Wicekodeks

Zasady mało przyjazne, silące się na surowe, imitujące prawo – nie zdobędą akceptacji rynku.

W Polsce nareszcie podjęto prace nad zasadami dobrej praktyki spółek. Gorąco apeluję o powstrzymanie się od nazywania tych zasad „kodeksem”. Jest to określenie niewłaściwe, w dodatku pretensjonalne. Wywiera ono skutek wręcz odwrotny do zamierzonego, bowiem odstręcza spółki od poddawania się zasadom dobrej praktyki.

Otóż spółki nie działają w próżni. Na każdym kroku krępuje je prawo. Polscy przedsiębiorcy zgodnie twierdzą, że prawa jest zbyt wiele, a przy tym jest ono niespójne, nadmiernie drobiazgowe, nieprzemyślane, klecone pod kątem doraźnych potrzeb. Często zmieniane. Mgliste. Pospolite. Z jednej strony bardzo dokuczliwe. Z drugiej – mało skuteczne, wyposażone w fatalny aparat wykonawczy, od nadgorliwych urzędów skarbowych po opieszałe sądy.

Przeto kiedy polski przedsiębiorca spotyka się z propozycją, by poddał się „zapisom” jeszcze jednego kodeksu – odrzuca ją z niechęcią. I ma rację. Ani to „zapisy”, ani kodeks. Zapisy są na akcje. Kodeks spółek handlowych, chociaż jest aktem rozległym, został nazwany „kodeksem” niejako z kurtuazji. Równie dobrze mógłby nosić nazwę „prawo o spółkach handlowych”. Wtedy autorom zaleceń spisywanych na kilku kartkach papieru trudniej byłoby podszywać się pod bardziej jednoznaczny termin „prawo”

Termin „kodeks” należy zachować dla aktów wyrażających świętą powagę prawa. Kodeks obowiązuje. Ustawy uchwala parlament, podpisuje prezydent, wciela w życie aparat przymusu. Zasady dobrej praktyki są tylko wskazówkami postępowania na rynku. Zdobędą sobie one uznanie, nawet mir, gdy będą przyjazne dla rynku. Dla spółek i dla wszystkich dotkniętych ich działalnością, a zwłaszcza dla inwestorów.

Przestrzegam przed ubieraniem wskazówek dobrej praktyki w strój naśladujący normy prawne. Przed układaniem wskazówek w kodeksy. Przed zabawą w podział tych kodeksów na preambułę, przepisy ogólne i normy szczegółowe. Przed używaniem wielkiego słowa „kodyfikacja” na określenie prób ubrania w zrozumiałą szatę słowną projektów kilku zasad. Dobra praktyka nie jest kodeksem, lub wicekodeksem; nie jest ani naśladownictwem prawa, ani jego uboższą odmianą, niby moralnie słuszną, lecz pozbawioną przymusu. Jest ona zbiorem wskazówek w kwestii pożądanego sposobu postępowania, z natury niekompletnym, za to żywym, dostosowywanym do zmieniających się potrzeb.

Krytycznie sądzę o próbach dzielenia rozległej materii dobrej praktyki spółek na trzy gałęzie zasad, dotyczących poszczególnych organów spółki: zarządu, rady nadzorczej i walnego zgromadzenia. Jest to mechaniczne powielanie układu przyjętego przez kodeks spółek handlowych. Widzenie dobrej praktyki przez pryzmat organów spółki rodzi niebezpieczeństwo, że zostanie ona zasklepiona w spółce, nie wyjdzie poza nią, nie dotknie jej stosunków z rynkiem. Natomiast właśnie na rynku dobrej praktyki szczególnie potrzeba. Bez niej rynek obumrze (do czego może niebawem dojść w Polsce), a wtedy obumrą i spółki.

Sam ogłosiłem tu (11 czerwca 2001 r.) projekt zasad dobrej praktyki walnego zgromadzenia, który wkrótce dał zaczyn do dalszych prac w tym kierunku. Podjąłem z osobna kwestię zachowywania się na walnych zgromadzeniach nie dlatego, by ją wyodrębnić z dobrej praktyki spółek, ale z myślą, by od czegoś zacząć. A zacząć postanowiłem właśnie od walnego zgromadzenia, ponieważ na nim często dochodziły do głosu najgorsze spośród złych praktyk. Wiele walnych zgromadzeń polskich spółek aż kipiało od ekscesów. Lecz zasady dobrej praktyki, czy walnych zgromadzeń, czy spółek w ogólności, nie rodzą się z chwilą, gdy zapalczywy publicysta próbuje je zredagować. Nie rodzą się także z chwilą, kiedy stateczni prawnicy – niektórzy bardziej obyci na zwyrodniałych walnych zgromadzeniach – utemperują projekt publicysty.

Zasady dobrej praktyki narodzą się z chwilą, gdy spółki zadeklarują, iż poddadzą się im dobrowolnie i rzeczywiście będą przestrzegać ducha tych zasad (poszanowanie ducha zasad sprawi, że litera nie będzie im dłużej potrzebna). Spółki postąpią tak wtedy, gdy będzie to opłacalne, czyli kiedy kierowanie się wskazówkami przyzwoitego postępowania ułatwi pozyskanie kapitału i wpłynie na notowania.

Zasady dobrej praktyki nie są zatem doczepką do prawa. Nie należy z nich wywodzić postulatów zmiany prawa. Dobra praktyka i prawo to dwie różne płaszczyzny, które niekoniecznie przetną się kiedykolwiek. Kiedy słyszę opinię, iż któraś z postulowanych zasad dobrej praktyki „jest na tyle dobra, że można ją uwzględnić w kodeksie” – cierpnie na mnie skóra. W takim ujęciu zasady dobrej praktyki grają w drugiej lidze, w owym wicekodeksie, a najlepsze mogą awansować do pierwszej ligi i prawdziwego kodeksu. Czy z kolei przepisy kodeksu można degradować do drugiej ligi?

Czytaj także:

2001.06.11 Walne zgromadzenie: O dobrą praktykę

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *