Archiwa tagu: wojna informacyjna

Kooptacja, umiar i ryzyko [2003]

W styczniu [2003 r.] uczestniczyłem w walnym zgromadzeniu Vistuli. Zostało ono zwołane dla ukrócenia swawoli. Co bowiem zarząd spółki ogłosił w jej imieniu, dementowały osoby występujące (zasadnie lub nie) w imieniu rady nadzorczej. Otóż statut spółki dopuszcza kooptację do rady nadzorczej, zatem wakaty w radzie wypełniano w drodze kooptacji, a dokooptowani – kooptowali następnych, po czym owa wesoła gromadka majstrowała przy składzie zarządu. Z kolei statut stanowi, że zarząd składa się z 3 – 6 osób, więc kiedy w spółce ostał się już tylko dwuosobowy kadłub tego organu, podważano jego zdolność do działania, w tym do zwołania walnego zgromadzenia, które jedyne mogło przywrócić w spółce porządek.

Przypadek Vistuli ma wiele aspektów. Spółka została obrabowana. W jasny dzień, na parkiecie, na oczach inwestorów, wyciekły z niej pieniądze. Wśród owych inwestorów były instytucje finansowe, co świadczy, że ich środki były lekkomyślnie lokowane i pozbawione nadzoru. Na akcjach spółki dokonuje się znaczących operacji z udziałem spółek zależnych, ale przyjęte przez warszawską giełdę zasady dobrej praktyki milcząco akceptują ten stan rzeczy (co nie podoba mi się). Pieniądze wyciekły ze spółki m.in. przez dziury w statucie. Nie jest on dziełem sztuki prawniczej. W Polsce nie docenia się statutów. Są one miernej jakości (dotyczy to także banków). Szkodzi to spółkom i ich inwestorom. Szkodzi także reputacji rynku. Luki w statutach często służą temu, by przez nie mogły wyciekać ze spółek pieniądze inwestorów.

W Vistuli zaczynem konfliktu stał się przepis statutu, iż w przypadku rezygnacji lub śmierci członka rady nadzorczej, może ona uzupełnić swój skład w drodze kooptacji nowego członka na okres do końca jej wspólnej kadencji. Kolejny przepis stanowi, że uchwała rady o kooptacji podlega zatwierdzeniu przez najbliższe walne zgromadzenie. Wykreowano więc złudne wrażenie, jakoby to walne zgromadzenie kontrolowało sytuację, ponieważ w końcu ono zatwierdza kooptację. Lecz odmowa zatwierdzenia kooptacji przypomina, oraz ma taki sam skutek, co odwołanie z rady, i tak leżące w gestii walnego zgromadzenia. Wobec tego wymóg zatwierdzania przez walne zgromadzenie dokooptowanych członków rady nie daje niczego.

Przesłanką do nabycia członkostwa rady nadzorczej, czyli prawa do uczestniczenia w jej pracach z głosem stanowiącym, jest bowiem akt kooptacji, a nie jej zatwierdzenie. Wpis członka rady nadzorczej do rejestru następuje na podstawie kooptacji, a nie dopiero po jej zatwierdzeniu. Odpowiedzialność cywilna takiego członka rady rodzi się także z chwilą kooptacji, a nie jej zatwierdzenia. Odmowa zatwierdzenia kooptacji przez walne zgromadzenie nie unieważnia ani kooptacji, ani jej skutków prawnych. Uchwały powzięte przez radę z udziałem dokooptowanego, którego później spotkała odmowa zatwierdzenia, nie będą dotknięte wadliwością, a jego odpowiedzialność nie zostanie uchylona. Przeto sądzę, że wymóg zatwierdzania dokooptowanych przez walne zgromadzenie niczemu zgoła nie służy i może tylko spowodować zamęt, gdyż podważa wiarygodność spółki i godzi w pewność obrotu.

Kooptacja do rady nadzorczej dopuszczona jest w statutach wielu spółek. Często jest ona jednak dopuszczona w ograniczonym zakresie, jako sposób doraźnego wypełniania wakatów w radzie nadzorczej, obwarowany różnymi warunkami i obostrzeniami. Chodzi o to, by kooptować z umiarem. Im więcej umiaru, tym mniejsze ryzyko związane z kooptowaniem przez radę nowych członków. Statuty wielu spółek wyznaczają więc limit dokooptowanych członków rady, liczbowy lub procentowy. Przykładem liczbowego jest przepis statutu, iż w jednej kadencji rada może dokooptować nie więcej, niż trzech członków. Przykładem procentowego jest przepis, iż liczba dokooptowanych nie może przekroczyć połowy składu rady. Innym ograniczeniem jest dopuszczanie kooptacji do rady tylko w sytuacjach, gdy liczebność rady spadnie poniżej minimum ustalonego w statucie lub w ustawie.

Zaletą kooptacji jest możliwość utrzymywania przewidzianej statutem liczebności rady nadzorczej bez potrzeby zwoływania walnego zgromadzenia jedynie w celu uzupełniania składu rady. Jej wadą – jak dobitnie wykazał przypadek Vistuli – jest niebezpieczeństwo, że dokooptowani tak długo będą kooptować innych, aż nadzór straci więź z akcjonariatem. W walnym zgromadzeniu Vistuli nie uczestniczył nikt z rady nadzorczej. Wprawdzie ktoś spośród jej członków usiłował wziąć udział w obradach, ale nie został wpuszczony. Świadczy to także o tym, że żaden z członków organu nadzoru nie zadał sobie trudu zarejestrowania na walnym zgromadzeniu przynajmniej jednej akcji. Którą można było nabyć za 3 złote. Za to mniejszość zgłaszała sprzeciwy w stosunku do wszystkich uchwał walnego zgromadzenia. Gdyby mniejszość przeczytała statut i kodeks spółek handlowych, znalazłaby dwa haki na spółkę. Lecz zdarza się, że psuje nawet nie potrafią zręcznie psuć.

Artykuł został ogłoszony w Gazecie Bankowej 3 lutego 2003 r. Obecnie akcje Vistuli kosztują jeszcze mniej…

CZYTAJ TAKŻE:
2013.04.26 Pochwała kooptacji
2002.06.03 Kuchenne schody do rady

Śpiewać każdy może [2003]

Rozpowszechnianie na rynku fałszywych informacji szkodzi spółkom i akcjonariuszom, a przede wszystkim rynkowi.

W kilku spółkach trwają papierowe wojny. Narzędziem walki są komunikaty. Co zarząd spółki ogłosi, zaraz inny zarząd dementuje. Byłoby to doprawdy komiczne, gdyby nie było smutne. Albowiem w owych spółkach zarządy mnożą się zamiast pieniędzy. Dublowanie przez spółkę organów odbywa się niezmiennie na szkodę inwestorów. Dwa zarządy, dwie rady nadzorcze, konkurencyjne walne zgromadzenia (do pełni szczęścia brakuje jedynie konkurencyjnych rejestrów sądowych) – to objawy zwyrodnienia spółek oraz degeneracji całego rynku kapitałowego.

Komisja Papierów Wartościowych i Giełd doszła do przekonania, że kiedy w spółce trwa walka konkurencyjnych zarządów, należy upubliczniać raporty obu stron. Przyjęto więc formułę, iż śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Nie tylko zarząd legitymowany, także pretendent do miana zarządu, choćby i nielegalny, może swobodnie ogłaszać swoje komunikaty. Stanowisko komisji jest słuszne. Raporty bieżące są po to, by rynek wiedział, co dzieje się w spółce. Jeżeli o władzę nad spółką, o dostęp do jej kasy, ubiegają się dwie grupy inwestorów, rynek powinien być o tym niezwłocznie informowany. Dla jednych będzie to sygnał do opuszczenia spółki, dla innych – do podjęcia walki o wpływy w niej. Wskazane jest wszelako oznaczanie, czy nadawcą raportu jest organ wpisany do rejestru. Wiele komunikatów pochodzi bowiem od uzurpatorów. Są nimi rozmaite zarządy komisarzy powołane przez rewolucyjne rady delegatów.

Problem wcale nie polega na tym, kto w kogo rzuci papierową kulką, lecz na mnożeniu się organów spółek. Nad polskim rynkiem ciąży bowiem klątwa fatalnych obyczajów. Uchodzą one bezkarnie. Ostatnio proklamowane zasady dobrej praktyki niczego jeszcze nie wniosły. Powstały one w reakcji na parkingowe walne zgromadzenia, dwoiste rady nadzorcze, konkurencyjne zarządy. Czy rynek zdoła dotrwać, aż upowszechni się dobra praktyka? Obecnie spółki publiczne składają oświadczenia o swoich szlachetnych intencjach w stosunku do dobrej praktyki, ale wszystko pozostaje po staremu. Dublują się zarządy, krzyżują komunikaty, panuje ogólny chaos.

Kwestia, kto może na rynku wypowiadać się w imieniu spółki, została więc rozstrzygnięta: niech wypowiada się każdy, byle powołał się na swoje umocowanie w Krajowym Rejestrze Sądowym, lub przyznał się do braku takiego umocowania. Kto występując na rynku w imieniu spółki wyrządzi jej szkodę, naraża się na ryzyko poniesienia odpowiedzialności. Inwestorom trudno się połapać, który zarząd w spółce jest legalny: czy ten, co zwołał walne zgromadzenie, czy ten, co je odwołał, lecz na tym polega urok inwestowania w Polsce. Spółkom nie chce się ścigać szkodników, ale z czasem zmusi je do tego społeczność inwestorów. Nastąpi to nie jednak wcześniej, aż wymiar sprawiedliwości wreszcie wypełznie spod żółwiej skorupy, którą na sobie dźwiga. Jak mówią Anglosasi, justice delayed is justice denied. Co od biedy można przełożyć na polski jako ‘sprawiedliwość opieszała – to chała’.

Pozostaje jednak inna kwestia: nie kto, ale co można ogłaszać w imieniu spółki. Jeżeli więc ja, ASN, puszczę na rynek raport podszywając się pod 4Media (Magazyn Finansowy wciąż zalega mi z honorariami) lub pod Vistulę (kupiłem w tej firmie smoking), ktoś może mnie za to ścigać. Natomiast jeżeli w pełni legitymowany zarząd spółki publicznej ogłosi komunikat zawierający oczywiste bzdury, nikt ścigać go nie będzie. Co więcej: komunikat objęty jest domniemaniem prawdziwości podanej w nim treści. W pierwszym wypadku fałszywka wyrządzi szkodę spółce, dysponującej środkami prawnymi, by dochodzić zadośćuczynienia. W drugim wypadku fałszywka ma na celu oszukanie inwestorów, co jest na polskim rynku praktyką tak powszechną, że już nie zwraca się na nią uwagi.

Jak nie należy legitymować nadawców komunikatów, ponieważ nawet jeżeli nadaje je uzurpator, jest to dla rynku ważną informacją, tak również nie należy cenzurować treści komunikatów, lecz za zawarte w nich dezinformacje nadawca winien ponieść surową odpowiedzialność. Chodzi o to, żeby sprawozdawczość była wiarygodna. Otóż nie jest, co w ostateczności szkodzi nie tylko spółkom – także akcjonariuszom, a przede wszystkim rynkowi. Akcjonariusze mogą wycofać się ze spółek budzących ich wątpliwości; mogą także wycofać się z rynku, a straty, jakie poniosą, odstręczą naśladowców. Tylko sam rynek jest całkiem bezbronny. Nie tylko nikt go nie chroni, ale nawet nie traktuje serio. Są bowiem na nim spółki, które w istocie rzeczy nie prowadzą żadnej działalności, tylko smażą raporty bieżące zawierające treści, jakie nawet najmłodsi juhasi bez wahania zakwalifikują do trzeciej postaci prawdy (według X. prof. Józefa Tischnera, pierwsza postać tejże to u górali ‘święta prawda’, druga – ‘tyz prawda’, zaś trzecia to ‘g… prawda’).

Tekst ukazał się 20 stycznia 2003 w tygodniku Gazeta Bankowa