Archiwa tagu: Wielki Zderzacz Andronów

Zderzacz Andronów do remontu

Ustawę o biegłych rewidentach z 2009 r. nazwałem Wielkim Zderzaczem Andronów, tyle w niej nieudanych rozwiązań, niezrozumiałych pomysłów, zwłaszcza związanych z komitetem audytu. Właśnie MinFin szykuje jej wielką nowelizację. Niedawno ogłoszono założenia projektu. Pomyślany jako narzędzie implementacji prawa unijnego, wykracza on poza nie, bez potrzeby lub uzasadnienia. Jest przy tym restrykcyjny, przewiduje nazbyt srogie kary. Powtarza stare błędy, od początku oczywiste i wielokrotnie skrytykowane. Przykładem propozycje nowych regulacji komitetu audytu. Dobre mieszają się ze złymi.

DOBRA jest propozycja przewidująca, by większość składu komitetu audytu stanowili członkowie niezależni. Dobrze oceniam także wymóg niezależności przewodniczącego komitetu audytu. Jest to uzasadnione specyfiką polskiego rynku kapitałowego. Własność nie jest należycie rozdrobniona. W wielu spółkach notowanych na GPW, a więc objętych obowiązkiem tworzenia komitetu audytu, dominuje akcjonariusz grzecznościowo nazywany strategicznym. Komitet audytu ze swojej istoty powinien być „ustawiony w kontrze” do dominującego inwestora, mieć na uwadze interes spółki i potrzebę obiektywnej oceny jej sytuacji. Niezależność przewodniczącego i większości członków komitetu audytu – niezależność od spółki i jej największego akcjonariusza – jest niezbędnym warunkiem wyzwolenia komitetu audytu spod niepożądanej dominacji inwestora strategicznego.

ZŁA, nawet BARDZO ZŁA, jest propozycja utrzymania w mocy przepisu ustawy o biegłych przewidującego, że przymiot niezależności członka komitetu audytu zależy od spełnienia kryteriów niezależności biegłego rewidenta. Rewident jest podmiotem zewnętrznym, członek rady nadzorczej wchodzi w skład organu spółki, jest przeto insiderem. Rewident nie może być zainteresowany materialnie sytuacją badanej spółki, członek rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, może być zainteresowany sytuacją nadzorowanej spółki, ponieważ wówczas będzie należycie umotywowany do skutecznego nadzoru nad jej działalnością. Formuła corporate governance nie wyklucza posiadania akcji przez członków rady nadzorczej; w wielu krajach są oni otwarcie zachęcani do posiadania akcji, lub przynajmniej do inwestowania w akcje części swoich wynagrodzeń z tytułu pracy w radzie. Posiadanie akcji spółki przez członka nadzorczej nie godzi w niczyj interes prawny.

DOBRA jest propozycja rezygnacji z przepisu dopuszczającego odstąpienie od obowiązku powołania komitetu audytu przez spółki z radą o niewielkim składzie. Wiele chytrych spółek zmniejszyło skład rad nadzorczych, by uniknąć powołania komitetu audytu. Inne kłamały, że ich rady działają w minimalnym składzie. Owszem, przewidziano możliwość wykonywania funkcji komitetu audytu przez radę nadzorczą in pleno, ale tylko w podmiotach o niewielkim rozmiarze.

MĘTNE jest założenie, iż „członkowie rady nadzorczej wyznaczeni do komitetu audytu będą ponosić odpowiedzialność adekwatnie do przypisanych im zadań”. Im więcej stanowczych zapowiedzi egzekwowania odpowiedzialności członków rad nadzorczych, tym bardziej żałosna bezradność akcjonariuszy wobec działań sprzecznych z interesem spółki.

NIEGŁUPI, ALE BARDZO TRUDNY W REALIZACJI, jest pomysł przeniesienia regulacji dotyczących komitetu audytu z osławionej ustawy o biegłych do Kodeksu spółek handlowych. Tu bowiem mnożą się trudności: Ministerstwo Sprawiedliwości opędza się od podejmowania tego zadania; Ksh nie zna pojęcia komitetów rady nadzorczej; także postępująca zwolna instytucjonalizacja komitetu wynagrodzeń odbywa się poza kodeksem. Nie zna on także pojęcia niezależności członków rady nadzorczej. Nie dopuszcza wreszcie postulowanej przez MinFin możliwości powoływania przez walne zgromadzenie do komitetu audytu osoby spoza składu rady nadzorczej reprezentującej kwalifikacje w zakresie rewizji finansowej i /lub rachunkowości. W ten sposób powstałaby osobliwa instytucja pół-piastuna spółki. Czy jej pomysłodawca rozumie aby pojęcie natury spółki akcyjnej? Gdyby jednak walne zgromadzenie zdecydowało się na takie rozwiązanie, uchwała o wyborze do komitetu audytu nieczłonka rady nadzorczej zapewnie byłaby zaskarżona.

NAIWNY jest postulat przewidujący „dodanie wymogu, by komitet audytu posiadał kompetencje odnoszące się do branży, w której działa jednostka”. Urzędnicy lubią mnożyć wymogi, rygory i kary, ale jaki w tym sens? Owszem, poszczególne branże mają swoją specyfikę, która powinna być znana zarządom, natomiast organ nadzoru wszędzie wykonuje takie same zadania. Przypominam sobie, jak przed laty byłem werbowany do rady nadzorczej pewnej drukarni – będąc wówczas dziennikarzem, zostałem z góry uznany za eksperta tej branży. Kiedy wyznałem, że nigdy nie widziałem drukarni na oczy, a dziennikarstwo uprawiałem głównie w radiu, propozycja rozpłynęła się we mgle…

Czytaj także:
2013.01.02 Wielki Zderzacz Andronów
2013.07.19 Turecki święty

Resortowe przepychanki

Komitet audytu, najbardziej istotna zmiana ustroju spółki publicznej od 80 lat, został wprowadzony pokątnie, kuchennymi schodami.

Parlament uchwala prawo, ale to rząd najczęściej korzysta z inicjatywy ustawodawczej, więc parlament najczęściej uchwala co proponuje rząd. Rzecz w tym, że resorty uprawiają własne polityki, a rząd często nad tym nie panuje. Dowodzą tego przypadki Kodeksu spółek handlowych. Uchwalony w 2000 roku, wszedł w życie 1 stycznia 2001 i od tej pory był wielokrotnie nowelizowany. Nic w tym dziwnego ani nagannego. Prawo powinno twórczo kształtować rzeczywistość, a w najgorszym razie dotrzymywać jej kroku. Niedawno Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło założenia kolejnej nowelizacji Ksh, planowanej na rok 2014. Resort występuje wobec rządu i parlamentu jako gospodarz tej ważnej ustawy, jej „właściciel”. Czy gospodarzy nią odpowiedzialnie?

W ostatnich latach najważniejszą zmianą ustroju spółki akcyjnej było wprowadzenie do rad nadzorczych większości jednostek zainteresowania publicznego obligatoryjnych komitetów audytu. Rzecz w tym, że operacja ta została dokonana poza ramami Ksh, w ustawie z 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Zapewne było to jednym z powodów, dlaczego operacja zaimplantowania do rady nadzorczej nowego ciała została dokonana źle, nieprofesjonalnie. Spółkom poddanym regulacji pozostawiono możliwość uniknięcia ustanowienia komitetu audytu, przynajmniej jeden (w praktyce: tylko jeden) członek komitetu powinien legitymować się kwalifikacjami, które nie zostały czytelnie określone, a największym błędem było przyjęcie fatalnego założenia, że posiadanie akcji nadzorowanej spółki przekreśla przymiot niezależności członka komitetu audytu. Jest to rozwiązanie godzące w naturę corporate governance, pozbawione oparcia w światowej praktyce, która zmierza w przeciwnym kierunku, ku zwiększaniu zaangażowania finansowego nadzorców spółki w jej akcje.

Idea wprowadzenia komitetu audytu do rady nadzorczej jest bezapelacyjnie słuszna. Należycie pracujący komitet audytu wzmocni radę nadzorczą, z czasem stanie się jej rdzeniem, zadba o pieniądze akcjonariuszy, doprowadzi do zacieśnienia współpracy między zarządem i jego pionami finansowymi a radą nadzorczą. Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie niewłaściwego wprowadzania tej idei w życie. Od lat pomstuję na nieudane w moim przekonaniu przepisy ustawy o biegłych, złośliwie nazwałem ją nawet „Wielkim Zderzaczem Andronów”. Ponieważ projekt krytykowanych rozwiązań powstał w Ministerstwie Finansów, jemu właśnie dokuczam najbardziej.

Niedawno zostałem poproszony do Ministerstwa Finansów z wykładem na ten temat. Wyłuszczyłem swoje zastrzeżenia. Moje wystąpienie spotkało się z bardzo ciekawą repliką kompetentnej w tej materii dyrektor z MinFin. Otóż resort początkowo zakładał, że komitet audytu powinien zostać wprowadzony do rady nadzorczej przepisami Kodeksu spółek handlowych (Ksh). Był to zamysł słuszny. Przeto resort finansów wystąpił z właściwą inicjatywą do resortu sprawiedliwości, ale utarto mu nosa. Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedziało, że nie jest zainteresowane taką nowelizacją Ksh. Zdumiewające to i bardzo smutne. Dlatego komitet audytu, najbardziej istotna zmiana ustroju spółki publicznej od 80 lat, został wprowadzony pokątnie, kuchennymi schodami. Młodszym pokoleniom Czytelników wyjaśnię, że w krakowskich mieszczańskich kamienicach (wszak warszawskie nie przetrwały wojny) są dwie klatki schodowe: frontowa, dla użytku państwa i ich gości, oraz tylna, kuchenna, dla służby i dostawców. Komitet audytu i MinFin, jego dostawca, weszli więc chyłkiem, od tyłu.

Stanowisko przyjęte wówczas przez Ministerstwo Sprawiedliwości jest dla mnie niezrozumiałe. Nie chodziło przecież o ochronę Ksh przed zmianami, od uchwalenia ustawy w 2000 roku nowelizowano ją dwudziestosiedmiokrotnie, w samym tylko roku 2009 trzykrotnie. Niektórym nowelizacjom niesposób odmówić wagi i powagi, niektóre powodowane były doraźnymi względami politycznymi. Przejęcie przez Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedzialności za legislację tak ważną, jak dotycząca komitetu audytu, zapewne pozwoliłoby uniknąć niektórych błędów. Mleko już się rozlało i skisło, ale nauka z tej szkody płynie taka, że związane z Ksh poczynania resortu sprawiedliwości powinny być bardzo uważnie obserwowane.

Tekst ogłoszony 5 sierpnia 2013 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także:
2013.07.19 Turecki święty
2014.01.02 Wielki Zderzacz Andronów

Turecki święty

Prawo spółek jest częścią spójnego systemu prawa cywilnego, a usiłowania zmierzające do rozszczelnienia tego systemu nie przynoszą nic dobrego. Przykładem antysystemowej ingerencji w prawo spółek jest nieszczęsna ustawa z dnia 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Nałożyła ona na jednostki zainteresowania publicznego (acz nie wszystkie) obowiązek ustanowienia w radzie nadzorczej komitetu audytu. Bardzo dobrze, że wprowadziła regulację dotyczącą tej materii. Bardzo źle, że owa regulacja zawiera kilka wad. Największą z nich, z punktu widzenia corporate governance zgoła fundamentalną, jest kryterium niezależności członka komitetu audytu. Otóż niezależnym jest ten, kto nie posiada akcji nadzorowanej spółki. To oczywisty idiotyzm, lecz jest on niestety wsparty świętą powaga ustawy..

Inicjatorem ustawy, autorem jej projektu, jak mówią politycy: „właścicielem” jest Ministerstwo Finansów. Niedawno miałem w MinFin bardzo ciekawe spotkanie. Usłyszałem, że pierwotnie nie było zamiarem resortu wprowadzanie komitetu audytu do rady nadzorczej kuchennymi drzwiami, w ustawie o biegłych. Uznano, że to materia Ksh. Lecz Ministerstwo Sprawiedliwości stało na stanowisku, że nie są przewidziane kolejne nowelizacje Ksh. Widać uznało, że komitet audytu – najważniejsza zmiana ustroju rady nadzorczej spółki akcyjnej od 1934 roku! – nie jest tematem na tyle ważnym, by wziąć go pod swoje skrzydła. W ten sposób „właścicielem” regulacji dotyczącej komitetu audytu, w miejsce Ministerstwa Sprawiedliwości, zostało Ministerstwo Finansów. Co uprawdopodobnia anegdotę, jaką słyszałem: pewien profesor prawa spółek niedawno zdziwił się ogromnie powziąwszy informację, że w radach nadzorczych działają „jakieś komitety audytu” – wszak nie ma o nich słowa w Ksh, skąd przeto wzięłyby się? Można tę historyjkę skwitować włoską sentencją: Si non è vero è ben trovato – nawet jeżeli nie jest to prawdą, jest dobrze wymyślone…

Przeciwko założeniu, że posiadanie akcji pozbawia wchodzącego w skład komitetu audytu członka rady nadzorczej przymiotu niezależności protestowały poważne organizacje biznesu. Protestowali poważni prawnicy. O zmianę tej regulacji zabiega Komisja Nadzoru Finansowego. Środowisko corporate governance przez lata dyskutowało o wyborze racjonalnego kryterium niezależności w radzie nadzorczej; nawet wciąż dyskutuje, gdy jakiś zapóźniony Dyzio chce jeszcze wtrącić swoje trzy grosze do tematu przenicowanego na wszystkie sposoby. Jest w świecie szeroko uznaną zasadą, że osoby sprawujące nadzór są zachęcane do kapitałowego angażowania się w akcje nadzorowanej spółki. Kto bowiem nie wprowadza swoich pieniędzy do spółki, czy będzie jej strzegł należycie? Czy nadzorca goły jak turecki święty może wzbudzić zaufanie rynku?

Od feralnej ustawy o biegłych (nazwałem ją na tym blogu „Wielkim Zderzaczem Andronów”) przejdę do szerszej refleksji: nie tylko nadzorcy, także członkowie zarządów spółek notowanych na GPW często nie posiadają akcji kierowanych przez nich spółek. W przeciwieństwie do członków rad nadzorczych są oni suto opłacani, więc nie wchodzi w rachubę argument, że nie stać ich na akcje. Czyżby byli pozbawieni wiary w swoje talenty zarządcze? Ufności w powodzenie spółki? Inwestorze, zanim umoczysz kapitał, dowiedz się (są to dane powszechnie dostępne), czy prezes, dyrektor finansowy i pozostali piastuni spółki, która cię interesuje, są jej akcjonariuszami, ile akcji mają w portfelach i czy zwiększają stan posiadania. Więcej ci to powie, niż rekomendacje analityków.

Czytaj także:
2001.05.14 Ośla ławka
2001.06.04 Wystarczy mieć

Wielki Zderzacz Andronów

W regulacjach dotyczących komitetu audytu tkwią trzy istotne szkopuły: obligatoryjność komitetu – niezależność jego członków – ich kwalifikacje.

Postulat wprowadzenia do rad nadzorczych spółek publicznych komitetów audytu pojawił się w Dobrych praktykach spółek publicznych 2005. Wyobrażano sobie, że w radach nadzorczych spółek notowanych na GPW powstaną co najmniej dwa komitety: audytu i wynagrodzeń. „W skład komitetu audytu powinno wchodzić co najmniej dwóch członków niezależnych oraz przynajmniej jeden posiadający kwalifikacje i doświadczenie w zakresie rachunkowości i finansów. Komitety rady powinny składać radzie nadzorczej roczne sprawozdania ze swojej działalności. Sprawozdania te spółka powinna udostępnić akcjonariuszom” [zasada 28].

Przykro stwierdzić: proponowane rozwiązanie nie przyjęło się na rynku. Owszem, niektóre spółki powoływały komitety audytu i / lub komitetu wynagrodzeń, ale niekoniecznie pod wpływem Dobrych praktyk 2005. Jedne uczyniły to pod naciskiem swoich zagranicznych inwestorów, inne w odpowiedzi na sugestie lub wymagania regulatora, lecz większość spółek nie była nawet w stanie rozsądnie zakomunikować rynkowi dlaczego nie stosuje tej zasady.

Sytuację miała naprawić ustawa z dnia 7 maja 2009 r. o biegłych rewidentach i ich samorządzie, podmiotach uprawnionych do badania sprawozdań finansowych oraz o nadzorze publicznym. Jestem starym, wyrozumiałym prawnikiem, tu i ówdzie widziałem niemało, sknociłem w życiu niejedno, niemniej niektóre postanowienia wspomnianej ustawy przekraczają nawet mojej tolerancję. To doprawdy Wielki Zderzacz Andronów. Tu zajmę się jedynie najważniejszymi z nich.

Otóż w regulacjach dotyczących komitetu audytu zawartych w ustawie o biegłych tkwią trzy istotne szkopuły. Pierwszy to brak konsekwencji w kwestii obligatoryjności komitetu audytu. Drugi to nonsensowne ujęcie niezależności jego członków. Trzeci to niejasności wokół wymogu ich kwalifikacji.

Szkopuł pierwszy: obligatoryjność

Ustawodawca wyszedł z trafnego założenia, że komitet audytu jest potrzebny. Nie tylko radzie nadzorczej, w której działa. Nie tylko spółce, którą rada nadzoruje. Jest potrzebny rynkowi. Nie wystarczy poddać spółki dorocznemu badaniu jej sprawozdań przez niezależnego biegłego rewidenta. Trzeba systematycznie przygotowywać spółkę do badania, współpracować z biegłym rewidentem, wyciągać wnioski z jego opinii i raportu. Cóż bowiem po wynikach, gdy nie są one uwiarygodnione? Robert Hodgkinson, wówczas przewodniczący Financial Reporting Council w Londynie ukuł frapujące powiedzenie, że biegły rewident jest jak kukułka wyskakująca z zegara: pojawia się w ustalonych odstępach czasu, zwięźle komunikuje, co ma do powiedzenia – i znika.

Przeto na jednostki zainteresowania publicznego, ze wskazanymi w ustawie wyjątkami podmiotowymi, nałożono obowiązek powołania w radach nadzorczych komitetu audytu. Ponadto w jednostkach zainteresowania publicznego, w których rada nadzorcza składa się z nie więcej niż pięcioro członków, zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej.

Ponieważ przynajmniej niektórzy z członków komitetu audytu powinni spełnić pewne warunki i reprezentować pewne przymioty, spółki chętnie omijają konieczność powołania w ramach rady nadzorczej komitetu audytu. Wiele rad nadzorczych jednostek zainteresowania publicznego jest przecież obsadzonych ornamentariuszami, czyli osobami pozbawionymi doświadczeń, kompetencji, autorytetu i zaangażowania (w tym zaangażowania czasowego) w sprawy nadzorowanej jednostki. Tyle z nich pożytku, co z paprotek więdnących na szafach w sekretariatach członków zarządu. Wygodniej zmniejszyć radę do pięciorga członków – w spółce publicznej jest to minimalna dopuszczalna prawem liczebność organu nadzoru – a odpadnie konieczność powoływania komitetu. Jego zadania tytularnie przejmie na siebie rada, a potem biuro zarządu wysmaży za radę stosowne sprawozdanie.

Właśnie; „przejmie”. Ustawa mówi, że zadania komitetu audytu mogą zostać powierzone radzie nadzorczej. Rada nie może powierzyć ich sobie sama, właściwym w tej materii jest walne zgromadzenie. Lecz walne zgromadzenia nie powierzają radom nadzorczym wspomnianych zadań. Komitet audytu powinien działać w interesie i dla dobra akcjonariuszy, ale akcjonariusze najczęściej nie są pytani o zdanie, czy rada nadzorcza powinna wyłonić z siebie komitet audytu, czy sama spełniać jego zadania. Nie chodzi o to, czy komitet audytu istnieje, ale czy jego zadania są należycie spełniane. Przez radę nadzorczą in pleno najczęściej spełniane nie są. Resumując: brak komitetu audytu najczęściej oznacza, że jego zadania nie są wykonywane.

Szkopuł drugi: niezależność

W myśl postanowień ustawy o biegłych w skład komitetu audytu powinno wchodzić co najmniej troje członków rady, w tym przynajmniej jeden powinien spełniać warunki niezależności. Jest to pojęcie bardziej wybuchowe niż trotyl.

Od kilkunastu lat uczestniczę w namiętnych dyskusjach, co oznacza niezależność członka rady. Kiedy już to uzgodnimy, nadejdzie spóźniony Dyzio, który nie jest obeznany z tematyką corporate governance, ale sądzi, że swój rozum ma, więc zaraz zacznie dociekać, co właściwie znaczy „niezależny”, ponieważ jego zdaniem…

Na różnych rynkach ów termin bywa rozmaicie rozumiany. Określanie kryteriów niezależności jest zresztą materią raczej dobrych praktyk niż legislacji. Lecz i na gruncie dobrych praktyk brak jednoznacznych kryteriów. W pierwszych redakcjach „Dobrych praktyk spółek publicznych” (2002 i 2005) określenie kryteriów niezależności pozostawiono spółkom, co prowadziło w praktyce do osobliwych rozwiązań. W późniejszych, począwszy od redakcji „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW” (2008) odesłano do definicji zawartej w Załączniku II do Zalecenia Komisji Europejskiej z dnia 15 lutego 2005 r. dotyczącego roli dyrektorów niewykonawczych lub będących członkami rady nadzorczej spółek giełdowych i komisji rady (nadzorczej), ale z koniecznymi wyjątkami. Albowiem za niezależnych zostali tam uznani m.in. członkowie rady nadzorczej / rady dyrektorów wybrani przez pracowników. U nas bywają to bitni liderzy związkowi; do niezależności im daleko.

Polskie prawo nie zna pojęcia niezależności członka rady nadzorczej. W ustawie o biegłych pojawia się jedynie wymóg niezależności członka komitetu audytu, szkodliwie zrównany z kryteriami niezależności biegłego rewidenta. Nic w tym dziwnego: projekt ustawy powstał w Departamencie Rachunkowości Ministerstwa Finansów, prawnik do niego nie przyłożył ręki.

W praktyce chodzi o kontrowersyjny zakaz posiadania przez niezależnego członka komitetu audytu akcji nadzorowanej spółki. Jest to słuszne w odniesieniu do biegłego rewidenta, nie istnieje natomiast żaden interes prawny, który zostałby naruszony posiadaniem przez członka komitetu audytu akcji nadzorowanej spółki w ilości mniejszej od ustawowo zdefiniowanego „znaczącego pakietu”. Przeciwnie: leży w interesie rynku, by członkowie rady nadzorczej, w tym komitetu audytu, byli związani z nadzorowaną spółka posiadaniem jej akcji. Na wielu dojrzałych rynkach jest to stan pożądany, spółki wręcz oczekują od członków rad dyrektorów, by przynajmniej znaczącą część swoich wynagrodzeń za prace w radzie lokowali w akcjach i nie pozbywali się ich do końca swojej posługi. Resumując: posiadanie akcji nie powinno dyskwalifikować przymiotu niezależności.

Szkopuł trzeci: co to kwalifikacje?

Zgodnie z ustawą o biegłych, członek komitetu audytu reprezentujący (fatalnie rozumiany) przymiot niezależności powinien zarazem „posiadać kwalifikacje w dziedzinie rachunkowości lub rewizji finansowej”. Lecz co w praktyce oznacza wymóg kwalifikacji? I czym „kwalifikacje” różnią się od „kompetencji”?

W potocznym rozumieniu „kompetencja”, „kompetencje”, to znajomość rzeczy oparta na wiedzy i praktyce, „kwalifikacje” to znajomość rzeczy udokumentowana stosownym dyplomem. Wiele osób reprezentujących kompetencje nie dysponuje kwalifikacjami. Tu dygresja osobista: nie aspiruję do członkostwa w komitecie audytu, niemniej mógłbym zostać przez kogoś uznany za osobę kompetentną, dysponującą znajomością rzeczy i znaczącym doświadczeniem, skoro przez lata pracowałem w radach nadzorczych wielu spółek, w tym w instytucji finansowej, a także spółki notowanej na GPW, w której pełniłem jakiś czas funkcję przewodniczącego rady. Uznaję wszakże na własnym przykładzie, że nabyte przed laty „kompetencje” nie predestynują mnie do członkostwa w komitecie audytu współczesnej rady nadzorczej. Mimo licznych zastrzeżeń środowiska członków rad nadzorczych dopuszczam wymóg posiadania przez członka komitetu audytu „kwalifikacji”, ale chętnie połączyłbym go z wymogiem „doświadczenia”.

Rzecz w tym jednak, o jakie kwalifikacje chodzi i kto miałby o nich orzekać. Nie można zacieśniać kręgu posiadaczy kwalifikacji do osób wykonujących zawód biegłego rewidenta. Nawet Ministerstwo Finansów dopuszcza inne rozwiązania. Na prośbę Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych ówczesna podsekretarz stanu w MF prof. dr hab. Elżbieta Chojna-Duch dopuściła do kręgu osób kwalifikowanych w rozumieniu ustawy o biegłych rewidentach także osoby posiadające „certyfikat księgowy wydawany przez Ministerstwo Finansów, upoważniający do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych” lub „dyplom uczelni wyższej w zakresie rachunkowości”. Wszelako najważniejsze jest zawarte we wspomnianym piśmie stanowisko: „standaryzacja wymagań kwalifikacyjnych nie wydaje się być uzasadniona” (pismo z 27 V 2009 r.). Resumując: prawo wymaga czegoś, czego ani nie określa, ani określić nie umie.

Dlaczego jest tak źle?

Jest kilka przyczyn złego stanu rzeczy. Polskie prawo spółek jest rozpaczliwym przeżytkiem. Rady nadzorcze to najsłabsze ogniwo w łańcuchu przemian polskiej transformacji, tak gospodarczej, jak politycznej. Ale przyczynkiem do stanu corporate governance na polskim rynku jest także brak governance w państwie. Komitety audytu mechanicznie przypisano do biegłych rewidentów, biegłych rewidentów do Ministerstwa Finansów, które nie koordynuje swoich zamierzeń legislacyjnych z innymi resortami i instytucjami, a także uporczywie nie reaguje na krytykę. Potrzebny tam wnikliwy audyt.