2011]

Na stronie internetowej Polskiego Instytutu Dyrektorów widnieje ciekawe ogłoszenie. Niemiecka firma zajmująca się rekrutacją do pracy w radach nadzorczych poszukuje zagranicznych kandydatów. Że poszukuje ich w Polsce, nie dziwi. Nasze prawo spółek przejęło wiele rozwiązań niemieckich, zakorzenionych w odległej przeszłości, odosobnionych już w świecie, w tym ścisły rozdział zarządu i rady nadzorczej. Menedżerom doświadczonym w polskich radach nadzorczych łatwiej poruszać się w podobnym przecież środowisku rad niemieckich. Pod warunkiem, rzecz jasna, biegłej znajomości języka, ale niekoniecznie niemieckiego. W niejednej z wielkich niemieckich korporacji językiem roboczym jest angielski.

Przypuszczam, że ta akcja werbunkowa skierowana jest w istocie rzeczy do kobiet. Spółki krajów Unii Europejskiej znajdują się pod coraz silniejszym naciskiem ku równoważeniu udziału mężczyzn i kobiet w zarządach i radach nadzorczych. Wyniki poważnych badań wskazują, że od właściwej (także, a może zwłaszcza, pod względem proporcji płci) kompozycji rad zależą wyniki spółek; za tym idzie pomyślność akcjonariuszy, nawet gospodarek narodowych. Nie brak głosów opowiadających się za koniecznością wprowadzania, po dobroci albo pod przymusem, kwot określających pożądaną proporcję udziału kobiet w organach spółek, bądź nawet parytetu. Niektóre państwa już poszły, bądź idą, w tym kierunku.

Kwestia udziału kobiet w zarządach i radach spółek jest fragmentem szerszego problemu zapewnienia tym organom pożądanej różnorodności, także w aspekcie międzynarodowym. Kobieta sprowadzona z Polski do pracy w niemieckiej radzie poprawiłaby zarazem wskaźniki umiędzynarodowienia i wielokulturowości rady.

Rzecz w tym, że sami cierpimy ostry niedobór kobiet w organach spółek. Jest to niepokojące. W Polsce nie brakuje przecież kobiet świetnie wykształconych, z dorobkiem w zarządzaniu, doświadczeniami na stanowiskach kierowniczych. Nie przeczę, że istnieje ów niedostrzegalny szklany sufit, często grodzący kobietom drogę na szczyt kariery zawodowej. Lecz obawiam się, że wiele kobiet hoduje w sobie drugi taki sufit. Na prowadzonej przez PID liście kandydatów na profesjonalnych członków rad nadzorczych kobiet jest mniej niż 10 procent. Nie zgłaszają się; czyżby nie wierzyły w swoje kompetencje? Jeżeli sytuacja nie ulegnie wkrótce poprawie, wkrótce to my będziemy musieli importować kobiety do rad nadzorczych. 

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej 22 października 2011 r.

Czy biznes jest mężczyzną? [2011]

Domagamy się – i słusznie! – zwiększania udziału kobiet w radach nadzorczych i zarządach spółek. Pragniemy skruszyć rozpostarty nad głowami kobiet szklany sufit, który grodzi im drogę do awansu na najwyższe szczeble korporacji. Lecz język nie nadąża za naszymi aspiracjami. Odzwierciedla on rzeczywistość zaprzeszłą i niechcianą. Kobieta, nawet ostentacyjnie demonstrująca atrybuty swojej płci, nadal jest członkiem – nie członkinią –zarządu lub rady. Kobieta, nawet odnosząca największe sukcesy gospodarcze, nie jest w polszczyźnie przedsiębiorczynią, lecz biznesmenką.

Polska transformacja wspomogła awans zawodowy kobiet, nie wspomogła języka. W czasach burzy i naporu Kapituła Biznesmenów przyznała tytuł Biznesmena Roku 1990 – kobiecie. Od tego czasu kobieta-Polka pełni rolę „mena”. Wspomniane wyróżnienie otrzymała Martyna Lisiecka-Klinz, założycielka Prosper Banku. Sprawę można skwitować tytułem słynnego szwedzkiego filmu z lat pięćdziesiątych ub. w.: „Ona tańczyła jedno lato”. Lecz kłopoty z nazewnictwem trwają.

Biznesmen przebił się do polszczyzny, jego żeński odpowiednik ma trudności. Prasa używała formy byznesswomen, biznesmenka, byznesłumenka. Nie było problemu z kobiecością zawodów pospolitych: Hela została traktorzystką; są listonoszki (doręczycielki), konduktorki, sprzątaczki, ekspedientki. Ale wiele zawodów prestiżowych zachowuje rodzaj męski, nie dopuszczając żeńskiego. Niejedno pismo kobiece lansuje modę na terminy: prezeska, dyrektorka, ambasadorka (dyplomatka już nie, bo to elegancki płaszcz lub teczka na drugie śniadanie), ale podpisywane jest do druku przez redaktor naczelną, nie przez redaktorkę.

Na czele jednej z wielkich polskich korporacji stoi pani chairman. Czyli pani rodzaju męskiego. Anglosasi dali już sobie z tym radę. Najpierw obok funkcji chairman pojawiła się chairwoman, potem obie zostały zastąpione neutralnym terminem chairperson.

Ludzkość po angielsku to już nie mankind, a humankind. Prawa człowieka to human rights, nie rights of man.

Wiąże się z tym przypadek równie zabawny, co smutny. W styczniu 1947 r. ONZ podjęła prace, których efektem było uchwalenie epokowej Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (Universal Declaration on Human Rights). W początkowej fazie projekt dokumentu nosił wszakże nazwę Declaration on the Rights of Man, nawiązującą do Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela z czasów rewolucji francuskiej. Delegat pewnego państwa członkowskiego – nazwijmy je „słabiej rozwiniętym krajem pozaeuropejskim” – zwrócił się do przewodniczącej obradom Eleonory Roosevelt: Mówiąc o prawach człowieka (rights of man) dowodzi pani swojej mądrości. Wszak mój rząd nigdy nie zgodziłby się na przyznanie tych praw kobietom!

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej 22 lipca 2011 r. 

Szklany sufit po polsku [2003]

Finanse są tradycyjnie enklawą awansu kobiet. Zapewne sprawił to pieniądz, najlepszy łącznik ze światem. W tle rozważań o udziale kobiet w nadzorze korporacyjnym (podjąłem je w tym miejscu przed trzema tygodniami) pojawia się pytanie: co, z racji samej płci, wnoszą kobiety do rady nadzorczej? Otóż tylko jedno: różnorodność. Twierdzę tak na podstawie własnego doświadczenia, natomiast nie wiem, czy w Polsce prowadzono już badania nad tą kwestią, bo w wielu krajach owszem. Różnorodność w radzie bywa twórcza i wzbogaca skuteczność nadzoru nad działalnością spółki. Z kolei skuteczny nadzór pomnaża wartość spółki, wzbogaca akcjonariuszy.

Uważam, że ważnym miernikiem poziomu cywilizacji jest obecność kobiet w parlamentach, rządach, zarządach i radach nadzorczych. Im wyższy udział kobiet w owych gremiach, tym bardziej nowoczesne społeczeństwo i jego gospodarka, tym wyższe tempo rozwoju. Społeczeństwa, które dyskryminują kobiety, albo nie doceniają ich możliwości intelektualnych, nieuchronnie pozostaną w tyle. Pierwszeństwo przypadnie tym, które wykorzystują zdolności i aspiracje obu połów gatunku ludzkiego. Minęło sporo czasu, od kiedy przedstawiciel jednego z najmniej oświeconych krajów przemówił w ONZ do współautorki Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, Eleonory Roosevelt: „Pani ma rację, że chodzi o prawa człowieka. Mój rząd nie zgodzi się na to, by dotyczyły one także kobiet”.

Współcześnie prawa człowieka są najważniejszym kryterium oceny postępowania państw. Natomiast gospodarkę ocenia się w znacznej mierze po stopniu jej nasycenia porządkiem korporacyjnym. Kraj, w którym istnieje szklany sufit, utrudniający kobietom drogę na szczyty karier, zostanie negatywnie oceniony tak pod kątem przestrzegania praw człowieka, jak pod kątem corporate governance. Obie oceny zaważą krytycznie na ruchach kapitału, napływie inwestycji, dostępie do technologii, a nawet na klasie kadry kierowanej na placówki w takim kraju. Do pracy w koloniach, zwłaszcza wśród dzikich, delegowano wszak wyłącznie mężczyzn, w dodatku niekoniecznie najbardziej obiecujących.

W Polsce kruszenie szklanego sufitu odbywa się powoli. Jedną z pierwszych enklaw awansu kobiet są finanse. Sprawiła to tradycja, ponieważ nawet w czasach zimnej wojny pieniądz wciąż łączył ze światem i wymagał fachowego traktowania. Wprawdzie ani wtedy, ani dzisiaj, kariery nie bywały całkiem neutralne politycznie, lecz na tej niwie brano pod uwagę także kwalifikacje. Stąd kobiety stały albo stoją – bardziej stosowny jest dzisiaj czas przeszły! – na czele wielu banków, w tym banku centralnego, Pekao, PKO, BPH, PBK (te dwa ostatnie, dzisiaj połączone, pod kierownictwem kobiet przeżyły lepsze czasy), byłego Komunalnego, byłego Częstochowa, zapomnianego już PBKS. Ministerstwa finansów i skarbu to tradycyjnie resorty z największym udziałem kobiet na ważnych stanowiskach. Nikogo już nie dziwi, że kobiety kieruje pracami ważnych instytucji, jak Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Polcard, Visa, fundusze inwestycyjne, izby gospodarcze domów maklerskich i funduszy emerytalnych. Rzuca się w oczy niski udział kobiet w zarządach i radach nadzorczych działających w Polsce zagranicznych towarzystw ubezpieczeniowych, gdzie przyjęto model kolonialny, oraz brak kobiet w kierownictwie giełdy papierów wartościowych.

Pozytywnym objawem jest stosowanie wobec obu płci tych samych, albo przynajmniej zbliżonych, kryteriów oceny kadrowej. W licznych środowiskach wierzy się, że kobieta awansuje tylko wtedy, gdy jest trzy razy lepsza od mężczyzny, z którym rywalizuje. Ewentualnie przynajmniej dwa razy. Od polskich finansistek nikt tego moim zdaniem nie wymaga. Wystarczy, że spełnią kryteria. Nie muszą być lepsze od mężczyzn. I często wcale nie są, co im zresztą w niczym nie uchybia.

Zwiększenie udziału kobiet w zarządach i radach nadzorczych zależy od spełnienia dwóch warunków. Pierwszy to odstąpienie od rozdawnictwa stanowisk między politycznych stronników, nawet niekompetentnych (nazywam to zjawisko alotażem). Drugi to upowszechnienie praktyki obsadzania funkcji w organach spółek w drodze konkursów. Dobry przykład winien dać Skarb Państwa.

Na koniec dwie obserwacje z gatunku: o czasy!, o obyczaje! Niedawno czytelniczka ‘Forbes Global’ przysłała do redakcji ostry list. Zarzuciła w nim, że pismo tendencyjnie przemilcza osiągnięcia kobiet. Jeszcze kilka lat temu nikt nie stawiałby takich oczekiwań przed pismem ekonomicznym. Pewna polska instytucja finansowa rozesłała dziennikarzom informację o nominacji w swojej strukturze. Tekstowi towarzyszyło zdjęcie nominata nazbyt intensywnie wypacykowanego makijażem. Naśmiewaliśmy się w prasie z pań prezes utrzymujących nadwornych fotografów i fryzjerów, nawet osobne windy do prywatnego użytku. Okazuje się, że część tych ekscesów była zasługą nadgorliwców z działów public relations.

Artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej 10 III 2003. Wytłuszczenia współczesne.

Szklany sufit [2000]

Obecność kobiet w radach nadzorczych przydaje radom różnorodności, a różnorodność rad kreuje wartość spółek.

W języku angielskim występuje wyrażenie „glass ceiling” – szklany sufit, niewidoczna bariera awansu. Przegradza ona skutecznie drogę na szczyty hierarchii, o czym przekona się każda lub każdy, kto rozbije sobie o nią głowę. Raczej przekona się każda, ponieważ szklane sufity rozpina się najczęściej nad karierami kobiet. Stopień cywilizacji społeczeństwa można mierzyć współczynnikami obrazującymi udział kobiet w zarządach i radach nadzorczych liczących się podmiotów.

