Wbrew naturze

Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami.

Jednym z osiągnięć corporate governance w Polsce jest wprowadzenie do spółek publicznych niezależnych członków rad nadzorczych. Jeszcze nie we wszystkich spółkach notowanych na GPW spotkamy niezależnych członków rady, jeszcze niektórzy członkowie rad pretendujący do statusu niezależnych to jacyś przebierańcy, niemniej postęp jest niezaprzeczalny. Spółki, które nie mają w radzie nadzorczej członków niezależnych przynajmniej udają, że ich mają, czym dają dowód, iż wiedzą, czego oczekuje od nich rynek. Członkowie niezależni zostali przemyceni do rad nadzorczych tylną klatką schodową, pod wpływem dobrych praktyk, a państwo nic w tej sprawie nie robiło. Ale kiedy jego instytucje zorientowały się, że pod ich nosem cichaczem wprowadzono cenną innowację, zabrały się do jej psucia.

Najpierw Ministerstwo Finansów przeforsowało ustawę o biegłych rewidentach dążącą, jakże słusznie, do zaszczepienia w radach nadzorczych „jednostek zainteresowania publicznego” komitetów audytu, oraz – znowu słusznie! – do nasycenia tych komitetów niezależnością i kwalifikacjami. Przyjęto jednak fatalne kryterium owej niezależności, skrojone dla biegłego rewidenta badającego sprawozdanie spółki: niezależnym członkiem rady będzie ten, kto nie posiada akcji nadzorowanej spółki. Jest to oczywista dyskryminacja akcjonariuszy, sprzeczna z założeniami corporate governance, zdrowym rozsądkiem, a także z chronioną duchem i literą prawa naturą spółki akcyjnej, która takich ograniczeń nie dopuszcza.

Strunę niezależności trąciła też Komisja Nadzoru Finansowego. Wydała ona instrukcję pod nazwą „Zasady ładu korporacyjnego dla instytucji nadzorowanych”, w której nakłada na spółki powinność uwzględniania kryterium niezależności przy wyborze przewodniczącego, „który kieruje pracami organu nadzorującego”. Oręduję za niezależnymi członkami rady nadzorczej, lecz akurat u przewodniczących rad rzadko można dostrzec przymioty niezależności. Wynika to z natury spółki akcyjnej: skład rady, a w szczególności osoba jej przewodniczącego, odzwierciedlają panujące w spółce stosunki własnościowe. Z tejże natury wynika, że decyzje o powołaniu lub wyborze przewodniczącego rady często zapadają poza radą, nawet poza walnym zgromadzeniem, podejmowane przez poszczególnych akcjonariuszy lub ich grupy w oparciu o aktualny stan posiadania przez nich akcji spółki.

Wyróżnić można trzy typowe drogi na fotel przewodniczącego rady nadzorczej. O tym, która zostanie przyjęta w spółce, decyduje jej statut. Tylko jedna z nich nie przekreśla możliwości objęcia przewodnictwa rady nadzorczej przez osobę reprezentującą przymiot niezależności. Jest nią wybór przewodniczącego przez samą radę spośród jej członków. Na tej drodze o wyborze mogą decydować różne względy: rada obierze przewodniczącym osobę związaną z najważniejszym spośród akcjonariuszy spółki, albo osobę najbardziej predestynowaną do przewodnictwa z racji szczególnej znajomości spółki lub branży, lub z racji kwalifikacji bądź doświadczeń, albo osobę o znaczącej pozycji w gospodarce lub życiu publicznym, bądź tego z członków rady, który cechuje się przymiotem niezależności. Lecz powody i procedury wyboru przewodniczącego rady nie zawsze są łatwe do ogarnięcia.

Druga droga wydaje się krótsza. Walne zgromadzenie wybiera, względnie wyznacza przewodniczącego rady nadzorczej spośród obranych już przez siebie członków rady. Taki tryb wyboru godzi w niezależność przewodniczącego. Wynika on z dążenia akcjonariusza dysponującego najsilniejszą pozycją na walnym zgromadzeniu lub, odpowiednio, grupy akcjonariuszy, do zapewnienia sobie bezpośredniego wpływu na wybór przewodniczącego rady. O wyborze decyduje zaufanie pokładane w osobie kandydata na przewodniczącego przez akcjonariat spółki lub przynajmniej przez akcjonariusza dysponującego największą liczbą głosów na walnym zgromadzeniu.

Trzecia droga to powołanie przewodniczącego, do rady nadzorczej lub na funkcję w radzie, przez akcjonariusza spółki indywidualnie oznaczonego w statucie i wyposażonego przez statut w takie uprawnienie osobiste. Tu nie ma nawet pozorów niezależności. Niekiedy akcjonariusz uprawniony przez statut do powołania przewodniczącego rady nadzorczej po prostu powołuje na to stanowisko sam siebie.

Na fotel przewodniczącego rady nadzorczej prowadzi też, na skróty, czwarta droga, a raczej – kręta ścieżka. Wstęp na nią ma jedynie odchodzący prezes zarządu obejmujący funkcję przewodniczącego rady nadzorczej. Niekiedy w uznaniu wyjątkowych zasług dla spółki, której niegdyś był założycielem. Bądź którą przez lata kierował. Taki obyczaj, w Polsce bardzo rozpowszechniony, jest na bakier z corporate governance, a prezes przemieniony w przewodniczącego nie będzie niezależny.

Oczekiwania KNF są więc szlachetne, lecz mało realne. Majstrowanie przez urzędników, bez zważania na naturę spółki akcyjnej, przy jej tak wrażliwym elemencie jak niezależność w radzie nadzorczej, owocuje tylko kłopotami. Kto pragnie krzewić niezależność w radzie nadzorczej, niech lepiej pozostawi przewodniczącego rady w spokoju, ponieważ rzeczywiście niezależny piastun tej funkcji to bardzo rzadki przypadek.

Tekst ukazał się 3 X 2014 r. w Gazecie Giełdy PARKIET
Czytaj także: 2014.08.16 Stosuj, albo pożałujesz
Czytaj także: 2014.09.22 Zdanie bez dwóch zdań

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *