Zaufać niezależnym [2005]

Im więcej zaufania pokładają inwestorzy w rynku, tym więcej na ten rynek napływa kapitału. Przydatny byłby więc wskaźnik zaufania krajowego netto.

Corporate governance jest sztuką kreowania zaufania. Do rynku, do spółek, do osób sprawujących władztwo nad spółkami. Zaufanie zyskują te rynki, które zaprowadziły porządek korporacyjny. Te spółki, które budują na nim swoją przyszłość. Oraz ci członkowie ich organów, którzy kierują się dobrą praktyką. Zaufanie jest jednym z czynników sterujących przepływami kapitału. Ma ono zatem bezsporną wartość ekonomiczną. Kapitał wybiera rynki, do których ma zaufanie, przeto pomyślność rynku zależy od zaufania pokładanego w nim przez inwestorów, oraz od mechanizmów weryfikacji tego zaufania.

Zaufania nigdy nazbyt wiele, lecz akurat we współczesnym świecie brakuje go dotkliwie. Polska nie jest wyjątkiem. Erozja zaufania objęła organy państwa (może z wyjątkiem prezydentury), partie i polityków, media (może z wyjątkiem Polskiego Radia), policję, samorządy. Dzisiaj dosięga ona także rynku kapitałowego. Nadzwyczajna komisja sejmowa mniej dba o wyjaśnienie okoliczności zatrzymania Andrzeja Modrzejewskiego w związku (ponoć) z jego działalnością w NFI, niż o zaszkodzenie wizerunkowi Orlenu. Inna komisja, tropiąc aferzystów – rzuciła cień na Agorę. Rynkowi szkodzi także cykl artykułów w poczytnym dzienniku na temat Grupy Trzymającej Giełdę, a jeszcze bardziej – brak oczekiwanej reakcji na ów cykl. Szkodzą mu wreszcie pamiętne sprawy z przeszłości, jak pokrzywdzenie akcjonariuszy BPH przez skarb państwa, który za swoje akcje wymusił wyższą cenę, jak tajemna umowa Elektrimu z Kulczykiem, jak osławione praktyki rozprowadzania kolesi po posadach (nazwałem to zjawisko alotażem), jak oszustwa spółki 4Media, jak ostatnio przypadek Pozmeatu.

Obszary zaufania są we współczesnej Polsce bardzo skromne. Nikt nie zbadał jeszcze, czy na wielkość produktu krajowego brutto wywiera wpływ – a jeżeli tak, to jaka jest jego natura? – wielkość zaufania krajowego netto. PKB jest wskaźnikiem zdefiniowanym, mierzalnym, powszechnie stosowanym. Zaufanie krajowe netto (ZKN) to oczywiście żart: takiego wskaźnika nie ma, zaś gdyby był (a powinien), byłby trudno mierzalny, zapewne nieprecyzyjny, zatem mało przydatny, skoro ekonomia, nauka na wskroś nieścisła, lubi podpierać się ścisłymi protezami. Wszelako, mogę założyć, że im więcej zaufania wkoło, tym lepiej dla gospodarki. Im większym zaufaniem cieszy się dany rynek, tym lepsze są jego widoki. Nie wyprowadzam tego założenia ze swoich życiowych doświadczeń, nagromadzonych przecież głównie w czasach, gdy w Polsce nie istniała gospodarka rynkowa. Mam wszakże pewną wiedzę historyczną. To właśnie zaufanie wykreowało pieniądz, banki, obrót gospodarczy, giełdy, ubezpieczenia i spółkę akcyjną. Społeczeństwa, które zaufały prawom gospodarki rynkowej – i potrafiły wypracować procedury weryfikacji zaufania i korygowania mechanizmów rynku – znakomicie na tym wychodziły.

Dzisiaj największe z wyzwań piętrzących się przed polskim rynkiem kapitałowym jest wprowadzenie do spółek publicznych niezależnych członków rad nadzorczych. Wyzwanie nie sprowadza się do tego, ilu ma być niezależnych członków i czy naprawdę przynajmniej połowa. Ani do definicji pojęcia niezależności. Ani do kosztów związanych z niezależnością członków rad nadzorczych. Wyzwanie polega na tym, że niezależnych należy obdarzać powszechnym zaufaniem.

W świetle polskiej praktyki członkowie rad nadzorczych cieszą się wprawdzie znacznym zaufaniem, lecz głównie tych inwestorów, którzy wprowadzili ich do rad. Często spotykam się z rozumowaniem: ufam mu, bo to mój człowiek, a mój – bo jest zależny ode mnie, albo od moich pieniędzy. Niełatwo zakorzenić instytucje niezależnych członków rad nadzorczych na rynku, gdzie w radach nadzorczych przeważają reprezentanci poszczególnych akcjonariuszy, którzy nie kryją nawet, że działają podług udzielanych im instrukcji, i nie w interesie spółki wcale, natomiast w interesie swojego mocodawcy. Gdzie wokół instytucji rewidenta do spraw specjalnych toczą się brudne przetargi: zgodzę się na wybór rewidenta, jeżeli będzie to mój rewident.

Natomiast niezależni członkowie rad nadzorczych z definicji nie będą podatni naciskom poszczególnych inwestorów. Niemniej skuteczność ich działań – oby kompetentnych i bezstronnych, podejmowanych w interesie spółki – zależy głównie od tego, czy zostaną obdarzeni zaufaniem akcjonariatu i rynku. Powtórzę: bazą niezależnego nie jest poparcie któregoś z akcjonariuszy spółki, lecz zaufanie pokładane w nim przez ogół akcjonariatu, przez rynek kapitałowy. Prof. Krzysztof Obłój zauważył, że „prawdziwa niezależność członka rady nadzorczej zawsze uwiera – właścicieli, zarząd, wszystkich”. Lecz niezależni potrzebni są nie spółce, nie inwestorowi, a rynkowi. Im więcej niezależnych będzie uwierać spółki, im dotkliwiej, tym wyższy będzie w Polsce wskaźnik zaufania krajowego netto.

Tekst ogłoszony 3 stycznia 2005 r. w tygodniku Gazeta Bankowa.
Czytaj także: 2013.04.02 Od przejrzystości do populizmu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *