Archiwa tagu: zakaz konkurencji

Tylko kuzyn się zgadza

Im mniejsza liczba osób dotkniętych daną restrykcją, tym większa gotowość władzy do wprowadzenia jej za wszelką cenę. Tej reguły parlamentaryzmu doświadczamy właśnie na przykładzie karnego podatku, jakim PiS obkłada odprawy menedżerów spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa, oraz wypłaty z tytułu nałożonego na nich zakazu konkurencji. Ledwo przed kilku dniami narodził się ów pomysł, a już procedowany jest z rozmachem. Ba, zanim napisałem poprzednie zdanie – Sejm zdążył ustawę uchwalić. Podatek, który ma wejść w życie z początkiem przyszłego roku, dotknie niewielu osób, wpływy z niego będą więc znikome, korzyści da jedynie propagandowa wymowa restrykcji.

Inicjatorzy tego przedsięwzięcia wiedzą coś, czego ja nie wiem. Wiedzą, w kogo, z imienia i nazwiska (oraz rodowodu) wspomniany podatek uderzy. Bardzo go (ich?) nie lubią, dlatego tak energicznie krzątają się wokół sprawy. Wcześniej uzyskali poparcie sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Wprowadzono zmiany do pierwotnego projektu. Stawka podatku wyniesie nie 65%, a 70%; na szczęście istnieje jeszcze spora przestrzeń dla dalszych podwyżek. Zostaną nim objęte odprawy wyższe niż trzymiesięczne wynagrodzenia. Oraz wypłaty z tytułu zakazu konkurencji przez okres dłuższy niż 6 miesięcy. Wiadomo, że restrykcje dotkną nie swoich, a tamtych. Swoi czwórkami pójdą na posady, tamci szybko niech robią im miejsce.

Komisja Finansów publicznych obradowała pod przewodnictwem Wojciecha Jasińskiego, pamiętnego ministra Skarbu Państwa w rządzie PiS – Samoobrona – LPR. Inicjatorzy podatku kierują się narodowo-populistycznym poczuciem prawa i nie mają wątpliwości natury konstytucyjnej. Niesłusznie. Status własnościowy podmiotów gospodarczych ulega zmianom. Jedne spółki zostają poddane prywatyzacji (trzeba przyznać Wojciechowi Jasińskiemu, że on do takiego procederu ręki nie przykładał). Inne, prywatne, bywają przejmowane przez podmioty z udziałem Skarbu Państwa. Taki los spotkał Bogdankę. Zwiastunem zmian była zapowiedź związkowców, że chcą powrotu spółki w gościnną domenę państwową, gdzie można dokazywać. Uznałem to za brednie i naśmiewałem się, a należało wsłuchać się, co w trawie PiSzczy.

W dyskusji prowadzonej w Komisji Skarbu Państwa pierwsze skrzypce grał pogodny moralista Tadeusz Cymański. Dociekał: „Kto będzie miał odwagę i śmiałość – i powiem więcej – czelność zaskarżyć tę ustawę do Trybunału?” I powiedział poseł rzecz ciekawą: „Prywatny właściciel nawet dla kaprysu może dać i 5 milionów odprawy swojemu kuzynowi (…) ale w spółkach Skarbu Państwa jest inaczej”. Niby to prawda, ale taka, jaką głosiło Radio Erywań. Bo nie prezes prywatnej spółki, a osoba prywatna, prezes Rzeczypospolitej. I nie odprawę daje ze spółki Skarbu Państwa, a posadę w takiej spółce. I tylko kuzyn się zgadza.
Czytaj także:
2015.11.20 Zapach podatku
2015.07.25 Powrót do macierzy

Zapach podatku

Pomysł karnego podatku jest ze wszech miar fatalny. PiS chce objąć nim odprawy menedżerów oraz wypłaty z tytułu konkurencji. Sprawa cuchnie brzydko: polityką, obłudą, populizmem, demagogią. Pragnę zastrzec, że nie jestem zwolennikiem żegnania odchodzących menedżerów sutymi odprawami, ani kosmicznych wypłat pod pretekstem zakazu konkurencji. Wielu menedżerów otrzymuje odprawy niejako w nagrodę, że nareszcie przestali pracować. Zakaz konkurencji bywa fikcją: przecież niejeden prezes, przechodząc do konkurencji, doprowadziłby ją do katastrofy, a firmie, którą akurat opuścił, wyrządziłby najlepszą przysługę. Nie rozpaczałbym z powodu dotkniętych takim podatkiem portfeli menedżerów, oburza mnie natomiast wybiórczy charakter daniny, którą mieliby teraz płacić pierwsi z kręgu osób nielubianych przez obecną władzę, czyli menedżerowie z rozdania poprzedniej ekipy. Pierwsi, ponieważ za garstką nielicznych dotkniętych podatkiem na pokaz mogą niebawem pójść inni, spis nielubianych jest liczny, a z czasem jeszcze wzrośnie. Moja matka mądrze powiadała, że najgorszą formą poniewierki jest ta, na jaką słabsi skazują silniejszych od siebie.

Nie gorszą mnie wysokie zarobki menedżerów, póki są świadczone za pracę. W Sévres jest wzorzec metra, nie ma wzorca płacy menedżera, zwłaszcza takiego, który kreuje wartość firmy. Nie odpowiada mi filozofia stojąca za uchwaleniem szkodliwej ustawy „kominowej”. Nie godzę się z założeniem, że w spółkach ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa zarobki menedżerów powinny zostać niskie. Sprzeciwiam się mierzeniu wszystkich menedżerów jedną miarką, przykrojoną na karzełka. Ale najbardziej oburza mnie psucie państwa w przyziemnym zamiarze pokarania rzekomego wroga. Teraz będą wymiatać prezesów, by zrobić miejsce dla swoich (nazywam to zjawisko alotażem, upamiętniając tym prezesa ZUS, wprawdzie bez niezbędnych kompetencji, za to z nadania kolesi), a wymiatanych jeszcze potraktować specjalną stawką podatku.

Postulat ograniczenia odpraw i odszkodowań w spółkach z przeważającym udziałem Skarbu Państwa łatwo spełnić dzięki właściwemu kształtowaniu składu rad nadzorczych. To przecież rady są pracodawcami zarządów. Natomiast umowy już zawarte powinny być dotrzymane. Podatki nie mogą działać wstecz. Jeszcze niedawno wstawiłbym tu zdanie o Trybunale Konstytucyjnym…

Dobra polityka podatkowa – pisał Jean-Baptiste Colbert (1619-1683) – powinna przypominać skubanie gęsi: dawać dużo pierza, mało krzyku. Ten podatek nie da dużo pierza, dotknie niewielu osób, spowoduje za to dużo krzyku, odezwie się pół Europy, w obronie nie jednostek, ale zasad. A menedżerom spółek Skarbu Państwa podpowiem dobry sposób na podatek. Większe spółki ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa wydają mnóstwo pieniędzy na utrzymanie drużyny piłkarskiej. Nazywają to marnotrawstwo wyrazem społecznej odpowiedzialności biznesu. Niech się prezesi zatrudnią jako piłkarze.

Kiedy prezes zarabia miliony, tabloidy szczują ludzi przeciw jaskrawej niesprawiedliwości: ty, czytelniku, żyjesz z zapomogi i ze sprzedaży butelek po wódce, a prezes ma miliony i nurza się w luksusach. Kiedy te same miliony dostaje piłkarz, wszystko jest w porządku. Prezesa chcą teraz obłożyć specjalną stawką 65%, piłkarz płaci podatek liniowy. W ligach nie brakuje patałachów, więc gdyby pod koniec meczu puścić prezesa z ławki na boisko, nawet najbardziej patriotycznie nastawiony kibol nie pozna, kto zawodowy kopacz, a kto prezes.

Ława niezależnych [2002]

Przynajmniej połowę składu rad nadzorczych powinni niebawem stanowić członkowie niezależni. Skąd ich brać?

Instytucje finansowe działające w formie spółek publicznych stają przed wielkim wyzwaniem. Niedawno giełda przyjęła zbiór zasad dobrych praktyk. Jedna z tych zasad nakłada na spółki publiczne powinność zapewnienia, że przynajmniej połowę składu rady nadzorczej będą stanowić członkowie niezależni. Postulat ten powinien zostać spełniony przez spółki nie później, niż do końca 2004 roku. Zważywszy powagę sprawy, czasu jest bardzo mało.

Giełda wyjaśnia status niezależnych. ‘Powinni oni być wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na zdolność niezależnego członka do podejmowania bezstronnych decyzji. Szczegółowe kryteria niezależności powinien określać statut spółki’. Rada nadzorcza powinna pozyskać zgodę przynajmniej jednego z członków niezależnych (co zresztą nie wynika z ich specjalnego statusu, ale z arytmetyki!) na podjęcie uchwał dotyczących trzech ważnych obszarów działania. Jeden dotyczy świadczeń spółki i podmiotów powiązanych z nią na rzecz członków zarządu. Drugi dotyczy zawarcia przez spółkę lub podmiot od niej zależny ‘istotnej’ umowy z podmiotem powiązanym ze spółką, członkiem rady nadzorczej albo zarządu oraz z podmiotami z nimi powiązanymi (o to, czy umowa jest ‘istotna’, będą się toczyć niepotrzebne spory!). Trzeci dotyczy wyboru biegłego rewidenta.

Obecnie niezależni członkowie rad nadzorczych są rzadkością. Większość społeczności członków rad nadzorczych polskich spółek, w tym także (a nawet zwłaszcza!) rad nadzorczych instytucji finansowych, to osoby zdecydowanie zależne, powiązane z akcjonariuszami i otwarcie działające w ich imieniu, przedkładające interes swojego mocodawcy ponad interes spółki. Warto zmienić ten stan rzeczy, lecz nie jest to wcale proste, szczególnie w instytucjach finansowych.

Z członkostwem w radzie nadzorczej polskie prawo nie wiąże, niestety, zakazu konkurencji. Zapewne stąd bierze się tendencja inwestorów do obsadzania miejsc w radzie nadzorczej swoimi totumfackimi. Członkostwo w organie nadzoru daje w praktyce nieograniczoną możliwość wglądu w działalność nadzorowanego. Wgląd w działalność instytucji finansowej to sprawa delikatna. Wiele polskich instytucji finansowych nie działa samodzielnie, lecz w ramach większych struktur. Członkostwo w radzie nadzorczej da wgląd w działalność tych struktur, mających przecież niekiedy prawdziwie globalny charakter. Członek rady zyskuje więc dostęp do wielu informacji o wyjątkowym znaczeniu.

Polskie prawo nie wymaga od członków rad nadzorczych jakichkolwiek kwalifikacji. Nie wyróżnia ono niezależnych, ponieważ nie zna takiej instytucji. Wywodzi się ona z odmiennych systemów corporate governance i jest przeszczepiana na nasz grunt nie do przepisów prawa, ale do dobrej praktyki. Od niezależnych wymaga się tylko braku wspomnianych powiązań, ale nie lojalności. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by spółka obostrzyła status niezależnych członków rady zakazem konkurencji, wysokimi kwalifikacjami, wymogiem lojalności. Lecz im więcej będzie się wymagać od niezależnych członków rad nadzorczych, tym trudniej będzie znaleźć właściwych kandydatów. Zapewne inwestorzy strategiczni mają swoich zaufanych ludzi, lecz zaufani ludzie inwestora oczywiście nie są niezależni.

Brak nam ławy odpowiednich kandydatów na niezależnych członków rad nadzorczych. Brak jest szczególnie dotkliwy względem potrzeb instytucji finansowych, upoważnionych do oczekiwania od takich kandydatów szczególnych predyspozycji. Spółki nie będą przecież dawać ogłoszeń do prasy, nie będą też samodzielnie ‘lustrować’ kandydatów, bo nawet wspomniany termin budzi niegodziwe skojarzenia, a nadto nie należy powierzać zarządom spółek decydowania o tym, kto będzie je nadzorował. Takie sytuacje zdarzają się w Polsce, lecz nie nazwę ich dobrymi praktykami.

Wszystko przemawia przeciwko puszczeniu sprawy na żywioł. Można uchylić się od powierzenia nadzoru osobom niezależnym (znam niezawodne sposoby), lecz więcej korzyści przyniesie wzbogacenie wartości nadzoru dzięki powierzeniu go osobom niezależnym, światłym, doświadczonym i godnym zaufania. Byłoby to łatwiejsze, gdyby instytucje finansowe dysponowały zapleczem w postaci długiej ławy obsadzonej odpowiednimi kandydaturami.

Są w świecie organizacje świadczące dobre usługi w postaci wyłaniania odpowiednich kandydatur i przygotowywania ich do wykonywania zadań niezależnych członków rad nadzorczych. Warto przedyskutować, czy taką organizację da się powołać w Polsce. Wprawdzie mamy Związek Banków Polskich, który wyrobił już sobie niepodważalną pozycję, ale czy banki powinny – choćby pośrednio, przez Związek – wpływać na obsadę swoich rad? Oczekuję światłych propozycji, jak najlepiej rozwiązać ten problem.

Tekst ogłoszony 15 września 2002 w tygodniku Gazeta Bankowa

Oparcie fotela [2000]

Polityk w radzie nadzorczej nie chroni spółki przed polityką, lecz wikła ją w politykę.
Przewodniczący rady nadzorczej jednej ze spółek giełdowych ogłosił o zamiarze ubiegania się o urząd prezydenta. Niebawem zapowiedział, jak w związku z tym potraktuje swoje rozliczne zajęcia: „Z wszystkich zrezygnuję. Do końca kwietnia z niektórych, a wraz z oficjalnym zarejestrowaniem kandydatów, z wszystkich”. Śladem deklaracji politycznej poszła więc zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z przewodniczenia radzie jednej z najważniejszych polskich spółek – Banku Handlowego.

Można rozpatrywać tę zapowiedź przez pryzmat polityki. Praktyka była dotychczas odmienna. Kandydowali więc na prezydenta piastuni stanowisk państwowych, jak Prezes Rady Ministrów, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego i Prezes NBP. Stanowisk nie złożyli. Postąpił tak tylko premier, acz dopiero po klęsce wyborczej. Utarła się praktyka, że sprawowanie ważnego urzędu nie przeszkadza w ubieganiu się o inny. Jest to praktyka zła, ale nie o niej piszę.

Na sprawę można spojrzeć także przez pryzmat potrzeby ukształtowania zasad porządku korporacyjnego. Istnieje taka potrzeba. Skoro na rynku idzie o pieniądze, normy postępowania winny być jednoznaczne. Prawo jest w tej kwestii lakoniczne. Precyzuje obowiązki i uprawnienia nadzoru spółek, ale nie mnoży zakazów. Nawet zakaz konkurencji (czyli zajmowania się bez zezwolenia spółki interesami konkurencyjnymi, bądź uczestniczenia w spółce konkurencyjnej w charakterze wspólnika jawnego lub członka władz), bezwzględny wobec członków zarządu spółki akcyjnej, jedynie wyjątkowo dotyczy członków organu nadzoru. „Prezesa” rady nadzorczej kodeks handlowy wspomina raz tylko, mimochodem, w związku z otwarciem obrad walnego zgromadzenia. Funkcję ująłem w cudzysłów, ponieważ w większości statutów pracami rady nadzorczej kieruje „przewodniczący”, natomiast „prezes” kieruje zarządem. O nim kodeks nie wspomina wcale.

Również praktyka niewiele wyjaśni. Członkowie rad nadzorczych, w tym ich przewodniczący, to często osoby aktywne, prowadzące bogatą działalność na rozmaitych niwach. Jest to zjawisko powszechnie uznane za dopuszczalne. Aspirant do urzędu prezydenta też pełni wiele różnych obowiązków. Rozwija nadto, jak kiedyś powiedział, „dobry portfel zamówień na doradztwo”. Obecnie nie łączy praktyki na rzecz podmiotów prawa handlowego z funkcjami publicznymi. Łączył ją w swoim czasie, jako minister spraw zagranicznych i przewodniczący rady nadzorczej Banku Handlowego jeszcze przed jego prywatyzacją. Z tego powodu trafił na listę Cimoszewicza (nie mylić z listą Macierewicza), plon akcji „Czyste ręce” (1994).

Z prawnego punktu widzenia lista Cimoszewicza budziła wątpliwości. Nie rozproszył ich sam Sąd Najwyższy. Dzisiaj Bank Handlowy jest prywatny. Zmienia się w nim struktura własności, rozstrzyga się jego przyszłość. Ma w tym spory udział polityka. Nie przez bank uprawiana, lecz wokół niego i na jego szkodę. Przewodniczący rady rozciągał nad bankiem parasol swojego autorytetu (lub wyobrażał sobie, że tak czyni), by osłonić go przed polityką. Sam, będąc osobą publiczną, postrzegany jest jako polityk o wyjątkowych ambicjach. Zapowiadając zgłoszenie swojej kandydatury na urząd prezydenta, zamyka ten parasol. Zapewne ma świadomość, że nie ochronił nim banku.

Nieuchronnie rodzi się pytanie o rolę polityków w organach spółek prawa handlowego. Czy są oni w stanie wesprzeć spółkę, czy szkodzą jej w gruncie rzeczy? Czego naprawdę potrzebuje spółka: wsparcia politycznego, czy raczej przejrzystości, tak miłej inwestorom? Inwestor ma pieniądze i związane z nimi interesy, a jeżeli ma poglądy polityczne, to trzyma je w innej kieszeni. W jego interesie leży zatem, by nie wikłano spółki w politykę. Ostatnio polityka zaszkodziła kilku polskim bankom, a w ślad za tym polskiemu rynkowi. Polityk w radzie nie jest piorunochronem, gdyż polityczne gromy ściąga nie na siebie, a na spółkę. „Odcinając przeszłość grubą linią” – należy powitać z uznaniem zapowiedź ustąpienia aspiranta do prezydentury z organu spółki publicznej. Odbędzie się to z korzyścią dla niego, dla spółki, a także dla rynku, gdyż stworzy ważny precedens. Oby!

O tym, że spółki trzeba oddzielić od polityki, świadczy postawa prezesa Rafinerii Gdańskiej. Oznajmił on, że nie ubiega się o kolejną kadencję, ponieważ w państwie zdominowanym przez jeden ze związków zawodowych niezbędne jest posiadanie silnego oparcia politycznego, a on go nie ma. Lecz czy polityka jest oparciem fotela, czy raczej fotel daje oparcie politykowi? Natomiast prezes NIK i minister koordynator służb specjalnych zapewne siedzą na taboretach, ponieważ deklarują apolityczność. Akurat oni.

Tekst został ogłoszony 3 kwietnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka