“Zasadniczo nie wnoszę pretensji”

Obrzydliwie seksistowskie powiedzenie: „Przekłady są jak kobiety – im brzydsze, tym wierniejsze” zawiera sporo prawdy. Mając wybór pomiędzy przekładem niewiernym albo brzydkim staję na stanowisku, że lepiej w ogóle unikać przekładania fachowych terminów jeżeli są one należycie rozumianych przez wszystkich, którzy się nimi posługują. Dlatego swobodnie używam terminu corporate governance w mowie i w piśmie, a przez kilka lat byłem także wydawcą i redaktorem kwartalnika PID „Przegląd Corporate Governance”. Wychodzę z założenia, że kto tego terminu nie zna, lub nie rozumie, nie potrzebuje go znać i rozumieć. Uważam, że jest to termin nie obcojęzyczny, a globalny, stosowany przez specjalistów nie tylko w krajach języka angielskiego.

Próby wypracowania odpowiedniego przekładu corporate governance na język polski nie zostały uwieńczone powodzeniem. Najbliższe pojęcia governance jest wprawdzie słowo władztwo, lecz nie udało się go zaszczepić. Prof. Czesław Mesjasz misternie wywiódł, że jeszcze bliższe znaczeniowo byłoby słowo władanie, lecz i ono nie przyjęło się. Sam przez lata lansowałem termin porządek korporacyjny, ale nie odniosłem powodzenia, natomiast szybko rozpowszechnił się termin ład korporacyjny. Porządek, dowodziłem, to kategoria organizacyjna, o to akurat chodzi, ład to kategoria estetyczna, stosowna raczej w konkursie piękności. Jak u Kopernika i Greshama gorszy pieniądz wyparł z obiegu lepszy, tak tutaj termin lepszy przegrał z gorszym. Na koniec wątpliwości rozstrzygnął legislator: w języku prawnym (tym, którym pisane są obowiązujące akty normatywne) przyjęto ów nieszczęsny ład korporacyjny. Próbowałem żartem skrzyżować władztwo (władanie) z ładem, wyszedł z tego wład korporacyjny, ale nikt się nie śmiał. Miczurin skrzyżował kota z węglem, wyszedł mu miał węglowy, znajomy ojca śmiał się z tego kawału, dostał 2 lata.

Nie koniec na tym. Po pierwsze, oprócz czterech wspomnianych powyżej przekładów corporate governance na narodowe narzecze Polaków pojawiły się jeszcze dwa inne, stopniujące zamęt pod niebiosa. Jedno to nadzór właścicielski, drugie to nadzór korporacyjny. Trudno dociec, czym mają się różnić, raz bywają używane zamiennie, innym razem przeciwstawnie. Czytam opasłą monografię pod tytułem „Nadzór korporacyjny” i dowiaduję się z niej, że w istocie traktuje ona o czymś innym, o nadzorze właścicielskim. A ja tych pojęć nie odróżniam, próby ich unaukowienia przypominają mi dyskusje w czasach słusznie minionych o różnicach między kierowniczą a przewodnią rolą partii. Masło maślane.

Opowiadał Jan Krzysztof Bielecki: „Kiedyś napisałem z profesorem Wilkinsem z uniwersytetu Sheffield rozprawę o corporate governance w Polsce. Nie było jeszcze polskiej terminologii, więc na użytek omówienia sprawy w Gazecie Bankowej użyłem określenia „nadzór właścicielski”. Wszyscy okropnie na mnie krzyczeli, ze nie o to chodzi, ale sami nie wiedzieli, jak to nazwać. Dzisiaj – wszyscy mówią o corporate governance” (w wywiadzie dla tygodnika Gazeta Bankowa 9 VIII 2004 r.).

Poniżej odsyłam do archiwalnego tekstu „Lost in translation”, w którym przytoczyłem historyjkę o Turku śpiewającym utwory Moniuszki. Teksty najpierw przełożono na turecki, następnie z tureckiego na polski, nikt w słowach „Zasadniczo nie wnoszę pretensji” nie rozpoznał frazy Jontka „Nie mam żalu do nikogo”. Otóż podobnie bywa, kiedy te dyskursy o nadzorze korporacyjnym lub właścicielskim, o ładzie lub porządku, o władztwie lub władaniu, przychodzi tłumaczyć na języki obce. Przeto odsyłam także do omówienia składanki prac naukowych i naukawych, gdzie ich streszczenia ogłoszono po angielsku, więc nasze terminy zostały w większości przełożone jako corporate governance, z wyjątkiem dla corporate supervision.

Więcej kłopotów nastręcza rada nadzorcza przekładana jako the board, supervisory board, board of governors, względnie board of directors (pod tę ostatnią nazwę często podszywa się zarząd), a także spółka (company) w różnych okolicznościach przekładana jako enterprise, corporation, co-operation, firm, economic entity… Nie wszystko należy przekładać. Lucjan Rydel przetłumaczył na niemiecki, bodaj na powitanie cesarza w Krakowie, tekst przyśpiewki „Podkóweczki dajcie ognia”. Leon Skorupka przetłumaczył na francuski, także nie wiedzieć po co, „Alboż my to jacy tacy, jacy tacy, chłopcy krakowiacy”. Ktoś się trudził, wychodziły z tego głupoty.

Wróciłem do kwestii „Czy przekładać termin corporate governance na język polski, a jeżeli tak – to dlaczego nie?” pod wpływem ciekawych komentarzy piór Krzysztofa Grabowskiego, Mariusza Kanickiego i Sylwii Pęczak (dziękuję!) do jednego z moich niedawnych wpisów. Zakończę dwoma powiedzonkami z wdziękiem. Igor Korcziłow tłumacz radzieckich genseków, jest autorem cennej obserwacji: „Tłumaczenie jest jak powietrze: nikt nie zwraca na nie uwagi, dopóki nie zostanie zepsute”. Natomiast włoska tłumaczka Serena Fabris wyznała: „Przekład jest jak łuskanie cebuli. Zrazu zdaje się, że podołasz, a kończysz we łzach”.

Czytaj także: 2010.11.30 Lost in translation
2008.09.01 Szósty stopień teorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *