W quango idziemy! [2000]

Im więcej porządku w spółkach, ładu na rynku, demokracji w państwie – tym więcej pieniędzy!

Quango to dziwne słowo. Brzmi jak bingo! Ma nawet podobne znaczenie. Bingo to korzyść wygrana, quango to korzyść nadana. Tym cudacznym skrótem Brytyjczycy określają quasi-autonomous non-governmental organizations, czyli na poły niezależne ciała pozarządowe. Pozarządowe, bo złożone z osób działających w swoim imieniu, a nie w imieniu władzy, która je mianowała; niezależne jedynie na poły, ponieważ pochodzące nie z wyboru, ale z powołania. Chodzi na przykład o rady nadzorcze placówek służby zdrowia (NHS), rady szkolne lub komisje, kontrolujące gospodarowanie zasobami mieszkaniowymi znajdującymi się w gestii administracji lokalnej. Kto powołuje skład quangos, ten wywiera wpływ na ich działalność.

Wprawdzie funkcje w tych ciałach pełnione są najczęściej nieodpłatnie, ale są ważne (dzieli się pieniądze) i otwierają drogę do zaszczytów. Nagrodą bywa wzmianka w „Who Is Who”, ważniejsza nominacja, odznaczenie, albo prestiżowe zaproszenie na party u królowej. Przez 18 lat, kiedy Brytanią rządzili torysi, Partia Pracy oskarżała ich, że kosztem demokracji „idą w quango”: rozdymują kompetencje ciał nie pochodzących z wyboru i obsadzają je swoimi ludźmi. W 1994 r. BBC dokonała „lustracji” 1.500 quangos i wykryła w nich 24 osoby związane małżeństwem z torysowskimi parlamentarzystami z obu izb, lecz tylko jedną osobę zaślubioną parlamentarzyście z Partii Pracy; 33 pogrążonych w wyborach kandydatów do parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej i tylko jednego przegranego kandydata labourzystów. Na tle zbadanej próby były to liczby niewielkie, ale proporcje – czytelne. Torysi na to, że owszem, proporcje były wtedy na ich korzyść, ponieważ brali do quangos osoby z doświadczeniem biznesowym, a teraz Partia Pracy zmieniła kryteria doboru na bardziej korzystne dla swoich i przechwyciła trzy czwarte stanowisk. Tak kręci się quangokracja.

Ktoś zapyta: – A to Brytyjczycy nie mają większych trosk? Kłócą się o miejsca w błahych ciałach, o jakieś lokalne funkcje, przy tym pełnione społecznie, nagradzane najwyżej herbatką wydaną w ogrodach Buckingham dla 9 tysięcy osób, na które przypada raptem po 1,8 biskwita? Konfitury są przecież gdzie indziej: w radach nadzorczych wielkich korporacji. Odpowiem, że w Wielkiej Brytanii wpływ polityki na obsadę rad prywatnych korporacji jest wyjątkowo nikły; mają tam większe troski, ale mają też na nie sposoby.

Kiedy na porządku dnia stanęły nieprawidłowości w spółkach i niedostatek ochrony inwestorów mniejszościowych, londyńska City zareagowała tzw. raportem Cadbury’ego i dobrowolnie przestrzega sformułowane w nim zalecenia dotyczące porządku korporacyjnego (ang. corporate governance). Kiedy na porządku dnia znalazły się wątpliwości dotyczące standardów życia publicznego, powołano komisję lorda Nolana (zastąpił go później lord Neill), a jej zalecenia przyjęto za niezłomne kanony postępowania. Sytuację w quangos krytycznie ocenia komisarz do spraw nominacji publicznych, pani Rennie Fritchie.

O analogii z Polską nie ma mowy. Po trzecie, mamy większe problemy, niż Brytyjczycy. Po drugie, brak nam tradycji dobrowolnego poddawania się samoograniczeniom (nawet leżącym w naszym najlepszym interesie) postulowanym przez komisję mędrców. Po pierwsze, nie mamy lorda, żeby postawić go na czele takiej komisji. Z lorda gotów byłbym zrezygnować. Natomiast dobrowolne poddanie się zasadom tak porządku korporacyjnego, jak życia publicznego, jest absolutnie konieczne. Nie można liczyć na państwo, że wyda odpowiednie regulacje i zdoła wcielić je w życie. Nie wyda i nie zdoła.

Porządek korporacyjny i standardy życia publicznego to jakby awers i rewers tego samego banknotu, orzeł i reszka tej samej monety. W obu przypadkach chodzi o pieniądze. Porządek korporacyjny chroni pieniądze zainwestowane na rynku, w gospodarkę. Standardy życia publicznego chronią pieniądze podatników. Im więcej porządku w spółkach, ładu na rynku, demokracji w państwie, tym więcej będzie pieniędzy.

My też mamy organy na poły niezależne. Kontrowersje budzi jednak nie tylko sam ich skład, lecz przede wszystkim – działalność. Co takiego dokonała pożytecznego w ciągu ostatnich lat rada nadzorcza PFRON? Albo rady ZUS? Wkrótce przyjdzie czas na postawienie pytania o rady kas chorych. Współczesna polszczyzna chłonie terminy anglojęzyczne, ale terminów „quango”, „iść w quango”, „quangokracja” nie przyjęła, bo nie potrzebuje. Mamy swój odpowiednik tych wszystkich pojęć. Lepszy. Trafiający w sedno wyobraźni: Teraz K… My.

Tekst ogłoszony 2 maja 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *