Archiwa tagu: zaufanie

Bez niezależnych mediów nie ma rynku kapitałowego

  • Rynek kapitałowy polega na przepływie pieniędzy i informacji.
  • Strumienie pieniędzy płyną tam i z powrotem między inwestorami i emitentami…
  • … oraz od jednych i drugich do fiskusa.
  • Strumienie informacji płyną tam i z powrotem między mediami i pozostałymi uczestnikami rynku.

Inwestorzy, emitenci, fiskus, są mniej więcej tacy, jacy byli – i jakimi zapewne zostaną w przewidywalnej przyszłości. Natomiast media stale zmieniają swoją naturę. Są one tradycyjnie określane jako „czwarty stan”. Anglojęzyczny termin The Fourth Estate bywa często mylnie przekładany jako „czwarta władza”, chociaż nie koresponduje on wcale z monteskiuszowskim trójpodziałem władzy, a z trzema stanami społeczeństwa u schyłku feudalizmu.

Tradycyjnie „czwartym stanem” była prasa. Rynek kapitałowy dał impuls dla jej rozwoju: najpierw informowano inwestorów o notowaniach, później także o tym, co dzieje się w spółkach i wokół nich. Notowania rozpowszechniano także za pomocą telegrafu. Znaczący postęp przyniosły kolejno radio i telewizja. Na przełomie tysiącleci szczególną pozycję zyskały media internetowe: portale gospodarcze, wortale giełdowe, coraz liczniejsze, coraz bardziej profesjonalne, poczytne, wiarygodne prywatne gniazda informacji o rynku, giełdach (nie tylko GPW!), spółkach, akcjach, obligacjach, ryzyku, obrocie, relacjach inwestorskich, rynkowych obyczajach i kulturze komunikowania. Informacja nie przestała być towarem, lecz towar ów pod wieloma postaciami udostępniany jest powszechnie i nieodpłatnie. Niektóre darmowe gniazda wiedzy o rynku kapitałowym nie ustępują poziomem profesjonalnym mediom, nawet niekiedy przewyższają je liczbą stałych i wiernych odbiorców.

Odcięty od strumieni informacji, rynek kapitałowy nie przetrwa długo, zwiędnie. Muszą być to informacje niezależne – napływające na rynek różnymi kanałami. Nie mogą być one poddane kontroli lub cenzurze. Reżymy totalitarne pragną zawładnąć nie tylko mediami, pragną one regulować także prywatne, niezależne strumienie informacji o rynku i dla rynku. Państwo totalitarne staje się wszechobecne, na rynku bywa nie tylko srogim regulatorem, także osobliwym uczestnikiem stawiającym swoje interesy nad interesy innych inwestorów. Spółki z udziałem państwa działają pod jego dyktando, kierują swoje środki i zasoby ku celom wyznaczonym przez rządzących, a nadto stają się rezerwuarem posad dla sprzymierzeńców kasty panującej. Media publiczne zostały przejęte, prywatnym grozi marginalizacja, a niezależne strony internetu, służące rozpowszechnianiu niewygodnych treści, uwierające władze – mogą zostać wyłączone lub trwale zakłócane przez hackerów w służbie państwa.

W Polsce władza pragnie ingerować w rynek kapitałowy. Jeden polityk powiada: „Musimy mieć pewność, że wszystko, co dzieje się w Polsce, jest kontrolowane przez polskie władze”. Do jego lotu nad kukułczym gniazdem przyłącza się despota: „Media w Polsce powinny być polskie”. Chcieliby „udomowić”, „repolonizować” media, spółki, banki, rynek. „Udomowienie” gazet regionalnych tylko pozornie nie godzi w rynek kapitałowy. Potwierdza ono doktrynę, że spółki z udziałem państwa mają – na niekorzyść innych akcjonariuszy – wspierać pomysły rządu, niekiedy totalitarne, zazwyczaj absurdalne.

Puszczę tu wodze fantazji: pozornie zjednoczone partie władzy mogą zapragnąć ustalania notowań spółek. Kurs Orlenu wyznaczałby prezes. Ziobryści otrzymaliby jedną spółkę z indeksu WIG20, jedną z WIG40, dwie z WIG80, gowinowcy mniej, ponieważ kurs jednej spółki z przyznanej im puli ustalałby pokątnie Bielan. Za upadłości spółek odpowiadać będzie opozycja, jeżeli się uchowa. Wyrzucimy z rdzennie polskiej giełdy zabłąkane na nią spółki zagraniczne. Zakaże się inwestowania przez kapitał zagraniczny, zwłaszcza niemiecki. IPN zadba, by zagraniczne media nie wycierały swoich brudnych pysków polskimi tematami. „Wysoki trybunał” orzeknie, że regulacje unijne są niekonstytucyjne. Publikacje na temat rynku będą zatwierdzane przez Komisję Nadzoru Rynkowego pod kierownictwem dr. Marka Chrzanowskiego. Tu kończę, wstydu oszczędzę…

Każdy zamach na media, jakakolwiek bywa jego postać, jest dotkliwym ciosem w rynek kapitałowy i pieniądze inwestorów. Kto zamierza „udomowić” media, pragnie pozbawić rynek jednego z najważniejszych komponentów. Bez niezależnych mediów emitenci, inwestorzy i regulatorzy nie będą w stanie zdobyć zaufania umożliwiającego pozyskiwanie kapitału. Zaufanie to fundament gospodarki, lecz w systemie totalitarnym władza radzi sobie i bez niego. Zaufania potrzebują także media już bez reszty zawłaszczone przez kastę panującą, jak telewizja „publiczna” i drogie mi Polskie Radio. Żadne koncesje nie wchodzą w rachubę. Wyprowadzenie mediów spod kontroli politycznej dobrze przysłuży się rynkowi kapitałowemu.

Czytaj także:

2005.10.17 Czwarty Stan rynku
2018.02.18 Nowe media to Piąty Stan rynku. Nieokiełznany!

2021.01.18 Dlaczego przejęcie przez Orlen mediów regionalnych zagraża prawdzie i prawu

Warto odróżnić przypadek Idea Bank SA od sprawy Leszka Czarneckiego

  • Przypadek przejęcia części operacji Idea Bank SA nie jest ani nieoczekiwany, ani przesycony polityką;
  • Wyróżniają go jednak demonstracyjne rezygnacje w zarządzie Banku Pekao SA przejmującego rachunki klientów Idea Bank SA;
  • Inny charakter ma kipiąca polityką sprawa Leszka Czarneckiego, twórcy i inwestora przejętego Idea Bank SA;
  • Jedni komentują, że inwestor „nie dogadywał się z władzą”, więc ma za swoje – inni, że to władza ma dogadywać się z rynkiem.

„Przejęcie Idea Bank SA”, a ściślej – poddanie go tzw. procedurze resolution, nie wywołało emocji w środowisku bankowym. Jego poważni liderzy: Przemek Gdański (BNP Paribas Polska), Brunon Bartkiewicz (ING Bank Ślaski), Cezary Stypułkowski (mBank) potraktowali rzecz profesjonalnie. Padło nawet znamienne słowo „nareszcie”. Natomiast opinia publiczna uległa znacznemu wzburzeniu, miarkowanemu tylko z uwagi na mnogość afer, prawdziwych i rzekomych, wydumanych, wybuchających w polskiej polityce. Pojawiły się zarzuty, że bank został ukradziony, że państwo jest zbójeckie, że sprawa jest polityczna, że inwestor został pokrzywdzony w odwecie za to, iż stawiał się władzy. Dlatego proponuję odróżnić przypadek Idea Bank SA od sprawy Leszka Czarneckiego, znanego inwestora i osoby, wokół której politycy PiS próbują zacisnąć pętlę.

Sprawa Idea Bank SA ma swoją bogatą historię. Wspominałem o niej kilkakrotnie na mojej stronie andrzejnartowski.pl poświęconej corporate governance. Były to wzmianki krytyczne. Dwa najważniejsze teksty to: RAPORT NARTOWSKIEGO: sprawa Getback SA w świetle corporate governance (2018) dostępny tutaj: 2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego, oraz
2019.06.10 ALERT: Pod rynkiem tyka bomba: Czy obligacje banków Czarneckiego wysadzą nas w powietrze?

W pierwszym z nich starałem się ukazać ogrom nieprawidłowości w spółce Getback i wokół niej, w działaniach Idea Banku, na rynku kapitałowym, oraz w państwie i jego organach, nie wikłając sprawy w politykę. W drugim wskazałem na konkretne zagrożenia dla przyszłości rynku i wyraziłem nadzieję, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego zdołają rozbroić minę, która tyka pod rynkiem, bowiem czasu zostało niewiele. 

Rezygnacje dwóch członków zarządu Banku Pekao SA zostały ogłoszone bezpośrednio po oświadczeniu p.o. prezesa banku w sprawie przejęcia części operacji i rachunków klientów Idea Banku SA. Co ważne: rezygnacje zostały jednoznacznie umotywowane: chodzi o odmienną wizję rozwoju banku. Piastuni spółek często (zbyt często, moim zdaniem) składają rezygnacje, nie ujawniając prawdziwych motywów tego kroku. Zasłaniają się względami osobistymi, stanem zdrowia, spełnieniem powierzonej im misji, albo nie mówią nic.

W bankach często dochodzi do wymuszenia rezygnacji: odejdź po dobroci, w nagrodę otrzymasz sutą odprawę i absolutorium – bądź zostaniesz odwołany bez odprawy i absolutorium. Przygotowania do operacji włączenia Idea Banku do Banku Pekao trwały kilka miesięcy, było dużo czas na złożenie rezygnacji bez ostentacji i demonstracji. Sprawa jest więc niecodzienna, niektórzy dopatrują się w niej podtekstu politycznego. Sztuki rezygnacji dotyczy zwięzłe kompendium:
2016.03.29 Rezygnacja piastuna spółki akcyjnej. Najczęściej zadawane pytania.

Gdyby pominąć wątek rezygnacji piastunów Banku Pekao, w sprawie Idea Banku nie widzę tajemnicy. Upolityczniona i złożona jest natomiast sprawa inwestora, dr. Leszka Czarneckiego. Osaczyła go gęsta sieć intryg. Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego złożył mu korupcyjną propozycję w stylu: mamy cię na oku, ale damy spokój, jeżeli zatrudnisz naszego człowieka. Wcześniej kandydat do pracy w banku Czarneckiego został niespodziewanie członkiem Rady Giełdy, a to pod pretekstem, że Skarb Państwa chce wzmocnić nad nią nadzór. Lecz nie miał on stosownych kwalifikacji do powierzonej mu misji, a misja była zbędna, wcale nie było potrzeby wzmacniania nadzoru nad giełdą. Ślady tajemniczej nominacji wiodły do Narodowego Banku Polskiego. O czym pisałem w tekście:
2018.11.24 Z kart historii: Tajny radca w radzie giełdy.

 Leszek Czarnecki ujawnił nagranie spotkania z Markiem Chrzanowskim, wobec którego podobno prowadzone jest postępowanie, ale nadzwyczaj niemrawe. Za to inwestor ma liczne kłopoty. Ma zostać aresztowany, jego adwokat został zatrzymany, przeszukano jego kancelarię, zajęto dokumenty, w szpitalu – nieprzytomnemu! – odczytywano zarzuty. Okoliczności sprawy nie świadczą, by Rzeczpospolita była państwem prawa. Gęste opary intryg wymierzonych w inwestora i jego obrońcę mogą obrócić się przeciwko państwu.

Komentarze rozgorączkowanych internautów są wobec państwa nadzwyczaj krytyczne. Wynika to z braku zaufania – zresztą zasłużonego! – do jego instytucji. Spotykam się z opiniami, że istota sprawy nie tkwi w tym, ile zła uczynił Idea Bank rynkowi kapitałowemu oszukańczym misselingiem obligacji Getback SA i potencjalnym zagrożeniem dla systemu bankowego, jaki mogła spowodować jego upadłość – a w tym, że znany inwestor nie dogadywał się z politykami!

Inwestorzy mają działać zgodnie z prawem, a ci, którzy tak czynią, mogą nie oglądać się na państwo. Niestety, państwo niekiedy nasyła na nich ludzi z dziwnymi propozycjami, przeto nie można mu ufać. Nie jest powinnością ludzi rynku dogadywanie się z państwem, to powinnością państwa jest troska o rynek i tych, którzy na nim uczciwie działają.

 

 

Złowrogi zapach gotówki

  • Fundamentem gospodarki jest zaufanie. Im go więcej w kraju i do kraju, tym więcej inwestycji, tym większy napływ pieniądza;
  • Nie lekceważąc powagi Produktu Krajowego Brutto, więcej znaczenia przyznaję Zaufaniu Krajowemu Netto;
  • Gdybyśmy potrafili go wyliczyć, zapewne byłby on w dzisiejszej Polsce katastrofalnie niski;
  • Niepokoją mnie usiłowania ku osłabieniu zaufania do pieniądza, banków i systemu płatniczego.

Polska ma niemałe osiągnięcia w procesie upowszechniania obrotu bezgotówkowego. Służy to gospodarce. Służy corporate governance, ponieważ wzmacnia przejrzystość podmiotów gospodarczych i transakcji przez nie zawieranych. Służy budowaniu zaufania. Służy także bezpieczeństwu państwa.

Przed blisko dwudziestu laty, pod wpływem tragedii 11 września 2001 roku, wyobrażałem sobie, że podejmując walkę z terroryzmem świat przemyśli sens i kształt tajemnic: bankowej i handlowej, że uda się skierować silny snop światła na rynki, spółki, transakcje. Przecież właśnie światło jest najlepszym środkiem dezynfekcyjnym. Pieniądz bywa niebezpieczny nie dlatego, że pochodzi z niegodziwych źródeł, ale z uwagi na to, że może być obrócony na niegodziwe cele. Dlatego nie wystarczy badać metrykę pieniędzy, należy śledzić je na każdym kroku. Uniemożliwić im dotarcie do niegodziwych celów.

Nie jest to łatwe. Public Accounts Committee Izby Gmin zarzuca Bankowi Anglii, że stracił kontrolę nad losem banknotów o wartości 50 mld GBP. Posłowie obrazowo wywodzą, że gdyby tę ułożyć tę sumę w banknotach pięciofuntowych, powstałby słup o wysokości 800 mil. Bank Anglii lekceważy te zarzuty: jego zadaniem jest zaspokojenie popytu na banknoty i monety, nie pilnowanie ich. Może leżą pod materacami lub zostały wywiezione za granicę? Wiadomo, pieniądz jest lotny, potrafi przemykać opłotkami, może dyskretnie wspiera cele charytatywne, może tajemnie służy ekstremistom albo terrorystom?

Polaków niepokoi, że państwo pragnie policzyć rachunki i skrytki bankowe. Gdybyśmy ufali państwu, nie byłoby powodu do obaw. Lecz nasze zaufanie jest mocno nadwerężone. Rządzący patrzą z podziwem na Turcję, gdzie nieudolna polityka gospodarcza spowodowała kryzys, jaki i nam zagraża: rząd „poprosił” więc obywateli, by sprzedali mu swoje dewizy. Być może właśnie obawa przed taką polityką napędza w Polsce gorączkę złota (chociaż nie bez znaczenia jest wysokość oprocentowania lokat bankowych). Lecz zdaję sobie sprawę, że rozeznanie w rachunkach i skrytkach bankowych może ułatwić państwu walkę z plagami współczesnego świata: terroryzmem, ekstremizmem, narkobiznesem.

Jednym z komponentów Zaufania Krajowego Netto jest bezsprzecznie zaufanie do pieniądza. Złoty przeżywał częściej bolesne upadki, niż wzloty. Jak przez mgłę pamiętam szok społeczeństwa wywołany wymianą pieniądza w 1950 roku. Pamiętam narastającą od lat sześćdziesiątych dwuwalutowość obrotu: za złote można było kupić zapałki (ocet nie zawsze był dostępny), towary atrakcyjne bywały sprzedawane za dolary, co fatalnie wpływało na samoocenę pracujących i ocenę państwa. Potem nadeszła inflacja, chwilami bardzo wysoka. Wielkim osiągnięciem była za to płynna denominacja złotego (1:10000). W miarę postępów transformacji złoty jednał sobie zaufanie. Wykorzystali je krótkowzroczni politycy blokując zastąpienie go przez euro.

Niedawno prezes NBP wystąpił z płomiennym apelem w obronie gotówki. Nikt jej nie atakuje, sam gotówką płacę przekupce za ser, kelnerom za dobrą obsługę, pani Beacie za sprzątnie mieszkania, „złotej rączce” za drobne usługi. Zdaję sobie sprawę, że wspomagam szarą strefę, krzywdzę fiskusa, pośrednio i siebie, ale – niestety! – nie w każdej sytuacji można gotówki uniknąć. Lecz nie da się już zatrzymać płatności bezgotówkowych, szczególnie przyjaznych w pandemii. Nie pójdę z gotówką do maklera, by złożyć zapis na akcje – a spółka, której akcje zapragnę objąć, nie zapłaci gotówką za audyt. Kiedyś polityk oświadczył, że nie ma konta w banku, bo nie jest aferzystą. Ja z tego samego powodu korzystam z usług bankowych. NBP też nie przesyła gotówką dofinansowania pewnej szkole w Toruniu (w 2020 r. ponoć aż 268 340 zł). Gotówka pachnie złowrogo: przestępstwem lub choćby szwindlem. Preferencja dla gotówki bywa zrozumiała u gangsterów, oszustów podatkowych, złodziei, ekstremistów. Gotowość banku centralnego do rozpaczliwej obrony gotówki można przyrównać do sytuacji generała Sowińskiego na szańcach Woli.

Tekst ogłoszony przez Gazetę Giełdy i Inwestorów PARKIET 19 grudnia 2020 r.

 

Whistleblowing: anonimowość jest przywilejem, nie przywarą

  • Wsparcie regulacyjne niewątpliwie jest bardzo korzystne, niemniej skuteczność whistleblowingu jest pochodną kultury społeczeństwa;
  • Od regulacji zależy ochrona anonimowości demaskatora, od kultury zależy, czy jego wystąpienia wywołają należyty odzew;
  • Mniej ważne, czy termin whistleblower zostanie przełożony jako demaskator, czy też sygnalista; ważniejsze, że nasza kultura widzi w nim donosiciela;
  • Jedni demaskatorów ścigają i prześladują, inni nagradzają ich sowicie – jak na tym wypada polski rynek i dlaczego wypada żałośnie?

Przed kilkoma miesiącami ogłosiłem Raport Nartowskiego: Sprawa Getback SA (2018) w świetle corporate governance. Przedstawiłem w nim obszerny katalog zaleceń dla rynku i spółki na rzecz poprawy corporate governance; całkiem niepotrzebnie się trudziłem, skoro nikt się do niego nie odniósł, nawet inwestor, który zamówił ów raport i rzetelnie udostępniał mi żądane materiały. Z nieco większym zainteresowaniem spotkała się prowadzące do zaleceń skrótowe omówienie przypadku. Fragment omówienia wywołał żywą reakcję. Zawierał on (strony 24 -25) opis listu insidera – insiderów? – na temat licznych, poważnych i ciągłych nadużyć w spółce, zwłaszcza w toku współpracy z jednym z TFI. Dokument, zatytułowany Zawiadomienie sygnalisty (whistleblower’s notification) został wystosowany do KNF, GPW, UOKiK, Deloitte (feralnego audytora Getback SA), EY (audytora TFI), PwC i KPMG. Otrzymał go także przewodniczący rady nadzorczej spółki.

Żaden z adresatów nie zareagował na zawiadomienie z należną mu powagą. Owszem, dokument był anonimowy, lecz trzeba mieć na względzie, iż insider, unikając ujawnienia swojej tożsamości, zachował zrozumiałą ostrożność. Była ona zapewne dyktowana nieufnością wobec Getback SA i wspomnianego TFI, w pełni uzasadnioną tolerowaniem przez oba podmioty ewidentnych nieprawidłowości. Lecz adresaci zapewne uznali, iż anonimowy charakter zawiadomienia zwalnia ich od obowiązku reagowania na jego treść, a nawet zapoznania się z nią. Godna smutnej anegdoty jest reakcja ówczesnego przewodniczącego rady nadzorczej, obcokrajowca działającego w aureoli uczciwego autorytetu zaufania (wyszło na jaw, że na wyrost). Nie znając języka polskiego, przekazał on zawiadomienie… prezesowi zarządu, osobie najsilniej uwikłanej w demaskowane nieprawidłowości. Do dzisiaj w dyskusjach na temat Getback SA wspomniane zawiadomienie kwitowane jest pogardliwym określeniem: anonim.

Kilka osób zwracało się do mnie o udostępnienie im tekstu zawiadomienia. Nie znając ich intencji – odmawiałem. Uważałem, że w swoim raporcie należycie przedstawiłem tenor i treść dokumentu. Jako doświadczony redaktor wiem dobrze, iż na podstawie lektury tekstu łatwiej zidentyfikować osobę autora (bądź kilku autorów). Uważam, że ochrona demaskatora polega przede wszystkim na ochronie jego anonimowości. Jest ona jego przywilejem, nie przywarą dyskwalifikującą treści przekazywane przez demaskatora (bywa on też nazywany sygnalistą, co jest mniej trafnym terminem).

Są kraje, gdzie demaskator bywa ścigany, karany. Są kraje, gdzie demaskator otrzymuje sowite nagrody, od ich wielkości kręci mi się w głowie. Są kraje, gdzie demaskator bywa lekceważony. I takie, w których jest lżony. Donosiciel jest najsłabszym epitetem. Silniejsze to kolaborant, kapuś, zdrajca, kanalia. W Polsce utarł się pogląd, że demaskator nie zasługuje na szacunek, gdyż kryje się za zasłoną. Czytam, że połowa Ministerstwa Sprawiedliwości kryła się w swoich plugawych kampaniach za zasłonami nicków, ale na naganę zasłużył uczciwy człowiek anonimowo zgłaszający nieprawidłowości, sięgający po anonimowość z uwagi na swoje bezpieczeństwo.

Współczesna gospodarka jest umiędzynarodowiona, firmy działają w wielu krajach, pod różnymi jurysdykcjami, odmienność regulacji utrudnia ściganie nadużyć i skuteczną ochronę demaskatorów. Coraz więcej inicjatyw zmierza ku umiędzynarodowieniu ram prawnych ochrony demaskatorów. Współczesnej Polsce byłoby z tym nie po drodze: nasi europosłowie występujący na forum swojego parlamentu w obronie praw człowieka i podstawowych wolności bywają pomawiani przez rządowych o donoszenie na Polskę (lecz bez wartości najwyższych: praworządności, praw człowieka, swobód obywatelskich, Polski może nie być). Demaskatora nieprawidłowości łatwo pomówić, ukarać; jego działalność nie jest chroniona immunitetem, jego pozycja jest słaba.

Wsparcie whistleblowingu wymaga budowania w społeczeństwie kultury szacunku dla demaskatora. W raporcie o Getback SA zaleciłem, by rady nadzorcze zadbały o uruchomienie w spółkach bezpiecznych – i gwarantujących anonimowość demaskatorów – procedur whistleblowingu, kierujących informacje do przewodniczącego rady, bądź przewodniczącego komitetu audytu, bądź niezależnego członka rady, bądź audytora wewnętrznego, według wyboru i wygody demaskatora. Zgłoszenia dotyczące nieprawidłowości w spółce i / lub jej najbliższym otoczeniu powinny być poważnie traktowane i starannie badane (s. 55). Bardziej rozbudowane zalecenie w tej kwestii skierowałem do zarządów spółek (s. 57).

Ostatnio Anna Garwolińska zaproponowała ustanowienie w spółkach instytucji męża zaufania, który gwarantowałby, że wnoszenie skarg lub uwag nie będzie karane. Istotne jest tu słowo zaufanie. Whistleblowing rozwinie się wtedy, kiedy demaskatorzy nabędą zaufanie, że ich zawiadomienia zostaną rzetelnie potraktowane, a społeczeństwo, rynek, spółki, nabędą zaufania do demaskatorów działających w dobrej wierze. Zważywszy powszechny brak zaufania w państwie i społeczeństwie, przyjdzie nam na to pracować długo i bardzo wytrwale.

 

Między spółkami i audytorami potrzebne jest zaufanie, czy państwo?

  • Na rynkach, między spółkami i inwestorami a profesją audytorską powstaje przepaść braku zaufania;
  • W Wielkiej Brytanii przypadki Carilliona lub Patisserie Valerie uzasadniają reformę audytu, powiązania go z governance i sprawozdawczością;
  • W Polsce reforma nadzoru nad audytem nie zmierza ku rozwiązaniu problemów branży ani governance, lecz ku wzmocnieniu nadzoru państwa nad rynkiem;
  • Rzecz w tym, że państwo po rynku porusza się niezdarnie, a osławiony przypadek Getback S.A. wskazuje na jego rażącą nieskuteczność.

 

 

Mistrust, czyli zaprzeczenie zaufania, to słowo coraz częściej używane na rynku kapitałowym w przestrzeni między spółkami i ich inwestorami a profesją biegłych rewidentów. Weszło ono do języka codziennego w epoce upadku Enronu i jego audytora, Arthura Andersena, kiedy księgowe oszustwa rozpełzły się szeroko po korporacyjnej Ameryce. Wróciło na języki wraz z późniejszym o zaledwie kilka lat światowym kryzysem bankowym. Największą karierę robi teraz, kiedy wielkie firmy upadają nagle, często bez ostrzeżenia, że im cokolwiek zagraża. Doszło do tego, że i małe spółki są w stanie – ku zdumieniu inwestorów, zarządu, audytora – znienacka wpaść w korkociąg i stracić ogromne pieniądze. Nikt potem nie jest w stanie wytłumaczyć, ile wyniosły straty, gdzie się podziały pieniądze, kto odpowiada za skandal, oraz dlaczego audytor, znakomicie przecież opłacany, niczego nie dostrzegł, nikogo nie ostrzegł, niczego nie wyjaśnił.

Znakomitą ilustracją współczesnego stanu audytu jest opisywany tu kilkakroć przypadek Patisserie Valerie, brytyjskich sieci cukierni oferujących wyroby na wzór kontynentalnych. Spółka, notowana na AIM, wyceniana była na 450 milionów funtów. Nagle, 10 października 2018 r., wyszły na jaw jej kłopoty finansowe: idące w miliony funtów zadłużenie na dwóch utajnionych przed radą dyrektorów rachunkach bankowych, oraz zaległości podatkowe. Zrazu mówiono o wessanych przez Czarną Dziurę dziesięciu milionach, już dwa dni później inwestor wsparł spółkę dwudziestoma milionami, wkrótce zaczęto mówić już o czterdziestu milionach, a 15 marca b.r., po niespełna półrocznym śledztwie, nie wyjaśniono jeszcze, gdzie się pieniądze podziały, natomiast oszacowano, że zniknęły przynajmniej 94 miliony GBP.

Firma Grant Thornton badała spółkę przez lata, a później wydała durne oświadczenie: audytor nie jest od tego, żeby wykrywać oszustwa. Kiedy przyglądam się rynkowi brytyjskiemu, często nachodzi mnie myśl, że audytor oszustw nie wykrywa, bowiem popełnia je sam. Na czele czarnej listy brytyjskich firm audytorskich błyszczy KPMG, uwikłana w skandale po obu stronach Atlantyku. Obecnie sprawuje ona wobec Patisserie Valerie tzw. administrację (postępowanie restrukturyzacyjne).  Na początek zamknięto 71 lokali, 122 wystawiono na sprzedaż. Sprzedano siostrzane sieci Baker & Spice i Philpotts. Setki osób straciło pracę. Co stało się z pieniędzmi, wciąż nie wiadomo.

Bardziej dociekliwi okazali się dziennikarze usiłujący dociec, czy kiedykolwiek istniała Madame Valerie, po której cukiernie wzięły nazwę. Ustalono, że urodziła się 22 kwietnia 1900 r. w belgijskiej Ostendzie jako Esther van Gyseghem (po mężu Vermeirsch). W 1926 r. otwarła w Londynie, przy Old Compton Street, lokal oferujący kontynentalne słodkości. Jej imię i oba nazwiska brzmiały na Wyspach paskudnie, więc cukiernię nazwała Valerie. Jest to szczegół bez znaczenia z punktu widzenia corporate governance.

Znaczenie ma natomiast wielka reforma nadzoru nad brytyjską profesją audytorską. Ma ona na celu rekonstrukcję zaufania do branży audytorskiej i rynku. Ubiegłoroczny upadek konglomeratu Carillion zaowocował powołaniem komisji pod przewodnictwem Sir Johna Kingmana. Opracowane przez nią propozycje (raport Kingmana) przewidują zastąpienie obecnego nadzory profesji audytorskiej, Financial Reporting Council, przez nową instytucję: ARGA – Audit, Reporting and Governance Authority. Przyjęto słuszne założenie, że te trzy sfery rynku: audyt, sprawozdawczość i governance (porządek korporacyjny) przenikają się nawzajem, tworzą organiczną jedność. Raport Kingmana krytycznie ocenił obecną działalność Financial Reporting Council: jest to przeżytek z minionej epoki, rozpadająca się szopa, przy której z czasem klecono kolejne dobudówki, ale całość przecieka i trzeszczy, jest bez końca naprawiana, poprawiana, lecz stoi na słabych fundamentach. Na dobrą sprawę ten obrazowy opis można odnieść do całego Zjednoczonego (jeszcze) Królestwa. ARGA ma być sprawna, skuteczna i stanowcza. Zobaczymy.

Nieufność wobec biegłych rewidentów eksplodowała i w Polsce, pożywkę dał jej kryzys Getback S.A., która wpadła w korkociąg zaledwie kilka miesięcy po pierwotnej ofercie publicznej. Mnożą się głosy, że audytor spółki przegapił tykającą pod nią bombę. Na temat spółki sporządziłem raport, pierwsze na polskim rynku całościowe opracowanie sytuacji kryzysowej i płynących z niej wniosków. Biegli rewidenci nie zareagowali na moje opracowanie, natomiast agencja PR obsługująca Polską Izbę Biegłych Rewidentów dostrzegła, że gdzieś w tekście, na s. 31 z 61, wspomniałem w nawiasie, że projekt przekształcenia KNA w urząd nadzoru jest mocno dyskusyjny – i pragnie pociągnąć mnie za język.

Owszem, skrytykuję projekt, lecz lobbyści na tym nie zyskają. Otóż uważam, że projekt jest dyskusyjny, ponieważ nie zmierza ku poprawie praktyki audytu, lecz ku wzmocnieniu nadzoru nad audytem. Zamiast rozwiązać problemy, zamierza się wzmacniać państwo, tworzyć organ, budować struktury, procedury i fundusze. Zamiast skupiać działalność firm audytorskich na badaniu sprawozdań finansowych, dopuszcza się kontynuację stanu obecnego: wielkie grupy o niewielkiej przejrzystości (nazywam je Tłustą Czwórką) będą świadczyć mnogość różnych usług, wzbogacając dochody z badania (oby rzetelnego!) sprawozdań finansowych dochodami z kształtowania tych sprawozdań poprzez consulting, doradztwo podatkowe, doradztwo prawne, usługi atestacyjne – jutro wymyślą jeszcze coś nowego. Nie tędy droga ku poprawie governance, odnowie zaufania na rynku i do rynku. Swoją drogą, obecna Komisja Nadzoru Audytowego nie odegrała istotnej roli, jest organem ornamentacyjnym, nie będę jej żałował. Lecz skoro system, jak w Wielkiej Brytanii, przecieka i trzeszczy, należy go zastąpić czymś skutecznym. A państwo jest żałośnie nieskuteczne, co staram się dowieść raportem „Sprawa Getback S.A. (2018) w świetle corporate governance”.  

Czytaj także:

2019.03.04 Getback i corporate governance. Raport Nartowskiego

2019.02.23 Audytor w spółce, pieniądze w czarnej dziurze

2019.01.28 Kiedy audytor śpi, spółka upada znienacka

2018.11.10 Niech jedzą ciastka – afera Patisserie Valerie

 

 

 

 

 

 

Czyściciel Obajtek, Orlenino i gra w czaszki

Często podnosiłem, że reprezentując niespełna 30 proc. akcji Orlenu, Skarb Państwa zachowuje się w spółce jak gdyby reprezentował 330 proc. Ma tam za nic kanon dobrych praktyk, dobre obyczaje, umiar, poczucie przyzwoitości. Jest wprawdzie największym akcjonariuszem spółki, lecz przecież mniejszościowym (27% z groszami). Niemniej postępuje jak ów niegrzeczny Gaweł, co z nikim się nie liczył i „najdziksze wymyślał swawole”.

Nie rwę włosów z głowy z powodu odwołania Wojciecha Jasińskiego. Kilkakrotnie dawałem wyraz przekonaniu, ze brak mu kwalifikacji do zarządzania koncernem – grupą kapitałową prowadzącą operacje w kilku krajach. Ukończył wprawdzie prawo, ale nie zdobył praktyki na rynku. Owszem, zarządzał jedną ze spółek stanowiących zaplecze finansowe PiS, lecz nie nauczył się w niej zasad corporate governance. Ministrem Skarbu był kiepskim, gospodarki nie rozumiał, nic nie prywatyzował. Wprawdzie był kiedyś kierownikiem sklepu, co mogłoby przydać mu się teraz, kiedy Orlen ambitnie zamierza przejąć niedzielny handel, ponieważ durna ustawa każe zamykać sklepy (co zresztą się nie uda), lecz właśnie go pogoniono. Jak zwykle bez ujawnienia powodów takiej decyzji, znienacka, mafijnym obyczajem. Tak samo pogoniono dwoje wiceprezesów. Spółki giełdowe mają być przejrzyste, by mogły budzić zaufanie rynku. Orlen przejrzysty nie jest, przesłaniają go dymy bitewne, walki toczą się o stanowiska. Nie od dzisiaj: nazwę „Orlenino” (krzyżówkę Orlenu z bitwą pod Lenino) ukułem wiele lat temu.

Wspomniany niegrzeczny Gaweł z wiersza hrabiego Fredry „ciągle polował po swoim pokoju”. Pokojem PiS jest Polska. Upolowano już tych, którzy objęli stanowiska wcześniej, za poprzedniego rządu, przeto niekompetentnych, wypranych z genu polskości ludzi gorszego sortu, kanalie pozbawione uczuć patriotycznych. Czas zapolować na swoich, powołanych przez obecny rząd, co innych pomazańców powinno nauczyć respektu względem Grupy Trzymającej Władzę. Dzisiaj poluje ten, niezadługo zapolują i na niego. Z powiastki Fredry morał w tym sposobie: „Jak ty komu, tak on tobie”.

Czyścicielem Orlenu został Daniel Obajtek. Analogia z łobuzerskimi czyścicielami kamienic jest tu w pełni usprawiedliwiona. Jak oni, prezes Obajtek wyrzuca ludzi szast-prast. Zaczął już pierwszego dnia. Jeszcze nikogo nie znał, a już wiedział, kogo należy wywalić. Sam listy przeznaczonych do zwolnienia nie zdążył przygotować, wypełniał więc cudze zlecenia. Ma o sobie wysokie mniemanie, ale takim geniuszem to nie jest, żeby natychmiast przejrzeć sekrety korporacji i jej tysięcznych kadr. Miesięcznik Manager pisze o Obajtku: „Manager na trudne czasy, reformator niebojący się bezkompromisowych decyzji”. W punkt! Może jeszcze zostanie prezesem Polskiej Grupy Zbrojeniowej? Tam także czyszczą po swoich.

Obajtek to patriota. W klapie marynarki nosi orzełka (chociaż jeszcze nie Orła Białego) i biało-czerwoną flagę. Deklaruje, że ubiera się wyłącznie w polskie marki. Preferuje tradycyjną polską kuchnię. Wypoczywa tylko w Polsce. Nie dodał, że na urlopy jeździ tylko polskim samochodem, czas odmierza mu polski zegarek, ogląda tylko polską telewizję w polskim telewizorze, bowiem rozumie się to samo przez się. W grudniowym numerze Managera udzielił wywiadu jeszcze jako szef Grupy Energa. Polska może powstaje już z kolan, ale dziennikarz zadaje mu pytania z pozycji leżącego plackiem.

Zmiany kadrowe w Orlenie dotknęły też radę nadzorczą. Akcjonariat spółki nie ma nic do gadania i chętnie się z tym godzi, więc nie wyjaśnia mu się powodów odwołań i powołań. Niemniej pewien przypadek szczególnie mnie zastanawia: kilka dni przed walnym zgromadzeniem, które dokonało zmian kadrowych, pani z rady nadzorczej złożyła rezygnację. Powodów nie podała. Prawo nie wymaga ujawnienia przyczyny rezygnacji. Złożyła nieprzymuszone, nieskrępowane oświadczenie woli, że nie zamierza już świadczyć posługi dla spółki paliwowej. Nie wiemy, czym decyzja była motywowana: czy obawą przed odpowiedzialnością za to, co dzieje się w spółce, czy strachem przed tym, co dzieje się wokół niej. Po kilku dniach rezygnantkę wybrano do rady ponownie. Nikt nie wyjaśnił, czemu ma służyć ta komedia, kto z kim i o kogo toczy boje, ale atmosfera wokół spółki jest coraz bardziej cuchnąca.

Rekordowe zainteresowanie wzbudziła natomiast pracownica frontu ideologicznego przeniesiona z rządowej telewizji do Orlenino. Miała odpowiadać za wizerunek spółki, lecz ma ogromne kłopoty ze swoim. Pamiętna nominacja do Orlenu Igora Ostachowicza, eksperta o nieporównywalnym dorobku, wywołała wśród działaczy PiS bezkresne wzmożenie moralne. Niezaprzeczalnie fałszywe. Nieszczęsna nominatka niebawem rzuciła posadę. Przynmajmniej tyle.

W ruinach Chichèn Itzà, prekolumbijskiego miasta na Jukatanie, pośród schodkowych piramid jest kilka boisk sportowych. Grywano na nich w pelotę. Przewodnik mówi, że grano czaszkami. Nie uwierzyłem mu. Lecz dzisiaj, kiedy widzę, jak PiS rozgrywa wewnętrzne konflikty głowami swoich, dostrzegam w opowieściach przewodnika sporą dozę prawdopodobieństwa.

Czytaj także, m.in.:
2004.07.05 Spółka specjalnej troski
2013.11.07 Kto pamięta Orlenino?
2016.12.17 Alotaż. Orlenino
2017.01.21 Dlaczego nie inwestuję w spółki z udziałem Skarbu Państwa
2017.03.29 Inwestowanie w czasach zarazy

Blockchain receptą dla walnych zgromadzeń?

Nie tylko my mamy kłopoty z walnymi zgromadzeniami spółek notowanych na giełdzie. Ma je cały świat. Zrazu wydarzenie to straciło przymiot „walnego”, obecnie traci przymiot „zgromadzenia”. Tradycyjne, stacjonarne walne zgromadzenia budzą coraz to mniejsze zainteresowanie inwestorów. Obumierająca frekwencja na walnych przyczynia się do rozwoju zgromadzeń wirtualnych, w których można uczestniczyć wyłącznie przez internet, a inwestorom nawet nie wiadomo, gdzie przebywa przewodnicząca/y zgromadzenia; ta postać walnych zgromadzeń została już dopuszczona przez niektóre stany USA, niemniej budzi liczne zastrzeżenia. Rozwiązaniem pośrednim jest hybrydowe walne zgromadzenie, w którym jedni uczestniczą fizycznie, w sali obrad, inni zaś zdalnie, za pośrednictwem internetu. Przed kilku laty wydawało się, że hybrydowa forma zgromadzenia przyjmie się powszechnie, i to szybko, lecz następuje jej regres, zapewne pod wpływem obaw przed zawodnością łączności.
Właśnie ze Sztokholmu i Johannesburgu napłynęły krzepiące informacje: sposobem na kłopoty związane z walnymi zgromadzeniami może okazać się technologia łańcucha bloków, a konkretnie – oparty na niej standard Blockchain e-Voting Solution. Nasdaq i Strate (Pty) Ltd, południowoafrykański centralny depozyt papierów wartościowych zawarły porozumienie w sprawie wprowadzenia na rynek kapitałowy RPA sprawnego, bezpiecznego i przyjaznego dla inwestorów dla systemu zdalnych głosowań na walnych zgromadzeniach. Blockchain e-Voting Solution zostało już z powodzeniem zastosowane przez Nasdaq na rynku w Estonii.

Zwolennicy tego rozwiązania wskazują na wszechstronne korzyści płynące z jego stosowania przez (1) akcjonariuszy, ich pełnomocników, emitentów, oraz (2) depozyt, giełdę i instytucje infrastruktury rynku. Inwestorzy zyskują możliwość zdalnego uczestniczenia w walnym zgromadzeniu bądź zdalnego ustanowienia pełnomocnika/ów. Spółka może niezawodnie i bezpiecznie ustalić tożsamość akcjonariuszy i pełnomocników. Rynek uzyskuje pełny dostęp do informacji o walnym, porządku obrad, propozycjach uchwał. Głosy oddane online zostają zliczane w czasie rzeczywistym. Dane są bezpiecznie i trwale zachowane. Proces głosowania jest przejrzysty. System sprawnie obsługuje proces walnego zgromadzenia od jego zwołania do zamknięcia obrad.

Udogodnienia służą także drugiej stronie rynku. Cały proces administrowania walnym zgromadzeniem jest objęty jednym rozwiązaniem: od notyfikacji i dystrybucji materiałów do obsługi głosowania i sprawozdawania o wynikach walnego zgromadzenia. Obejmuje on także dostęp w czasie rzeczywistym do danych dotyczących posiadaczy akcji, głosowania oraz pełnej historii rachunków. Technologia jest bezpieczna, niezawodna, szybka, zgromadzone dane są trwale zarejestrowane i dostępne dla uprawnionych.

Wszystko to brzmi obiecująco, lecz rodzi się refleksja, że kłopoty walnych zgromadzeń przecież nie płyną wcale z niedostatku technologii. Płyną one z niedostatku zaufania. Na gruncie polskiego prawa możliwe jest organizowanie hybrydowych walnych zgromadzeń z użyciem nowoczesnych technologii umożliwiających zdalne uczestnictwo w obradach i udział w głosowaniach. Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych energicznie prowadziło symulacje takich zgromadzeń dowodząc, że są one możliwe i bezpieczne. Symulacje organizował także istniejący jeszcze w tamtych latach Polski Instytut Dyrektorów. Niektóre spółki podjęły wyzwanie i zorganizowały e-WZ. Kłopotów właściwie nie było, poza jednym: inwestorzy nie kwapili się do korzystania z udogodnień. Rezygnowali z wykonania swoich praw korporacyjnych.
Być może zawinił brak zaufania do technologii. W tej sytuacji blockchain byłby rozwiązaniem. Być może jednak (nie znam wyników badań, nie wiem nawet, czy były podejmowane) zawinił brak zaufania do lokalnej rzeczywistości rynkowej. Przekonanie, że głos inwestora indywidualnego w istocie nic nie znaczy (jak niebawem miało się okazać, głos obywatela, nawet posła – także). Przekonanie, że dane podawane są przez spółki ze znacznym opóźnieniem i w sposób nie w pełni zrozumiały dla inwestora (o czym świadczy, że nie rozumieją ich także analitycy). Nękanie inwestorów zwoływanymi w nadmiarze i bez istotnej potrzeby nadzwyczajnymi walnymi zgromadzeniami. Narastająca niechęć polityków do rynku kapitałowego. Dlatego z krajów geograficznie nam bliskich, Szwecji i Estonii, technologia Blockchain e-Voting Solution powędrowała hen, na skraj świata, do Afryki Południowej. Nawet nie o to idzie, że nasz znakomity krajowy depozyt pozostaje bez przywództwa, lecz o to, że nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje.

Tekst ogłoszony 8 grudnia 2017 r. w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET

Czytaj także: 2017.05.09 Kłopoty z technologią na walnym zgromadzeniu

Konflikt interesów, etyka, lojalność i zaufanie

W przetargu ogłoszonym przez jedno z ministerstw zwyciężył kuzyn ministra. Ród jest wprawdzie rozpleniony, ale nie do wszystkich trafia argument, że krewni nie utrzymują kontaktów. Internet wie lepiej. Jakaś pani przeczytała „Potop” i ma za złe wszystkim nosicielom akustycznego nazwiska. Tylko czekać, aż zostaną obwinieni o bezpotomne zejście Jagiellonów. Jak zwykle na pierwszym planie stawiamy plotki, na drugim politykę, gdzieś na dalszym publiczne pieniądze. Najbłahszym wydaje się nam etyczny wymiar zjawiska, czyli możliwość powstania konfliktu interesów. W praktyce gospodarczej liczy się nawet nie to, czy konflikt interesów zaistniał rzeczywiście – lecz to, że dopuszczono do możliwości jego wystąpienia. Już wtedy powstaje szkoda godząca w zaufanie, na którym opiera się obrót.

Im więcej państwa na rynku, tym więcej konfliktów interesów. I tym więcej niepotrzebnych regulacji mających zabezpieczyć przed tymi konfliktami. Sytuacja w kraju nie sprzyja rozkwitowi wartości etycznych. Niepokojąco często pojęcia dobra i zła są stosowane na opak. Bywa, że piastuni spółek z udziałem Skarbu Państwa nie są mandatariuszami zaufania akcjonariatu, lecz nominatami partyjnymi. Przepustką na stanowiska jest, jak wyjaśnił poseł Suski, znajomość programu PiS, czyniąca zbędnymi wymogi doświadczenia i kwalifikacji. Nic dziwnego, że tacy członkowie zarządów i rad nadzorczych nie działają w interesie spółki, lecz obracają jej środki na cele polityczne, wspierając miłe rządzącym media, wydarzenia lub fundacje. Przyjdzie im się tłumaczyć z owych ekstrawagancji.

Na rynku kapitałowym konflikty interesów zachodzą bardzo często. Wszak chodzi o pieniądze. Możliwość występowania konfliktu interesów dostrzegam zwłaszcza w radach nadzorczych. Wprawdzie rada nadzorcza jest z natury obszarem konfliktów, ale niekoniecznie są to zaraz konflikty interesów. Członkowie rad, z niewielkimi wyjątkami, nie są objęci zakazem konkurencji (absolutnie nie domagam się wprowadzenia takiego zakazu!). Często dopuszczają się oni naruszeń zasady lojalności wobec spółki i ponad jej interes przedkładają interesy inwestora, który ich przepchnął do rady; niekiedy jest nim Skarb Państwa, nierzadko jednak jest nim podmiot konkurencyjny. Zdarza się, że ta sama osoba zasiada w organach spółek powiązanych, co członka rady nadzorczej pozbawi przymiotu niezależności. Członkowie rady nadzorczej niekiedy występują po obu stronach transakcji ze spółką, na przykład zbywając jej zbędną im nieruchomość i uczestnicząc – z tytułu udziału w pracach rady – w procesie udzielania zarządowi zgody na jej nabycie. Obyczaj wymaga, by w takiej sytuacji przynajmniej wyłączali się oni całkowicie z udziału w rozpatrywaniu spraw znamionujących konflikt interesów, względnie grożących jego wystąpieniem. Bywa jednak, że zainteresowany powstrzymuje się jedynie od udziału w głosowaniu, ale bierze udział w dyskusji i przedstawia kolegom argumenty przemawiające za jego racjami.

Pewne sytuacje rodzące zagrożenie konfliktami interesów powstają na tle udziału pracowników w organach spółki, zwłaszcza w radzie nadzorczej. Do konfliktu interesów najczęściej dochodzi w przypadku udziału w radzie nadzorczej przedstawicieli związków zawodowych, którzy nie potrafią się odnaleźć w dwoistej tożsamości nadzorujących spółkę i zarazem reprezentantów załogi. Nie jestem przeciwnikiem uczestniczenia pracowników w radach, natomiast zamknąłbym rady przed związkowcami wykorzystującymi dostęp do poufnych materiałów do agitacji wymierzonej w zarząd i ogół akcjonariuszy.

Krytycznych sytuacji bywa więcej. Kilka przykładów z niedawnej przeszłości. Członek rady banku zaciąga w nim kredyt. Członek zarządu banku jest członkiem rady nadzorczej jednej z firm kredytowanych przez ów bank. Prezes banku zasiada jednocześnie w radach nadzorczych dwóch spółek konkurujących z sobą (chociaż nie z owym bankiem). Dyrektor sprzedaży wchodzi do rady nadzorczej konkurencyjnej firmy z tej samej branży. Prezes spółki forsuje zakup firmy, którą do niedawna zarządzał. Członek rady nadzorczej związany z instytucją dobroczynną wykorzystuje swoją pozycję w organie spółki w interesie – ściśle materialnym – swojej firmy i jej podopiecznych. Dlatego na wielu rynkach przyjęto zasadę, że przedstawiciele charities nie powinni piastować funkcji w organach spółek. Podczas mojej ośmioletniej posługi w Polskim Instytucie Dyrektorów inkorporowanym w formie fundacji stopniowo dochodziłem do przekonania, że fundacje mogą być traktowane pod tym względem tak samo jak instytucje charytatywne.

Często zwraca się uwagę na praktykowany w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nepotyzm przy obsadzie stanowisk. Należy piętnować to zjawisko jako źródło konfliktu interesów, acz warto mieć na uwadze, że w spółkach prywatnych nepotyzm także przybiera gorszące postacie. Niedawno wpadło w kłopoty kilka spółek, w których żona prezesa przewodniczyła radzie nadzorczej. Warto jedynie pocieszyć się tym, że do największych zwyrodnień dochodzi w spółkach dopuszczających łączenie funkcji przewodniczącego rady dyrektorów (chairperson) i szefa zarządu (president & CEO). Konflikt interesów polega na tym, że wówczas ta sama osoba kieruje i spółką, i organem powołanym do nadzorowania spółki, w tym osoby kierującej nią. Taka konfiguracja występuje w większości spółek z indeksu S&P 500.

Czytaj także:
2015.10.17 Związkowiec w konflikcie interesów
2013.11.12 Etyka w radzie nadzorczej
2009.12.01 Lojalność w spółce
2002.01.14 Hinduska wdowa
2001.03.12 Randka w ciemno

Inwestowanie w czasach zarazy

Od zarania transformacji gospodarczej interesuję się spółkami z udziałem Skarbu Państwa, od kilkunastu lat piszę o nich często, podpisuję swoje teksty mianem eksperta corporate governance, ale nie potrafiłem udzielić prawidłowych odpowiedzi na wszystkie pytania quizu ogłoszonego niedawno przez portal Bankier.pl i pb.pl (Puls Biznesu). Quiz dotyczył kwestii, kto kieruje „spółkami Skarbu Państwa” – w istocie chodziło o spółki z udziałem Skarbu Państwa, pytano o dziesięć spółek tylko, co ośmieliło mnie do podjęcia próby odpowiedzenia na pytania, mimo iż ostrzegano, że quiz jest wyjątkowo trudny. Należało wybierać jedną z czterech podpowiedzi. Każdy bez trudu wskaże, że PKO Bankiem Polskim kieruje Zbigniew Jagiełło, na polskim rynku poniekąd jest on jak Noe, bo jeszcze przedpotopowy. Nie sprawiło mi trudności wskazanie prezesa Orlenu, pisałem o nim z niemałym zdziwieniem, że dostał tę posadę w obliczu skromnych kwalifikacji i doświadczeń. Na osiem pozostałych pytań odpowiedziałem poprawnie w siedmiu przypadkach, za każdym razem wysilając pamięć, czy prezes powołany na stanowisko przed kilku zaledwie miesiącami pełni aby ową funkcję nadal. Podpowiadane do wyboru nazwiska byłego prezesa, jeszcze bardziej byłego, oraz – oczywiście – obecnego nic mi nie mówiły, ich nosiciele nie wyróżniają się na rynku jakimiś przymiotami godnymi zapamiętania. I zanim dadzą się poznać, są gorączkowo zwalniani.

Przywykłem nazywać to zjawisko drzwiami obrotowymi: ktoś wchodzi do zarządu lub rady nadzorczej spółki, pokręci się przez chwilę – i wychodzi, za sprawą odwołania lub rezygnacji. W spółkach z udziałem Skarbu Państwa praktyka drzwi obrotowych przybiera w ostatnim okresie zatrważające rozmiary. Media usiłują objaśniać przyczyny ważniejszych ruchów kadrowych tarciami wśród rządzących, podobno zwalczają się partyjne koterie, a Mordor z Nowogrodzkiej już traci nad wszystkim kontrolę. Lecz nie przyczyny się liczą, a skutki. Menedżerowie sadzani na karuzeli kadrowej i brutalnie z niej strąceni zanim zdążyli pokazać co potrafią, są traktowani podle, nawet po dwakroć podle. Raz, że objęli posady w zatrutej aurze „dobrej zmiany”, bez racjonalnych powodów przemawiających za ich powoływaniem na ważne stanowiska, dwa – że wkrótce zostali zmieceni z tych stanowisk bez jasnych po temu powodów, często także bez absolutorium. Za kompetentnych uważano ich przez chwilę, ale rychło ich zdemaskowano.

Zbyt wiele dokonuje się zmian, zapewne przypadkowych, w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa. Najbardziej pokrzywdzonymi są nie menedżerowie, a inwestorzy oraz ich pieniądze. Inwestowanie zawsze wiąże się z ryzykiem, lecz tu napotykamy ryzyko niepojęte: nie ma sensownych racji dla awanturniczej polityki kadrowej Skarbu Państwa, nie przemawiają za nią żadne argumenty. Kraj ogarnęła zaraza. W kręceniu drzwiami obrotowymi dostrzegam tę samą paranoję, która przenika obronność, politykę zagraniczną, niszczenie konstytucji i niezawisłego sądownictwa, wycinkę drzew, deformę oświaty. I tak dalej, dalej, dalej. W obliczu powagi tych spraw blednie znaczenie tej, o którą się dopominam, czyli corporate governance. Odnoszę wrażenie, że nie czas żałować dobrych praktyk, gdy dochodzi do dewastacji państwa, obrazy demokracji, wywracania na opak etyki, promowania zakłamania w życiu publicznym. Niemniej poczuwam się do obowiązku głoszenia wartości płynących dla rynku z poszanowania interesów spółek, ich piastunów i akcjonariuszy.

Te wartości są dzisiaj deptane. Przywódca partii rządzącej oświadcza, że rozwój gospodarczy kraju liczy się mniej niż dążenia do przebudowy państwa w duchu narodowego populizmu i na szkodę społeczeństwa. Wielu ludzi deklaruje poparcie dla tej mrocznej ideologii. Widoczna ręka rynku, czyli państwo, działa nieporadnie i na oślep. Pieniądz nie lubi takiej atmosfery. Prędzej lub później odpłynie na zdrowsze, bardziej bezpieczne rynki. Nasz był obiecujący, lecz polityka wydziera mu serce. Pozbawionym corporate governance spółkom z udziałem Skarbu Państwa nieuchronnie przyjdzie mierzyć się z kłopotami. Stracą zaufanie inwestorów. Z nich zaraza braku zaufania może rozlać się szeroko. Inwestorzy – nie tylko zagraniczni, także krajowi, którzy uzyskują możliwości lokowania kapitału w innych krajach – zadają sobie pytania: Czy polski rynek nadal należy do wschodzących? Czy jest obiecujący? Czy budzi zaufanie? Czy brak praworządności nie rodzi nadmiernego zagrożenia dla inwestycji? Dlaczego Polska przestała być krajem obliczalnym, przewidywalnym, odpowiedzialnym?
Czytaj także, między innymi:
2016.10.02 Rozwój i zaufanie
2015.02.17 Widoczna ręka rynku

Rozwój i zaufanie

Trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji.

Rozwój i zaufanie to zjawiska pozornie odlegle, lecz napędzające się nawzajem. Zaufanie sprzyja rozwojowi, a rozwój – zaufaniu. Współczesna Polska rozbrzmiewa tekstami o rozwoju, w dodatku odpowiedzialnym, ale zaufania nie przybywa. Na rynku kapitałowym zaczynem zaufania są zasady corporate governance. Nie służy im formuła przewidująca prymat polityki nad prawem i ekonomią. Corporate governance jest przymiotem systemów demokratycznych przywiązanych do poszanowania praw wszystkich akcjonariuszy. W dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z regresem corporate governance. Oto kilka przyczyn tej sytuacji.

Polityka destabilizuje konstytucyjne ramy ustrojowe. Trudno wymagać od spółek i ich akcjonariatów szacunku dla dobrych praktyk, skoro organy państwa systematycznie naruszają prawo. Polityka godzi także w podstawy ekonomii. Spółkom z udziałem państwa powierza się zadania polityczne, ekonomicznie nieuzasadnione, jak wspieranie własnymi środkami strukturalnie deficytowych kopalni węgla kamiennego, bądź tzw. „repolonizację” systemu bankowego. Partia rządząca wymiata na czysto zarządy i rady nadzorcze spółek z udziałem państwa, nawet gdy jest to udział mniejszościowy, by obsadzić je swoimi ludźmi, nie biorąc pod uwagę ich doświadczenia lub kwalifikacji. Wyrzucanym z posad menedżerom odbiera się, lub utrudnia, możliwość znalezienia nowej pracy, pozbawiając ich absolutoriów – bez ujawniania powodów takiego traktowania. Jest to nie tylko polityczny odwet mściwych nieudaczników na zdolniejszych poprzednikach. Takie postępowanie nosi znamiona naruszającej prawo i moralność dyskryminacji rzekomych „komunistów i złodziei”, „osób gorszego sortu”. Nadejdzie dzień zapłaty za takie postępowanie, więc znowu stracimy wszyscy.

Podstawą rynku kapitałowego jest powszechna umowa społeczna przewidująca, że spółki działają w celu osiągnięcia zysku, a zysk – jeżeli nie jest obracany na potrzeby spółki – podlega uczciwemu podziałowi między akcjonariuszy. Nie protestowałem, kiedy na KGHM nałożono podatek od kopalin; są one od stuleci domeną państwa, zatem akcjonariusze powinni się z tym liczyć. Lecz trudno nie protestować w obliczu jawnego szachrajstwa, jakim jest podniesienie kapitału zakładowego spółki z udziałem Skarbu Państwa poprzez papierowe podwyższenie wartości nominalnej akcji. Argumenty, jakoby spółka odnosiła z takiego zabiegu jakikolwiek pożytek, są niedorzeczne; chodzi tu jedynie o wyciągnięcie ze spółki pieniędzy tytułem podatku od tej osobliwej operacji, na szkodę pozostałych akcjonariuszy. Istnieją podstawy do obaw, że państwo będzie w ten sposób pozbawiać akcjonariat dywidend. Lecz skoro rynek straci zaufanie do spółek z udziałem państwa, odpłynie z nich akcjonariat, a kiedy przyjdzie podnosić kapitał, koszty poniesie ogół podatników. Czy notowania spółek z udziałem Skarbu Państwa nie potwierdzają tych przypuszczeń? Sytuację pogarszają zapowiedzi zwiększania pozycji państwa w spółkach z jego udziałem, bynajmniej nie poprzez wezwania. Nie wiem, jak państwo chce to przeprowadzić; wiem jedynie, że zapłacą podatnicy.

Podobne będą następstwa procesu udomowienia banków. Politycy zyskają możliwość kierowania strumieni kredytów na doraźnie wskazywane przez nich cele, lecz w zamian spada na nich ogromna odpowiedzialność za polski system bankowy, do tej pory stabilny, bezpieczny. Niewykluczone, że kiedyś w przyszłości będzie on potrzebował zwiększania kapitałów, za co znowu zapłaci podatnik.
Nie budzą zaufania nie tylko bieżące działania, także butne zapowiedzi wielkich inwestycji, cudownego uszczelnienia systemu podatkowego, miliona elektrycznych samochodów. Oraz androny o dronach. Jedyną realną zapowiedzią jest likwidacja Ministerstwa Skarbu Państwa i zastąpienie go agencją nadzorującą spółki z udziałem państwa, bądź holdingiem grupującym te spółki. Nie dostrzegam w tym jednak nadziei na poprawę sytuacji tych spółek. Zresztą zapowiedzi likwidacji resortu są niemal równie stare, jak nasza transformacja. Już w rządzie Jana Olszewskiego nie było właściwego ministra, prof. Tomasz Gruszecki pełnił skromną funkcję kierownika Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Co niczego przecież nie zmieniało…

Bardziej niż utrata zaufania społeczności międzynarodowej zażenowanej działaniami rządu na szkodę demokracji (chodzi nie tylko o Trybunał Konstytucyjny), niż ewentualne krytyczne oceny agencji ratingowych, grozi Polsce kryzys zaufania obywateli, podatników, inwestorów. Jest ono najcenniejszym kapitałem, najlepszą podstawą rozwoju. Warto pamiętać, że niegdyś – pozbawiony powszechnego zaufania – socjalizm rozwijał się jak rolka papieru toaletowego: im bardziej się rozwijał, tym mniej go zostawało, aż nie zostało nic.

Tekst ogłoszony w Gazecie Giełdy i Inwestorów PARKIET 17 września 2016 r.
Czytaj także:
2016.09.24 Jak Krzysztof Tchórzewski psuje spółki, rynek i państwo
2015.02.17 Widzialna ręka rynku