Wielki Szu [2000]

W łańcuchu polskich przemian nadal brakuje ważnego ogniwa – porządku korporacyjnego.

Mija kolejny rok polskiej transformacji. Upamiętni go kodyfikacja prawa spółek handlowych. Otrzymaliśmy nowoczesny kodeks. Stary kodeks handlowy z 1934 roku, który fragmentarycznie przetrwał do naszych czasów, hamował już rozwój rynku. Był jak bezzębny kaleka, któremu powierzono skomplikowane zadania. Nie dawał sobie rady.

Prawo jest tylko narzędziem w rękach wspólników lub akcjonariuszy. Od nich zależy, czy i w jakim stopniu uczynią z niego użytek. Natura spółki jest taka, że gdy przeważa pragnienie współpracy, od biedy można wykorzystać nawet niedoskonałe prawo. Za to gdy chęci współpracy brakuje, nawet najdoskonalsze i najbardziej nowoczesne prawo nie zdoła jej zastąpić.

Kodeks handlowy zawodził, ponieważ często nie urzeczywistniał dążeń wspólników lub akcjonariuszy do nawiązania współpracy, lub rozwinięcia jej. Często zawodził też jako narzędzie przezwyciężania trudności, w jakich współpraca utknęła. Im więcej kłopotów przysparzał w praktycznym stosowaniu, tym więcej wytyczano dróg i ścieżek, służących obchodzeniu anachronicznych przepisów, nadużywaniu innych, lekceważeniu wszystkich. Przepisy nowego kodeksu ułatwią nawiązanie i rozwinięcie współpracy, gdzie wystąpi gotowość po temu. Gdzie natomiast wystąpią trudności, nowy kodeks kreuje warunki sprzyjające ich przezwyciężaniu. Gdzie zaś będziemy mieli do czynienia z tak częstą w naszych czasach próbą obejścia prawa, lub jego nadużycia – nowe przepisy utrudnią ją wprawdzie, ale nie w każdym przypadku zdołają jej zapobiec. Ani bowiem autorzy projektu kodeksu, ani ustawodawca, nie byli w stanie przewidzieć wszystkich możliwych kroków prowadzących ku obejściu prawa, lub jego nadużycia, więc nie mogli udaremnić ich. Nie było ich zadaniem rywalizowanie ze sprytnymi prawnikami, wynajętymi przez innych spryciarzy, kto kogo przechytrzy. Kodeks spółek handlowych jest dziełem dżentelmenów stworzonym na użytek dżentelmenów.

Lecz ustawy nie działają w próżni. Praktyce ich stosowania powinno towarzyszyć poczucie zdrowego rozsądku, umiaru, przyzwoitości. Praktyce stosowania kodeksu spółek handlowych powinien też towarzyszyć porządek korporacyjny (ang. corporate governance). Pojęcie to oznacza właściwy układ stosunków tak w samej spółce, pomiędzy zarządem, nadzorem, akcjonariatem, jak między spółką a środowiskiem dotkniętym jej działalnością. Mamy w Polsce demokrację, wolny rynek, swobodę przedsiębiorczości, ale dopiero tworzymy zręby porządku korporacyjnego. Bez niego transformacja nie zostanie uwieńczona powodzeniem. Im więcej ładu w spółkach i w ich bezpośrednim otoczeniu, tym w Polsce korzystniejszy klimat inwestycyjny, czyli tym większe szanse na rozwój gospodarczy.

Porządek korporacyjny najczęściej nie jest materią ustaw lub rozporządzeń, lecz produktem autoregulacji kół gospodarczych. Wszak chodzi tutaj nie o władztwo w państwie, ale w spółkach i w ich otoczeniu. Stąd od organów państwa wymaga się przede wszystkim, by nie ingerowały w twórczy proces autoregulacji środowisk gospodarczych, a także nie świeciły złym przykładem. Im w spółkach mniej polityki, tym lepiej dla rynku, dla państwa.

Mam przeto gorzkie uwagi na temat Skarbu Państwa. Resort próbuje wszczepić rynkowi politykę. Dysponując wciąż poważnym wpływem na składy rad nadzorczych wielu spółek, promuje do rad i zarządów osoby pozbawione fachowych kwalifikacji, za to cieszące się poparciem polityków. Nazwałem to zjawisko „alotażem” i obstaję przy tym określeniu. Wymienia się rady nadzorcze, by nowe rady posłusznie dokonywały zmian w składach zarządów. Od rad wymaga się politycznej dyspozycyjności, a nie stałego nadzoru nad działalnością spółki. Nie po to łupi się, co tylko jest do złupienia, a łupami obdziela swojaków, by ktoś ich nadzorował… Stąd nasyłani na spółkę z nadania Skarbu Państwa członkowie rad nadzorczych, którzy nie znają spółki i nie rozumieją jej problemów, a tylko mają wymieść stary zarząd i zgodnie z instrukcjami zainstalować nowy – czują się w radzie „jak Filip z konopi”. Tak określono ich niedawno w KGHM.

Krytykując politykę Skarbu Państwa – przyznam, że mimo wszystko mniej gorszy mnie, kiedy resort rozgrywa swoją grę, niż kiedy Skarb Państwa jest kartą w rękawie Wielkiego Szu. Otóż to, co dzieje się od roku wokół spółek z grupy PZU, rodzi głębokie obawy, że ministerstwo wcale nie panuje nad sytuacją (i majątkiem), a co gorsze – nie próbuje zapanować. Karty rozdaje ktoś inny. Zaciera się różnica pomiędzy ciemnym typem a szarą eminencją. Losy grupy PZU SA służą za przykład, że kiedy w spółkach nie przestrzega się zasad porządku korporacyjnego, wyparowuje z nich wartość, a właścicielom ubywa pieniędzy. Łatwiej będzie obliczyć, ile Skarb Państwa stracił, niż co Wielki Szu zyskał.

Tekst ogłoszony 27 grudnia 2000 r. w Magazynie Finansowym dziennika Prawo i Gospodarka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *