Archiwa tagu: Wielka Brytania

Awantura o (podwójne) standardy corporate governance

 

  • Notowana na LSE spółka JD Wetherspoon (FTSE 250, kod JDW) osiąga dobre wyniki, lecz budzi zastrzeżenia akcjonariuszy i rynku;
  • Założyciel i szef spółki odrzuca wszelkie zarzuty, podnosząc zarzut podwójnych standardów i ostro krytykuje zasady dobrej praktyki;
  • Akcjonariusze instytucjonalni domagają się reformy corporate governance, firma doradzająca inwestorom zaleca odrzucenie sprawozdania;
  • Spółka uprawia propagandę wymierzoną przeciwko Unii Europejskiej i poniosła niezgodne z prawem wydatki na cele polityczne.

Żądania poprawy corporate governance najczęściej kierowane są do spółek idących już pod wodę. Lecz JD Wetherspoon ma się dobrze, prowadzi na Wyspach Brytyjskich sieć hoteli i kilkaset popularnych pubów, pieszczotliwie określanych nazwą „Spoons” – i myśli o dalszej ekspansji. Na zły rozgłos naraziły spółkę nie tyle uwagi inwestorów, co wybuchowa reakcja założyciela, który jednym tchem zanegował sens zasad corporate governance i sponiewierał krytyków za rzekomo podwójne standardy oceny innych – i siebie. Co chyba nikogo nie dziwi, ponieważ Tim Martin, pyskaty zwolennik brexitu, lubi zaczepiać opinię publiczną.

Poszło o to, że poważni inwestorzy, Black Rock i Columbia Threadneedle, domagają się zmian w radzie dyrektorów. Brytyjskie zasady zalecają dla przewodniczącego rady (chair) i dyrektorów niewykonawczych (NEDs) posługę nie dłuższą niż 9 lat. Tim Martin założył spółkę w 1979 r. i przewodniczy radzie od 36 lat, a w JDW średnia tenury dyrektorów niewykonawczych to 15 lat. Firma doradcza Pensions & Investments Research Consultants (PIRC) zaleciła akcjonariatowi odrzucenie sprawozdań JWD, w których naliczono ponad 2 tysiące słów wymierzonych w Unię Europejską. Nadto media ujawniły nielegalne wydatki spółki na cele polityczne: 94 586 funtów kosztowało wsparcie kampanii na rzecz brexitu. W tym wyprodukowanie blisko 2 milionów podkładek pod piwo atakujących, a jakże, winnych wszelkiemu złu Francuzów, zwłaszcza Christine Lagarde.

Na konferencji wynikowej Tim Martin zareagował nadzwyczaj impulsywnie. Zasady corporate governance zdyskredytował jako nic nie warte, ich rzeczników jako osobników zapatrzonych we własne pępki. Krzyczał o chorobie mechanicznego odhaczania zaleceń, których stosowanie narzuca krótkoterminową perspektywę i produkcję długich, nieczytelnych sprawozdań pełnych żargonu, komunałów i upiększeń rzeczywistości, co owocuje marnymi lub katastrofalnymi wynikami. Zresztą rygorystyczne kierowanie się zasadami corporate governance kreuje miernoty i bankrutów. Co najgorsze, obłudni krytycy sami nie stosują zasad surowo wymaganych przezeń od innych.

Martin ma za złe, że PIRC ma w radzie dyrektorów raptem jednego niezależnego członka, a od JDW oczekuje czterech lub nawet pięciu niezależnych. Oraz że założyciel PIRC Alan McDougall pełni w tej radzie posługę aż od 33 lat, przedstawia się na Twitterze jako „ekspert governance” (gdyby to było karalne, prosiłbym o wymiar łagodny) i „były Eurokomunista”.  A Black Rock w radzie dyrektorów trzyma niezależnych ponad 9 lat, podobnie jak spółka matka Threadneedle. Zresztą Wyrocznia z Omaha nie widzi przeszkód, by w radzie Berkshire Hathaway niezależny posługiwał od 19 lat. Czyli: zasadę „stosuj lub wyjaśnij” Tim Martin praktykuje jako „nie stosuj i wyzywaj krytyków”. Kto krzyczy, zazwyczaj nie ma racji, ale z tym podwójnymi standardami przecież jest coś na rzeczy.

Namiętne wspieranie brexitu sporo Martina kosztuje. Kiedyś obniżył w swoich pubach ceny średnio o 20 pensów na pincie (0,56826 litra) piwa twierdząc, że różnica jest kosztem członkostwa w Unii, więc po wyjściu z niej, najlepiej bez umowy, ceny – jak widać – spadną, bowiem akcyza płynie do Brukseli. Walcząc z unijnymi produktami zastąpił francuskie szampany marnymi winami musującymi z Wysp (nie miałem odwagi sprawdzić, czy podaje je na ciepło, jak angielskie piwa), wycofał piwa niemieckie, a Jägermeistera zastąpił lokalną podróbką. Pffu! 

POST SCRIPTUM: Już po napisaniu tekstu i skierowaniu go do druku w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET (ogłoszony został 2 XII 2019 r.) odbyło się walne zgromadzenie JD Wetherspoon. Tim Martin uzyskał poparcie 98% głosów (w większości były to jego głosy, co nie umniejsza ich znaczenia). Zapytany o plany na przyszłość, Martin zacytował Warrena Buffetta, który „zamierza przejść na emeryturę pięć lat po śmierci”. Rosjanie mówią o takich „mołodiec”, co wyraża najwyższy stopień uznania.

 

.

 

 

 

Corporate governance w programach wyborczych głównych brytyjskich partii

  • W Polsce żadna partia nie poświęciła należytej uwagi rynkowi kapitałowemu, wszystkie całkowicie pomijają tematykę corporate governance;
  • W Wielkiej Brytanii tematem kampanii przed wyborami Izby Gmin 12 XII jest oczywiście brexit, ale corporate governance jest przedmiotem debat politycznych;
  • Poglądy głównych partii na temat corporate governance różnią się zasadniczo: konserwatyści chcą kontynuacji, labourzyści głębokich reform;
  • Konserwatyści prowadzą w sondażach, a radykalizm Partii Pracy osłabia jej szanse na zdobycie większości w Izbie Gmin.

Wielka Brytania jest ojczyzną corporate governance, przeto w kampaniach wyborczych poświęca się tej tematyce nieporównanie więcej uwagi niż w innych krajach. Nawet w kampanii osnutej wokół naczelnego zagadnienia, jakim obecnie jest brexit! Nikt nie rozważa wyjścia kraju z Unii Europejskiej jako okazji do rozluźnienia regulacji wprowadzonych przez krytykowaną Brukselę. Przeciwnie: politycy gotowi są iść dalej, wprowadzać w życie standardy wyższe od unijnych. Wszelako nie są zgodni, jakie standardy należy wprowadzić, oraz jakim kosztem.

PARTIA KONSERWATYWNA jest oszczędna w obietnicach, prawdopodobnie dlatego, że póki na jej czele stoi Boris Johnson uznawany za notorycznego kłamcę, lepiej trzymać język za zębami. Konserwatyści już wcześniej (Theresa May w 2016 r.) złożyli obietnicę wprowadzenia do rad dyrektorów silnej reprezentacji pracowniczej, ale zarazem przedstawiono spółkom łagodną alternatywę, więc do zasadniczych zmian nie doszło. Obecnie Partia Konserwatywna wprawdzie reaguje na problemy najbardziej nurtujące wyborców, lecz poprzestaje na ogólnikach, unikając konkretów. Mówi więc o nadmiernych wynagrodzeniach menedżerów wielkich spółek i zapowiada, że chce coś z tym zrobić, ale nie mówi co, kiedy i jak. Obiecuje ochronę środków zgromadzonych w zakładowych funduszach emerytalnych. Rozpamiętuje burzliwe upadki wielkich spółek jak Carillion i Thomas Cook Group, dostrzega w związku z tym potrzebę reformy audytu, lecz i tu brak konkretów. Nie zrealizowano do tej pory zapowiedzi powołania silnego organu nadzoru nad rynkiem kapitałowym (Audit, Reporting and Governance Authority).

LIBERALNI DEMOKRACI proponują reformę zmierzająca do poprawy rynku (Better Business). Wszystkie spółki zostałyby objęte obowiązkiem składania rynkowi oświadczeń o stosowaniu corporate governance obejmujących m.in. zasady wynagradzania pracowników, standardy ochrony środowiska, świadczenia na rzecz lokalnych społeczności oraz korporacyjne praktyki etyczne. Na spółkach miałby spoczywać ogólny obowiązek staranności w dziedzinie środowiska (ochrony klimatu), w tym – zarówno w działalności własnej, jak dostawców – eliminowania produktów i praktyk powodujących deforestrację. Oraz obowiązek dbałości o prawa człowieka, w tym przeciwdziałania pracy nieletnich i współczesnemu niewolnictwu.

Ponadto Liberalni Demokraci przewidują doskonalenie Corporate Governance Code poprzez wprowadzenie obowiązkowej reprezentacji pracowników w radach dyrektorów i w komitetach wynagrodzeń. Byliby oni wyposażeni w pełne uprawnienia dyrektorów i objęci równą z nimi odpowiedzialnością. Partia pragnie zachęcić spółki notowane do rozwijania akcjonariatu pracowniczego, a Unię Europejską (jest zwolennikiem pozostania w niej) do obligatoryjnych badań poszanowania praw człowieka przez wielkie korporacje.

PARTIA PRACY proponuje tak wiele, jak gdyby chciała swoim programem zniechęcić rozsądnych wyborców do głosowania na nią. Opowiada się za nowelizacją Companies Act z 2006 r. i wprowadzeniem możliwości zastąpienia rady dyrektorów dwoma organami: radą nadzorczą i zarządem. W skład rady nadzorczej wchodziliby pracownicy, klienci i inwestorzy długoterminowi. Współczynnik CEO pay ratio (wynagrodzenie CEO wobec najniższej płacy w spółce) nie mógłby przekraczać 20 – obecnie bywa nawet trzycyfrowy. Firmy finansowe byłyby badane przez państwowego audytora. Biegli rewidenci byliby rotowani najpóźniej po 5 latach (obecnie 10). Labourzyści pragną znacjonalizować kilka dziedzin gospodarki narodowej: wodę, energię koleje i internet szerokopasmowy. Odszkodowanie – poniżej cen rynkowych – wypłacą w bonach. Z giełdy znikną także spółki zaniedbujące obowiązek dbałości o klimat.

Karl, John Maynard, Friedrich, Milton, zgodnie przewrócą się w grobach: Jeremy Corbyn i jego partia zamierzają napisać nowe prawa ekonomii. Państwo ma być duże. Zza oceanu inspirację daje Elizabeth Warren i jej propozycja Accountable Capitalism Act (żyję długo, pamiętam niezliczone projekty odpowiedzialnego socjalizmu – tu wychodzi to samo). Gospodarka zostanie poddana kontroli. Powstanie państwowa superkomisja do spraw biznesu, w jej ramach będą działać trzy komisje: do spraw spółek, do spraw finansów, do spraw egzekwowania regulacji. W firmach Tłustej Czwórki oddzieli się działy audytu od pozostałych (wszyscy wzdychają do tego, kończy się na gadaniu).

INSTYTUT DYREKTORÓW (Institute of Directors) nie jest partią, lecz apolityczną reprezentacją zdrowego rozsądku. O gospodarce i etyce wie więcej niż wszyscy politycy razem wzięci. Instytut jest przeciwko burzeniu systemu i łamaniu krzeseł. Na marginesie kampanii ogłosił manifest o potrzebie zwiększenia zaufania do biznesu. W tym celu proponuje się wzmocnienie odpowiedzialności systemu corporate governance na rzecz społeczeństwa. Oraz doskonalenie profesjonalizmu rad dyrektorów i ich członków. Oraz zwiększanie zdolności rad do działania w dalekim horyzoncie czasowym, do myślenia perspektywicznego. Proponuje się Code of Conduct – zbiór zasad postępowania członków rad dyrektorów największych korporacji. Takie zbiory zasad maja lekarze, prawnicy, księgowi – dlaczego nie dyrektorzy? Rady dyrektorów powinny być poddawane niezależnej ocenie zewnętrznej. Należy ustanowić Audit, Reporting and Governance Authority – organ już przewidziany w Raporcie Kingsmana z 2018 roku. Proponuje się także powołanie Corporate Governance Commission formułującej standardy postępowania na rynku. Na koniec: Wielka Brytania powinna utworzyć Sovereign Wealth Fund inwestujący w przyszłościowe spółki zielonej natury i zrównoważonego rozwoju.

Ciekawe, który z polskich polityków mógłby podjąć dyskusję na temat corporate governance?

Wielka Brytania: bezpieczna przystań dla brudnych pieniędzy

Założenie spółki przez internet trwa 24 godziny i kosztuje 12 GBP. Nie ma potrzeby uwidoczniania w rejestrze piastunów spółki. Należy ujawnić PSC: person with significant control, czyli osobę sprawującą znaczny wpływ na spółkę. W Wołominie nazywa się ją słupem, reszta działa tak samo.

  • Wielka Brytania stopniowo urzeczywistnia zamiar zbudowania modelowego systemu corporate governance. Właśnie przyjęła nowy Stewardship Code;
  • Zarazem ta sama Brytania zbudowała najbezpieczniejszy schron dla brudnych fortun lokowanych tam przez dyktatorów, złodziei i aferzystów;
  • Niełatwo pojąć kraj, w którym współistnieją obok siebie dobre praktyki, wysokie standardy, przejrzyste zasady – i instrumenty wspierania szemranych interesów;
  • Brexit uwieńczy starania brytyjskiej klasy próżniaczej i światowych aferzystów, by mroczne interesy i fortuny przesłonić gęstą kurtyną, a za nią prosperować.

Kiedy premier Johnson obiecał w Izbie Gmin, że po wyjściu z Unii Wielka Brytania będzie rozwijać stosunki z przyjaciółmi z całego świata, pomyślałem: Współczesna Wielka Brytania nie ma prawdziwych przyjaciół – chyba, że wśród złodziei.

Kraj stał się rajem dla bogaczy, skorumpowanych dyktatorów i międzynarodowych krętaczy. Oraz prowadzoną na przemysłową skalę pralnią kradzionych pieniędzy. Oferuje aferzystom i złodziejom bezpieczny dostęp do kosmicznie drogich luksusów, manifestacyjnych oznak prestiżu, wykwintnego stylu życia. Można tam kupić i nieprawdopodobnie drogi samochód, i członkostwo elitarnego klubu dżentelmenów, a także, wraz z posiadłością ziemską, przynależny do niej tytuł arystokratyczny. Można tam poczuć się lepszym, ale trzeba mieć na to pieniądze. Niekoniecznie uczciwie zarobione.

PRALNIA, CZYLI LAUNDROMAT. W październiku 2019 r. wiarygodna organizacja pozarządowa Transparency International UK ogłosiła raport przedstawiający Zjednoczone Królestwo jako wartki kanał przepływu brudnych pieniędzy świata na drogie nieruchomości, wykwintną biżuterię, luksusowe jachty, prywatne odrzutowce, czesne w prywatnych szkołach dających paszport do elit. Poprzez firmy rachunkowe, banki i kancelarie prawne do Wielkiej Brytanii, bezpiecznego schronu dla owoców korupcji, napłynęło ponad 300 miliardów funtów.

Operacje prania pieniędzy i czyszczenia reputacji ich posiadaczy prowadzone są zręcznie przez firmy inkorporowane w Wielkiej Brytanii i powiązanych z nią rajach podatkowych. Znaczna część środków należy, pośrednio lub bezpośrednio, do skorumpowanych piastunów władzy wykorzystujących publiczne pieniądze dla osobistych korzyści. Wśród brytyjskich podmiotów uczestniczących w tych praktykach Transparency International zidentyfikowała 86 instytucji finansowych, 81 kancelarii prawnych i 62 biura rachunkowe. W procesach zamiany tego, co ukradzione, na to, co pożądane, uczestniczą (świadomie lub nie) prawnicy, handlarze nieruchomości, architekci, dekoratorzy wnętrz, prywatne szkoły i uniwersytety, agencje PR, kluby sportowe.

Raport TI wspomina o 421 świetnych posiadłościach o wartości ok. 5 miliardów GBP nabytych za pieniądze z ukrytą przeszłością. Lecz nie wszystko udało się odsłonić: w Anglii i Walii aż 87 tysięcy posiadłości należy do spółek zarejestrowanych w jurysdykcjach chroniących anonimowość posiadaczy.

RZĄD, KTÓRY JEST ZAKAŁĄ. Pranie pieniędzy to proceder wyrafinowany, nietrudny do wykrycia i zagrożony surowymi karami. Owszem, lecz w Wielkiej Brytanii jest inaczej. Gdybym miał brudne pieniądze (lecz nie mam nawet czystych), prałbym je w tylko Londynie. Stamtąd najłatwiej wprowadzać środki do światowego obiegu finansowego. Pieniądz raz do niego wpompowany odtąd może już bezkarnie krążyć jako wolny, czysty, przyzwoity. Klientem brytyjskich pralni bywał Paul Manafort, niesławnej pamięci szef kampanii Donalda Trumpa, był Wiktor Janukowycz, a poprzez Lantana Trade LLP z Harrow ślady wiodą hen, wyżej kremlowskich wież… Nie wspomina się o tym w parlamencie, nie poruszają tematu premierzy i ich ministrowie. Zjednoczone Królestwo milczy i korzysta.

W Wielkiej Brytanii miano pracza zdobył HSBC czyszcząc środki południowoamerykańskich karteli narkotykowych. Został za to ukarany w USA grzywną w wysokości 1,9 mld USD, niemniej wyszedł na swoje. Ale za środki wyprane w estońskiej filii Danske Banku (przepłynęło tamtędy ok. 200 mld eur, w ogromnej większości z Rosji) można byłoby kupić cały HSBC, a za resztę jeszcze Danske Bank, acz taki zakup odradzam. Whistleblower Howard Wilkinson, który wykrył estoński mechanizm, stwierdził przed Parlamentem Europejskim, że winne były także rządy, a wśród nich zakałą jest brytyjski.

INSTRUKCJA PRANIA. The Guardian opracował instrukcję prania pieniędzy. Należy unikać gotówki. Zostawia ślad! Gdyby sumy wyprane w Tallinie gromadzić w najwyższym nominale, ważyłyby 400 ton. Pieniądz elektroniczny nie ma wagi; czytam, że cały internet świata waży 50 gramów. Należy także unikać podejrzanych rajów podatkowych, gdzie plaże pławią się w słońcu, a ludzie nikną w cieniu. Afera Panama Papers uczy, ze należy unikać papieru. Wreszcie należy unikać rachunku bankowego na imię i nazwisko posiadacza. Lepiej skorzystać ze spółek – wydmuszek.

Zachęca do tego brytyjski rejestr handlowy, Companies House, szeroko otwarty dla internautów. Założenie spółki przez internet trwa 24 godziny i kosztuje 12 GBP. Nie ma potrzeby uwidoczniania w rejestrze piastunów spółki. Należy ujawnić PSC: person with significant control, czyli osobę sprawującą znaczny wpływ na spółkę. W Wołominie nazywa się ją słupem, reszta działa tak samo. Można rejestrować spółkę na rzeczywistą postać, jak belgijski dentysta z książki telefonicznej, ale dla bezpieczeństwa lepiej popełnić literówkę w nazwisku, bądź użyć liter nieznanych miejscowemu alfabetowi. Polecam wobec tego nazwiska Żołędź, Banaś, Łóńć itp. Komentator Guardiana tropiąc słupa nazwanego Xxx Stalin (miał być nim Francuz ze wschodniego Londynu) wykrył fantom kontrolujący 6 tysięcy podmiotów. Odkrył także legiony niemowląt, nawet płodów dopiero poczętych. A dwumiesięczna dziewczynka zdążyła nie tylko wyjść za mąż  (figuruje jako Mrs), lecz i założyć spółkę, której statut wskazuje ją jako osobę uprawnioną do powołania lub odwołania, osobiście lub przez pełnomocnika, większości zarządzających.

Kto nie ma poczucia humoru, kłamie sprytniej. Wymyśli spółkę o elegancko brzmiącej firmie, jak Mount & Royal Investment Co. Ltd, zależną od pozornie wiarygodnej globalnej korporacji. Warto oświadczyć, że księgi zostały zbadane przez audytora, najlepiej nieistniejącego, bo ci istniejący to już całkiem stracili wiarygodność. Kto otrzymuję propozycje biznesowe z Nigerii, być może figuruje także w Companies House. Wpisów jest tyle milionów, że nikt się w tym nie połapie. Nie sprawdza się ich, ponieważ – jak ujawnił właściwy minister – byłoby to kosztowne.

Dlatego brudne pieniądze są prane. Szkody wywołane przez oszustwa vatowskie wycenia się na miliard funtów szterlingów rocznie. Łączne koszty oszustw szacowane są na 190 mld GBP. Lecz widać korzyści są wyższe, skoro państwo szeroko zamyka oczy.

ROZMACH ZAKUPÓW. Jak wydawać, to tylko w Londynie. Kupując u Cartiera brylantowy naszyjnik za milion funtów szterlingów. Zamawiając bentleya bentayga za 220 tysięcy GBP. Żakiecik ze skóry krokodyla z takąż torebką w komplecie za 50 690 funtów (tylko u Harrodsa!). Lożę na stadionie piłkarskim Stamford Bridge (kibice wiedzą, do kogo należy klub rozgrywający tam mecze) za 126 tysięcy funtów. Nieczynne lądowisko dla poduszkowców w hrabstwie Kent za 34 827 funtów; aż prosi się, by na kanwie tej transakcji osnuć intrygę powieści szpiegowskiej z wątkiem politycznym…

Bentley należy do syna Vlada Fileta, b. premiera Mołdawii odsiadującego tam wyrok 9 lat za „kradzież stulecia”. Chłopak studiuje w City University of London, za tysiąc funtów dziennie wynajmuje penthouse w Chelsea, a St Tropez pija szampana Dom Pérignon przez plastikową słomkę. Prostak.

Zamira Hadżijewa, żona uwięzionego w Azerbejdżanie za oszustwa „tłustego kota międzynarodowej bankowości”, ma w Zjednoczonym Królestwie dwie posiadłości szacowane na 22 miliony funtów, odrzutowiec Gulfstream, pole golfowe w Ascot, plus 4 tysiące funtów dziennie na zakupy u Harrodsa.

W następstwie skandalu Panama Papers nowojorscy policjanci seryjnie zakuwali w kajdanki oszustów podatkowych, Niemcy oddelegowali do sprawy 81 prokuratorów, Hiszpanie dopadli Lionela Messi i Christiano Ronaldo, Pakistańczycy uwięzili premiera na 10 lat. Brytyjczycy aresztowali raptem 4 osoby. Transagraniczni milionerzy wciąż są tam nietykalni.

Przepływem ich pieniędzy do Wielkiej Brytanii steruje ok. 17 tysięcy wydmuszek, z czego 1455 ma rejestrową siedzibę w niepozornym biurze nad barem w Birmingham. Lecz bywa, że w pranie pieniędzy angażują się znane podmioty. Odział EY w Dubaju nie tylko nie zgłosił podejrzanych transakcji złotem, nawet sfałszował raport kryjący proceder przejmowania pieniędzy handlarzy narkotyków, by kupować za nie na czarnym rynku złoto; do rafinerii Kaloti przerzucono 3,6 tony kruszcu. Owszem, aresztowano 27 członków gangu, ale we Francji.

TROJKA W GALOPIE. Ślady brudnych pieniędzy czytelnie prowadzą do Rosji. Prowadzą przez Estonię, Łotwę, Litwę, Finlandię, Austrię, Niemcy – a wraz z nimi przez cały już świat. Do Wielkiej Brytanii przepłynęło co najmniej 3 i pół miliarda funtów. Wielu ekspertów uważa, że wymieniona tu kwota to jedynie „wierzchołek góry lodowej”. Proceder nazwano Trojką (lub Troika Laundromat) od nazwy rosyjskiego banku Troika Dialog, którego – rzecz jasna – już nie ma. Banki uwikłane w pranie pieniędzy zostały pozamykane, ale pieniądze wyprane przy ich udziale mają się wyśmienicie.

Brytyjskie zaprzeczenia w sprawie hurtowego prania rosyjskich pieniędzy są równie wiarygodne, co rosyjskie zaprzeczenia w sprawie trucia szpiegów. Prano nie tylko poprzez nieszczęsny Danske Bank z Estonii. Inne państwa bałtyckie nie pozostały w tyle. Bardzo aktywny był litewski bank Ukio (zamknięty w lutym 2013 r.), który obsłużył 1,3 miliona transakcji pralniczych z udziałem ok. 238 tysięcy klientów. Kanałami Ukio przepłynęło ok. 230 tysięcy USD z afery Magnickiego (który aferę wykrył i za to stracił życie). Uwikłany w proceder łotewski ABLV Bank zamknięto dopiero w 2018 r. Przez fiński Nordea Bank wyprano ok. 700 milionów eur. Śledztwami w tej sprawie objęto austriacki Raiffeisen Bank International i Raiffeisen Zentralbank Österreich. Pełnej roli Deutsche Banku nie udało się dotąd ogarnąć.

Transakcje przeprowadzano metodą „na rympał”. Dobierano niewiarygodne słupy, fałszowano ich podpisy. Na przykład Ormianin Armen Ustian miał udzielić panamskiej spółce Dino Capital pożyczki w kwocie 40 tysięcy USD. Kiedy dziennikarze dotarli do niego, okazało się, że mieszka na armeńskiej prowincji z żoną i rodzicami w nieopalanym mieszkaniu, a do Moskwy, owszem, jeździ, lecz nie w interesach, a za pracą na budowach.

GET BREXIT DONE! Nikt nie wie, ile wypranych pieniędzy zostało obróconych na wsparcie Brexitu. Albowiem nic tak nie uwiera praczy, jak Unia Europejska i przynależność do niej Zjednoczonego Królestwa sympatycznie wyrozumiałego dla napływu pieniędzy na Wyspy. Dlatego o wyjście Wielkiej Brytanii z UE najbardziej gorliwie zabiega Rosja i jej protegowani. Londongrad, jak Rosjanie nazywają Londyn, czeka na ich pieniądze.

Tekst ogłoszony 9 listopada w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET.

 

 

 

Gdy audytor wybiera klienta

  • Nie ma dymu bez ognia. W reakcji na serię skandali i powszechną krytykę brytyjscy audytorzy zaczynają przebierać w klientach;
  • Największe firmy, do tej pory zainteresowane zwiększaniem udziałów w rynku, rezygnują z badania sprawozdań najbardziej kłopotliwych spółek;
  • Wprawdzie selekcja klientów jest ważnym instrumentem zarządzania przez audytorów ryzykiem, ale zarazem rodzi ryzyko krytycznej reakcji rynku i mediów;
  • Nie wiemy jeszcze, jak nowa polityka wyboru klientów wpłynie na nadmiernie wygórowane ceny badania sprawozdań.

Tłusta Czwórka na odwyku! Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie czołowe firmy audytorskie zaczęły odchudzać portfele zleceń na badanie sprawozdań. Do tej pory dążący do zwiększenia udziałów w rynku, audytorzy nareszcie dostrzegli ryzyko płynące z wydawania kłopotliwym spółkom pozytywnych ocen. Przekonali się, że pobieżnie przeprowadzony audyt grozi przeoczeniem bardzo poważnych nieprawidłowości, co przecież zdarzało się często, ku oburzeniu opinii publicznej i surowym reakcjom nadzoru. Natomiast audyt wnikliwy, rzetelny, bywa mniej owocny finansowo. Dlatego wielkie firmy audytorskie wprowadzają selekcję klientów.

Przykład dały firmy najbardziej skompromitowane. Grant Thornton (na firmie ciąży skandal Patisserie Valerie) w ostatniej chwili odmawia badania sprawozdań Sports Direct, spółki pozbawionej corporate governance (w tym funkcji audytu wewnętrznego), rezygnując w wynagrodzenia rzędu 1,4 miliona funtów. KPMG, audytor skompromitowany nieoczekiwanym upadkiem Carilliona, wyrzuca z portfela zleceń najbardziej kontrowersyjnych klientów: firmę logistyczną Eddie Stobart i operatora telekomunikacyjnego Lycamobile. PwC wycofuje się z badania największego w Wielkiej Brytanii pośrednika na rynku pracy, Staffline.

Niewątpliwie filtrowanie klienteli jest ważnym instrumentem zarządzania ryzykiem firmy audytorskiej. Lepiej odmawiać usług spółkom budzącym wątpliwości, niż odmawiać wydania opinii po przeprowadzeniu pracochłonnego badania, lub wydać opinię fałszywą, pozytywnie oceniając spółkę na krótko przed jej spektakularnym upadkiem. Niemniej niektóre przypadki selekcji klientów budzą niepokój rynku: technologiczna spółka RNS została porzucona przez BDO bez należytych wyjaśnień. Stowarzyszenia akcjonariuszy ShareSoc (nie mylić z grami komputerowymi) i UKSA (nie mylić z brytyjską agencją kosmiczną) zwracają uwagę na potrzebę ujawniania powodów odstąpienia od badania sprawozdań.

Ostrożność audytorów bywa uzasadniana wysokimi sankcjami wymierzanymi za błędy w badaniu sprawozdań. PwC stoi przed groźbą kary w wysokości nawet 10 milionów GBP za udział w aferze British Home Stores, firmie wymierzono także karę w kwocie 4,7 miliona GBP za audyt Redcentric (usługi IT); ponadto sankcjami objęto dwóch partnerów. KPMG ukarano kwotą 5 milionów GBP (ostatecznie karę zmniejszono do 3,5 miliona GBP) za niestaranne badania brytyjskiej odnogi BNY Mellon, a także kwotą 6 mln GBP za przypadek Equity Syndicate Management. Nadzór surowo napomniał Deloitte i partnera firmy karząc ją kwotą 4,2 miliona GBP (pierwotnie 6,65 miliona) za skandalicznie niedoróbki w badaniu spółki outsourcingowej Serco Geografix.

Brytyjska spółka Deloitte budzi krytyczne zainteresowanie także z innego powodu. 31 maja, jako pierwsza z Tłustej Czwórki, ogłosiła roczne sprawozdanie. Wykazało ono rekordowy przychód w wysokości 3,97 miliarda funtów szterlingów (są w tej sumie przychody Deloitte ze Szwajcarii). Złożyły się na to m. in. działy audytu (582 mln), konsultingu (952 mln) oraz doradztwa prawnego i podatkowego (682 mln). Audyt i doradztwa napędzają się wzajemnie, przysparzając spółkom audytorskim klientelę i przychody. Firma zatrudnia 19 000 pracowników, ma 1070 partnerów, z czego 699 to equity partners uczestniczący w zyskach, pozostali to salaried partners wynagradzani pensjami. Ci pierwsi otrzymują do podziału 617 mln funtów, co daje rekordową przeciętną ponad 882 tysięcy funtów. Krytyczny odbiór spółki przez rynek, media, opinię publiczną nie wpływa przeto na dochody jej partnerów.

Podział spółek audytorskich, rozdzielenie audytu od doradztwa, budzi opór zainteresowanych, niemniej jest konieczny. Projekty nowych regulacji dojrzewają, lecz są odwlekane, podobnie jak powołanie Audit, Reporting and Governance Authority, nowego organu nadzoru mającego zastąpić zasłużoną Financial Reporting Council. Wypada czekać, aż opadnie kurz bitewny po wydarzeniach prowadzących do katastrofy brexitu.

Tekst ogłoszony 21 września 2019 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIER

 

 

 

Cisza wyborcza na temat corporate governance trwa w Polsce przynajmniej cztery lata

  • W Polsce trwa kampania wyborcza. Żadne z ugrupowań ubiegających się o miejsca w parlamencie nie poświęca należytej troski sprawom rynku kapitałowego;
  • Ostatnie cztery lata upłynęły w polskiej polityce pod znakiem całkowitego braku zainteresowania tematyką corporate governance;
  • Politycy są przerażająco krótkowzroczni: interesują ich wyłącznie wyniki sondaży i władza, brak im szerszego spojrzenia na interesy państwa i społeczeństwa;
  • Państwo demoluje wolny rynek, zawłaszcza spółki ze swoim udziałem, zniechęca inwestycje zagraniczne, staje się Poletkiem Pana Prezesa.

Jedna z partii politycznych zapowiada ogłoszenie Aktu Przywrócenia Demokracji. Chciałbym wzbogacić tę piękną inicjatywę Aktem Ustanowienia w Polsce Ładu Korporacyjnego (czyli corporate governance). Ustanowienia, nie przywrócenia, bo nie wystarczy przywrócić sytuację na rynku kapitałowym do stanu z wybranego okresu lub roku, ponieważ nigdy nie był to stan należyty. Polska transformacja gospodarcza zakładała prywatyzację znacznej części przedsiębiorstw państwowych, w oparciu o własność prywatną uruchomiono giełdę, dzięki giełdzie kapitał zaczął napływać na rynek, sprawy szły w dobrym kierunku. Niebawem jednak opadł zapał reformatorski, prywatyzacja zaczęła wygasać, pojawiły się hasła głoszące potrzebę „udomowienia” banków zdominowanych przez obcy kapitał. A nadto odkrywcze stwierdzenia, że kapitał ma narodowość. Zaczęto głosić potrzebę pielęgnowania „narodowych czempionów” (jedynym prawdziwym czempionem, wiernie wspieranym przez państwo, jest kościół katolicki). Rozpoczęto pełzającą inwazję polityki na Giełdę Papierów Wartościowych. Jej współtwórca, Krzysztof Lis, powiadał, że “giełda zawdzięcza immunitet od polityki opiece Najświętszej Panienki“, lecz Panienka wyjechała na wakacje, a dzisiaj nie ma już do czego wracać.

Nigdzie na świecie temat corporate governance nie dominuje w debatach politycznych ani w kampaniach wyborczych. „Przypadkowy elektorat” (mimo wszystko, wolę ten nieszczęsny epitet od „ciemnego ludu”) nie dba o porządek na rynku kapitałowym, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że od owego porządku zależy pomyślność pokoleń: wzrost gospodarczy, inwestycje, emerytury. Niemniej są politycy, którzy w ostatnich latach sprawom corporate governance poświęcili niemało uwagi.

W Wielkiej Brytanii premier Theresa May nie spełniła pokładanych w niej nadziei, ale pobudziła świadomość potrzeby doskonalenia corporate governance jako paszportu gospodarki w przyszłość: Brytyjczycy pragną zwiększyć konkurencyjność kraju po opuszczeniu Unii poprzez wprowadzenie na swój rynek najwyższych standardów władztwa w korporacjach. Za czasów Theresy May przyjęto nowoczesny 2018 UK Corporate Governance Code, podjęto starania na rzecz wprowadzania pracowników do rad dyrektorów i analizy rozpiętości płac prezesów i pracowników.

W Stanach Zjednoczonych sprawom corporate governance wiele uwagi poświęcają liczne stany zabiegające o zwiększenie udziału kobiet w radach dyrektorów, a na szczeblu federalnym – senator Elizabeth Warren (demokratka z Massachusetts), zabiegająca o nominację swojej partii w wyborach prezydenckich 2020 r. Wprawdzie jej najpoważniejszy rywal twierdzi, że senator jest „niewybieralna”, lecz iluż pretendentów do prezydentury głosiło to samo w 1975 r. na temat Jimmy’ego Cartera, gubernatora Georgii, który wzbogacił zwycięską kampanię prezydencką ideą międzynarodowej ochrony praw człowieka? Politycy najczęściej dbają o słupki poparcia, lecz gdy pomiędzy nich wkracza rzecznik prawdziwych wartości, ma szansę rozgonić konkurentów.

W Polsce ostatnich lat nikt dostatecznie stanowczo nie zabiega o wartości. Cisza na temat corporate governance trwa od lat, bez względu na kolejne kampanie wyborcze. Populizm i rozdawnictwo skutecznie przemawiają do bezideowych mas. Lecz takie postępowanie prowadzi do upadku. Politycy nie są pomni faktu, że rozdawanie pieniędzy jednym wymaga zabierania ich wszystkim, lecz kiedyś, zapewne już wkrótce, skończą się możliwości zabierania pieniędzy społeczeństwu, więc skończy się władza łaskawców. Zapewne pozostanie po nich susza, moc rozczarowań, inflacja i kryzys zadłużenia.

Przez lata usiłowałem walczyć z określeniem „spółki Skarbu Państwa”; są to przecież spółki z udziałem państwa, niekiedy mniejszościowym, ale świadomość tego systematycznie gaśnie, ponieważ państwo nie liczy się ze wspólnikami, lekceważy ich interesy, pozbawia ich prawa współdecydowania o spółkach i ich pieniądzach. Krzyczącym przykładem jest Polska Fundacja Narodowa. Nawet nie chodzi o to, że marnotrawi ona pieniądze, lecz przede wszystkim o to, że pieniądze płyną do niej ze spółek z udziałem Skarbu Państwa bez pytania ich akcjonariuszy o zgodę na takie wydatki. Państwo, które lekceważy swoich wspólników, oszukuje ich na pieniądzach, traci zaufanie.

W państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma miejsca na prywatyzację, na silny rynek kapitałowy, giełdę, corporate governance. Wspomniane zjawiska dałyby Polsce i jej gospodarce rzeczywisty impuls do rozwoju. Gospodarki nie należy zaklinać w slajdach pełnych niedorzecznych założeń. Prezes ma wielką władzę, potrafi łamać prawa, ale praw ekonomii nie zmieni, nie pokona. Tu kończy się jego poletko.

Czytaj także:                                                                                                                                Nie napisałem tu niczego, czego nie głoszę w tym miejscu od blisko 20 lat. Musiałbym przywołać kilkaset tekstów…

 

Dlaczego Hong Kong Exchange & Clearing nie przejmie London Stock Exchange Group?

  • Hong Kong Exchange and Clearing (HKEX) złożyła niespodziewaną ofertę nabycia wszystkich akcji London Stock Exchange Group (LSEG); 
  • Oferta została szybko i zdecydowanie odrzucona, a każdy z argumentów podniesionych przeciwko transakcji sam z osobna także wystarczyłby;
  • Potwierdziło się po raz kolejny, że giełda zdominowana przez rząd nie jest poważnie brana pod uwagę jako ewentualny nabywca innych giełd;
  • Blask Hongkongu zwolna blednie, nadciąga kryzys, lecz miasto nadal pełni rolę śluzy, przez którą płyną do Chin wzory corporate governance.

Oferta giełdy z Hongkongu na LSE nie była dyktowana arogancją, jak pomysł Trumpa nabycia Grenlandii. Ani poczuciem humoru, jakim błysnęła Grenlandia rozważając kupno USA. Lokator Białego Domu wyrwał się z propozycją nabycia wyspy jak Filip z konopi, a kiedy go wyśmiano, obraził się na Danię. Grenlandia bawiła się pomysłem kontroferty przejęcia całych Stanów Zjednoczonych, ale odstąpiła od zamiaru z powodu nadmiernego zadłużenia przedmiotu takiej transakcji. Natomiast oferta z Hongkongu okazała się nie do przyjęcia, a to z mnogości powodów.

Rada dyrektorów LSE szybko rozprawiła się z ofertą odrzucając ja zdecydowanie. Uznano, że transakcja przyniosłaby poważne ryzyko dla akcjonariuszy londyńskiej giełdy. Stwierdzono, że proponowana cena za wszystkie akcje LSE Group (32 miliardy funtów) nie odzwierciedla wartości londyńskiej giełdy. Zwrócono uwagę, że oferta nie została biznesowo przedstawiona i uzasadniona (w rzeczy samej, złożono ją na chybcika). A ponadto, może przede wszystkim, propozycja byłaby trudna do przyjęcia z uwagi na związki HKEX z władzami autonomii (pośrednio z rządem Chin). Blisko połowa składu tamtejszej rady dyrektorów to nominaci rządu lokalnego, który w takich sprawach kieruje się zdaniem Pekinu.

Nie bez znaczenie jest także, że londyńska giełda niedawno ujawniła plan globalnej ekspansji poprzez nabycie, za 27 miliardów USD, kontroli nad Refinitiv, operatora danych biznesowych świadczącego globalnie usługi na bankowych parkietach transakcyjnych. Realizacja tego zamysłu postawiłaby londyńską giełdę na pozycji znaczącego rywala obecnego hegemona rynku, Bloomberg LP.

Rada dyrektorów LSE mogła też wziąć pod uwagę inwazję chińskiego kapitału na rynki Wielkiej Brytanii. W bieżącym roku chińskie spółki dokonały w Zjednoczonym Królestwie 15 dużych akwizycji za 6,75 miliarda funtów; w ubiegłym roku Chińczycy wydali 6 miliardów funtów na 23 akwizycje. Przyczyniły się do tego niewątpliwie spadek wartości funta, oraz okazja polityczna związana z zamieszaniem w toku przygotowań do Brexitu. Giełda z Hongkongu, jedna z najważniejszych na świecie, zyskała globalną pozycję m.in. dzięki przejęciu przed siedmiu laty London Metal Exchange.

Przejmując LME, Chińczycy zachowali na wskroś brytyjski charakter instytucji i jej personelu, ale zwiększyli jej zasięg. Fuzja giełd Londynu i Hongkongu pozwoliłaby na nieprzerwany handel przez 18 godzin na dobę. Zamysł reklamowany był jako „korporacyjny związek Romea i Julii”, lecz ten Romeo nie podbił serca Julii. Zwłaszcza, że oferta dotyczyła nie tylko zapłaty nie tylko w gotowce, także w akcjach. Z jednej strony, ofertę można było potraktować jako dowód zaufania w pozycję Londynu w światowych finansach, bez względu na Brexit. Z drugiej – odmowę uzasadniano także argumentem, że LSE dostrzega możliwości dla siebie i dla Chin w partnerstwie z giełdą w Szanghaju.

Londyńska giełda zapewne przywykła do składanych jej ofert handlowych.  Od roku 2000 była przedmiotem siedmiu nieudanych propozycji przejęcia lub fuzji. Sprawy zaszły najdalej w toku przygotowania w 2017 r. wartej 21 miliardów funtów fuzji z Deutsche Börse z Frankfurtu nad Menem, zablokowanej przez Komisję Europejską. LSE założyli w 1773 r. kupcy handlujący od ponad 200 lat w londyńskich kawiarniach (stąd rezerwa wobec giełd rządowych). Giełda przetrwała niemieckie bombardowania („blitz”) i zamach irlandzkich terrorystów.

W tle niedoszłej do skutku transakcji przejęcia LSE Group przez HKEX słychać rozchodzące się po świecie echa wydarzeń w Hongkongu. Od ponad 100 dni miasto żarliwie walczy o zachowanie swojej autonomii. Zasada „jeden kraj, dwa systemy” powoli odchodzi w niepamięć. Ze wzgórz za dzielnicą Nowe Terytoria widać fenomenalnie rozkwitający Shenzen, miasto będące potencjalnym konkurentem Hongkongu, z własną giełdą, która z czasem winna aspirować do pozycji tej w Szanghaju. Kiedy przed trzydziestu kilku lat odwiedziłem ambitny Shenzen, był on śluzą (ten trafny termin ukuł na miejscu prof. Ryszard Ławniczak), przez który z Hongkongu do Chin ostrożnie sączono nowoczesność. Dzisiaj to Hongkong jest śluzą, przez którą płyną ze świata do Chin zasady corporate governance.

Podczas mojej pierwszej podróży przez Chiny nikt tam nie słyszał o corporate governance. W toku kolejnej podróży stwierdziłem, że giełda w Szanghaju przyjęła zasady dobrej praktyki notowanych na niej spółek zanim my w Polsce przystąpiliśmy do prac nad projektem takich zasad. Dzisiaj działają zespoły ekspertów giełd Hongkongu i Chin opracowujące wspólne standardy postępowania na rynku kapitałowym. Propozycja przejęcia LSE nie była przeto rozpaczliwym krokiem ku uchronieniu Hongkongu przed rosnącą dominacją Chin, chociaż stworzono pozory, że jest to nagła akcja ratunkowa. Przeciwnie: chodziło o wzmocnienie pozycji Chin w Europie. Do czego zresztą dochodzi.

Czytaj także:  

2018.09.28 Corporate governance w Chinach. Raport AGCA 2018

2005.09.26 W Państwie Środka

Audyt po brytyjsku: reformować czy pudrować?

  • Brexit jest jak chmura gradowa zawisła nad Wyspami, jeszcze więcej obaw budzi nadciągający kataklizm Boris*, ale państwo działa;
  • Jednym z obszarów jego aktywności są usiłowania ku uporządkowaniu skandalicznej branży audytorskiej;
  • Przez półtora roku od upadku Carilliona prześwietlano brytyjski audyt, odsłonięto jego liczne niedomagania i podjęto dyskusję nad sposobami poprawy stanu rzeczy:
  • Jedna z koncepcji zakłada rozpędzenie zblazowanych gigantów Tłustej Czwórki, czyli rozdzielenie pionów audytu i wszelakiego doradztwa.

Szokująca niekompetencja i chciwość brytyjskich audytorów zadziwia nie od dzisiaj. Po upadku Carilliona wyszło na jaw, jak przez lata pasły się na spółce firmy Tłustej Czwórki. Po niemniej głośnym upadku Patisserie Valerie, sieci cukierni, dowiedzieliśmy się, że adytor nie zapoznał się z sytuacją badanej spółki, ponieważ go to nie interesuje. Skandali jest tak wiele, że społeczeństwo traci zaufanie do branży autorskiej, natomiast regulator nie nadąża z wymierzaniem kar.

Wyróżnić można dwa podejścia do problemu. Izba Gmin optuje za radykalną reformą, rząd za przypudrowaniem kryzysu. Parlamentarna komisja ds. BEIS (Biznesu, Energii i Strategii Przemysłowej) pod energicznym przewodnictwem Rachel Reeves opracowała 32 zalecenia, w tym ścisłe rozdzielenie w firmach Tłustej Czwórki działu audytu od pozostałych. Greg Clark, odpowiedzialny na te materię w rządzie, pragnie ograniczenia akcji do niezbędnego minimum w zamiarze „zachowania pozycji Wielkiej Brytanii jako ośrodka doskonałości audytowej”. Jej świadectwem mają być wpływy z eksportu usług audytowych: w 2017 r. przyniosły one 1,3 mld GBP, co dało 11 proc. PKB.

O rzekomej „doskonałości audytowej” świadczą dokonania nadzoru, Financial Reporting Council, oraz imponujące wpływy z kar nakładanych na firmy audytorskie za niestaranne, niechlujne usługi. Najczęściej zarzuca się im brak profesjonalnego sceptycyzmu, przyjmowanie na wiarę oświadczeń menedżerów, brak krytycznego podejścia do przychodów, brak wyobraźni w ocenie kontynuacji działalności. Ale niby jest postęp: za poprawne lub wymagające względnie niewielkich korekt uznano w roku 2018/19 „aż” 70 proc. (!) badań sprawozdań spółek z indeksu FTSE 350; w r. 2017/18 było ich 73 proc. Cel na rok 2019/20 wynosi 90 proc. poprawności badań i jest w tym świetle nadzwyczaj ambitny. FRC zakłada osiągnięcie wskaźnika 100 proc. w roku 2020/21.

Najniżej oceniono PwC i Grant Thornton. Pierwszą za znaczący spadek jakości badań sprawozdań klientów z indeksu FTSE 350, drugą za kompromitujący upadek standardów. Jego świadectwem było oświadczenie audytora po upadku badanej przez lata Patisserie Valerie, że nie jest on od tego, żeby wykrywać oszustwa. Wolał dokonywać ich sam?

W przypadku PwC za satysfakcjonujące lub wymagające niewielkich poprawek uznano zaledwie 65 proc. (mniej niż dwie trzecie!) badań spółek FTSE 350; w poprzednim roku 2017/18 uznano za takie 84 proc. badań. Tegoroczny wskaźnik dla wszystkich badanych spółek jest lepszy: 77 proc. Albo FRC przykłada się bardziej do kontroli badań sprawozdań spółek notowanych, albo PwC przykłada się bardziej do badań spółek nienotowanych. Aż 50 proc. wszystkich przeprowadzonych przez Grant Thornton badań sprawozdań za rok 2018/19 nie spełniło standardów; w ub. roku odsetek rażących braków wyniósł 26 proc. W lipcu b.r. audytor przystąpił do przeglądu jakości swoich usług.

W badaniach sprawozdań spółek z FTSE 350 lepszy wskaźnik osiągnęła KPMG**: 80 proc. badań wymagało nie więcej niż drobne uzupełnienia, co robi wrażenie w porównaniu z katastrofalną oceną za poprzedni rok: zaledwie 50% poprawności. Zamiast bawić się w audyt, można było rzucać monetę. Jeszcze lepszy wynik: 84 proc. osiągnęła Deloitte (poprzednio 75 proc.). Ale firmę ukarano grzywną (pierwotnie 6,5 mln GBP, po okazaniu skruchy i czynnego żalu karę zmniejszono do kwoty 4 225 tys. GBP) po zawiadomieniu Serious Fraud Office o poważnych nieprawidłowościach w badaniu sprawozdań spółki outsourcingowej Serco Geografix. Deloitte zapłaciła także 300 tys. GBP tytułem kosztów postępowania, oraz przyrzekła przeprowadzenie programu szkolenia całego personelu. Grzywną ukarano także partnerkę prowadzącą audyt w Serco. Za to EY dochowała należytych standardów w badaniach 89 proc. sprawozdań spółek z FTSE 350.

*Tekst wysłany do Gazety Giełdy i Inwestorów PARKIET 14 lipca 2019 r. i ogłoszony 30 lipca. Zmieniło się tyle, że Boris został już premierem Zjednoczonego (jeszcze) Królestwa.

**Pierwotnie “napisało mi się” KGHM. Przepraszam. Czytelnikowi dziękuję za zwrócenie mi uwagi.                                                                                                     

 

 

 

 

 

 

 

Kobiety w brytyjskich radach. Liczby krzepią, pospolitość skrzeczy

  • Cranfield University corocznie ogłasza raporty na temat liczbowego udziału kobiet w radach dyrektorów spółek z indeksów FTSE 100 i 250;
  • Statystyki pokazują nieprzerwany wzrost udziału kobiet w radach, ale są tak konstruowane, by odzwierciedlić nadal stosowaną wobec kobiet dyskryminację;
  • Przyjęto bowiem założenie o prymacie płci (a w dalszej kolejności – koloru skóry) nad kwalifikacjami do posługi w radach;
  • Przeto liczby krzepią, cele stawiane przez rząd do roku 2020 zapewne zostaną osiągnięte, lecz mimo to pospolitość skrzeczy.

Kobiet w radach przybywa, ich znaczenie nie wzrasta. Taki wniosek płynie z najświeższego (2019 r.) raportu Cranfield University prowadzącego od 21 lat doroczne spisy kobiet w radach dyrektorów spółek z indeksów FTSE. Statystyka pokazuje więc wzrost liczby kobiet w radach dyrektorów brytyjskich spółek, ale kryjąca się za liczbami rzeczywistość rozczarowuje. Zmiany mają charakter ilościowy i nie kreują wartości.

Brytyjski rząd zakłada, że do roku 2020 udział kobiet w radach dyrektorów spółek z indeksu FTSE 100 wzrośnie do 33 %. Premier Theresa May wykazała więcej zainteresowania i inicjatywy w dziedzinie corporate governance niż wszyscy jej poprzednicy razem wzięci. I chociaż na dniach opuści Downing Street, plany jej rządu mogą zostać urzeczywistnione. Osiągnięto już wskaźnik 32% (w połowie ub. r. wyniósł on 29%), czyli na papierze widać postęp.

Ponieważ wiele kobiet pełni posługę w radach od niedawna, statystyka zarazem przedstawia niepokojące dane, zakrzywiające obraz rzeczywistości. Otóż wynika z nich, że:

  • Tenura kobiet jest krótsza: wynosi 3,3 roku, podczas gdy mężczyźni pełnią w radach przeciętnie dwakroć dłuższą posługę. Uwaga ASN: zapewne wynika to z faktu, że wiele kobiet dopiero niedawno weszło do rad, więc nie zdążyło się w nich zasiedzieć.
  • Rzadziej są awansowane. W spółkach FTSE 100 kobiety stanowią 38,9% dyrektorów niewykonawczych (non-executive directors, NEDs), ale tylko 10,9% dyrektorów zarządzających (executive directors). Uwaga ASN: zapewne nie bez znaczenia jest krótki staż wielu dyrektorek.
  • Są młodsze od mężczyzn (z powodów jak powyżej. Ale jakie to ma znaczenie? – uwaga ASN).
  • Wiele z nich jest rasy białej. Tylko 11% kobiet zasiadających w radach spółek FTSE 100 „reprezentowało” rasę czarną lub mniejszości etniczne (statystycznie ujmowane łącznie), podczas gdy udział tych grup w populacji Zjednoczonego Królestwa wynosi 19,5%. Komentarz ASN: nam trudno zrozumieć to zmartwienie, ponieważ w kraju etnicznie jednolitym nie prowadzi się takich statystyk, lecz coraz więcej zachodnich ekspertów uważa, że rady mają być zwierciadłem przekroju społecznego. Czy idąc tym tokiem rozumowania, należałoby zadbać o reprezentację w organach spółek (a co z akcjonariatem?) mniejszości religijnych, seksualnych, niepełnosprawnych i wegan?

W roku 2008 w radach dyrektorów spółek FTSE 100 było zaledwie 11,7% kobiet. Od tego czasu z każdym rokiem ich udział systematycznie rośnie. W tych spółkach siedem kobiet pełni funkcję CEO (w tym Emma Walmsley w GlaxoSmithKline i Carolyn McCall w ITV). Liczna kobiet przewodniczących radom (chair, dawniej chairwoman) spadła z 7 do 5. Niemniej należy odnotować obecność kobiet w radach wszystkich spółek z indeksu FTSE 100. Wiele kobiet zasiada w więcej niż jednej radzie dyrektorów, siedem z nich zasiada w trzech radach. Czy nie jest to overboarding?

Dla indeksu FTSE 250 statystyki są mniej korzystne: w korpusie dyrektorów jest 27,3% kobiet wobec 23,7% rok wcześniej (to nie jest czeski błąd). Wśród non-executive directors jest 32,8% kobiet, wśród executive directors już tylko 8,4%. Spośród 250 spółek objętych tym indeksem, trzy nie mają kobiet w składzie rady.

Moje stanowisko jest następujące: kobiety wnoszą do rady niezbędny element różnorodności, ale tylko te z należytymi kwalifikacjami i doświadczeniem. Dlatego członków rad należy dobierać z szerokiej puli talentów. O kwalifikacjach kobiet w brytyjskich radach świadczy dobrze, że przewodniczą licznym komitetom, w tym komitetom audytu, co wymaga specjalistycznej wiedzy. Źle świadczy natomiast, że 76% kobiet zasiadających w radach spółek z indeksu FTSE 100 nie ma pełnego wyższego wykształcenia.

Gdyby za najważniejsze kryterium doboru do rad uznać kwalifikacje, lepiej wyszłyby na tym rynki kapitałowe, spółki, ich organy – oraz same kobiety. Albowiem kryterium płci zaciemnia tu obraz rzeczy.

Czytaj także: teksty wykazane po wpisaniu do wyszukiwarki blogu hasła kobiety w radach. Może ich być kilkadziesiąt, z lat 2000 – 2019.

Edynburg pragnie powrócić na parkiet, Londyn tego nie chce

  • Inicjatywa utworzenia odrębnej giełdy papierów wartościowych dla szkockich spółek narodziła się w latach 2017-2018;
  • Ma ona związek z projektem Brexitu i rozważaną przez szkocką opinię publiczną niepodległością kraju;
  • Ma ona także związek z dążeniami do zatrzymania w Szkocji większej niż dotąd części generowanego w niej bogactwa;
  • Zgodę na utworzenie szkockiej giełdy musi wydać pogrążony w chaosie Londyn, lecz woli on blokować ambicje Edynburga.

Kiedy Edynburg przedstawia się jako najpiękniejsze miasto świata, można temu przyklasnąć. Kiedy Edynburg przedstawia się jako czwarte europejskie centrum finansów, rodzą się pytania. Pierwszym jest Londyn, drugim Frankfurt n/M (zapewne wkrótce zamienią się miejscami), trzecim Paryż – zatem gdzie Amsterdam, Mediolan, Zurich? Wielkie edynburskie banki, Royal Bank of Scotland i Bank of Scotland (od fuzji z Halifaxem działa pod firmą HBOS) znane są głównie ze skandali. Wprawdzie Szkocja jest siedzibą firm zarządzających aktywami, ale w stolicy nawet nie ma giełdy…

Wkrótce ma się to zmienić. Im bardziej Wielką Brytanię ogarnia chaos związany z Brexitem, tym bardziej Szkoci próbują organizować się i dbać o własne interesy. Tamtejszy biznes intensywnie pracuje nad projektem HEATHER (WRZOS), zmierzającym do odrodzenia szkockiej giełdy i odbudowy miejscowego rynku kapitałowego. Jeszcze w latach 60-tych ub. wieku działało w Szkocji pięć lokalnych giełd o bogatych tradycjach. Giełdy w Edynburgu i Glasgow powstały w 1844 r., w Aberdeen w 1845, w Dundee w 1879, w Greenock w 1888 r. Wchłonęła je w 1962 r. giełda w Glasgow, ostatecznie przejęta przez Londyn w 1973 r., w epoce zapaści gospodarczej Szkocji.

Od tego czasu zmieniło się wiele. Ewentualność wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej pobudza szkocką tożsamość. Energiczna szefowa tamtejszego rządu, Nicola Sturgeon, dba o ochronę i wzmacnianie reputacji Szkotów jako narodu kupieckiego. Kraj pragnie zabezpieczyć się przed niekorzystnymi dlań następstwami Brexitu. Przysłuży mu się powołanie lokalnej giełdy prowadzącej notowania spółek o kapitalizacji 50 -100 milionów GBP, reprezentujących walory etyczne oraz odpowiedzialność społeczną i ekologiczną.

Spółka pod firma Bourse Scot Limited została inkorporowana 18 czerwca 2018 i wpisana do rejestru szkockich spółek w Companies House pod numerem SC600288 z siedzibą przy South Charlotte Street 12 w Edynburgu. Przedsięwzięciem kieruje doświadczony w innowacyjnych przedsięwzięciach broker Tomas W. Carruthers. Po uzyskaniu zgody nadzorcy, Financial Conduct Authority, Bourse Scot planuje podjąć notowania jeszcze w II kwartale 2019 r. Nawiązano współpracę z Euronext na bazie jego platformy Optiq. Prowadzone są rozmowy z potencjalnymi emitentami.

Zadania giełdy obejmują umożliwienie lokalnym spółkom pozyskiwania kapitału przy udziale miejscowych inwestorów dysponujących sporymi możliwościami finansowymi; ułatwianie im rozwoju na lokalnym, przyjaznym rynku; oraz zapewnienie płynności obrotu. Przede wszystkim chodzi o wspomożenie Szkocji w procesie zatrzymywania dla niej znacznie większej niż obecnie porcji generowanego w niej bogactwa.

Silne strony lokalnej gospodarki to przedsiębiorstwa działające w dziedzinach biotechnologii i energii odnawialnej, czerpanej w mniejszym stopniu ze słońca, niż z wiatru (na wodach okalających archipelag Szetlandów poznałem niegdyś potęgę szkockich wichrów). Szkocja chlubi się także znaczącym eksportem żywności, nie eksponując wszakże, jakie jej składniki przynoszą największy dochód (acz warto zauważyć, iż wartość zasobów szkockiej dojrzewającej w tamtejszych rafineriach przewyższa wartość złota w lochach Banku Anglii). Liczy się też turystyka: dane za rok 2017 obejmują 166 milionów wizyt turystów, którzy wydali 11,2 miliarda funtów. To dowodzi potencjału miejscowej gospodarki, niemniej zwraca uwagę, że chociaż szkockie spółki mogłyby łatwo wejść na AIM, młodszy parkiet London Stock Exchange, zdecydowało się na to ledwo 25 firm o szkockim rodowodzie. Może pozostałe czekają na lokalną giełdę?

Projektowi WRZOS towarzyszą zapał i optymizm, jakże kontrastujące z przygnębiającym klimatem brytyjskiej polityki. Ale też projekt jest niezwykle wymagający. Na edynburski parkiet dopuszczane będą tylko spółki spełniające rygorystyczne standardy sprawozdawczości o wpływie ich działalności na społeczeństwo i środowisko. Szkoci liczą, że konieczność etycznego uwierzytelniania spółek i dochowania przez nie wymagających zasad moralnych nie przepłoszy emitentów, przeciwnie – zachęci najlepszych do wejścia na giełdę legitymizującą ich status. Tomas Carruthers wyjaśnia, że edynburska giełda nie przewiduje notowania spółek gamingowych lub czerpiących dochody z hazardu bądź pornografii. O producentach szkockiej nie wspomniano, chyba nie zostaną wykluczeni. Whisky galore!

Tekst napisałem na przełomie kwietnia i maja, 15 maja br. ukazał się w PARKIECIE pod tytułem „Edynburg wraca na parkiet”. Obecna wersja została rozszerzona, lecz nie uaktualniona, ponieważ nic się nie dzieje, Londyn blokuje plan.

 

 

 

 

.

Czy spółki szkodliwe dla klimatu zostaną wyrzucone z londyńskiej giełdy?

  • Spośród spraw współcześnie nurtujących rynki kapitałowe na pierwszy plan wysuwa się potrzeba przeciwdziałania negatywnym zmianom klimatu:
  • Manifestacje brytyjskiej młodzieży pod hasłem Extinction Rebellion nieoczekiwanie owocują projektem delistingu spółek szkodliwych dla klimatu;
  • Występuje z nim opozycyjna Partia Pracy, lecz ani ona sama, ani rynek, nie odniosły się do propozycji z należną jej powagą;
  • Jeżeli Wielka Brytania pragnie osiągnąć do roku 2050 stan gospodarki zeroemisyjnej, powinna już obecnie skupić się na tym zadaniu.

Z projektem usunięcia z londyńskiej giełdy spółek, które nie podejmują skutecznych działań ku zapobieżeniu negatywnemu wpływowi ich działalności na klimat, wystąpił John McDonnell, kanclerz w gabinecie cieni. Inicjatywę o takim znaczeniu powinien raczej zgłosić osobiście przywódca opozycji Jeremy Corbyn. Lecz ten niebawem zapowiedział, że po dojściu do władzy Labour Party znacjonalizuje liczne dziedziny gospodarki, co zaniepokoiło kręgi gospodarcze i przyćmiło pomysł McDonnella. A przecież jest on wart wnikliwej analizy.

Wielka Brytania planuje podjęcie radykalnych działań ku zazielenieniu gospodarki. Do roku 2050 lub wcześniej Partia Pracy zamierza osiągnąć zerową emisję szkodliwych substancji (zero-carbon economy). Spodziewając się objęcia władzy po nieodległych wyborach parlamentarnych, opozycja deklaruje gotowość przeprowadzenia głębokich zmian regulacji i użycia wszelkich środków w dyspozycji rządu dla poprawy klimatu. John McDonnell jeszcze jako backbencher (poseł z tylnych ław Izby Gmin) opowiadał się za poszerzeniem kryteriów dopuszczenia spółek do notowań na londyńskiej giełdzie o poszanowanie praw człowieka i praw związkowych, oraz prowadzenie polityki ochrony środowiska. Jeżeli zostanie kanclerzem skarbu, będzie miał możliwość urzeczywistnienia tych zamierzeń.

Postulowane zmiany będą niemiłe dla City, dla giełdy i wielu spółek, w tym największych światowych koncernów wydobywczych. Lecz będą one usprawiedliwione skalą szkód już wyrządzonych klimatowi. By uniknąć delistingu, brudne spółki powinny podjąć kosztowne działania nie tyle ku ochronie reputacji, ale ku rzetelnej ochronie środowiska. McDonnell jest tu stanowczy: chodzi nie o to, by komuś pogrozić, kogoś postraszyć, ukarać – lecz by ratować planetę. Ładnie powiedziane, ale słyszałem tę myśl ponad pół wieku wcześniej, kiedy Narody Zjednoczone uświadamiały światu, czym jest Statek Kosmiczny Ziemia (Spaceship Earth) i jakiej wymaga troski. Ten czas, niestety, został zmarnowany.

Przeciwko temu marnotrawstwu zaprotestował w Londynie ruch nazwany Extinction Rebellion – Buntem Zagrożonych. Manifestanci blokowali ulice w londyńskiej City i wejście na giełdę pod hasłami „Klimat w niebezpieczeństwie”, „Mówcie prawdę”, „Nie ma przyszłości bez żywności”, „Pieniędzy nie zjecie”. Nie był to bunt roszczeniowy na tle społecznym i ekonomicznym, jaki przed kilku laty rozpętali w Hiszpanii Oburzeni, ani przejaw ogólnej frustracji, jakiej doświadczają francuskie Żółte Kamizelki; tym razem idzie o przekaz pozytywny: ratujmy planetę, siebie i przyszłe pokolenia.

Zapowiadany delisting brudasów to element szerszego planu działania Labour Party na rzecz zielonej gospodarki, przygotowywanego na wybory parlamentarne, których partia spodziewa się już jesienią. Jej działacze podkreślają, że do tej pory nikt inny nie potraktował potrzeby ochrony środowiska z równą powagą i rozwagą. Gotowi są zadeklarować oficjalny stan zagrożenia dla klimatu. Inna sprawa, że niedzielne wybory do Parlamentu Europejskiego mogą wywrócić wszelkie kalkulacje: głosy zwolenników opcji remain, na które liczą labourzyści, prawdopodobnie odpłyną do Liberalnych Demokratów (z kolei głosy na rzecz opcji leave, na które liczą Konserwatyści, przejmuje Nigel Farade, a partia Change z udziałem Jana Rostowskiego przestała się liczyć).

John McDonnell zdaje sobie sprawę z potrzeby wsparcia jego planów przez Bank Anglii. Do października powinno się rozstrzygnąć, kto w przyszłym roku zastąpi Marka Carneya na fotelu gubernatora. McDonnell nie wyklucza, że wcześniej zostanie kanclerzem skarbu i uzyska wpływ na wybór przyszłego szefa banku. Carney ostrzega, że globalny system finansowy stoi w obliczu zagrożenia zmianami klimatu i wymaga reform. McDonnell chciałby, by następny gubernator kontynuował tę politykę, ale w sposób bardziej radykalny. Na ścianie, mówi, niewidzialna ręka już kreśli złowrogie proroctwo. Czas działać.

Przestrzegam przed odnoszeniem pomysłu delistingu brudnych spółek do warszawskiej giełdy. Z indeksu WIG20 powstałby może indeks 5-i-pół. Lecz przetrzepanie skóry spółkom wydobywczym i energetycznym, oraz instytucjom finansującym je, wyszłoby wszystkim na dobre.