Jak często bywa, impuls ku równouprawnieniu wychodzi ze Skandynawii. Rząd Norwegii zapowiada wniesienie do parlamentu projektu ustawy przewidującej co najmniej 40-procentowy udział kobiet w radach nadzorczych. Kwota ma w pierwszej kolejności objąć spółki giełdowe. Obecnie udział kobiet w radach 500 największych spółek wynosi tam 12,5 procent. W Norwegii rządzi socjaldemokracja, pierwsza na świecie partia przestrzegająca parytetu reprezentacji kobiet. Kiedyś Gro Harlem Brundtland połowę tek w swoim gabinecie powierzyła… mężczyznom. Inwestorzy chętnie oceniają gospodarkę po stopniu jej nasycenia porządkiem korporacyjnym (ang. „corporate governance”). Im więcej kobiet w zarządach i radach, tym więcej znamion owego porządku; im więcej znamion porządku, tym więcej inwestycji.

Co, z racji samej płci, wnoszą kobiety do rad? Otóż tylko jedno – różnorodność. Chodzi o to, by członkowie rady różnili się, czym można: zawodem, pokoleniem, wykształceniem, doświadczeniami i płcią. Im bardziej różnorodny jest skład rady, tym większe są jej szanse na skuteczność, czyli wykreowanie wartości dodanej spółki. Dzisiaj w radach polskich spółek najczęściej zasiadają osoby w przedziale 40 – 50 lat, inżynierowie po kursach dla członków rad nadzorczych, z kilkunastoletnim doświadczeniem w zarządach przedsiębiorstw i spółek, kilkuletnim dorobkiem w nadzorze, w ogromnej przewadze mężczyźni w podobnych popielatych garniturach.

Już wspominałem, że do rad nadzorczych szerokim frontem wchodzi pokolenie dwudziestokilkulatków. Dopominałem się, by w radach docenić prawników. Pora upomnieć się, by w radach docenić kobiety. Za to Polsce nie liczą się takie kryteria różnorodności, jak wyznanie, albo kolor skóry. W kilku spółkach wprowadzono kwoty związane z obywatelstwem lub krajem zamieszkania. W radzie nadzorczej Banku Handlowego co najmniej połowa członków, w tym prezes rady, powinna legitymować się obywatelstwem polskim. Statut Agory jest jeszcze bardziej wymagający: członkami rady muszą być w większości obywatele polscy zamieszkali w Polsce. Stąd tylko krok do pomysłu, by w spółkach Skarbu Państwa większość członków rad pochodziła z Nowego Sącza (a reszta – nawet ze Starego Sącza). Skoro dopuszczalne są wymogi w kwestii obywatelstwa lub kraju zamieszkania, dlaczego by nie dopuścić wymogów dotyczących kwoty procentowego udziału kobiet w składzie rady?

Wyobrażam sobie, jak niechętnie odniosą się do tego postulatu Okopy Świętej Trójcy! Byłoby więc najlepiej, by zanim wprowadzimy kwoty udziału kobiet w radach nadzorczych, gwarancje tego udziału okazały się w praktyce zbędne. Już teraz mogę wskazać dwie drogi prowadzące do zwiększenia udziału kobiet w radach. Pierwsza to odpolitycznienie rad. Druga – to upowszechnienie konkursów na obsadę rad nadzorczych. Z upolitycznieniem rad nadzorczych zmaga się już opinia publiczna. Coraz ważniejszym kryterium oceny osób i partii sprawujących władzę jest ich udział w obsadzaniu rad nadzorczych niekompetentnymi stronnikami. W społeczeństwie utarło się już przekonanie, że miejsca w zarządach i radach nadzorczych nie są przechodnim łupem kolejnych ekip sprawujących władzę. Kierowanie się zasadą TKM, dającej prymat racji politycznej nad kwalifikacjami, wywołuje ostre potępienie.

Najskuteczniejszą zaporą przeciwko tej zasadzie jest obsadzanie miejsc w radach nadzorczych z puli Skarbu Państwa w drodze konkursu uwzględniającego kryteria merytoryczne. Zapewne okaże się wtedy, że dla zapewnienia w radach większego udziału kobiet – nie trzeba będzie dodawać im do wyniku uzyskanego w konkursie „punktów za pochodzenie”. Czas rozbić szklany sufit. Lepiej zastąpić go szklaną drabiną. Będzie ona całkiem przeźroczysta. Jej szczeble będą śliskie, więc komu obsunie się noga, może sobie przetrącić karierę. Lecz każdy szczebel będzie tak samo śliski dla wszystkich.

Artykuł ukazał się 4 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.
Czytaj także:
2013.11.12 Nie chodzi o kobiety
2010.05.27 Moda na poprawność